Św. Stanisław Papczyński. Orędownik dusz czyśćcowych

"Nie tylko w listopadzie pamiętajmy o tych, którzy odeszli..." to akcja organizowana przez Stowarzyszenie Pomocników Mariańskich, zachęcająca do całorocznej modlitwy za dusze zmarłych. Szczególnym propagatorem modlitwy za zmarłych jest św. Stanisław Papczyński, który wiele razy unikał śmierci i widział, jak ważne jest, żeby pamiętać o konających i zmarłych.

Polub nas na Facebooku!

Katarzyna Matusz-Braniecka: Co warto wiedzieć, jeśli chodzi o 1 i 2 listopada?

Ks. Łukasz Wiśniewski MIC, dyrektor Stowarzyszenia Pomocników Mariańskich: Popularnie często używa się błędnego sformułowania „święto zmarłych”, takiego oczywiście nie ma. 1 listopada świętujemy Uroczystość Wszystkich Świętych, czyli wspominamy Kościół chwalebny. Zawsze młodzieży tłumaczyłem, że 1 i 2 listopada to takie święto Kościoła, czyli 1 listopada czcimy Kościół chwalebny, wspominamy, dziękujemy za przykład świętych, a 2 listopada modlimy się za tych, którzy cierpią w czyśćcu, za tych wszystkich zmarłych, których polecamy Bożemu Miłosierdziu, i w ten sposób, my tu, Kościół pielgrzymujący na ziemi, razem przez te dwa dni, dziękujemy Bogu za dar tych świętych, tych cierpiących w czyśćcu, którzy oczekują na to, żeby wejść do chwały Nieba.

 

Skąd się wzięła praktyka Mszy Gregoriańskich zamawianych za zmarłych i dlaczego warto z nich skorzystać?

Została zapoczątkowana w VI w. za papieża Grzegorza Wielkiego. Polecił on odprawianie trzydziestu Mszy św. przez trzydzieści dni za zmarłego mnicha, który sprzeniewierzył się ślubowi ubóstwa. Jak podaje nam tradycja, ów mnich, za którego papież polecił odprawić tych 30 Mszy, ukazał mu się i podziękował za tę modlitwę. Stolica Apostolska wiele razy potwierdzała, że ta praktyka jest jak najbardziej godna i potrzebna. Stąd cały czas w Kościele w Polsce jest bardzo powszechna.

 

 

Mówimy o zapalaniu zniczy na grobach, co chcemy przez to pokazać młodemu pokoleniu?

Kiedy idziemy na cmentarz, zapalamy znicze, modlimy się, to staramy się pokazać młodemu pokoleniu, że z jednej strony jesteśmy śmiertelni, mamy tu na ziemi tylko pewien czas, że to nasze życie jest darem. Ale zarazem światło tego znicza jest znakiem, że ten dar nie kończy się wraz ze śmiercią na ziemi, ale będzie trwał dalej.

 

CZYTAJ: Odpust za zmarłych będzie można uzyskać przez cały listopad

 

W Rzymie w jednym z kościołów jest muzeum dusz czyśćcowych, opowiedzmy o nim.

Chodzi tu o kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, który znajduje się nad samym brzegiem Tybru w Rzymie. W XIX w., po zakończeniu budowy kościoła, ksiądz, którym się tym zajmował, zauważył, że na osmalonej ścianie jest wizerunek ludzkiej twarzy i odkrył, że to musi być jakaś dusza cierpiąca  w czyśćcu. Z tej okazji sam zapragnął, aby w tej świątyni stworzyć miejsce poświadczające o tej łączności z duszami cierpiącymi w czyśćcu, a nami tutaj. Oczywiście, katolik nie ma obowiązku wierzyć w takie rzeczy, to są objawienia prywatne, w Kościele dotyczą one przede wszystkim tej osoby, która je otrzymuje, ale jeśli pomagają nam w wierze, jeśli rozbudzają modlitwę za zmarłych, to jak najbardziej możemy z nich korzystać.

 

Powstał nowy film o duszach czyścowych…

„Czyściec” to najnowszy film Michała Kondrata, którego jesteś my partnerem medialnym. Jest to poruszająca opowieść o duszach czyśćcowych. To próba znalezienia odpowiedzi na to, co czeka nas na końcu naszej ludzkiej egzystencji. To także przypomnienie postaci najbardziej znanych mistyków, w tym Fulli Horak, św. Faustyny Kowalskiej, św. Stanisława Papczyńskiego czy św. Ojca Pio.

 

Dlaczego św. Stanisław Papczyński jest dobrym orędownikiem dusz czyśćcowych?

Jest wielkim propagatorem modlitwy za zmarłych. Sam miał wielką wrażliwość, czy jako kapelan żołnierzy, którzy ginęli często bez przygotowania, czy też, kiedy widział wiele osób, które umierały w czasie zarazy. Sam też wiele razy unikał śmierci i widział, jak ważny jest, żeby pamiętać o konających i zmarłych.

 


Modlitwa za zmarłych za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego

Panie Jezu, za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego, proszę Cię za tymi, którzy przekroczyli już bramę śmierci i oczekują twojego miłosierdzia w czyśćcu. Spraw, abym w Twoim domu spotkał się z moimi bliskimi i wszystkimi braćmi i siostrami, których powołałeś do życia wiecznego.
Amen.


 

 

Już drugi rok z rzędu Stowarzyszenie Pomocników Mariańskich zaprasza Polaków do wspólnej modlitwy za zmarłych poprzez akcję “Nie tylko w listopadzie pamiętajmy o tych, którzy odeszli…“.

W bieżącym roku, w obecnej sytuacji związanej z pandemią COVID-19, przez cały listopad będzie można uzyskać odpust zupełny dla wiernych zmarłych – czytamy w dekrecie opublikowanym na polecenie Ojca Świętego przez Penitencjarię Apostolską. Skorzystajmy z tej możliwości.

 

mat. prasowe, zś/Stacja7

 

 

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

To nie ja wyznaczyłam granicę życia mojej córki [ROZMOWA]

– Przyspieszenie śmierci dziecka nie pomoże pogodzić się z jego odejściem. Trzeba dać choremu dziecku wszystko, co możliwe: zadbać, aby śmierć była dobra, a nie, żeby była szybciej – mówią Irena i Maciej Kaczyńscy, rodzice Janki, Rózi, Piotrusia i Anielki, która urodziła się z bezczaszkowiem i odeszła po siedmiu dniach.

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Agnieszka Huf: Jakie emocje wzbudził w Was wyrok, który zapadł w czwartek?

Irena Kaczyńska: Szczęście, ulgę, że teraz rodzic nie będzie musiał walczyć o swoje chore dziecko, ale że zyskały one powszechną podmiotowość.

 

Czy spodziewaliście się takiego wyroku?

Irena: Modliliśmy się o to. Wokół samego momentu ogłoszenia wyroku było dużo różnych okoliczności – 22 października, czyli wspomnienie św. Jana Pawła II, wyrok ogłoszony w Godzinie Miłosierdzia… To umacniało nadzieję, choć obawy były bardzo duże.

Maciej Kaczyński: Oceniałem szanse 50:50, oba rozwiązania były dla mnie równie prawdopodobne.

 

Są hospicja, które oferują ogromne wsparcie, nam bardzo pomogli i na etapie ciąży i w czasie tych kilku dni życia Anielki.

Kwestia prawa do życia dziecka, które urodzi się śmiertelnie chore, nie jest dla Was teoretyczna. Wam również zaproponowano aborcję…

Irena: Anielka urodziła się 1 lutego 2019 roku. Około 10 tygodnia ciąży dowiedzieliśmy się, że ma wadę – nieusuwalną, nieoperowalną, letalną, czyli śmiertelną: bezczaszkowie. Moment diagnozy był bardzo bliskim zetknięciem się z rzeczywistością aborcyjną, chociaż my sami od aborcji jesteśmy jak najdalsi. Przyszłam na badanie i usłyszałam od lekarza, że jest to wada śmiertelna, że dziecko nie będzie żyło, że może umrzeć w trakcie porodu albo w ogóle do niego nie dożyć. Lekarz przywołał drugiego kolegę na potwierdzenie, że to jest słuszna diagnoza, więc przyjęłam to i nie walczyłam z medycznym orzeczeniem. Ale pierwszą rzeczą, jaką usłyszałam po diagnozie, było pytanie, czy zdecydowałabym się na terminację… Jako matka, która właśnie dowiedziała się, że dziecko jest nieuleczalnie chore, usłyszałam na samym początku od lekarza propozycję aborcji. Od razu powiedziałam „absolutnie nie” i stałam się rzecznikiem praw mojego dziecka, żeby miało czas przeżyć swoje życie. Dopytywałam się więc, jak będzie wyglądała ciąża, czego się spodziewać, jakie są ewentualne zagrożenia. Na koniec pan doktor stwierdził, że jeśli chcę, to on może tę ciążę poprowadzić… To było dla mnie szokujące: najpierw propozycja usunięcia „problemu”, a potem – ja się razem z panią z tym zmierzę. Ale ta postawa nie była wyjątkiem – inny lekarz w tym szpitalu potraktował mnie jako kobietę, która dla fanaberii funduje dziecku cierpienie…

Zastanawiam się, na ile ta zmiana prawna zmieni podejście lekarzy, czy teraz pierwszym, co usłyszy kobieta, będzie: „ja będę prowadził pani ciążę, przejdziemy to razem, jest hospicjum, dam pani telefon do psychologa” – u nas tego zabrakło, zostałam w osamotnieniu i jedyne, co mi zaproponowano, to była aborcja. Wiele kobiet pewnie nie ma siły, żeby zapytać o inne rozwiązania, a przecież jest pomoc – są hospicja, które oferują ogromne wsparcie, nam bardzo pomogli i na etapie ciąży i w czasie tych kilku dni życia Anielki.

 

fot. Unsplash

  

 

Prognozy lekarzy nie sprawdziły się…

Maciej: Anielka się urodziła. Ku wielkiemu zdziwieniu wszystkich urodziła się żywa.

Irena: Żaden z lekarzy nie spodziewał się, że Anielka przeżyje poród. Mówili, że w najlepszym razie umrze w jego trakcie, albo w pewnym momencie na USG dowiemy się, że już odeszła.

 

Pierwszego lutego napisałaś na Twitterze: Dziś poród, ostatni dzień, kiedy moje dziecko jest ze mną. Cudownie było ją mieć przy sobie, a kochać będę zawsze. Jestem przykładem, że nie ma ani jednego argumentu za aborcją. Albo miłość, albo aborcja. Anielka. Nasza z Maćkiem miłość.

Irena: Pamiętam, że pisząc to miałam na sobie czarną koszule i to korespondowało z moim nastojem, z tą świadomością, że dobiegłyśmy do mety razem i musimy się już rozstać. A okazało się, że mamy przed sobą kilka pięknych dni razem.

 

Ale reakcje ludzi na wiadomość o jej przyjściu na świat były bardzo różne.

Irena.: Tak, ta rzeczywistość aborcyjna widoczna była nie tylko była w lekarzach, ale też w komentarzach – zarzucano nam, że dziecko tak strasznie cierpi, że to są wręcz tortury, które zadajemy… Może to jest jakoś naturalne, że ludzie, którzy nie wiedzą, co to jest bezczaszkowie, wyobrażają sobie nie wiadomo co. A to jest noworodek z defektem – ale to nie jest jakiś horror! Anielka po prostu nam po siedmiu dniach zgasła. Ale często trafiałam na takie męczenie wyobraźni słuchaczy, że to są tortury, że dziecko umiera w cierpieniach…

Maciej: Dla mnie najbardziej absurdalnym argumentem zwolenników aborcji jest stwierdzenie, że jest ona aktem łaski wobec dziecka i jego matki. Do dziś oburza mnie to strasznie, to jest kompletnie nielogiczne.

Irena: Powołuje się na fałszywe miłosierdzie, żeby ukrócić cierpienie dziecka. Dzieci rodzące się z tak ciężkimi wadami są objęte opieką – nie jest tak, że się je zostawia! To dzieci po aborcji, jeśli ją przeżyją, są odstawiane gdzieś na bok i umierają z wychłodzenia i braku pomocy. Dziecko z wadą jest objęte pomocą medyczną, dostaje prewencyjnie leki przeciwbólowe i powoli gaśnie. Nie ma możliwości uratowania jego życia, ale nie ma też cierpienia, nie ma tortur.

CZYTAJ: Życie w blasku Anielki

Dziecko z wadą jest objęte pomocą medyczną, dostaje prewencyjnie leki przeciwbólowe i powoli gaśnie. Nie ma możliwości uratowania jego życia, ale nie ma też cierpienia, nie ma tortur.

 

Czym dla Was był czas spędzony z Anielką?

Irena: Dla mnie to było trwanie przy dziecku do końca. Ten koniec przyszedł, kiedy miał przyjść – to nie ja go wyznaczyłam, nie przesunęłam tej granicy. Podejrzewam, że gotowość do usunięcia ciąży u wielu matek wynika z lęku, żeby nie przeżywać śmierci dziecka. Im mniej jest ono rozwinięte, tym mniej jest się z nim związanym emocjonalnie i wydaje się, że jego śmierć będzie łatwiejsza do przyjęcia. Ja przez te parę miesięcy ciąży bardzo się z Anielką związałam i moja miłość do niej wzrastała. Śmierć każdego dziecka jest cierpieniem – czy odejdzie w czasie ciąży, czy później.

Maciej: Przez cały czas trwania cywilizacji zachodniej wiedzieliśmy, że życie ludzkie jest absolutną wartością i nawet najgorsze cierpienie nie przekreśla wartości, jaką jest trwanie ludzkiego życia. Natomiast to, co dzieje się teraz, co popkultura wpoiła ludziom, to zmiana paradygmatu – życie ludzkie nie jest już wartością. Doszliśmy do absurdu, świat wywraca się do góry nogami – ludzie traktowani są na równi ze zwierzętami, które usypia się, żeby się nie męczyły.

 

fot. Unsplash

 

Doszliśmy do absurdu, świat wywraca się do góry nogami – ludzie traktowani są na równi ze zwierzętami, które usypia się, żeby się nie męczyły.

Czy historia Waszego życia z Anielką może pomóc innym rodzicom w podobnej sytuacji?

Irena: Kilka miesięcy temu towarzyszyliśmy małżeństwu w ciąży z córeczką z bezczaszkowiem i oni też mieli Anielkę Marię! Przy czym imię wybrali zanim poznali naszą historię. Wiedząc, że ich Anielka umrze, szukali rodziców dzieci z bezczaszkowiem i znaleźli naszą rozmowę na Stacji7.

Maciej: To już czwarte albo piąte małżeństwo, z którym trwamy, pomagając im przejść przez rozstanie, opowiadając, z czym się musieliśmy mierzyć, jak wyglądało przeżywanie żałoby na etapie ciąży. Bo taka ciąża jest inna – wiadomo, że kres ciąży będzie jednocześnie rozstaniem z dzieckiem i jest to bardzo trudne.

Historia Anielki była dla nas nauką, że miłość jest właśnie taka: nie kocha się za coś, tylko dlatego, że zostaliśmy stworzeni do miłości.

Irena: Ale jest to czas na zbudowanie relacji, na pokochanie bezwarunkowe, bez wyznaczania jakości tego życia – jakie dziecko będę kochać? Czy jeśli nie będzie miało jednego paluszka to będę je jeszcze kochać? A jeśli będzie miało chore serce?

Maciej: Chodzi o to, żeby pokochać nie za coś, tylko po prostu. Ta relacja nie wynika z jakichś przymiotów jednej czy drugiej osoby, ale z faktu, że mamy do czynienia z osobami i to jest jedyny argument za tym, żeby kochać. Historia Anielki była dla nas nauką, że miłość jest właśnie taka: nie kocha się za coś, tylko dlatego, że zostaliśmy stworzeni do miłości. To był jeden z najważniejszych wymiarów tych naszych rekolekcji, które przeżywaliśmy dzięki Anielce.

Irena: Mam poczucie, że daliśmy jej wszystko – wszystko, co mogliśmy jej dać, wszystko, co ona mogła przyjąć. Teraz możemy spać spokojnie. Wiadomo, że czasem się tęskni, czasem się trochę płacze, ale ta miłość ciągle jest…

 

fot. Unsplash

 

Czy możecie powiedzieć, że to było spełnione rodzicielstwo?

Irena: Dla mnie rozstanie się z Anielką było trudne – miałam poczucie, że chciałabym ją jeszcze trzymać na rękach, tulić ją i jej śpiewać. Ale moje macierzyństwo się po prostu zmieniło – Anielka wkroczyła w kategorię dorosłego dziecka, mam z nią relację osobową. Wiem, że ona bardzo dużo robi z Nieba dla nas i naszych bliskich, którzy za jej pośrednictwem się do Pana Boga modlą.

Trzeba dać dziecku wszystko, co możliwe: zadbać, aby śmierć była dobra, a nie, żeby była szybciej. Czas, który się ma, trzeba wykorzystać na bycie z dzieckiem.

Maciej: Mamy dziecko, o które nie musimy się martwić – jedno z czworga naszych dzieci jest już bezpieczne. Dlatego tak, ta relacja jest dopełniona, jesteśmy o Anielkę spokojni. Ktoś, dla kogo śmierć jest kresem i złem najgorszym z możliwych, kto nie ma oparcia w wierze, może spojrzy na mnie jak na człowieka bez serca, dla którego śmierć dziecka nie jest największą tragedią, skoro poradził sobie z tym bólem to może coś jest z nim nie tak.

Irena: A może właśnie pomyśli, że jedynym sposobem, żeby udźwignąć ten trud, jest wiara – z wiarą da się to przetrwać: ciążę, śmierć, ale też to, co jest potem? Bo to nie jest tak, że Anielka odeszła i wszystko wróciło do normy. My też potrzebowaliśmy czasu, żeby w tej nowej rzeczywistości „z dzieckiem ale bez dziecka” funkcjonować, żeby się normalnie uśmiechać, żeby sobie to wszystko poukładać. To jest naturalne, że każdy człowiek potrzebuje czasu żałoby. Ale przyspieszenie śmierci dziecka w tym nie pomoże – jeśli nie możemy dać mu zdrowia, to możemy ulżyć mu w cierpieniu i pozwolić przeżyć życie. Trzeba dać dziecku wszystko, co możliwe: zadbać, aby śmierć była dobra, a nie, żeby była szybciej. Czas, który się ma, trzeba wykorzystać na bycie z dzieckiem.

Maciej: Niewiele więcej niż prawo do godnej śmierci, do umierania w otoczeniu miłości, nie mogliśmy dać Anielce. Bo to, że ona umrze, to było bezwzględnie pewne – od nas tylko zależało, jak to potraktujemy. I przed takim wyborem stają wszyscy rodzice śmiertelnie chorych dzieci: czy otoczą to dziecko miłością czy będą trwać w jakimś zgorzknieniu, czy dadzą sobie wmówić, że to dziecko narusza im wolność, odbiera im godność, komfort…

 

A jeśli ktoś boi się, że nie uniesie trudu opieki nad dzieckiem głęboko niepełnosprawnym?

Maciej: Jeśli ktoś naprawdę nie umie pokochać, nie umie poradzić sobie z dzieckiem, które do końca życia będzie potrzebowało pomocy, to przecież nie zmusza się do tego, żeby je wychować – dużo ważniejsze jest, żeby pozwolić mu się urodzić! Przecież istnieją ośrodki, które przyjmą takie dziecko.

Irena: Większą bohaterką jest matka, która urodzi takie dziecko i je zostawi, ale da mu życie, niż ta, która poradzi sobie problemem poprzez aborcję.

 

Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap