video-jav.net

5 rzeczy, których uczy urlop

Urlop to czas, kiedy funkcjonujemy zupełnie inaczej. Wyrwani z codziennego kieratu mamy szansę podnieść głowę, popatrzeć wyżej, rozejrzeć się dokoła i nauczyć się nowych rzeczy. Zatem czego uczy nas urlop?

Dorota Smoleń
Dorota
Smoleń
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

1. Nie jestem niezastąpiony

Jestem na urlopie, a świat nie zachwiał się w posadach. Ba! Firma, w której pracuję, dalej istnieje, nie zapanował w niej chaos, nie zbankrutowała. Nikt nie dzwoni z płaczem, że beze mnie wszystko się wali i pali i nie błaga, by wracać jak najprędzej. Skoro nie jestem taki niezbędny, to może nie powinienem stawiać pracy w centrum życia i oddawać je wszystkich myśli i sił?

 

2. Istnieje życie poza pracą

Kiedy już minie pierwszy szok („naprawdę nie zbankrutowali!”), ze zdumieniem odkrywasz istnienie innego świata. Takiego, w którym czas płynie innym rytmem niż od zadania do zadania, w którym budzik nie podrywa do pionu, nie przychodzą kolejne pilne maile, nie dzwonią telefony. Czas na spokojne wypicie kawy, na delektowanie się śniadaniem, na hobby, na bycie tu i teraz, z sobą samym i z bliskimi.

 

3. Bliscy są bliżsi

W codziennym zabieganiu mijamy się, wymieniając najpilniejsze uwagi. Szkoła, praca, basen, siłownia – wszystko na czas, z zegarkiem w ręku. Nieustanne napięcie powoduje irytację, sprzeczki, kłótnie. Urlop zabiera wszystkie te powszednie upierdliwości i (jak już oczywiście odparujemy), mamy możliwość spojrzeć na siebie w całkiem innym świetle. W świetle południa, a nie bladego świtu i ciemnego wieczoru. Twarze bliskich nabierają zupełnie innych kolorów, napięte mięśnie rozluźniają się, usta częściej układają się do uśmiechu.

 

 

4. Nie potrzebujesz wielu przedmiotów

Otoczeni na co dzień rzeczami z kategorii „must have” kupujemy kolejne, jeszcze bardziej konieczne, niezbędne i niezastąpione, co nam konsekwentnie wbija do głowy świat. Kiedy wyjeżdżamy na tydzień lub dwa i musimy spakować się do jednej walizki, do jednego plecaka, odkrywamy nowy wymiar niezbędności. Szczoteczka do zębów, podstawowe kosmetyki, trochę ubrań, jedna książka… Po powrocie nieco krytyczniej patrzymy na półki pełne wszystkiego, co zgromadziliśmy przez lata i wciąż gromadzimy, ogłuszeni okrzykami KUP TO! KUP TERAZ! MUSISZ TO MIEĆ! Czy naprawdę muszę?

 

5. Świat jest piękny

Gnając z domu do pracy, ze spotkania na spotkanie, z pracy do domu nie mamy czasu, by rozglądać się dokoła. A na urlopie mamy czas na podziwianie koloru zachodu słońca, na analizowanie kształtu przepływających nad głową chmur, na zachwycanie się wszelkimi odcieniami zieloności. Ze zdumieniem odkrywamy, że świat jest naprawdę piękny, wielki, wspaniały, a my mamy szczęście w nim żyć.

A Ciebie czego nauczył tegoroczny urlop?

 

Dorota Smoleń

Dorota Smoleń

Dziennikarka, redaktorka, blogerka, żona, matka trzech chłopców. Autorka książek „Mamo dasz radę!”, „Sześciolatki w szkole” i "Jaś Pierwszoklasista i Połykacz Liter", koordynatorka akcji charytatywnej „Macierzyństwo bez lukru”.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dorota Smoleń
Dorota
Smoleń
zobacz artykuly tego autora >

Dorosłe dzieci swoich rodziców

Główną trudnością w relacjach dorosłych dzieci z ich rodzicami jest, mam wrażenie, opóźniona reakcja na zmiany w sytuacji życiowej, stopniu samodzielności i doświadczeniu.

Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Mój mąż zawsze powtarza, że ma idealną teściową. „Święta kobieta, mówię wam!”. Słuchacze uśmiechają się uprzejmie albo unoszą brwi z niedowierzaniem, a wtedy ja wyjaśniam uprzejmie, że moja mama umarła kilkanaście lat temu i nigdy się z Meterem nie poznali. Taki dość hermetyczny żart, ale ma też drugą warstwę: mama jest obecna w naszej rodzinie, opowiadam o niej, powtarzam jej powiedzenia i często łapię się na myśli, jak by zareagowała w takiej czy innej sytuacji. Jest mi nadal wzorem, drogowskazem i latarnią morską. Jedyną wadą naszej relacji jest brak możliwości przytulenia.

 

Z żywymi już nie zawsze idzie tak łatwo.

Główną trudnością w relacjach dorosłych dzieci z ich rodzicami jest, mam wrażenie, opóźniona reakcja na zmiany w sytuacji życiowej, stopniu samodzielności i doświadczeniu. Większość rodziców traktuje i postrzega swoje potomstwo jakby było o dekadę młodsze. Człowiek po studiach jest w ich oczach nadal nastolatkiem, a czterdziestolatek młodym, ledwie dojrzałym idealistą. Poza tym naprawdę trudno być prorokiem we własnym kraju i żądać równego traktowania od ludzi, którzy pamiętają nasze incydenty przy odpieluchowaniu i wagary w piątej klasie. Im jednak jestem starsza, tym mniej mi to przeszkadza, wręcz staram się wyciągać z taty anegdoty o moim dzieciństwie. Jest to jakoś krzepiące, ta odległa już przeszłość, czasami powtarzająca się w zachowaniach i przygodach moich własnych dzieci. W ogóle przyłożenie szerszego kontekstu i wyższej perspektywy bardzo pomaga na zwiększenie tolerancji dla różnych irytujących zachowań. Szczególnie przydaje mi się ta sztuczka z szerszą perspektywą, kiedy przychodzi do jakiejś utarczki z teściami – ale o teściach będzie innym razem.

Wracając do rodziców: dopóki ich uwagi i czyny nie są wprost szkodliwe i niszczące – szczególnie dla Twojej własnej rodziny – naprawdę nie warto się pyszczyć i udowadniać swojej dorosłości na każdym kroku. Czwarte przykazanie, poza wymiarem nadprzyrodzonym, ma też znaczenie zupełnie doczesne: szacunek i wdzięczność wobec rodziców pomaga w złapaniu ogólnej życiowej równowagi. W ogromnej większości nasze matki i ojcowie starali się jak mogli i w swoim pojęciu zrobili wszystko dla naszego dobra. Analizowanie ich błędów, niedociągnięć, przeoczeń i uchybień ma sens tylko po to, żeby zrozumieć źródło niektórych własnych kłopotów. Ale potem się wybacza i pracuje nad sobą na własny rachunek, a wobec rodziców pielęgnuje się bardziej wdzięczność niż urazy.

 

Wiem, co mówię. To nie jest tylko teoria.

Zupełnie nie oznacza to obowiązku odbywania codziennych telefonów i coniedzielnych obiadów i konsultowania koloru ścian w salonie. Ani mieszkania naprzeciwko, albo przynajmniej w tym samym mieście. Jesteśmy dorośli, mamy prawo robić po swojemu. Ale też myślę sobie, że w końcu już wszyscy na świecie będą nas traktować poważnie, będą od nas wymagać jak od dojrzałych ludzi, będą oczekiwać profesjonalizmu, odpowiedzialności, podatków i kieszonkowego.

I wielką ulgą jest wtedy usiąść przy tacie i mamie, którzy dadzą herbatę i powspominają, jak zwiałeś z przedszkola albo nie umiałeś powiedzieć „akumulator”. I przytulą, a tego – wierzcie mi – paskudnie potem brakuje. Dlatego tulę się do taty ile wlezie, póki go tu mam.

Marcelina Metera

Marcelina Metera

Żona, matka pięciorga, po godzinach tłumaczka i redaktorka. Nieuleczalna entuzjastka pracy społecznej, dużo gada i szybko czyta

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >