video-jav.net

Krasnobród. Ukryta w lesie

Mały odpustowy obrazek, 9 na 14 centymetrów, nieporadny, drukowany metodą metalorytniczą, ktoś upuścił na ziemię. Niby zwykła rzecz. Jedna rzecz była niezwykła, bo obrazek choć leżał w błocie nie był pomięty, co więcej był idealnie czysty, jak nowy

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

„W pośrodku lasu mieszkasz

Tu rzeka łaski płynie

Nieznana niegdyś w lesie

Tu obraz Twój słynie”.

Czterowiersz, wyryty w barokowym medalionie w sanktuarium Matki Bożej w Krasnobrodzie. Krótkie, precyzyjne, pozbawione zbędnego krasomówstwa dzieje tego miejsca. Lasu już dawno tu nie ma, ale nietrudno go sobie wyobrazić, rozglądając się po okolicy. A ta okolica to Roztocze, jedna z najpiękniejszych polskich krain, a Krasnobród nie dość, że w lasy obfituje, ma też zalew nad rzeką Wieprz, z plażami, więc czegóż chcieć więcej. Dobrze tu być. Nie tylko z pobożności, ale i dla piękności.

 

W czasach, gdy wszędzie były tu lasy, w roku 1640, Matka Boża uzdrowiła opętanego Jakuba Ruszczyka i poleciła mu, aby w tym miejscu szerzyła się chwała Jej Syna. Jakub podzielił się swoim przeżyciem, ludzie mu uwierzyli, zresztą widzieli, że stał się nowym człowiekiem, zaczęli przychodzić w miejsce uzdrowienia, może postawili krzyż, może małą kaplicę. Osiem lat później miejsce modlitw zostało spustoszone przez wojska Chmielnickiego.

Wojsko, jak to wojsko, poniszczyło i odeszło, ludzie wrócili i oto w błocie i wśród zniszczeń znaleźli mały obrazek, 9 na 14 centymetrów, nieporadny, drukowany metodą metalorytniczą, pewnie z tych, które pobożny lud kupował na jarmarkach i odpustach, by mieć w domu podobiznę Mateńki. Maryja stoi na tle różanego ogrodu, ubrana w ciemną suknię, z koroną na głowie, ze złożonymi rękoma i adoruje nagie Dzieciątko, leżące na białej płachcie.

 

Zgubiony obrazek to wydarzenie w sumie zwyczajne, przed najazdem Chmielnickiego przybywały tu tłumy, ludzie modlili się, ktoś upuścił na ziemię odpustowy obrazek. Jedna rzecz była jednak niezwykła: choć leżał w błocie nie był pomięty, a ponadto był idealnie czysty, jak nowy. Lud wierny uznał to za rzecz cudowną i modlił się nadal, tyle że już przed maleńkim obrazkiem.

 

Sława miejsca wzrastała, przybyła tu także Maria d’Arquien, późniejsza królowa Marysieńka Sobieska, która była tak chora, że ją przywieziono i tu odzyskała zdrowie. Sobiescy związani są z tym obszarem, ale przede wszystkim Zamoyscy, którzy mieli tu olbrzymie dobra. Pierwszym mężem Marysieńki był Jan Sobiepan Zamoyski, właściciel niedalekiego Zamościa. Gdy owdowiała w letniej rezydencji rodu, Zwierzyńcu, składał jej wizyty Jan Sobieski, co, jak wiemy, zakończyło się małżeństwem.

Można pani nie mogła nie podziękować za uzdrowienie i podziękowała w wielkim stylu, po sarmacku, z gestem, tak jak królowie i magnaci w tamtych czasach. Wybudowała piękny kościół pod wezwaniem Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w stylu obficie barokowym, z ołtarzami, figurami świętych dominikańskich (przy klasztorze powstał klasztor Zakonu Kaznodziejskiego), w złocie i błękicie, a w centrum Ona – maleńka, nieporadną ręką przedstawiona. Tablica wotywna potwierdza i informuje, kto ufundował piękną świątynię – ubogi obrazek Matki Bożej uzyskał wspaniały dach nad głową.

 

Lata i wieki mijały, po Powstaniu Styczniowym ojcowie dominikanie zostali wyrzuceni z klasztoru, ale lud niezmiennie przybywał prosić maleńką Panią o ratunek w troskach i smutkach. A gdy ktoś tu już dotarł, modlił się też w kaplicy św. Rocha, ufundowanej także przez Marysieńkę Sobieską, które to votum miało powstrzymać szalejącą zarazę. Chodził po licznych drewnianych schodach do kaplicy i wiele próśb zostało wysłuchanych.

Już po II wojnie światowej do ołtarza głównego wstawiono dużą kopię obrazka, by przybliżyć go pielgrzymom. Cuda zdarzają się tu nadal i te najbardziej spektakularne to uzdrowienia, ale w miarę przemijania postaci tego świata, dokonała się „specjalizacja”. Są to często uzdrowienia duchowe, uwolnienia, bo przecież ten pierwszy, założycielski cud też był uzdrowieniem chorego umysłowo młodego człowieka. Opowiadają o tym autorzy filmu dokumentalnego, poświęconego sanktuarium, jak to przybyła grupa dziewcząt, a wśród nich takie, które zaciekle atakowały Kościół i wiarę. Gdy stanęły przed cudownym obrazem, wszystko się odmieniło i jedna po drugiej zaczęły mówić: Widzę, widzę… Kogo widziały? Pan Bóg przez Matkę w ułamku sekundy dał im odczuć swoją obecność, więc wróciły szczęśliwe do domu.

A ten obrazek… Kiedyś oglądałam album, poświęcony sanktuariom maryjnym Europy ze zdjęciami cudownych figur i obrazów Matki Bożej. Jedna rzecz zwraca uwagę – często Maryja wybiera dzieła więcej niż poślednie, które czczone są jako cudowne. Kafle, kupione na jarmarku, odpustowe obrazki, wizerunki, wykonane zapewne przez prowincjonalnych, pożal się Boże, malarzy, rzeźbiarzy, drzeworytników. Świadczące o braku talentu albo warsztatu, żaden Rafael czy Leonardo, którzy zadziwiają swoimi arcydziełami.

A jednak Matka Boże wybrała je i pokazała, mówiąc: Ten. Przez ten obraz będą płynąć łaski. I może chce przez to chce nam powiedzieć, że jako ludzie nie musimy być super, genialni, przepiękni, z najwyższej półki wirtuozów. Możemy być nieporadni i nieidealni. Ważne, byśmy byli mali, w lasach codzienności ukryci, a wszystko się ułoży, łaski popłyną jak szeroka rzeka, tak jak popłynęły kiedyś, dawno temu w Krasnobrodzie dzięki maleńkiemu, nieporadną ręką wykonanemu obrazkowi Maryi.

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Kodeń. Królowa i Matka Podlasia

Historia Matki Bożej Kodeńskiej zaczyna się od złodziejstwa. Jest to prawdziwa opowieść o upadku i naprawie win, arcysarmacka, barwna, stapiająca w jedno magnacką butę z chrześcijańską pokorą.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Każde sanktuarium szczyci się piękną opowieścią o swoich początkach. Kronikarze pieczołowicie odnotowują historie pobożnych ludzi, którzy spotkali Maryję, aniołów lub świętych. Rolnik orze pole i natrafia na maleńką figurkę Matki Bożej, nurty rzeki wyrzucają na brzeg Jej niewielki obrazek lub statuetkę Dzieciątka Jezus. Pobożni ludzie gorliwie wykonują polecenia, dane z nieba, później przychodzą wierni na modlitwę, powstaje kaplica, drewniany kościół, murowane sanktuarium… Tłumy, odpusty, bazyliki, złocenia.

Początek Kodnia, sanktuarium, w którym znajduje się Matka Boża Królowa i Matka Podlasia, jest inny, bo zaczyna się, nie bójmy się tego słowa, od złodziejstwa. Co prawda nie pospolitego, a motywowanego wielkim pragnieniem otrzymania na własność łaskami słynącego obrazu Madonny, ale jednak złodziejstwa.

 

Rzecz miała wyglądać następująco. Czwarty właściciel Kodnia nad Bugiem, książę Mikołaj Sapieha, zwany Pobożnym, wielki magnat, wojewoda brzesko-litewski i miński, chorąży litewski, ciężko zachorował i aby odzyskać zdrowie, udał się z pielgrzymką do Rzymu, a był rok Pański 1631. W Wiecznym Mieście, w czasie Mszy św., na którą zaprosił go papież Urban VIII, zdrowie odzyskał i uznał, że zawdzięcza to cudownemu obrazowi Matki Bożej, zwanej Gregoriańską, który był w papieskiej kaplicy. Magnat z dalekiego kraju błagał więc Ojca Świętego o podarowanie obrazu, a gdy ten stanowczo odmówił, przekupił ogromną sumą zakrystiana, skradł malowidło i czmychnął z nim do kraju, sprytnie gubiąc papieski pościg.

Kara za ten czyn była surowa – ekskomunika, zakaz wchodzenia do kościoła, przystępowania do sakramentów, pochówku w poświęconej ziemi. Skradziony obraz umieścił Sapieha w budowanej przez siebie w Kodniu świątyni, hojnie ją przyozdabiając, nie szczędząc złoceń, bocznych ołtarzy wokół centralnego wizerunku i ornamentów. Po kilku latach pobożny złodziej udał się do Rzymu, uzyskał przebaczenie, odbył pokutę, wrócił na łono Kościoła. A co najważniejsze – papież pogodził się ze stratą i obraz pozostał na miejscu. Mamy więc opowieść o upadku i naprawie win, arcysarmacką, barwną, stapiającą w jedno magnacką butę z chrześcijańską pokorą.

 

Tę barwną i frapującą opowieść opisał sto lat później prawnuk Mikołaja i od tego czasu zachwyca nie tylko licznych pielgrzymów, którzy przybywają do sanktuarium nad Bugiem, ale także urzekła pisarkę Zofię Kossak Szczucką, która napisała na jej kanwie powieść „Błogosławiona wina”. Inaczej zareagowali historycy, którzy uznali ją za piękne zmyślenie, bo nie ma w archiwach żadnych wzmianek o zniknięciu i wywiezieniu obrazu z Rzymu, a taki skandal musiałby się odbić szerokim echem i pozostawić po sobie liczne świadectwa. Tak więc nie wiemy, jak było naprawdę i jak wizerunek Maryi, wyprostowanej, stojącej jakby na baczność w sztywnych, ozdobnych szatach, znalazł się w Polsce.

Obraz nazywany jest Matką Boską Gregoriańską lub z Guadalupe, bo według tradycji miał być wzorowany na figurze Matki Pana, wyrzeźbionej przez samego św. Łukasza. Rzeźba trafiła do Konstantynopola, a przywieziona przez papieża Grzegorza Wielkiego do Rzymu, była jego własnością. Potem statua Matki Bożej powędrowała jeszcze dalej na Zachód, do Guadalupe w Hiszpanii, bo papież Grzegorz zdecydował się z nią rozstać, a obraz miał być po niej pamiątką, którą na pocieszenie wymalowano dla wspaniałomyślnego darczyńcy.

Niezależnie od tego, jak do Polski dotarła, niepodważalne fakty są takie, że po przybyciu do Kodnia Maryja sypnęła na lud Boży licznymi cudami, zwłaszcza uzdrowieniami, dała wyraźny znak, że to nowe miejsce bardzo Jej odpowiada. Może dobrze Jej było bliżej chrześcijan wschodniego Kościoła, bo do sanktuarium zaczęli przybywać nie tylko katolicy obu obrządków, ale też prawosławni.

A jeśli historia z kradzieżą była prawdziwa, niewykluczone, że Ojciec Święty te znaki aprobaty właściwie odczytał, przebaczył, cofnął ekskomunikę i puścił w zapomnienie samowolę polskiego magnata.

 

W nowym miejscu cudowny obraz nie zaznał idealnego spokoju, bo Kodeń za karę włączenia się w Powstanie Styczniowe został przez cara ukarany odebraniem praw miejskich, a przebogatą barokową świątynię zamieniono w cerkiew, zaś obraz Matki Bożej zesłano na Jasną Górę, skąd w 1927 tryumfalnie wróciła po dziesięcioleciach wygnania.

Pół wieku po powrocie do podlaskiego sanktuarium przybył kard. Karol Wojtyła, który przypomniał historię jego powstania, odkrywając przed pielgrzymami duchową podszewkę wydarzeń.

Owszem, dziedzic Kodnia, zwany jak na ironię Pobożnym, dopuścił się bardzo niepobożnego czynu, bo zabrał obraz z kaplicy papieża Urbana VIII, można powiedzieć, że ukradł. Ale – mówił późniejszy papież Jan Paweł II – była to wina błogosławiona, bo ten obraz, zanim został zabrany, został w jakiś sposób darowany magnatowi, choć nie przez papieża, a samą Bogurodzicę.

„Mikołaj Sapieha czuł ten szczególny duchowy proces, któremu koniecznie potrzebna była Matka – obecność matki, Matki, która jednoczy: Matki, która zna wszystkie swoje dzieci, bez względu na to czy mówią po polsku, czy mówią po rusku, czy mówią po litewsku. Zna je jako dzieci i jest im wspólną, jedną Matką. I oni przy Niej, przez Nią, stają się także jednym Kościołem, jedną owczarnią”.

I choć początki powstania obrazu sięgają zachodnich krańców Europy – wyjaśniał kard. Wojtyła – „jest w nim coś, co przemawia do ludzi tej ziemi, co mogło łączyć i faktycznie łączyło wszystkie dzieci Boże: te mówiące po polsku, te mówiące po rusku i te mówiące po litewsku – w jednym Kościele, w jednej owczarni”.

 

Niewiele lat później rozpoczęły się tu Kodeńskie Dni Ekumeniczne, na które przyjeżdżają katolicy i chrześcijanie z wielu wspólnot i to jest kolejny niepowtarzalny rys tego miejsca. Wybrała je przecież Matka, Która jednoczy.

Kodeń, jego położenie i okolice zachwycają. Sanktuarium urzeka, bo powstało z tęsknoty, a jego prawdziwy blask dostrzegł i odsłonił późniejszy papież Jan Paweł II, który zapewniał, że Bóg wynagradza prawdziwy głód, choć głodni nieraz podążają do Niego krętymi ścieżkami.

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >