Media społecznościowe czy anty-społecznościowe? O budowaniu relacji w czasach social media

Mojemu pokoleniu pewnie się nie śniło, że kiedyś w kontakcie z drugim człowiekiem przestanie nas ograniczać odległość. Mam też poczucie, że w dzisiejszych czasach coraz trudniej o bliskość, a samotność staje się globalnym cierpieniem.

Małgorzata Rybak
Małgorzata
Rybak
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Media społecznościowe czy anty-społecznościowe? O budowaniu relacji w czasach social media
Mojemu pokoleniu pewnie się nie śniło, że kiedyś w kontakcie z drugim człowiekiem przestanie nas ograniczać odległość. Mam też poczucie, że w dzisiejszych czasach coraz trudniej o bliskość, a samotność staje się globalnym cierpieniem.

Jako nastolatka, w czasach tuż przed i tuż po upadku żelaznej kurtyny, miałam dwójkę znajomych z zagranicy. Dima mieszkał w Biełgorodzie i pisaliśmy do siebie po rosyjsku. Z Tiffany z Colorado korespondowałam przez dziesięć lat. Nie spotkałam się z nimi nigdy, ale z ową Amerykanką, podobnie jak z kilkuset innymi osobami z kraju i dalekich zakątków świata, teraz mam kontakt dzięki social media. Mimo to mam też poczucie, że w dzisiejszych czasach coraz trudniej o bliskość, a samotność staje się globalnym cierpieniem.

Nie chcę pisać, że „kiedyś było lepiej”. Idealizacje upraszczają świat, a każde czasy mają blaski i cienie. Połowa naszej klasy w podstawówce musiała korespondować z dziećmi z ZSRR, a podwórka z czasów PRL-u (dziś kontrastowane z wirtualną rzeczywistością) były świadkami i szczęśliwych historii, i traum. Przyjmuję z wdzięcznością dobrodziejstwa technologii – dostęp do wiedzy i informacji, wymianę doświadczeń, szybki kontakt. Możliwość rozprzestrzeniania dobrych treści i inspiracji. Łatwość organizowania zbiórek publicznych na ważne cele i pomagania innym.

 

Ukryte uwodzenie

Myślę, że social media robią nam dwie rzeczy na raz: łączą i oddalają. Sztaby ludzi wymyślają, jak sprawić, byśmy potrzebowali ich coraz bardziej. I niestety jest w tym coś z ukrytego uwodzenia, bo nie od razu orientujemy się, że czekoladowe pralinki ich obietnic mają gorzkie nadzienie. Albo że w pewnym momencie zaczną karmić nasz kluczowy ludzki głód – głód więzi – przy pomocy erzacu. Że to nie tabliczka dobrej mlecznej z orzechami, ale znany mojemu pokoleniu wyrób czekoladopodobny. Dało się go zjeść tylko dlatego, że nic innego nie było. I człowiek dobrze pamiętał, że czekolada smakuje inaczej.

Media społecznościowe dotykają w nas czegoś najbardziej fundamentalnego i wrażliwego, dlatego stają się dla wielu codziennym towarzyszem życia. Obiecują spełnić naturalną i ogromnie ważną potrzebę relacji, tworząc kanał kontaktu non-stop, bo przecież telefony często sypiają z nami lub na półce tuż obok. Kłopot polega na tym, że obiecują na wyrost. „Gdy ci smutno albo źle, wystarczy, że otworzysz Facebooka i zaraz będziesz blisko innych ludzi”. To nic, że kontakt jest pozorny, a przesuwające się obrazy działają jak znieczulenie – nie jak empatyczna obecność kogoś, kto cię wysłucha, przytuli albo opowie ci, co tam u niego. Nawet człowiek samotny w ciemnym pokoju czuje się częścią czegoś większego, gdy zobaczy zdjęcie znajomych na nartach, okładkę książki, którą ktoś przeczytał, albo słodkiego pieska w grupie miłośników zwierząt.

 

Schowani za lepszym profilem

Samopoczucie poprawia się chwilowo, także gdy ty coś pokażesz światu – i masz odzew. Przychodzą powiadomienia o reakcjach, które po erze „lajków” stają się coraz bardziej urozmaicone. Ktoś zareagował uśmiechem, ktoś inny dał serduszko albo wow. Dotyka to nas, bo potrzebujemy wiedzieć, że istnieją ludzie, dla których to, kim jesteśmy i co robimy, jest ważne. Za tym dobrym, ciepłym odczuciem, stoi jednak i drugie – co z tymi, którzy nie zareagowali? Jeśli na tysiąc moich znajomych dwójka reaguje, to co robi reszta? Choć i ta dwójka mogła okazać swoją aprobatę stojąc w kolejce w sklepie albo scrollując Facebooka w ubikacji, w której smartfony powoli zajmują miejsce gazet.

Dotykając potrzeby bliskości z innymi – media społecznościowe równocześnie odpowiadają na podstawowy lęk przed odsłonięciem się, ryzykiem zaufania komuś i wejściem w relację, która dzieje się naprawdę i nie możemy jej kontrolować. W mediach możemy odsłonić tylko kawałek siebie. Najlepszy, przemyślany, wyedytowany. Mimo że Facebook – to „książka twarzy”, możemy pokazać tylko lepszy profil. Ten słaby, niedowierzający, poraniony, niepewny – większość ukrywa z lęku przed odrzuceniem. I ukrywa słusznie, bo to, co kruche, nie powinno wpaść w ręce byle kogo. Schowani za lepszym profilem, zyskujemy powierzchowne kontakty, które nie są w stanie nas nasycić, ponieważ do życia potrzebujemy głębokich i silnych więzi. Potrzebujemy ludzi, którzy nas przyjmują i interesują się nami nie tylko w wolnych chwilach, gdy mają czas sięgnąć do newsów na swoich telefonach.

 

Odzyskać czas

Potrzebujemy spotkania, dotknięcia czyjejś dłoni, wypicia razem herbaty. Pojechania wspólnie na wycieczkę albo pójścia na koncert i podzielenia się wrażeniami. Potrzebujemy ubogacenia skarbami, jakie mają nam do ofiarowania inni, gdy dzielą się sobą. I potrzebujemy także pokazywać najgłębsze części siebie w bezpiecznym „tu i teraz”, nie w odmętach cyberprzestrzeni, gdzie nie wiadomo do końca, kto przeczyta i czy odpowie. Zbyt osobiste i delikatne nosimy w sobie rzeczywistości, by je wystawiać na pastwę anonimowych ocen.

Warto odzyskać czas, który przywłaszczają sobie od nas social media. Odzyskać go na wykonanie telefonu, rozmowę i spotkanie twarzą w twarz – zamiast anonimowej „księgi twarzy”. Dla nieocenionych chwil serdecznego kontaktu z samym sobą i drugim człowiekiem.

 


MODLĘ SIĘ ZA CIEBIE…

to akcja do w mediach społecznościowych

do której zaprasza Stacja7

Do akcji włączyły się znane pary i małżeństwa, aktywne w Social Media. 

Są z nami: Weronika i Jan Kostrzewa, Monika i Marcin Gomułkowie – Początek Wieczności, Karolina i Maciej Piechowie – Szczęśliwa Rodzina


 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7




 

 

Małgorzata Rybak

Małgorzata Rybak

Od 2002 żona Andrzeja, mama trójki dzieci. Anglistka, certyfikowany trener pracy z grupą. Autorka książek: "Raz się żyje. Przewodnik po work-life balance" oraz "Wygrane małżeństwo. Jak ochronić miłość?". Prowadzi warsztaty rozwojowe oraz własnego bloga na stronie malgorzata-rybak.pl.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Małgorzata Rybak
Małgorzata
Rybak
zobacz artykuly tego autora >

Wizyta inkasenta czy przegląd stada? Kolęda oczami kapłanów

Okazja do budowania relacji czy wzięcia koperty? Przykry obowiązek czy radość spotkania? Ewangelizacja czy wypełnienie kartoteki? Na te i inne pytania odpowiadają kapłani, podsumowując czas odwiedzin duszpasterskich.

Polub nas na Facebooku!

Wizyta inkasenta czy przegląd stada? Kolęda oczami kapłanów
Okazja do budowania relacji czy wzięcia koperty? Przykry obowiązek czy radość spotkania? Ewangelizacja czy wypełnienie kartoteki? Na te i inne pytania odpowiadają kapłani, podsumowując czas odwiedzin duszpasterskich.

Zmęczony kolędowymi wizytami kapłan w kolejnym odwiedzanym przez siebie mieszkaniu machinalnie zdjął z szyi stułę. Swoje roztargnienie dostrzegł po dłuższym czasie. Cóż było robić – ruszył z ponowną „kolędą”, tym razem pozdrowienie „Pokój temu domowi” zastępując pytaniem „przepraszam, czy nie zostawiłem u państwa stuły”? Zguba w końcu się znalazła i cała historia niewarta byłaby zapamiętania, gdyby nie wieści, które doszły do roztargnionego kapłana kilka dni później. Poinformowano go, że jeden z mieszkańców bloku z oburzeniem relacjonował ponowną wizytę księdza, który pytał, czy nie zostawił u niego… stówy. „Nie dość, że pieniądze od ludzi kasują, to jeszcze upilnować ich nie potrafią!” – miał grzmieć parafianin.

Trudno powiedzieć, czy opisane wydarzenie miało kiedyś miejsce, czy jest jedną z licznych legend miejskich. Jedno jest pewne – kolęda wzbudza wielkie emocje zarówno wśród wierzących, jak i – co ciekawe – osób deklarujących się jako niewierzące. A jak to wygląda z perspektywy odwiedzającego domy kapłana? Poprosiliśmy kilku z nich – młodych i doświadczonych stażem, pracujących w dużych miastach, miasteczkach i wsiach – o podzielenie się swoim doświadczeniem.

 

Przegląd stada

– Jeśli kapłan jest pasterzem a parafia owczarnią, to kolęda jest przeglądem stada – twierdzi ks. Sylwester. Od 18 lat jest proboszczem w sporej wiosce – jego stado liczy 3800 dusz. Po tylu latach zna dobrze wszystkich parafian, dlatego kolęda to dla niego odwiedziny u znajomych. Każdego roku przygotowuje temat wizyty – tym razem jest nim Duch Święty. W czasie spotkań mówi o charyzmatach, sakramentach, dzieli się działaniem Ducha w swoim życiu. – Kolęda to okazja do ewangelizacji – mówi ks. Sylwester. – Dużo mówię, ale i dużo słucham. A ludzie znają mnie od lat, dlatego bez obaw dzielą się swoimi kłopotami. Od razu odnosimy to do Pana Boga, modlimy się wstawienniczo – mam doświadczenie, że Jezus żyje i działa, więc każdy problem jest dla mnie okazją żeby i ludzie tego doświadczyli.

Aby lepiej poznać potrzeby parafian, ks. Sylwester opracował ankietę kolędową. Pyta, czy w osobistej modlitwie ogłosili już Jezusa swoim Panem i Zbawicielem, a także czy chcą pogłębić swoją wiarę przez udział w kursach lub rekolekcjach. Wypełnione ankiety zbierane są do skrzynek w kościele, oczywiście anonimowo. Dzięki temu proboszcz może lepiej zaplanować kolejny rok pracy.

 

Kościół – tak. Pan Bóg – niekoniecznie

W zupełnie innej sytuacji są wikarzy, którzy co kilka lat zmieniają parafie. Rzadko się zdarza, żeby dwa razy trafili do tego samego mieszkania. – Ale to nawet lepiej: wchodzę do nowej rodziny, mogę nawiązać zupełnie nowe relacje. Bardzo lubię spotkania z ludźmi, a kolęda to szansa, żeby poznać parafian – mówi ks. Robert, pracujący w kilkunastotysięcznej parafii w mieście wojewódzkim.

Niezależnie od miejsca swojej posługi, wszyscy kapłani podkreślają, że najważniejszym celem kolędy jest wspólna modlitwa. Niektórzy pytają domowników o intencje – najczęściej pojawia się prośba o zdrowie, choć zdarza się, że odważniejsze młode dziewczyny modlą się o dobrego męża. Czasami intencja modlitwy wypłynie naturalnie w czasie rozmowy: ktoś powie o braku pracy, inny o bezskutecznym oczekiwaniu na potomstwo. Bywa, że wizyta księdza jest jedynym momentem, kiedy do modlitwy klęka cała rodzina. Ważne jest także błogosławieństwo domu, choć tu zdarzają się zabawne sytuacje. – Korzystam z małego, metalowego kropidła. Kiedyś po pokropieniu mieszkania kilkuletnia dziewczynka powiedziała do mnie: myślałam, że ksiądz mnie tą pałką uderzy – śmieje się ks. Robert.

Po modlitwie przychodzi chwila na rozmowę. O czym? – Na kolędzie trudno porozmawiać o Panu Bogu – zaskakuje odpowiedzią ks. Bartosz, od kilku lat posługujący w wielkomiejskich parafiach. – Ludzie nie doświadczają głodu Boga, dla wielu religia to już tylko tradycja czy przejaw kultury. Jeśli zapytałbym o modlitwę, osobistą relację z Jezusem czy lekturę Pisma Świętego, to w  80% przypadków zapadłaby cisza a na twarzach zobaczyłbym panikę – stwierdza. Wtórują mu pozostali kapłani. – Ludzie nie są przyzwyczajeni do mówienia o relacji z Bogiem. Kiedyś podczas kolędy pytałem, czy zmieniliby coś w parafii – zwykle odpowiadali, że nic. A potem pytałem o wiarę, czy mają jakiś problem, pytanie. Najczęściej słyszałem odpowiedź: my wiary nie zmienimy, nam jest dobrze… – opowiada ks. Robert. Łatwiej mówić o Panu Bogu, kiedy w rodzinie pojawia się konkretny problem – można wtedy pokazać, że to On jest źródłem ratunku w trudnych sytuacjach. Ale do tego potrzeba otwartości ze strony gospodarzy, a ci często nie chcą dzielić się osobistymi sprawami. Dlatego rozmawiają o sprawach parafii czy o tym, co dzieje się na osiedlu. Bywa, że księża trafiają do domu, gdzie zazwyczaj kolędy się nie przyjmuje, ale akurat jedno z dzieci przygotowuje się do komunii czy bierzmowania, więc rodzice decydują się otworzyć drzwi kapłanowi. Tam rozmowa zwykle w ogóle się nie klei – wizyta księdza traktowana jest jak kolejna formalność konieczna do „zaliczenia”, a jemu samemu przypisywana jest rola funkcjonariusza, strażnika moralności czy inkasenta. – Mam wtedy wrażenie, że trafiam na beton, jakbym rzucał grochem w ścianę – żali się ks. Andrzej, od września posługujący w nowej parafii.

 

Nie jestem zbawicielem

Czasami domownicy wykorzystują okazję, aby wylać na kapłana wszystkie swoje żale. – Zdarza się, że ktoś atakuje mnie o inkwizycję albo zmiany w posoborowej liturgii – opowiada ks. Robert. Inny z kapłanów wspomina jedną z pierwszych tegorocznych kolęd, na których pani z wielkim oburzeniem stwierdziła, że bardzo dotknęło ją kazanie wygłoszone… na Matki Bożej Gromnicznej. Prawie rok temu! – Ja nawet nie wiem, kto to kazanie głosił, zupełnie nie mam jak się do tego odnieść. A pani przez rok pielęgnowała w sobie urazę, żeby wyrzucić ją z siebie właśnie podczas kolędy. Atmosfera oczywiście zupełnie siadła, trudno było podjąć inny wątek – opowiada.

 

Coraz częściej zdarza się, że przyjmujący kolędę ludzie żyją w związkach niesakramentalnych. Jak reagują kapłani? – Przede wszystkim nie ma co pouczać, naciskać – twierdzą zgodnie księża. – W kilka minut nie zbawimy świata, ale możemy zostawić pozytywny obraz księdza czy kościoła – tłumaczy ks. Mateusz. Nie znaczy to, że duchowni nie poruszają tego tematu. Starają się to jednak robić tak, aby otworzyć przestrzeń dialogu. Czasami zdarza się, że kilka miesięcy później kapłan spisując protokół przedślubny pyta mieszkających ze sobą od dawna narzeczonych, co skłoniło ich do zawarcia sakramentu, na co słyszy odpowiedź: ksiądz już pewnie nie pamięta, ale był ksiądz u nas na kolędzie…

– Kiedyś w ostatnim mieszkaniu trafiłem na taką parę. Wiedziałem, że mam czas, że nikt już na mnie nie czeka, więc pociągnąłem wątek – opowiada ks. Mateusz. – Powiedziałem wprost: nie będę na was krzyczał, ale powiedzcie, jak to z wami jest. Wywiązała się długa rozmowa, na koniec zostawiłem swój numer telefonu. Po jakimś czasie zadzwonili, spotkaliśmy się znowu. Okazało się, że pan ma mocne podstawy do stwierdzenia nieważności pierwszego małżeństwa. Nie wiem, jak się to skończy, ale może uda się im pomóc. Takie sytuacje dodają sił.

 

Żeby nie zasnąć…

Pobudka o 6:00, bo pół godziny później trzeba już być w konfesjonale. Potem msza, szybkie śniadanie i biegiem do szkoły. Dobrze, jeśli po niej uda się zjeść jakiś obiad, ale jeśli lekcje kończą się później, nie ma na to szans – prosto po zajęciach trzeba łapać kartoteki i biec na trasę. Powrót po czterech, czasem pięciu godzinach, a na probostwie już czeka oaza czy Legion Maryi – ich spotkania odbywają się przecież cały rok. W tak zwanym międzyczasie trzeba wcisnąć przygotowanie kazania, sprawdzenie kartkówek czy nawet osobistą modlitwę. Zmęczenie jest ogromne.

– Co jest dla mnie najtrudniejsze w kolędzie? Żeby nie zasnąć – uśmiecha się ks. Robert. W trzydziestym odwiedzanym domu oczy zamykają się same. Dlatego kiedy przypada im trasa, na której tradycyjnie jest dużo odwiedzin, ruszają z mniejszym entuzjazmem. Szczególnie, że mieszkańcy ostatnich domów często witają ich z pretensją, że późno przyszli… – Kiedy w dzieciństwie chodziłem na kolędę jako ministrant, standardem było kończenie w okolicach 22.00. Teraz kiedy przychodzimy o 20.00, ludzie są zdenerwowani – zauważa ks. Robert. – Dlatego zawsze trzeba wejść z dobrym słowem. Wchodząc do ostatniego domku na ulicy zamiast powiedzieć „pokój temu domowi” zaczynam od słów: Dzisiaj od was zaczynamy! Wybuchł śmiech, napięcie zeszło, choć pora była już późna – uśmiecha się kapłan.

Długie trasy oznaczają, że każdej rodzinie ksiądz może poświęcić zaledwie kilka minut. Pośpiech bywa frustrujący. – Przychodzę do domu, w którym kobieta niedawno straciła męża, jest w głębokiej żałobie. Chciałbym jej poświęcić więcej czasu, spokojnie porozmawiać, ale nie mogę, bo przede mną jeszcze 15–20 domów. Włącza się wtedy znieczulica… – przyznaje ks. Bartosz. Trudna bywa też konieczność szybkiej zmiany nastroju – w jednym domu pogrążona w żałobie rodzina, pięć minut później rodzice cieszący się z narodzin kolejnego dziecka. Góra – dół. I tak nawet trzydzieści razy w ciągu dnia.

Być może rozwiązaniem byłoby oddzielenie wizyty duszpasterskiej od okresu świątecznego i rozciągnięcie jej na cały rok. Wtedy kapłan miałby możliwość spędzić z każdą rodziną więcej czasu, porozmawiać spokojniej. Czy jednak byłoby to dobrze przyjęte przez wiernych? Kapłani są zgodni: zdecydowanie nie. Większości ludzi odpowiada krótka wizyta. Podejrzewają, że gdyby kapłan miał spędzać w każdym domu choćby pół godziny, liczba przyjmujących ich wiernych jeszcze by spadła, przepadła by więc szansa spotkania z tymi, którzy i tak rzadko odwiedzają parafialny kościół. Zaciskają więc zęby i ruszają do kolejnych rodzin. Pół biedy, jeśli odwiedzają mieszkańców bloków. Dużo gorzej jest na wsiach czy osiedlach domków, gdzie trzeba pokonać często znaczne dystanse. Ciepło – zimno – ciepło – zimno… Często po pierwszym tygodniu kolędy najlepszym przyjacielem księdza staje się aspiryna…

 

Kasa czy klasa?

Pozostaje jeszcze kwestia osławionej koperty. Zdaniem kapłanów, problem jest rozdmuchany. –Ktoś chce, to daje. Nie chce – nie daje. Ja tego nigdzie nie odnotowuję – mówi ks. Mateusz, zaznaczając, że zdaje sobie sprawę z istnienia księży domagających się ofiary wymownym spojrzeniem czy konkretnym słowem. Dla moich rozmówców jest to jednak sprawa drugoplanowa. Bywa, że widząc trudną sytuację materialną, odmawiają przyjęcia ofiary. Ale i tu trzeba być ostrożnym, bo zdarzało się, że spotykali się wtedy z oburzeniem – to już nawet ksiądz gardzi naszymi pieniędzmi?

Choć kosztuje dużo wysiłku i czasem przypomina orkę na ugorze, kolęda jest dla kapłanów wartościowym doświadczeniem i nie chcieliby z niej rezygnować. Spośród wielu spotkań zapamiętują nieliczne – te najtrudniejsze, najciekawsze, ale i… najzabawniejsze. – Chodziłem po jakimś bloku, to była niedziela – opowiada ks. Andrzej. – Zakończyłem wizytę u starszego pana, który już na klatce schodowej zapytał, czy popełni grzech, przynosząc dziś węgiel do ogrzania mieszkania. Odpowiedziałem, że oczywiście może go przynieść, ale zaskoczyło mnie, że nadal pali węglem w mieszkaniu. A że jestem dość ekspresyjny, zawołałem – panie, ale wy tu jesteście sto lat za murzynami! Jakież było moje zdziwienie, kiedy odwróciłem się, a za sobą w otwartych drzwiach zobaczyłem czekającą na mnie… ciemnoskórą rodzinę. Na szczęście potraktowali sprawę z dużym humorem. Ale ja byłem tak speszony, że to była chyba najkrótsza kolęda w moim życiu! – śmieje się kapłan.


 

Tekst napisany przez studentów Akademii Dziennikarstwa.

 

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7