Fot. Archiwum siostry Ewy

Wykrzyczeć Ewangelię życiem – niezwykła historia małej siostry Ewy

Przyszła na świat w dramatycznych okolicznościach - o jej życie zawalczył sam Bóg! Dziś jest siostrą w zgromadzeniu Małych Sióstr Jezusa. O dramatycznych początkach życia i dzielnej szarytce, nadzwyczajnej łasce powołania, rozstaniu z siostrą bliźniaczką i okopywaniu truskawek, z Małą siostrą Jezusa Ewą rozmawia Anna Hazuka.

Reklama

Anna Hazuka: Wymarzyła mi się nasza rozmowa z okazji Światowego Dnia Życia Konsekrowanego, bo tak się przedziwnie złożyło, że Siostrę od samego początku otaczały anioły w postaci osób konsekrowanych. A wszystko zaczęło się już w dniu narodzin…

MsJ Ewa: Całą historię mojego przyjścia na świat poznałam stosunkowo niedawno – w 2012 roku. Wcześniej znałam tylko przekaz mojej mamy, która powtarzała mi, że zawdzięczam życie siostrze szarytce, która była obecna przy bliźniaczym porodzie naszej mamy (wraz ze mną urodziła się też moja siostra bliźniaczka – Mariola). Po latach, w dość zaskakujących okolicznościach, dotarły do mnie szczegóły tamtego wydarzenia.

W 2012 r. uczestniczyłam w Krakowie w spotkaniu historyczek i archiwistek zgromadzeń zakonnych. Usłyszałam tam referat siostry nazaretanki, która wspominała, że jej zgromadzenie przed wojną miało szpital w Wadowicach, a na nim oddział ginekologiczno-położniczy. Na tę informację zareagowała siostra szarytka, siedząca dokładnie naprzeciwko mnie, mówiąc że przez wiele lat istniał taki szpital w Bielsku-Białej i że siostry z jej zgromadzenia pracowały tam do 1957 roku. I wtedy zapaliła mi się w głowie czerwona lampka, bo nagle zdałam sobie sprawę, że przecież ja się urodziłam właśnie w tym szpitalu w 1956 roku i być może siedząca naprzeciwko mnie szarytka, zajmująca się historią swojego zgromadzenia, odnajdzie siostrę, która była obecna przy moim porodzie. Napisałam jej na kartce najważniejsze dane, licząc, że poda mi chociaż imię i nazwisko osoby, której zawdzięczam życie (zakładałam, że z pewnością już nie żyje). Przebywałam wtedy w naszej wspólnocie w Krakowie i po niedługim czasie odebrałam telefon od siostry archiwistki z zaskakującą informacją: nie tylko może mi podać imię i nazwisko siostry pracującej wtedy na bloku porodowym, ale w dodatku ta siostra żyje, przebywa w Krakowie i jest gotowa na spotkanie ze mną. I tak z bijącym sercem udałam się na spotkanie, które miało rzucić światło na tajemnicę z przeszłości.

W dniu moich narodzin siostra Urszula była dopiero w nowicjacie i zaczynała swoją pielęgniarską drogę. Co ciekawe na tamtym oddziale pracowała tylko jeden rok. Na moje pytanie, czy pamięta jakieś szczegóły z mojego porodu, odpowiedziała: „Oczywiście. On był tak dramatyczny, że pamiętam go całe życie”. Byłam bardzo zaskoczona tą odpowiedzią – wiedziałam od mamy, że były komplikacje, ale nie znałam żadnych szczegółów. Siostra Urszula miała trochę oporów przed opowiedzeniem mi całej historii, ale słysząc moje gorące prośby, w końcu zgodziła się wyjawić prawdę. Rodziłyśmy się z siostrą w okresie Bożego Narodzenia i lekarz, który przyjmował poród, był kompletnie pijany. Akcja porodowa była przedwczesna, w siódmym miesiącu ciąży, na dodatek – lekarz nie rozpoznał ciąży mnogiej. Urodziłam się pierwsza, a ponieważ nie wykazywałam żadnych oznak życia, położnik wrzucił mnie do kosza. W tym momencie ta młodziutka szarytka rzuciła mi się na ratunek. Wydobyła mnie z pojemnika na odpady i rozpoczęła reanimację. Trwało to dłuższą chwilę, i nikt nie zauważył, że rodzi się moja siostra. Kiedy salowa zwróciła uwagę lekarzowi, że rozpoczął się drugi poród, siostra Urszula nie wytrzymała, wpadła w furię i od ostatnich wyzwała pijanego medyka, co swoją drogą doprowadziło go do oprzytomnienia.

Potem miała jednak solidne wyrzuty sumienia, że jako zakonnica w tak bezceremonialny sposób potraktowała drugiego człowieka. Całe szczęście spotkała mądrego spowiednika, który nie tylko pochwalił jej determinację w walce o życie, ale i dodał: „Jeszcze nie wiadomo, kim będą te dziewczynki”. Pokazałam wtedy siostrze Urszuli nasze zdjęcie w habitach (bo moja siostra bliźniaczka też jest małą siostrą Jezusa) i obie rozpłakałyśmy się ze wzruszenia.

Jakie były w siostrze uczucia, kiedy dowiedziała się o tym wszystkim?

Reklama
Reklama

Byłam wstrząśnięta, ale równocześnie ogromnie wzruszona, że Pan Bóg poprzez siostrę Urszulę tak walczył o moje życie. Walczył jak lew. W tej historii widziałam przede wszystkim Jego determinację – jak bardzo zależało Mu na tym, żebym żyła. Zrozumiałam również, że moje życie i wszystko, co się w nim dokonuje, to nie jest jakiś zespół przypadków. Każda moja chwila jest zanurzona w Bogu, a On nad całym moim życie otworzył wielki parasol Swojej ochrony, Swojego błogosławieństwa. To wszystko pozwala mi z ogromną wdzięcznością myśleć o Bogu. Inna sprawa jest taka, że pomimo tego, że nie wiedziałam dokładnie, co się działo u moich początków, to jednak ja ten dramat jakoś podświadomie w sobie nosiłam. Poznanie tej historii wiele mi wyjaśniło…

Pan Bóg poprzez siostrę Urszulę tak walczył o moje życie. Walczył jak lew. W tej historii widziałam przede wszystkim Jego determinację

Czasem całe życie szukamy źródeł naszego cierpienia…

Ja też długo szukałam. Takie doświadczenia nie pozostają bez znaczenia dla rozwoju człowieka. Odciskają w nas bardzo głęboki ślad. Myślę, że pokutował trochę we mnie syndrom ocaleńca. Przejawiał się on brakiem pewności siebie i niskim poczuciem własnej wartości. Pamiętam takie dramatyczne sytuacje z czasów liceum, kiedy pomimo bardzo dobrego przygotowania do lekcji nie byłam w stanie odpowiadać przy tablicy. Lęk mnie dosłownie paraliżował. W tamtym czasie istniała tak duża dysproporcja pomiędzy tym, co umiałam, a jak oceniano moją pracę, że rosło we mnie bardzo głębokie poczucie niedocenienia i niedowartościowania. Z biegiem lat ta moja słabość, to wycofanie i zamknięcie stały się dla mnie realnym źródłem cierpienia. Byłam z tego powodu bardzo nieszczęśliwa.

Reklama
Reklama

Jak udało się siostrze to pokonać?

Ja nie zrobiłam nic – wszystkiego dokonał Pan Bóg. Pod koniec lat 70. zetknęłam się z Odnową w Duchu Świętym, która dopiero zaczynała w Polsce swoją działalność, i tam doświadczyłam łaski uzdrowienia. Gorąco prosiłam, żeby Pan Jezus dał mi ducha radości i miłości, bo czułam w sobie tylko smutek. Przeżyłam realne dotknięcie Boga, a jego skutkiem było to, że całkowicie opuściła mnie trema. I to było naprawdę zaskakujące i dziwne. Zahukany małolat, który nie był w stanie wyjść na środek klasy, nagle otrzymał wielką odwagę i siłę. Tak jakby w jednej chwili ktoś przeciął to moje naznaczone traumą przeznaczenie. Od tamtej pory bez żadnej tremy i żenady jestem w stanie wyjść na środek kościoła i mówić do setek ludzi. Za każdym razem, kiedy staję w takiej sytuacji, jestem pełna podziwu dla Pana Boga, który tę szarą, chowającą się po kątach myszkę, tak przemienił i uzdrowił.

Jednak inne skutki tego pierwotnego zranienia wciąż we mnie były. Nie mogę powiedzieć, że od tamtego charyzmatycznego doświadczenia już nigdy nie czułam się mało wartościowa albo gorsza od innych. Zdrowienie w tych obszarach trwało długie lata i prawdę mówiąc – wciąż trwa. Myślę, że do pewnego stopnia niektóre skutki tego doświadczenia okołoporodowego wciąż we mnie są, ale nie dominują już i nie paraliżują mojego życia. To jest niezwykła łaska…

Przypomniały mi się słowa ks. Grzywocza, który mówił, że „Chrześcijaństwo nigdy nie negowało źródeł smutku. Chrystus nie obiecywał, że zniesie cierpienie czy smutek, ale powiedział, że źródła radości są większe”.

Zgadzam się z tym całkowicie. To bardzo pocieszająca i pełna nadziei perspektywa.

Fot. Autorka tekstu Anna Hazuka z s. Ewą

Poznaliśmy już historię malutkiej Ewuni i troszkę starszej Ewy. Jak w jej świat wkroczył bł. Karol de Foucauld?

Przez przypadek i do tego całkiem niezapowiedzianie (śmiech). Pod koniec studiów, miałam takie przeczucie, że najlepszym sposobem na moje życie będzie wspólnota, ale nie miałam żadnych precyzyjnych planów. Prawdę mówiąc poza tym, że odczytywałam w sobie ogromne pragnienie bycia wśród ludzi i dla ludzi, nie miałam żadnej konkretnej wizji. Najbliżej mi było do wspólnoty świeckich zaangażowanych w Kościele. Z pewnością nie myślałam o życiu zakonnym. Absolutnie!

Na studiach mieszkałyśmy z siostrą na stancji razem z naszą przyjaciółką, która miała adres do Małych Sióstr Jezusa w Częstochowie, które bardzo chciała poznać. Dla dodania sobie animuszu poprosiła nas o towarzyszenie jej. Pamiętam, że było to bardzo niestandardowe spotkanie. Siostry nie nosiły habitów, żyły w dużej konspiracji ze względu na zakaz zakładania nowych zgromadzeń wydany przez władze ludowe. To, co zobaczyłyśmy – ich normalność, otwartość i serdeczność – zachwyciło i mnie, i moją siostrę. Wyjechałyśmy z Częstochowy z przeświadczeniem, że chyba właśnie tego szukałyśmy.

Reklama

Na pożegnanie siostry dały nam małą książeczkę zawierającą skrót reguły. Po jej przeczytaniu miałam w sobie tylko jedną jedyną myśl: „O nie, Panie Boże! Za dużo żądasz. Nie ma mowy! Absolutnie!”. Odłożyłam książeczkę do szuflady i przez cztery lata konsekwentnie powtarzałam: „Absolutnie nie!”. Aż w końcu zrozumiałam, że tak dłużej się nie da i trzeba podjąć jakąś decyzję. W tej intencji obie z siostrą ruszyłyśmy na pielgrzymkę akademicką do Częstochowy. Pamiętam, jak jednego wieczoru rozbijaliśmy namioty. Usiadłam zmęczona na stosie naszych plecaków i wpatrywałam się w ognisty zachód słońca. Nagle pojawiła się we mnie jasna myśl, iluminacja: „Co ja się szarpię? Co ja tak kluczę? Przecież ja dobrze wiem, że moje miejsce na ziemi jest wśród Małych Sióstr”. Ta myśl była tak mocna, że od tego momentu wiedziałam, że choćby moja siostra nie miała takiego wezwania i choćby nie wiem co się działo, to ja muszę za tym głosem iść, bo inaczej będę nieszczęśliwa. Zobaczyłam bardzo wyraźnie, że mogę zrobić w życiu coś innego, ale to nie da mi szczęścia. Od tamtej chwili nigdy nie opuściła mnie zresztą ta pewność powołania.

Zobaczyłam bardzo wyraźnie, że mogę zrobić w życiu coś innego, ale to nie da mi szczęścia. Od tamtej chwili nigdy nie opuściła mnie zresztą ta pewność powołania

Kiedy po zakończonej pielgrzymce poszłyśmy z siostrą do domu Małych Sióstr, otworzyła nam drzwi nasza koleżanka z duszpasterstwa akademickiego, która płacząc powiedziała nam, że kilka dni wcześniej zginął w wypadku samochodowym nasz duszpasterz akademicki ks. Józef Danch, nazywany przez nas wszystkich Ziutkiem. Ksiądz, którego obie znałyśmy i bardzo kochałyśmy. Zginął oślepiony zachodzącym słońcem dokładnie tego dnia i w tym samym momencie, kiedy rozbijaliśmy namioty…

I tu pojawia się interwencja drugiej osoby konsekrowanej…

To był niezwykle Boży, gorliwy kapłan. Jestem głęboko przekonana, że on stanął wtedy przed Panem Jezusem i powiedział Mu o takich dwóch, które ciągle nie mogą się zdecydować, co mają w życiu zrobić (śmiech). Wierzę, że łaska naszego powołania jest w tajemniczy sposób spleciona z jego śmiercią. Dla mnie to jest piękny dowód świętych obcowania.

Mówi Siostra o tej pewności powołania w liczbie mnogiej. Czyli ta łaska wybrania przyszła do obu sióstr równocześnie?

Okazało się, że tak! Przez trzy dni ukrywałyśmy przed sobą to, czego doświadczyłyśmy, aż w końcu podeszłam do siostry i na moje słowa: „Muszę Ci coś ważnego powiedzieć” ona odpowiedziała: „A ja Tobie”. Najpierw była w nas ogromna radość, niedowierzanie, ale wkrótce zdałyśmy sobie sprawę, co to wezwanie dla nas oznacza. Przepłakałyśmy całą noc, bo zrozumiałyśmy, że nadszedł czas naszego rozstania. Całe dotychczasowe życie byłyśmy nierozłączne. Te same doświadczenia intelektualne, duchowe, te same fascynacje, ten sam kierunek studiów, wspólne mieszkanie, duszpasterstwo akademickie i jeszcze to samo powołanie… a teraz miałyśmy się rozdzielić.

W jakiś przedziwny sposób cała Siostry historia naznaczona była obecnością osób konsekrowanych. Czym dla Siostry jest życie konsekrowane?

Oj, to nieustanne wyzwanie. Jeszcze w nowicjacie, kiedy zgłębiałam tajemnicę naszych potrójnych ślubów czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, miałam takie jasne światło od Pana Jezusa, taką łaskę zrozumienia, że te śluby mnie kompletnie przerastają (śmiech). Ale równocześnie jasno widziałam, że są dla mnie nadzieją. Że dzięki nim mogę się wyzwolić z wszystkich powikłań i związań, które są we mnie. I że one mogą mi dać, paradoksalnie, prawdziwą wolność – zarówno w stosunku do drugiego człowieka, jak i do dóbr materialnych. Wtedy na samym początku mojej drogi zakonnej przeczułam, że w nich jest wolność, za którą tęsknię. Dzisiaj widzę, że właśnie tak jest. Że dokładnie tak jest. Śluby nieustannie nakierowują mnie na Pana Jezusa, bo to więź z Nim jest najważniejsza i podstawowa. Wszystko inne przeminie – choć wierzę, że to, co jest miłością przeniesiemy ze sobą w wieczność – podstawowa jest więź z Jezusem.

Co jest dla Siostry najpiękniejsze w zgromadzeniu Małych Sióstr Jezusa?

Życie w małych, malutkich wspólnotach, w których nikt się nie ukryje, bo nie jest w stanie żyć na boku. A jednocześnie prowadzenie prostego, normalnego życia, które zabezpieczamy przez pracę fizyczną. Nasze życie przeniknięte jest obecnością Jezusa, którego adorujemy w Najświętszym Sakramencie (nie ma wspólnoty bez obecności Pana Jezusa Eucharystycznego). Jesteśmy powołane do kontemplacji w codzienności i zwyczajności naszych dni.

Niezwykły jest ten Wasz charyzmat…

Naszym zadaniem jest krzyczeć Ewangelię życiem. Nie tyle mówić o Panu Jezusie, co żyć z Nim i w Nim. Żyć tak, żeby Ewangelia objawiała się przez nas. To, co jest niezwykle piękne w naszych wspólnotach to to, że my idziemy do różnych środowisk, w których ludzie czują się gorsi, nierozumiani, odrzuceni, niepełnowartościowi. I naszym zadaniem jest być wśród nich z uprzedzającą życzliwością i taką zwyczajnością, normalnością. To mnie z pewnością najbardziej zachwyciło w małych siostrach. Że można być tak normalnym, że każda siostra jest inna. Nie ma żadnej sztampy. Każdy dociera do ludzi na swój sposób, a ten sposób jest pełen wolności i współpracy z Duchem Świętym. Każda z nas znajduje go indywidualnie. Pan Bóg każdą siostrę inaczej prowadzi ku ludziom, inaczej podpowiada, jak mamy sprawić, żeby człowiek, który stoi przy nas poczuł się w pełni wartościowy i kochany.

Naszym zadaniem jest krzyczeć Ewangelię życiem. Nie tyle mówić o Panu Jezusie, co żyć z Nim i w Nim. Żyć tak, żeby Ewangelia objawiała się przez nas.

Naszym założycielem jest bł. Karol de Foucauld, który jako Francuz i arystokrata przebywał na Saharze wśród tubylczego plemienia Tuaregów, plemienia, którego kultura w oczach Francuzów na pewno była praktycznie bezwartościowa. A on potrafił zobaczyć w tej kulturze i w tych ludziach jakąś niezwykłą wartość. Jako pierwszy spisał ich język, tworząc słownik francusko-tuareski i tuaresko-francuski, wykonał ogromną pracę etnograficzną spisując wszystkie ich zwyczaje, instrumenty, pieśni. Po prostu zachwycił się ich światem. I dla mnie to jest coś bardzo pięknego. Bo przecież w tym człowieku musiało dojść do wielkiej rewolucji mentalnej – bo, jak wiadomo – mało kto jest w stanie zaimponować Francuzom (śmiech). A on nie tylko zafascynował się ich kulturą, ale jeszcze odkrył w nich wartość pełnego człowieczeństwa, mimo że byli muzułmanami. I miał świadomość, że nie może ich na siłę nawracać, tylko ma tak żyć, tak postępować, żeby oni – jak to sam określił – zaczęli się zastanawiać, że skoro „sługa jest właśnie taki, to jaki musi być Pan!”. Karol uważał się za najpokorniejszego Bożego sługę, który nie jest godny głosić Ewangelii. Dlatego także my nie głosimy słowem, ale sposobem i stylem życia, byciem blisko ludzi w sytuacjach, które są dla nich trudne. Jako małe siostry po to idziemy w takie środowiska, gdzie ludzie czują się wyjęci poza margines, aby tego wyjęcia doświadczać razem z nimi, ale równocześnie świadczyć, że pomimo przeżywania tych samych trosk i trudności można być blisko Boga.

Jako małe siostry po to idziemy w takie środowiska, gdzie ludzie czują się wyjęci poza margines, aby tego wyjęcia doświadczać razem z nimi, ale równocześnie świadczyć, że pomimo przeżywania tych samych trosk i trudności można być blisko Boga.

Czy mogłaby Siostra opowiedzieć na koniec trochę o tych środowiskach?

Na początku mojego nowicjatu przebywałam w Kostomłotach nad Bugiem w malutkiej społeczności obrządku bizantyjsko-słowiańskiego. Kiedy tam przyjechałam, przeżyłam szok kulturowy pod każdym względem. Pan Bóg dał mi z jednej strony doświadczyć piękna liturgii sprawowanej w tym obrządku, a z drugiej miałam takie poczucie, że mieszkańcy tej wioski uważają siebie za katolików drugiej kategorii. Bardzo wiele mogłam się wtedy od nich nauczyć. Ja, uporządkowana Ślązaczka, znalazłam się nagle wśród ludzi, dla których najważniejsze były spotkania z innymi, a nie ciągłe porządki (śmiech). Pracowałam tam jako siostra PCK i jeździłam do ludzi starszych mieszkających w tzw. koloniach, czyli pojedynczych gospodarstwach rozsianych między polami.

Początki mojej pracy wcale nie były proste. Nie dość, że musiałam sporo napedałować się rowerem, to jeszcze mieszkańcy, zaprawieni do ciężkiej pracy fizycznej, kiedy tylko widzieli młodą osobę, wysyłali mnie do trudnej pracy w polu. Nie było mi łatwo przez kilka dni okopywać truskawki albo ścinać drzewka (śmiech). Ale mam bardzo piękne wspomnienie z tamtego okresu. Jechałam gdzieś pociągiem z dwiema paniami, z którymi pracowałam w polu. Były to bardzo proste kobiety. W pewnym momencie dosiadła się do nas jakaś ich znajoma. Po chwili usłyszałam, jak jedna z nich przedstawia mnie i mówi: „O, a to jest siostra Ewa. Nasza koleżanka. My się bardzo dobrze znamy”. Zamrugałam na to oczami, bo nie mogłam sobie przypomnieć, czy akurat z tą panią wymieniłam więcej niż kilka zdań, ale okazało się, że dla niej istotą znajomości nie było „przegadanie całej nocy”, ale to, że ja wykonuję tę samą brudną robotę, co ona. To było dla niej najważniejsze. W taki sposób „się znałyśmy”. To był dla mnie bardzo ważny moment…

Nasz charyzmat to podejmowanie jedności – między ludami, narodami i religiami. Powstałyśmy na Saharze wśród muzułmanów i oddajemy nasze życie za braci z Islamu. Bliskie też są nam wysiłki na rzecz Jedności Chrześcijan. Próbujemy widzieć wartości i dary w innych, nie zawsze nam życzliwych społecznościach, grupach ludzi. Byłam tylko krótko w Maroku, ale ten czas wyraźnie mi pokazał, że wszędzie są piękni, szlachetni ludzie, a nie tylko islamiści.


Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę