Nasze projekty

Niedziela jest boska!

W naszej domowej niedzieli tak naprawdę chodzi o jedno – o stworzenie przestrzeni dla całej rodziny do zwykłego ucieszenia się sobą. Do takiej prostej frajdy z tego, że siebie mamy. Że wysiłek jaki wkładamy każdego dnia w pracę nad naszymi domowymi relacjami się opłaca. Że uwielbimy ze sobą po prostu być.

Reklama

Mój kuchenny kalendarz przeżywa w tym roku prawdziwą inwazję. Liczba konsultacji, wizyt lekarskich, zajęć pozalekcyjnych i różnych rehabilitacji sprawia, że od początku tygodnia czuję się jak lekkoatleta biegnący przez płotki. Około środy łapię lekki kryzys, w czwartek od rana przeglądam oferty sprzedaży gospodarstw wiejskich w okolicy, w piątek jestem już zdecydowana na kupno alpak i farmy w Bieszczadach, w sobotę czuję się jak zabawka, której za chwilę skończą się baterie, ale za to w niedzielę…

… w niedzielę nabieram tyle mocy, że mogę w nieliczne wolne chwile w nadchodzącym tygodniu śmiało powkładać kolejne płotki.

Reklama
Reklama

Jak zatem wygląda w naszej rodzinie niedziela, która daje taką MOC?

Przede wszystkim do niedzieli trzeba się przygotować. Kiedy dzieciaki wracają w sobotę ze swoich harcerskich zbiórek i ostatnich pozaszkolnych zajęć, zabieramy się za lekcje i pakujemy plecaki. To jest od początku szkoły żelazna zasada w naszym domu – żadnych lekcji w niedzielę. Niby nic wielkiego, ale chcemy, żeby nasze dzieciaki wiedziały że ten dzień, pod wieloma względami, jest wyjątkowy.

Kiedy plecaki są już spakowane, zabieramy się za przygotowywanie „Słodkiej niedzieli”! Bardzo staramy się w naszej rodzinie ograniczać słodycze w tygodniu do minimum. Dzieciaki wiedzą jednak, że w niedzielę spełnię prawie każde ich słodkie marzenie. Zwykle więc koło sobotniego popołudnia lądujemy wszyscy w kuchni, gdzie – wśród oblizywania łopatek, kłótni o kolejność rozbijania jajek i pedantycznego krojenia owoców – powstaje rodzinne cudo, które ląduje w lodówce i czeka wśród westchnień na magiczny czas „zaraz po kościele”. Dla porządku muszę dodać, że istnieją różne warianty „Słodkiej niedzieli”. Jeśli nie pieczemy ciacha, idziemy po mszy na lody lub robimy na śniadanie amerykańskie naleśniki z syropem klonowym. A czasem – jeśli ktoś obudzi mnie o skandalicznie wczesnej porze i znajdę w lodówce drożdże – przygotowuję prawdziwe norweskie bułeczki cynamonowe. Oj, jeśli niebo ma jakiś zapach, to cała moja rodzina gotowa jest iść w zaparte, że jest to zapach cynamonu.

Reklama
Reklama

Powinnam teraz opisać wszystkie atrakcje niedzielne, które są całkiem powszechne wśród rodzin z dziećmi: pikniki, górskie wypady, nasze ukochane rowerowe wycieczki. Wszystko to rzeczywiście często dzieje się u nas w niedzielę, ale nie jest tak, że tzw. „atrakcja” stanowi dla nas cel sam w sobie. Klucz do boskiej niedzieli wcale nie leży w niezwykłych przedsięwzięciach, ani nawet w kultywowaniu naszych cynamonowych szaleństw. Boska niedziela to przede wszystkim rodzinna bliskość. Nie umiem tego lepiej napisać. Piękna niedziela może być cała spędzona w domu i polegać na układaniu z młodszymi dziećmi klockowego toru przeszkód dla chomika, albo na puszczaniu w kółko z dwuletnim synkiem kolejki szynowej. Boska niedziela może też polegać na ograniu przez najstarsze dzieci rodziców w planszówki, albo po prostu na obejrzeniu całą rodziną filmu na kanapie. Kluczem jest odłożenie na chwilę wszystkich ważnych spraw, łącznie z telefonem i laptopem, i zatrzymanie się. Po co? Po to, żeby na wzór Bożego, niedzielnego odpoczynku zachwycić się swoim dziełem! W naszej domowej niedzieli tak naprawdę chodzi o jedno – o stworzenie przestrzeni dla całej rodziny do zwykłego ucieszenia się sobą. Do takiej prostej frajdy z tego, że siebie mamy. Że wysiłek jaki wkładamy każdego dnia w pracę nad naszymi domowymi relacjami się opłaca. Że uwielbimy ze sobą po prostu być.

Kiedy tylko Wrocław nie potrzebuje naszej obecności w weekendy, ruszamy najczęściej do moich rodziców na wieś. Jakiś miesiąc temu siedziałyśmy z moją starszą siostrą na werandzie i patrzyłyśmy na naszą dziewiątkę pociech, które w tzw. „kościołowych ciuchach” usiłowały wyruszyć w wyprawę ku pobliskim żeremiom bobrów. Siedziałyśmy i śmiałyśmy się do rozpuku bo oto w zgrane szyki kuzynostwa wdarł się lekki chaos, kiedy przyszło im pokonywać niewielki rów. Niektórym wystarczył większy krok, inni potrzebowali solidnego rozbiegu, a sekcja przedszkolno-żłobkowa, w zależności od poziomu odwagi, wybierała wariant straceńczej szarży lub głośno lamentując domagała się przeniesienia przez najstarszych. Akurat kiedy ostatnia z pociech z pełnym impetem wpadła w środek rowu podeszła do nas nasza mama. Patrzyła chwilę razem z nami na całe towarzystwo, a potem powiedziała takie zdanie: „Wiecie, kiedy patrzę na to wszystko, mam ochotę śpiewać psalm 126: „Gdy Pan odmienił los Syjonu, wydawało się nam, że śnimy”. Boska niedziela, prawda?  

Reklama

A jeśli nie możemy jechać do Rodziców, niedziela jest naszym ulubionym dniem spotkań z przyjaciółmi. Uwielbiamy je organizować. Lubimy wspólnie z mężem planować menu, szykować muzykę, wspólnie z dziećmi nakrywać stół i czekać w oknie aż się wreszcie zjawi towarzystwo. A potem jest nam tak dobrze, że tylko zdrowy rozsądek każe nam przerywać spotkanie, bo w końcu „ktoś musi rano wstać do dzieci”. Niedziela jest chyba najlepszym dniem, żeby przypominać sobie, że Bóg powołał nas do relacji. Najpierw z Sobą Samym, a potem z innymi ludźmi. Z naszym współmałżonkiem, z dzieciakami, z naszymi rodzicami, rodzeństwem i przyjaciółmi. Szczęśliwy ten, kto postawił w życiu na relacje! Kto w nich dopatrzył się drogocennej perły wartej sprzedania wszystkiego innego. Momenty, w których czuję najmocniej, że Królestwo Boże jest już częścią mojego życia to są właśnie momenty pełne serdecznej bliskości, czułości i przyjaźni. 

Piękne to prawda? Nie byłabym sobą gdybym nie zamieściła teraz małego post scriptum. Taka boska niedziela czasem po prostu się nie udaje. Bardzo chcielibyśmy, żeby zawsze było tak pięknie, wyjątkowo i „cynamonowo”, ale życie w naszej siedmioosobowej rodzinie tworzy często tak wiele nieprzewidywalnych scenariuszy, że czasem – tak jak dzisiejszej niedzieli nie udało się praktycznie nic z naszych założeń. Począwszy od konieczności wykonania gigantycznego tekturowego misia do przedszkola (bo: „Zapomniałam”), przez odpytanie do sprawdzianu z historii (bo: „Mamo, mówiłam wczoraj, ale nie słyszałaś”), po karczemną małżeńską awanturę i – jakże by inaczej – kończenie tego tekstu.

Widać do niedzieli – jak do nieba – trzeba wciąż dorastać.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę