Puste miejsca przy stole. Święta w cieniu żałoby

Z reklam w TV czy billboardów ciągle spoglądają na nas szczęśliwe rodziny przy pięknie zastawionym stole. To wszystko dla osób w żałobie, opłakujących zmarłą mamę, córkę czy męża, jest wyjątkowo ciężkie, bo ciągle przypomina o stracie. Coś jednak można zrobić, by nie pogłębiać cierpienia swojego albo bliskich w żałobie.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Anna Druś: W bardzo wielu rodzinach w ostatnim czasie ktoś zmarł, jeśli nie na COVID, to z powodu innych chorób czy okoliczności. Dlatego wydaje się, że święta Bożego Narodzenia będą szczególnie trudnym czasem dla wielu z nas. Czy da się coś zrobić czy zaplanować, aby lepiej ten czas przetrwać?

Katarzyna Binkiewicz: To będą na pewno inne i dla wielu z nas trudne święta. Nie ma co się od tego odżegnywać, bo w żałobie absolutnie nie chodzi też o to, by nie przeżywać emocji, które do nas przychodzą. By „dobrze” przeżyć żałobę, w sensie adaptacyjnym, trzeba ją właśnie przeżyć; przeżyć to wszystko, co przychodzi razem z nią. Myślę, że w naszej kulturze, szczególnie w mediach, Święta Bożego Narodzenia są najmocniej nas bodźcujące – z reklam w TV czy billboardów ciągle spoglądają na nas szczęśliwe rodziny przy pięknie zastawionym stole, a do ucha sączy się nam komunikat typu „pamiętaj o prezencie dla mamy”, „kup ten telefon dla córki”, „bądźmy blisko siebie”. To wszystko dla osób w żałobie, opłakujących zmarłą mamę, córkę czy męża, jest wyjątkowo trudne, bo ciągle przypomina o stracie. 

 

Ale czy warto odcinać się od tych świątecznych bodźców całkowicie, np. nie oglądając reklam, albo nie chodząc po centrach handlowych? Czy ucieczka pomaga?

Na pewno jest to jakiś pomysł, by minimalizować dopływ takich bodźców, choć moim zdaniem tak czy inaczej nie da się tej świątecznej otoczki zupełnie uniknąć. Ważne jest jednak to, by pomyśleć jak te święta chcielibyśmy przeżyć i czy jesteśmy gotowi wypełnić wszystkie zadania, które wypełnialiśmy do tej pory. Moje doświadczenie pokazuje, że czasami, szczególnie w tym pierwszym, najtrudniejszym roku od straty, wielu osobom pomaga zmiana przestrzeni czyli na przykład wyjazd z najbliższymi. Czasami potrzebujemy zmienić pewne rytuały świąteczne, a czasami nie chcemy, by zmieniało się cokolwiek. W żałobie pojawia się w nas tak wiele emocji, że trudno je czasem w sobie po prostu pomieścić. Ale właśnie to, jak chcielibyśmy przeżyć te święta, czy w domu czy poza nim, jest jedną z wielu kwestii, którą dobrze, żebyśmy w sobie przemyśleli. 

 

To wystarczy?

Żałoba i sposób radzenia sobie to sprawa bardzo indywidualna. Dlatego ja przede wszystkim namawiam do tego, by właśnie pomyśleć o tym, jak ja mogę sobie przeorganizować ten czas, by było mi być może choć trochę lżej. Z kim lub gdzie chciałabym spędzić święta, by było mi łatwiej? Czy jestem w stanie wziąć na siebie wszystkie obowiązki, które dotychczas brałem/brałam w związku z przygotowaniami? Czy są takie rytuały rodzinne czy sytuacje, w których w tym roku nie jestem w stanie albo nie chcę uczestniczyć? Warto sobie na te pytania odpowiedzieć. I przede wszystkim dać sobie zgodę na to, że te święta NIE MUSZĄ być takie jak zawsze. Mogę przeorganizować je w taki sposób, by było mi choć trochę łatwiej.

 

Dla wielu osób pewnie będzie to ciężkie…

Rzeczywiście, czasem osoby w żałobie mają takie poczucie, że nie powinny dezorganizować świąt swoim smutkiem, swoimi myślami. Czują, że powinni przygotować je tak jak zawsze – dla swoich najbliższych – nawet za cenę dużego cierpienia. Tymczasem warto dać sobie swoje wewnętrzne przyzwolenie na to, że te święta nie muszą być takie jak zawsze. Ten świąteczny czas może być taki, jaki czuję, że chciałabym, żeby był, czy taki jaki jestem w stanie przyjąć i przeżyć w tym roku. To czas wyjątkowo trudny i mam prawo czegoś nie chcieć, nie mieć na coś siły. Na pewno warto porozmawiać o tych swoich emocjach czy niepokoju z rodziną. Ważne, żeby wiedzieli, czego nie chcemy, a na czym nam zależy. Jeśli chcemy celebrować świąteczny czas tak jak zawsze, możemy na przykład oddelegować część zadań, jeśli czujemy, że nie mamy tyle siły, by wszystkim im sprostać. Pamiętajmy jednak, że tak jak żałoba jest wyjątkowa dla każdego z nas, tak i każdy z nas w swój indywidualny sposób będzie chciał ją przeżywać. Są osoby, które nie chcą niczego zmieniać w swoich rodzinnych rytuałach świątecznych, są osoby, które chcą z części zrezygnować, są takie, które chcą zmienić tradycje przeżywania tego świątecznego czasu – i to wszystko jest ok. Chciałabym, żeby to wybrzmiało. Ok jest to, co czuję. Mam do tego prawo. Ważne, by o tym pamiętać i oczywiście rozmawiać z najbliższymi o tym, czego potrzebujemy w tym czasie. 

 

No właśnie, w jaki jeszcze sposób bliscy osoby w żałobie mogą jej pomóc w tym czasie?

Zaczęłabym w ogóle od tego, że wielką pomocą będzie nienarzucanie gotowego scenariusza przeżywania świąt osobie osieroconej. Nie naciskanie, że coś musi być tak jak zawsze. Niech te święta będą takie jakie potrzebujemy, a nie takie jakie muszą być. Zadbajmy również o to, by osoba cierpiąca nie została sama, zarówno w wymiarze fizycznym, jak i organizacyjnym. Pomyślmy zawczasu, w czym można jej pomóc, jakie obowiązki przejąć. Można również pomyśleć o takim wymiarze symbolicznym. Każda rodzina ma przecież w święta, szczególnie właśnie w te święta – jakieś swoje małe rytuały, np. że pierogi to zawsze lepi się z mamą, a tata zawsze szedł po choinkę – małe symbole, które powtarzane przez lata stały się dla nas bardzo ważne. W momencie, gdy zaczyna brakować tej osoby, z którą zawsze lepiłem pierogi czy ubierałem choinkę – to zostaje tylko puste miejsce, którego nie da się zapełnić. Wówczas z pomocą może przyjść jakaś nowa symbolika świąteczna. Można na przykład umieścić przy stole wigilijnym zdjęcie tej brakującej osoby, można przy dotychczas zajmowanym przez nią miejscu zapalić świeczkę, przygotować jej ulubione danie, zaśpiewać jej ulubioną kolędę, albo wybrać się na cmentarz na jej grób, w konkretnym dniu. Taki znak nie tylko może pomóc najbardziej przeżywającym tę stratę, ale też stać się rodzinną tradycją w latach następnych. Pamiętajmy jednak, że to wszystko ma sens tylko wtedy, gdy czujemy, że tego potrzebujemy i że to będzie dla nas ważne. Żałoba nie lubi siłowych rozwiązań – tak musi być, bo tak będzie lepiej i koniec. Ma być tak, żeby było nam łatwiej. Symbolika nie ma sensu jeśli ma potęgować cierpienie.  

 

A czy pozwolić osobie osieroconej na zamykanie w swoim cierpieniu? Mam na myśli sytuację, w której słyszymy „dajcie mi wszyscy święty spokój”. Są jakieś granice tego odcinania się od kontaktu, za którymi jest destrukcja? 

Ważne, żebyśmy pamiętali, że niejednokrotnie żałoba i depresją przenikają się. Jestem jednak raczej za tym, by w jakiś nienachalny sposób starać się o sobie przypominać, nie zostawiać zupełnie, a już na pewno nie mówić „zadzwoń jak będziesz czegoś potrzebować”. Incjatywa kontaktu zawsze powinna być po stronie osób wspierających. W żałobie trudno jest czasem po prostu wstać z łóżka, a co dopiero prosić kogoś o pomoc. Warto więc zadzwonić, spytać. Może odwiedzić na chwilę, by połamać się opłatkiem? Wszystko opiera się myślę o taką naszą czujność i uważność na naszych bliskich w żałobie. 

 

Chciałabym też zapytać o wątek dzieci lub nastolatków w rodzinie, w której ktoś niedawno zmarł. Czasami w dzieciach pojawia się lęk na przykład przed babcią, która teraz, po stracie męża, ciągle płacze albo ukochanym dziadkiem, który opowiadał bajki, a teraz się nie odzywa.  Boją się wigilii na której się siedzi i płacze. Jak im pomóc? Jak to zorganizować?

Generalnie towarzyszenie osobie w żałobie jest trudne, ponieważ to jest proces bardzo obciążający emocjonalnie. Trudno jest nam, dorosłym, a co dopiero dzieciom. Lęk w tej sytuacji jest zupełnie zrozumiały, bo w momencie straty cały nastrój rodziny na pewien czas się zmienia. Pewne rytuały zatrzymują się, pojawia się więcej smutku, czasem złości. To rezonuje na wszystkich, bo strata, którą przeżywają, zmienia w pewien sposób tę rodzinę.

 

A jeśli chodzi o dzieci w tym wszystkim?

Najważniejsza jest rozmowa – oczywiście językiem dostosowanym do wieku, by dzieci wiedziały, dlaczego tak jest, dlaczego babcia ciągle płacze. Dzieci boją się tym mocniej, gdy nie rozumieją, co się dzieje. Ponadto, oprócz rozmowy z nimi, ważne, by zorganizować im w święta czas niosący też radość. Powiedzmy: Wigilię spędzamy u babci, tak jak zawsze, ale potem wracamy do domu i robimy sobie pierniczki albo gramy w gry. Ważne, by ta radość świąteczna mogła choćby w mniejszym wymiarze współistnieć z innymi uczuciami, które przeżywamy. 

 

Czyli nie mieć do nich pretensji o nierozumienie sytuacji? Nie karcić „czemu skaczesz, skoro dziadek umarł”?

Nie karcić, a przede wszystkim rozmawiać i tłumaczyć, dlaczego niektóre zachowania mogą być przykre dla babci w żałobie czy opłakującego ciocię wujka. Można poprosić i umówić się, by grające zabawki zostawiły w domu i pobawiły się nimi po Wigilii, biorąc jednak poprawkę na to, że dzieci nie zawsze będą to rozumiały. To przecież zależy także od wieku i etapu rozwojowego. Wszak dziecko może wcale nie rozumieć, że dziadek odszedł na zawsze i nie wróci. A może to głośne zachowanie dziecka jest jakimś sposobem rozładowywania emocji w jego doświadczaniu żałoby? Rozmawiajmy, rozmawiajmy i jeszcze raz rozmawiajmy. Wszystko wraca właśnie do tej uważności, czujności i rozmowy z bliskimi, o tym, czego potrzebujemy. 

 

Rozumiem jednak, że raczej nie oszczędzać im takiej „smutnej wigilii”, nie rezygnować z bycia z osieroconym bliskim na rzecz dobrego samopoczucia dzieci?

To trudne pytanie. Na pewno nie rezygnować „bo tak”, bez rozmowy i pytania. Jestem przeciwna chronieniu dzieci przed rzeczywistością śmierci. Wszystko jednak stosownie do wieku i dojrzałości. Jeśli jednak dziecko się boi i mimo rozmów mówi, że nie chce w danym spotkaniu uczestniczyć, to jestem przeciwna zmuszaniu. Mogłoby to tylko przynieść jeszcze więcej cierpienia dla wszystkich. Pamiętajmy, że dziecko także na swój sposób przeżywa stratę bliskiej osoby. Ono też ma prawo wyrażać swoje emocje, złościć się, chcieć czegoś lub nie. Uszanujmy to. Warto, byśmy zapewnili mu poczucie bezpieczeństwa i nie naciskali. Możemy umówić się na Wigilię z Babcią, a potem sanki i wieczór gier w domu. 

Podążajmy za swoimi potrzebami. Domyślam się, że czasem będzie trudno je wszystkie połączyć, bo każdy w rodzinie doświadcza żałoby na swój sposób. Myślę jednak, że otwarta komunikacja pozwoli “uszyć” te święta na miarę naszych, rodzinnych sił i potrzeb. 

Życzę nam wszystkim w tym czasie tego, czego potrzebujemy najbardziej.

 

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor, w latach 2018-20 odpowiedzialna za sekcję news w Stacji7. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Kard. Nycz: W tym roku pusty talerz przy stole nie powinien być tylko symbolem

„Trzeba pomyśleć, czy wokół mojego domu, w gronie sąsiadów nie ma kogoś, kto potrzebuje pomocy, kogoś, z kim trzeba by się było połamać opłatkiem, może zrobić mu zakupy, a może zapytać, czy czegoś nie potrzebuje. I to będzie ten symbol pustego talerza, niesłychanie ważny w tym roku. Bardzo bym zachęcał, żeby tak właśnie zrobić w tym szczególnym dniu” – powiedział w rozmowie z dziennikarzami Stacji7.pl ks. kardynał Kazimierz Nycz, metropolita warszawski.

Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >
Arkadiusz Grochot
Arkadiusz
Grochot
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Zofia Świerczyńska, Arkadiusz Grochot, Stacja7.pl: Księże kardynale, to już drugi świąteczny czas, który przypadł w czasie pandemii. W tych trudnych okolicznościach, w których przeżywamy te święta, tegoroczne puste miejsce przy wigilijnym stole zdaje się być – szczególnie dla katolików – bardzo symboliczne.

Kard. Kazimierz Nycz: To jest pytanie, które porusza bardzo newralgiczny punkt i strunę naszego życia. Myślę, że w pewnym sensie te święta, o które pani pyta, są trudniejsze niż te wielkanocne – z racji natury tych świąt. Święta Wielkanocne przeżywaliśmy bardzo trudno, ja pamiętam i będę pamiętał chyba do śmierci, Mszę Świętą w katedrze, kiedy oprócz służby liturgicznej było pięcioro ludzi. Nigdy tak nie stałem przy ołtarzu i nigdy tak nie odprawiałem Mszy Wielkanocnej. Ale biorąc pod uwagę to, że Święta Bożego Narodzenia mają jeszcze tę otoczkę, która jest otoczką nie tylko liturgiczną, kościelną, ale jest czymś bardzo istotnym i ważnym w przeżywaniu domowym, rodzinnym, to na pewno będą to po ludzku trudne święta. 

W tym kontekście chciałbym prosić, wręcz błagać wszystkich, którzy tego będą słuchać, żeby się postarać o to, żeby to były normalne święta – żeby z niczego nie rezygnować, a tym bardziej przywiązywać wagę do Mszy Świętej, na którą się pójdzie. Czy to będzie pasterka, czy Msza w święta, a jeżeli nie ma takiej możliwości – bo może tak być – to żeby to uczynić chociażby przez środki masowego przekazu, przez internet. Bogu dzięki, tych transmisji jest bardzo dużo i w takim trudnym czasie jest to ważne. 

Ważne też jest to, żeby w tym czasie nie zaniedbać, a wręcz odbudować i rozbudować to wszystko, co przeżywamy w domu rodzinnym: począwszy od przygotowania do świąt, tego modlitewnego, przez spowiedź, ale także przez ubieranie choinki, co nieraz było zaniedbane. Ważne jest, żeby przygotować i przeżyć to wszystko, co jest przy stole wigilijnym, wrócić do śpiewania kolęd – pięknych, polskich kolęd, które są nie tylko piękne, ale mają i niosą w sobie głęboką, wielką teologię. Myślę, że czasem w minionych latach te święta się w wielu rodzinach, tak mówiąc kolokwialnie, rozwiewały, tzn. młodzi wyjeżdżali do Zakopanego i gdzieś tam jeszcze. Może właśnie teraz jest okazja do tego, aby wrócić do domu, do stołu wigilijnego i myślę, że to będzie czymś niesłychanie ważnym w przeżywaniu tegorocznych świąt przy tej pandemii, która nas dotknęła, niestety nie tylko nas w Polsce, ale ludzi w Europie, w świecie.

 

Wiele osób będzie stało w tym roku przed dylematem, czy pojechać do swoich starszych rodziców, czy oni powinni sami zostać na święta. Jak nie utracić w tym „dziwnym świętowaniu” istoty tych świąt i co by ksiądz kardynał powiedział takim osobom, które będą musiały jednak te święta spędzić w samotności?

Powiem najpierw pokornie – nie mam gotowych rozwiązań, nie mam żadnych rad. Sam mam w rodzinie ludzi starszych, którzy w całym szacunku, wręcz wzorowym życiu z młodymi, nie spotykali się od marca z nimi, bo z jednej strony młodzi nie chcą tych naszych rodziców narazić na zarażenia, a z drugiej strony ci starsi mówią, że “nie chcemy narazić naszych dzieci”. I ja to rozumiem, dlatego, że każdy miał w swoim bliskim otoczeniu człowieka chorego, albo nie daj Boże kogoś, kto umarł. Ten człowiek nie będzie nigdy powtarzał, że nie ma covidu, nie ma tej choroby. To jest poważna sprawa, ja to widzę choćby tylko po księżach mojej diecezji. Co mogę radzić? Dzisiaj na szczęście możliwości tego kontaktu pośredniego są duże, jest Skype, są różne formy komunikowania się, można z tego skorzystać, jest telefon, itd. Oczywiście, gdzie się da zrobić to w sposób mądry i bezpieczny, to radzę zrobić. Natomiast generalnie rzecz biorąc, pewnie zasadą będzie zostanie w gronie tych ludzi, którzy mieszkają pod jednym dachem i nawet jeżeli to będzie poszerzenie – jak przepisy pozwalają, o 5 osób, to niech to będzie tak, aby utrzymać charakter rodzinny tych świąt, ale przede wszystkim refleksyjny, głęboki w sensie religijnym.

 

O czym nie wolno zapomnieć w te święta? Jak spędzić właściwie i owocnie Święta Bożego Narodzenia w domu, czasem bez uczestnictwa w liturgii, bez Pasterki, bez takiej możliwości – o czym na pewno trzeba pamiętać, a czego unikać?

Ja bym przy otoczce tych świąt i przygotowaniu do nich wspomniał to, co pani w którymś pytaniu już wspomniała. Mianowicie: w tym roku pusty talerz powinien stać się nie symbolem, bo powiedzmy sobie to uczciwie i szczerze – nawet jeżeli w którejś rodzinie stawialiśmy ten pusty talerz, bo nas tak rodzice nauczyli, tośmy tak po cichu się modlili, żeby tak ktoś z ulicy nie przyszedł czasem, bo by nam popsuł święta. W tym roku może być tak, a może nawet trzeba, żeby tak było, żeby ktoś, kto przy naszym stole może zasiąść – żeby zasiadł. A jeżeli nawet nie spełnimy tego pustego talerza w sposób dosłowny w Wigilię, przy kolacji wigilijnej – oczywiście nie ma powodu, żeby go nie spełnić – to może trzeba pomyśleć o tym przed Wigilią. Czy wokół mojego domu, czy w gronie sąsiadów nie ma kogoś, kto potrzebuje pomocy, kogoś, z kim trzeba by się było połamać opłatkiem, może zrobić mu zakupy, a może zapytać, czy czegoś nie potrzebuje i to będzie ten symbol pustego talerza – niesłychanie ważny w tym roku i bardzo bym zachęcał, żeby tak właśnie robić w tym właśnie szczególnym dniu.

 

 

Decyzję co do beatyfikacji w jakimś sensie podjęliśmy podczas mojej ostatniej wizyty w Rzymie. Nie będziemy drugi raz przekładać tej beatyfikacji, jakikolwiek będzie czas.

W kwietniu podjął ksiądz kardynał  trudną decyzję o przesunięciu terminu beatyfikacji sługi Bożego, prymasa kardynała Stefana Wyszyńskiego. W rozmowie z Anetą Liberacką mówił ksiądz, że: “nie będziemy ograniczali wiernym możliwości uczestnictwa w tej uroczystości, ale zorganizujemy ją tak, by sama uroczystość stała się symbolem i znakiem, że to czasy niepewne, które będą po pandemii, że trzeba każdą złotówkę oglądać z obu stron, zanim się ją wyda”. Czy już można coś powiedzieć na temat terminu beatyfikacji – kiedy do niej dojdzie i jak ona będzie wyglądała? Czy będzie to uroczystość skromna, kameralna, czy może będzie okazja do tego, żeby to była pierwsza taka duża uroczystość po pandemii? 

Powiem parę zdań więcej na ten temat, bo muszę się sam przyznać do pewnej niewiedzy, która stanęła u podstaw tej decyzji o przesunięciu beatyfikacji, dlatego że myśmy wszyscy nie byli przygotowani na to, co to jest pandemia, jak długo będzie trwała. Ja też myślałem o tym, że jeżeli to się zaczęło w marcu, to się skończy najpóźniej jesienią – tak zresztą wszyscy nas pocieszali – i na kanwie tego wtedy użyłem tego argumentu i myślę, że wtedy absolutnie byłem o tym przekonany, że – z jednej strony Wyszyński zasługuje na to, by mieć beatyfikację godną jego wielkości, jego świętości i że nam, Polakom i ludziom rozsianym na całym świecie, którzy go znali, taka beatyfikacja też jest potrzebna – żeby zaznaczyć i pokazać światu niezłomnego Prymasa Tysiąclecia w taki uroczysty sposób. 

Drugim powodem przesunięcia było liczenie na to, że to krótki czas, że pandemia minie. Gdyby czas się wrócił, nie wiem, jaką decyzję bym podjął dzisiaj, radząc się ludzi, radząc się Stolicy Apostolskiej. Natomiast dziś wiem i decyzję co do beatyfikacji w jakimś sensie podjęliśmy podczas mojej ostatniej wizyty w Rzymie razem z Kongregacją do Spraw Kanonizacyjnych – powinno się to stać w najbliższym czasie. Nie ogłaszam jeszcze tej decyzji, wymaga ona jeszcze potwierdzenia Ojca Świętego. Jedno wiem, że nie będziemy drugi raz przekładać tej beatyfikacji, jakikolwiek będzie czas.

Wierzę też w potęgę mediów, że potrafią uczynić tę beatyfikację powszechnie znaną i umożliwić ludziom udział w niej. Nawet przypomina mi się taka rzecz z 2000 roku, kiedy podczas kanonizacji św. siostry Faustyny zrobiliśmy ten sławny telemost między Rzymem, a Krakowem, gdzie w Rzymie było ponad 100 tysięcy ludzi, a w Krakowie było 200 tysięcy i uczestniczyli oni w tej samej uroczystości. Taka możliwość jest. Beatyfikacji nie będziemy już przekładać tym bardziej, że jest ona potrzebna w tym trudnym czasie, który się przedłużył i powiedzmy to szczerze – skutki jego będą trwały długo. Będą skutki społeczne, skutki w rodzinach, miejscach pracy, skutki gospodarcze, wielowymiarowe i inne – a więc taki patron, nowy patron, jest nam potrzebny i myślę, także o tym, o co pan zapytał, i o tej złotówce jeszcze raz bym powtórzył dzisiaj to samo – to musi być dzisiaj beatyfikacja godna, ale skromna. Skromna na miarę czasów, w których żyjemy. Będzie po tej pandemii, już jest, wielu ludzi bez pracy, wielu ludzi w sytuacji bardzo trudnej, a więc ta beatyfikacja musi pokazać: robimy to w sposób godny, prosty, ale bardzo skromny i tani także – i tak tę beatyfikację zrobimy i ufam, że będzie to rok 2021 i wszyscy się módlmy i prośmy o to, żeby ten rok przyszły był rokiem beatyfikacji Wyszyńskiego.

 

Kardynał Wyszyński jest nam potrzebny jako nowy błogosławiony – żeby nam pokazał, gdzie jest źródło nadziei chrześcijańskiej, gdzie pokładać nadzieję w takich czasach, w jakich żyjemy. 

W ostatnim czasie wielu katolików czuje lęk, związany z kryzysem Kościoła, kryzysem wiary. Czy ta beatyfikacja może być właśnie taką okazją do ożywienia, do dania po raz kolejny świadectwa tego, ilu nas jest w Kościele? Teraz tak naprawdę jesteśmy wszyscy zamknięci w domach i ta modlitwa jest często indywidualna – rzadko kiedy wspólnotowa. Na ile beatyfikacja pozwoli nam zjednoczyć się i jeszcze raz zobaczyć ilu nas jest w Kościele, że naprawdę jesteśmy dużą wspólnotą, która się wzajemnie wspiera?

Ja bym na pierwszym miejscu nawet nie stawiał problemu liczby, dlatego, że być może będzie tak, że na beatyfikacji będzie mogło być tyle osób, ile będzie mogło być w danym momencie w świątyni. Problem powrotu ludzi do kościoła po pandemii to jest osobne zagadnienie, bardzo ważne zresztą – i myślę, że ważne jest to, co napisał papież Franciszek w książce, która niedawno ukazała się w języku polskim: nic nie będzie już takie samo po pandemii i tak samo nie będzie wyglądało. 

Myślę, że także dla wielu ludzi, którzy mają głęboką cześć do Eucharystii, brak niedzielnej Mszy Świętej był wielkim doświadczeniem – oni będą z radością i z większym jeszcze szacunkiem powracać do realnej Eucharystii, uczestnictwa w niej, natomiast dla wielu ludzi, powiedzmy to szczerze, takich katolików trochę kulturowych, to będzie pewien sprawdzian, a może dla niektórych, czy dla Kościoła – oczyszczenie. Z tym się też musimy liczyć. 

Natomiast generalnie chodzi mi o to, żeby bardziej ta beatyfikacja pokazała, że nie tylko my przeżywamy trudne czasy. Pandemia wszystkich nas troszkę skoncentrowała na naszym pokoleniu, na naszych ostatnich latach, natomiast Wyszyński nam pokaże coś innego, przynajmniej pokaże nam to 30 lat jego pontyfikatu biskupiego, który trwał w bardzo trudnych czasach. Jeżeli się porówna w Polsce lata 50. XX wieku, ten ciężki okres, gdzie ginęli ludzie, byli po prostu przez komunistów mordowani wręcz, ginęli kapłani – to były trudne czasy i on w tamtym czasie, sam siedząc w więzieniu przez 3 lata, potrafił nie stracić nadziei, potrafił tę nadzieję wlewać w innych ludzi. I w tym znaczeniu, od tej strony jest nam potrzebny kardynał Wyszyński, jako nowy błogosławiony – żeby nam pokazał, gdzie jest źródło nadziei chrześcijańskiej, gdzie pokładać nadzieję w takich czasach, w jakich żyjemy. 

Każdy z nas mówi, że nasze czasy są trudne, natomiast każde czasy są trudne na miarę wyzwań, które niosą. Kardynał Macharski, tutejszy krakowski kardynał, o którym rozmawiamy, zawsze mawiał w ten sposób: “każdy ma taką Kalwarię, na jaką zasługuje”, czyli każdy ma swoją drogę krzyżową, każdy ma swój krzyż – i każde pokolenie to ma. Oczywiście mamy prawo uważać, że my mamy największy krzyż, trud i kłopot; że nasze czasy są najtrudniejsze. Ale też trzeba sobie powiedzieć, że patrząc nawet na tę najnowszą historię Polski – już nie mówię dalej – jednak były czasy o wiele trudniejsze, niż te nasze i jeżeli byśmy narzekali mając to, co mamy, no to nie bylibyśmy sprawiedliwi wobec historii. 

 

Każdy z nas mówi, że nasze czasy są trudne, natomiast każde czasy są trudne na miarę wyzwań, które niosą.

Wróćmy jeszcze na chwilę do sprawy pandemii. Jakie prawdy o religijności i wierze Polaków pokazała pandemia i jak Kościół odnalazł się w tej nowej rzeczywistości takiego „półzamknięcia”?

Oceniałbym to pozytywnie i też w sensie znaku, który został nam dany. Pozytywnych rzeczy wyzwoliło się bardzo dużo: wyzwoliło się to pokolenie i to przekonanie ludzi – zwłaszcza tych ludzi, którzy byli blisko Chrystusa, blisko Kościoła i prawdziwie, głęboko wierzących, to oni odczuli najbardziej i dali temu wyraz i znak, potrzebę, bliskość Eucharystii i pragnienie Eucharystii. 

Wykazali się też ci wszyscy, którzy należeli do rozmaitych ruchów i grup w Kościele. My w Polsce mamy – tylko tego nie widzimy na co dzień – prawie 3 mln ludzi, którzy przynależą do rozmaitych ruchów i grup. Wielkie ruchy typu: Neokatechumenat, Domowy Kościół, Oaza, Odnowa w Duchu Świętym – ale także te mniejsze wspólnoty, np. Emmanuel – one się bardzo szybko pozbierały, potrafiły się spotykać, gromadzić, potrafiły mieć spotkania szukania Słowa Bożego, dzielenia się słowem, itd. To wszystko się ujawniło. 

Natomiast ujawniły się także na tym tle słabości. Jeżeli w danej parafii oprócz niedzielnej Mszy Świętej i oprócz udzielania sakramentów świętych nie było innych rzeczy, które się działy “na obrzeżu” życia parafialnego, co było niezwykle istotne i ważne, to nagle w jednym momencie się okazało, że ksiądz został w tej parafii w pewnym sensie bezrobotny, został bez ludzi. A ponieważ nie miał wyjścia do tych wszystkich innych, nowszych form – bardzo szybko zreflektował się, że: „bez ludzi, cóż znaczy moje kapłaństwo?”. 

To samo przeżyli księża i katecheci świeccy, nauczyciele w szkole, kiedy w pierwszych tygodniach i w pierwszym miesiącu właściwie szkoły trzeba było zamknąć, nie było jeszcze praktyki zdalnego nauczania. Okazało się, że nauczyciel, pasterz, bez uczniów, bez dzieci – to duży trud i to też jest nauka, która płynie z tej pandemii jako takiej. W bardzo wielu parafiach – mówiło się to dziesiątki razy przy wizytacji na temat zespołów charytatywnych – niezależnie od tego, czy one są liczne – w każdej parafii jakaś grupka tych osób jest. I nagle te grupy w jakimś sensie uzyskały swoją tożsamość i potrzebę spotkań podczas pandemii.

Zespoły charytatywne nie dość, że same przychodziły do starszych i chorych przed pierwszym piątkiem, idąc przed księdzem, to też uruchomiły się w wielu parafiach jako te osoby, które robią zakupy, pytają o coś, przynoszą lekarstwa, a przede wszystkim, jako uwiarygodnione sprowadzają innych do tej pomocy. A więc ta pomoc charytatywna, ale także pomoc w Caritas i w innych organizacjach, nie tylko kościelnych, w pomocy społecznej – to na pewno zdało egzamin. Czy można było zrobić więcej? Z pewnością, zawsze można zrobić więcej, dlatego jesteśmy, a na pewno powinniśmy być, mądrzejsi na przyszłość.  

 

Ochrona życia zawsze będzie papierkiem lakmusowym społeczeństwa pluralistycznego i musimy się liczyć z tym, że bronienie i chronienie życia każdego człowieka od poczęcia, to jest święty obowiązek Kościoła i Kościół zawsze z tego powodu będzie prześladowany.

W ostatnim czasie obserwowaliśmy liczne strajki, które odbywały się na ulicach naszych miast – wśród nich brało udział też bardzo dużo młodych ludzi. Można powiedzieć, że młodzi dość szybko się laicyzują – otwarcie mówili o swojej niechęci do Kościoła. Czy można postawić tezę, że Kościół i duszpasterze utracili kontakt z młodymi?

Wiem, że ten problem jest bardziej złożony, tzn. rzeczywiście ja widziałem w Warszawie strajki, w różnych miejscach – to byli głównie ludzie młodzi, młodego pokolenia, całkiem młodzi – większość kobiet, ale nie tylko kobiet i jestem głęboko przekonany, że całkowita większość z nich to byli ludzie ochrzczeni, bierzmowani, którzy tam przyszli. Bałbym się bardzo oceniać, że wszyscy przyszli ze złej woli. 

Pierwsza sprawa w ocenie tych faktów jest taka, żeby nie rozwadniać się nad błędami polityków, bo to nie jest Kościoła sprawa. One na pewno też były – tzn. w tym znaczeniu, że w najgorszym momencie to zrobiono – podjęto temat ochrony życia, prawnej ochrony życia i akurat zajęła się tym instytucja, która nie jest ustanowiona do tworzenia prawa, tylko do oceny prawa – ale to już na marginesie. Natomiast jeżeli strajki, i wyjście na ulicę było spowodowane tym, że chciano zapewnić tzw. dowolność aborcji, zawalczyć o wolność kobiety, itd. – nawet jeżeli ktoś na to naprowadził – to ja mówię w ten sposób: ochrona życia zawsze będzie papierkiem lakmusowym społeczeństwa pluralistycznego i musimy się liczyć z tym, że bronienie i chronienie życia każdego człowieka od poczęcia, to jest święty obowiązek Kościoła i Kościół zawsze z tego powodu będzie prześladowany. I gdyby to było prześladowanie – krzyki, wrzaski, jakieś tam opisanie murów kościoła, czy czegoś innego z tego powodu, że broni życia –  to na takie coś musimy być przygotowani. Nawet możemy się chlubić z tego powodu. Natomiast trzeba w międzyczasie robić rachunek sumienia ze swoich błędów, tzn. to, o co pani pyta. To, co się stało, to nie jest kwestia tylko Kościoła i tylko katechetów. Co się stało, że nam się jednak trochę zgubiła młodzież? Młodzież się zgubiła rodzicom – stracili z nimi kontakt, zgubiła się w szkole – nauczycielom, ale zgubiła się także Kościołowi i katechetom. Pytanie: dlaczego się zgubiła? Czy dlatego, że mówiliśmy do nich przestarzałym językiem, czy mówiliśmy nieciekawie, czy może za mało świadectwa i przykładu było w tym, co do nich mówiliśmy?

Jest faktem, że Kościół – w sensie diecezji i parafii – “oddał” młodzież 30 lat temu szkole. Powiedział tak: “w szkole jest teraz katecheza, a więc my w parafii zamykamy salki, koniec”. Rodzina co zrobiła? W pewnym sensie zagubiona, zabiegana, pracująca do 17, 18, 19, oddała też młodzież szkole, bo szkoła się w tym nowym czasie demokracji uwiarygodniła – “już nie mówią, że tam jest komunistyczna szkoła, a więc niech robią z moim dzieckiem wszystko”. Nieprawda – nie da się zastąpić podstawowych wspólnot wychowujących, nie da się zastąpić rodziny na pierwszym miejscu, ani nie da się zastąpić parafii i szkoły, ale każdy musi robić swoje. I to jest wielkie pytanie i wyzwanie, dlaczego oni się tam znaleźli, gdzie są, jakie zostały przez nas popełnione błędy i to jest moim zdaniem poważny czas na refleksję i na zastanowienie się, dlaczego tak się stało.

 

Jak ksiądz kardynał spędzi święta w tym roku? Czy poza obowiązkami metropolity warszawskiego będzie czas na to, żeby odwiedzić swoich bliskich? 

Powiem tak, że może najbardziej z was tutaj obecnych, spędzę Święta tak, jak każdego roku, dlatego, że funkcje w diecezji są takie, że pierwszy i drugi dzień świąt oraz następującą po nich niedzielę muszę być w Warszawie i chcę być w Warszawie – jestem albo w katedrze, albo w którejś parafii, na pasterce, itd. I tak będzie też w tym roku. Zupełnie podobnie będzie, jeśli chodzi o samą Wigilię i wieczerzę wigilijną – będę z tymi, z którymi mieszkam w jednym domu, czyli tak, jak to było zawsze. Nie będzie jednej rzeczy – w pierwszy dzień świąt zapraszałem szersze grono moich współpracowników. Tym razem nie będę tego mógł zrobić. Jeżeli będzie taka możliwość, to udam się w moje strony rodzinne, czyli w krakowskie strony, ale pewnie dopiero po nowym roku, żeby odwiedzić najbliższych przynajmniej na chwilę.

 

Kolędowanie, ulubiona potrawa? Na co ksiądz kardynał czeka najbardziej w te Święta?

Kolędowanie – owszem, lubię bardzo i nawet mogę to publicznie zdradzić, ponieważ u mnie w domu mieszkają i księża i wszyscy biskupi pomocniczy i są siostry, które przygotowują posiłki cały rok, itd. i zawsze chcemy, żeby ta Wigilia była cała, razem, wspólnie. Wprowadziliśmy więc zwyczaj przed 10 laty, że po każdym daniu śpiewamy 2-3 kolędy, także po to, żeby po prostu wszyscy mogli zasiąść, a nie być podzieleni na posługujących i obsługiwanych – tak będzie też w tym roku. Śpiewamy także po skończonej kolacji jeszcze, potem się jedzie na pasterkę. Jeśli chodzi o potrawy, to moje ulubione to te najbardziej tradycyjne, klasyczne – oczywiście trudno sobie wyobrazić Wigilię bez ryby. W Polsce południowej bez karpia, choć mnie Koszalin, gdy byłem tam biskupem, nauczył jeszcze jednego, że niekoniecznie karp jest rybą wigilijną, bo oni wręcz się podśmiechiwali czasem i mówili w taki sposób: wy na południu jedzcie karpia, a my mamy dużo lepszych ryb. Ale mówię: ryby i te wszystkie zwyczaje – kluski, nie kluski, które się z barszczem jada. Tego wszystkiego życzę również wszystkim innym, którzy nas słuchają.

 

Na koniec prosimy jeszcze księdza kardynała życzenia dla naszych czytelników i widzów.

Jeżeli ktoś słuchał cały czas tego spotkania naszego, to te życzenia były zawarte w czasie naszej rozmowy. Życzę, żeby w tym nie całkiem normalnym czasie tegorocznych świąt, przeżyć je jak najbardziej normalnie, jak najbardziej głęboko, serdecznie, rodzinnie, bo nawet sytuacja zewnętrzna ku temu sprzyja. Życzę przede wszystkim tego najgłębszego kontaktu z Panem Jezusem, który się rodzi w betlejemskiej stajni i tę prawdę przeżywamy w święta – niech to będzie wyrażone w kościele, jeśli tylko Pan Bóg pozwoli na taką obecność w te święta, niech to będzie wyrażone w kolędach, niech to będzie wyrażone w braterskiej miłości w rodzinie. Wszystkim życzę błogosławionych, wspaniałych Świąt Bożego Narodzenia i równie dobrego, pełniejszego niż obecny, przyszłego roku, który jest przed nami. Szczęść Boże!

 

Zofia Świerczyńska

Zofia Świerczyńska

Dziennikarz, sekretarz redakcji portalu Stacja7. Pracowała w Sekcji Komunikacji Komitetu Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, agencji kreatywnej, swoje teksty publikowała także na łamach tygodników katolickich. Odpowiedzialna za projekty medialne i marketingowe.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Arkadiusz Grochot

Arkadiusz Grochot

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >
Arkadiusz Grochot
Arkadiusz
Grochot
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap