Po co nam ekumenizm?

Czym jest ekumenizm? Czy zwykły katolik powinien się w to włączać? Czy są jakieś granice dialogu między chrześcijanami? Zadaliśmy te pytania specjaliście, ks. Sławomirowi Pawłowskiemu z Rady Episkopatu ds. Ekumenizmu. 

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Zadam najbardziej podstawowe pytanie: po co w ogóle prowadzić dialog ekumeniczny? Czemu Kościół katolicki się w to włącza, czemu włączają się i inne Kościoły?

Ks. dr hab Sławomir Pawłowski SAC: Odpowiadając wyjaśnijmy najpierw, czym jest w ogóle ekumenizm. Ekumenizm to wysiłki zmierzające do jedności chrześcijan, dlatego odróżniamy go zatem od dialogu międzyreligijnego, który uwzględnia inne religie (np. judaizm, buddyzm, islam). Ekumenizm podąża trzema drogami: to ekumenizm, duchowy, ekumenizm praktyczny i ekumenizm teologiczny zwany doktrynalnym. 

 

Wyjaśnijmy je po kolei.

Ekumenizm duchowy polega na świętości życia, nawracaniu serca i modlitwie, zwłaszcza wspólnej, o jedność. W myśl zasady, że im jesteśmy bliżej Chrystusa, tym jesteśmy bliżej siebie. I taki ekumenizm duchowy, a Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan w niego się wpisuje, jest nazywany duszą ruchu ekumenicznego. Jesteśmy przecież świadomi, że jedność nie jest czymś, co sami zrobimy, ale to jest również dar Boga, o który prosimy. Przyznajemy, że zjednoczenie chrześcijan przerasta nasze ludzkie siły, dlatego pokładamy nadzieję nie tylko w naszej modlitwie ale również w modlitwie samego Pana Jezusa z Wieczernika, która brzmiała: “Żeby byli jedno”. 

Jedność nie jest czymś, co sami zrobimy, ale to jest również dar Boga

Drugi rodzaj ekumenizmu to ekumenizm praktyczny, który polega na tym, że chrześcijanie różnych wyznań robią dobre rzeczy wspólnie dla innych ludzi. Na polu charytatywnym, społecznym, kulturowym. Dobrym przykładem jest tu Wigilijne Dzieło Pomocy Dzieciom, organizowane w naszym kraju przez katolicki Caritas, prawosławny Eleos i ewangelicką Diakonię. 

 

Spotkanie ekumeniczne w Centrum Światowej Rady Kościołów w Genewie. | fot. twitter.com

 

Trzeci ekumenizm to ekumenizm teologiczny zwany doktrynalnym, który polega na dialogu komisji teologicznych do których należą specjaliści poszczególnych wyzwań. Przyglądają się oni różnicom doktrynalnym jakie między nami są. W miarę pogłębiania tego rozumienia okazuje się często, że te różnice są różnicami dopuszczalnymi, że nie dotyczą prawd wiary, lecz jedynie jakichś akcentów, które są możliwe. Ten ostatni rodzaj ekumenizmu jest bardziej zarezerwowany dla specjalistów i w ciągu ostatnich 50 lat miał bardzo wiele dokonań. Można tu wymienić międzywyznaniowe dokumenty multilateralne na temat Chrztu, Eucharystii czy posługi wynikającej ze święceń. Warto też wspomnieć podpisaną 20 lat temu deklarację luterańsko-katolicką na temat nauki o usprawiedliwieniu. Jak pamiętamy był to jeden z tematów, który bardzo podzielił katolików i protestantów w XVI w.: jak człowiek dostępuje uświęcenia: czy przez samą tylko wiarę czy przez wiarę i uczynki? Innym wielkim sukcesem jest podpisana również 20 lat temu wspólna Deklaracja o Chrzcie, przyjęta przez 6 Kościołów należących do Polskiej Rady Ekumenicznej oraz przez Kościół katolicki. 

Wszystkie te trzy nurty ekumenizmu są bardzo potrzebne, żadnego z nich nie powinno brakować, a w ekumenizmie duchowym i praktycznym każdy chrześcijanin może mieć swój udział. 

 

Na przykład jaki? Jak to może wyglądać w praktyce przeciętnego katolika?

Na przykład modlitwa o jedność, nawet z innymi braćmi chrześcijanami. Teraz jest zresztą świetna okazja, ponieważ trwa Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan i każdy może iść na nabożeństwo ekumeniczne. Więcej, może nawet uczestniczyć w nabożeństwie innego Kościoła. 

 

Naprawdę? Katolik może swobodnie iść na liturgię innego Kościoła, nawet niekatolickiego?

Może iść, nie powinien jednak przyjmować tam Komunii świętej, ponieważ Komunia jest wyrazem pełnej jedności z danym Kościołem. Komunię w innym Kościele możemy przyjmować tylko w przypadku braku fizycznego dostępu do szafarza sakramentów własnego Kościoła przy jednoczesnej potrzebie duchowej. Kiedy przez to nie wprowadzi się nikogo w błąd katolik może skorzystać aż z trzech sakramentów u innych braci chrześcijan: pokuty, namaszczenia chorych oraz właśnie Eucharystii, w Kościele w którym są ważne wyżej wymienione sakramenty, np. w Kościołach wschodnich, o ile gospodarze mu na to pozwolą. 

 

FOT. Wikipedia

 

Czyli na przykład w razie braku innej możliwości może przyjąć Komunię w cerkwi?

Tak, o ile mu na to pozwolą, bo akurat w cerkwi jest tak, że rezerwuje się tam Komunię świętą dla swoich wiernych. Ale mogłoby to dotyczyć Kościoła polsko-katolickiego np. w USA, gdzie tego typu oficjalne uzgodnienie zostało podpisane.

 

Poznanie własnej tożsamości jest czymś bardzo pożytecznym w dialogu z innymi ludźmi

A do kościoła ewangelickiego? Czy katolik może iść tam na nabożeństwo nie w przypadku braku kościoła katolickiego, ale ze zwykłej ciekawości?

Zawsze może, oczywiście bez przystępowania do Stołu Pańskiego. Nie ma w tym niczego złego, można nawet takie pragnienie poznania ich liturgii pochwalić. Ostatni Sobór pozwolił na uczestniczenie katolikom w nabożeństwach u innych braci chrześcijan. To zresztą byłby dobry element formacji ekumenicznej, do której jesteśmy zaproszeni. Ważne, żeby taką ciekawość w sobie wzbudzać, żeby chcieć poznawać historię, doktrynę, wiarę, strukturę innych Kościołów. Powinniśmy znać to, w co oni wierzą, ponieważ po takim głębszym poznaniu czasem pryska wiele mitów, które mamy na temat innych wyznań.Może się nawet zdarzyć, że odkryjemy, jak wiele prawd wiary mamy wspólnych. Największym jednak przyczynkiem do ekumenizmu, w którym każdy z nas może uczestniczyć, jest poznanie wiary własnego Kościoła, poznanie Katechizmu Kościoła Katolickiego i też świadomość, co u nas jest prawdą wiary, a co jest tylko praktyką, dopuszczalną, ale niekoniecznie wywodzącą się z wiary. Poznanie własnej tożsamości jest czymś bardzo pożytecznym w dialogu z innymi ludźmi. Mając swoją tożsamość katolicką się nie obawiamy wejść z innymi w dialog.

 

Gdy myślę o tych praktycznych przejawach ekumenizmu od razu mam skojarzenie z muzyką, ponieważ polską scenę muzyki chrześcijańskiej tworzą nie tylko katolicy…

Zgadza się, to znakomity przykład uczestnictwa w ekumenizmie, zresztą łączący i ekumenizm praktyczny i duchowy. Po pierwsze często w jednym zespole grają katolicy i niekatolicy, po drugie – jako katolicy jak najbardziej możemy korzystać z muzyki tworzonej przez członków innych Kościołów chrześcijańskich. Często są to przecież koncerty uwielbieniowe, w których centrum jest Chrystus. Nie ma zatem niczego złego w uczestniczeniu w takiej modlitwie. To też prowadzi potem do wzajemnych muzycznych zapożyczeń, gdzie jedni od drugich przejmują wiele pieśni. Jest to jak najbardziej dobre a nawet więcej: jest przejawem wymiany dóbr duchowych, jakie istnieją między chrześcijanami. 

 

FOT. TGD/Facebook

 

Duch Święty dał różnym chrześcijanom dary, które są również przeznaczone dla nas

Jan Paweł II pięknie o tej wymianie dóbr mówił w kontekście ekumenizmu…

Tak. Wyjaśnijmy przede wszystkim, że samo słowo “dialog” pojawiające się w kontekście ekumenizmu oznacza wymianę myśli (gr. dia logos – przez myśl) I to właśnie Jan Paweł II zauważył, że dialog ekumeniczny jest czymś więcej niż wymianą myśli, ponieważ jest też wymianą darów, czyli skarbów, które mają poszczególni chrześcijanie. Papież Franciszek poszedł natomiast jeszcze dalej w tej intuicji, zauważając, że Duch Święty dał różnym chrześcijanom dary, które są również przeznaczone dla nas. Biorąc je zatem od innych chrześcijan jesteśmy w ten sposób wierni Duchowi Świętemu, który chce nas obdarowywać. Mieliśmy w historii wiele przykładów tej wymiany darów, mamy ją i teraz. Na przykład ewangelicy coraz bardziej doceniają naszą Eucharystię, obserwujemy proces coraz częstszego sprawowania u nich Wieczerzy Pańskiej. My natomiast dostrzegliśmy jak ważną sprawą jest osobiste czytanie Pisma świętego czy też odkryliśmy liturgię z językach narodowych czy potrzebę czynnego udziału wiernych w liturgii, które były jednymi z postulatów XVI-wiecznej Reformacji. Po kilku wiekach także i my, katolicy, uznaliśmy je za coś cennego. 

 

Czy ta wymiana dóbr duchowych ma jakąś granicę? Nie trudno dziś o katolików “tradycyjnych”, przywołujących w kontekście ekumenizmu bardzo stare zdanie “poza Kościołem katolickim nie ma zbawienia”…

Granica, którą można ustalić dotyczy sposobu przyjmowania Sakramentów. Tzn. w sposób zwyczajny nie możemy przyjmować sakramentów u innych chrześcijan i też nie możemy im ich udzielać. To jest jednak spowodowane tylko tym, że Komunia święta jest nie tylko źródłem Łaski, ale i wyrazem pełnej jedności z daną wspólnotą. Granicę stanowią również czasem doktryny, bowiem katolicy nie mogą akceptować wszystkich doktryn przyjmowanych w innych wspólnotach. Np. katolicy i prawosławni wzywają wstawiennictwa świętych i mają 7 znaków sakramentalnych, podczas gdy protestanci sprawują dwa i nie wzywają świętych. To są granice, których musimy być świadomi. Ale pamiętajmy, że i tutaj pojawiają się na horyzoncie znaki zbieżności. Na przykład jeśli chodzi o wyznania grzechów, namaszczenie chorych czy małżeństwo, które nie są u protestantów nazywane sakramentami, to jednak są sprawowane w świątyniach i przez duchownych, są zatem obrzędami religijnymi.  To wszystko są znaki jedności.  

W Kościele katolickim jest miejsce na różne przejawy duchowości

 

 

Wśród tzw. tradycjonalistów pojawia się też czasem zarzut, że dialog ekumeniczny wprowadza pewne niezdrowe nurty do Kościoła. Mam na myśli całą tę dyskusję o pentakostalizacji, czyli uzielonoświątkowieniu katolików. Jak można odpowiedzieć na te zarzuty?

Przede wszystkim mamy tu do czynienia z pewną dyskusją wewnątrzkatolicką, która dotyczy miejsca ruchów charyzmatycznych w Kościele. To miejsce one mają już od roku 1967. Jednak zawsze przy tym zarzucie o pentakostalizację albo i szerzej – protestantyzację Kościoła – zadaję pytanie pomocnicze: co dokładnie macie na myśli? Tu często okazuje się, że o odpowiedź trudno. Znam ruchy charyzmatyczne, które wcale nie odwodzą od kultu świętych, które nie negują 7 sakramentów. One po prostu posługują się duchowością charyzmatyczną, na którą jak najbardziej jest miejsce w Kościele katolickim. Czasem takim grupom zarzuca się zbytni emocjonalizm, ale trzeba powiedzieć, że nawet sami Zielonoświątkowcy stwierdzają, że tu nie chodzi o emocje, ale o wiarę; że uwielbienie Boga nie jest przejawem emocji, ale decyzji człowieka. Nawet oni uczą, że powinno się Boga uwielbiać niezależnie od nastroju.

Ruchy charyzmatyczne zrobiły wiele dobrego w Kościele katolickim, przyczyniły się do ewangelizacji i nie można ich gremialnie posądzać o protestantyzację Kościoła. Natomiast jeśli chodzi o tradycjonalistów i ich wątpliwości, chciałbym zauważyć, że w Kościele katolickim jest miejsce na różne przejawy duchowości, zarówno tę charyzmatyczną, jak i tę związaną z tzw. rytem nadzwyczajnym Mszy św. Należy do siebie podchodzić z wzajemnym szacunkiem i zwracać uwagę na dwie ważne zasady: Pierwszą: nigdy nie uważać, że już wszystko wiemy i od innych nie możemy się niczego nauczyć. Drugą: nie zarzucać sobie wzajemnie złej woli. 

 

Brzmi jak wyzwanie. Dlatego na koniec zapytam o wyzwania i trudności na polu ekumenizmu w Polsce. Nad czym jeszcze możemy pracować?

Myślę o trzech rzeczach. Po pierwsze: wzajemne poznanie się, które często obala stereotypy. Po drugie – przezwyciężanie nieufności, i to na każdym szczeblu, zarówno odgórnym, jak i oddolnym. Po trzecie, stałe ożywianie wzajemnych kontaktów, np. między proboszczem katolickim a prawosławnym, między proboszczem a pastorem. W ten sposób wraz z modlitwą dołożymy swoją cegiełkę do zbliżania się chrześcijan do siebie.

 

Rozmawiała Anna Druś 

 

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor, w latach 2018-20 odpowiedzialna za sekcję news w Stacji7. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

„On się narodził!”

Jak wyglądał poród w Betlejem? Co czuła Maryja, gdy na kilka godzin przed porodem nie było dla Jej rodziny miejsca w żadnym z domów? Czego od Maryi mogą uczyć się kobiety w ciąży? O narodzinach Jezusa z „ziemskiej” perspektywy, w rozmowie z Pawłem Kęską opowiada Barbara Purgał, psycholog, absolwentka nauk o rodzinie, doula.

Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Paweł Kęska: W Boże Narodzenie świętujemy to, że Bóg stał się człowiekiem. Jako noworodek pierwszy raz nabrał w płuca powietrza i poczuł zimno, a wcześniej żył życiem płodowym… Jesteśmy w szpitalu ginekologiczno-położniczym Świętej Rodziny w Warszawie. Co jakiś czas słychać płacz niemowląt. Starałem się wnikliwie przeczytać ewangeliczne opisy Bożego Narodzenia. Maryja idąca do świętej Elżbiety, która była w ciąży, pełniła funkcję douli?

Barbara Purgał: Trochę tak, ale zanim jeszcze poszła do świętej Elżbiety, użyła tego słowa w innym kontekście. To słowo pochodzi z języka greckiego i jest tym samym słowem, którego Maryja użyła w Magnificat odpowiadając archaniołowi Gabrielowi. Powiedziała – „oto ja służebnica pańska”. W oryginale to nie jest nawet „służebnica” tylko „niewolnica”, właśnie „doula”. Słowo to dziś określa zawód, który wykonuję. Wspieram niemedycznie w czasie ciąży, przy porodzie i po porodzie, czyli opiekuję się stroną emocjonalną, ale też techniczną, a po części organizacyjną. Maryja tuż po zwiastowaniu robi coś bardzo podobnego. Idzie towarzyszyć Elżbiecie w okresie ciąży i porodu i zostaje też podczas połogu swojej starszej krewnej.

 

Tak, jest napisane, że ona się tam udaje w szóstym miesiącu i zostaje trzy miesiące – jak w kalendarzu…

Maryja towarzyszy jej w trzecim trymestrze. Jest też powiedziane, że idzie do Elżbiety z pośpiechem i to jest bardzo bliskie naszej porodowej rzeczywistości, bo jako doule jeździmy do porodów „na cito” rzucając w biegu wszystkie inne obowiązki.

 

Maryja i Elżbieta tworzą malutki krąg kobiet w ciąży. Ich spotkanie w Ein Karem jest też radością kobiet, które siebie nawzajem potrzebują. Jest w tym zrozumienie, wspólnota, czułość.

I do tego Maryja też jest w stanie błogosławionym…

Maryja i Elżbieta tworzą malutki krąg kobiet w ciąży. Doświadczenie wspólnoty, przekonanie, że nie jest się samej w tej sytuacji, jest bardzo potrzebne w macierzyństwie. Współprowadziłam taką grupę wsparcia dla kobiet po porodzie, w pierwszym roku życia dziecka, z cyklu „Urodziłam życie” stworzonego przez Fundację Sto Pociech i bardzo je polecam. Kiedy kobieta rodzi dziecko, wszystko się nagle zmienia i bycie razem w tym momencie jest szalenie ważne. Tym bardziej, jeśli mówimy o Maryi i Elżbiecie, bo obydwie są w wyjątkowych sytuacjach. Jedna dostaje dziecko wcześniej, niż by się spodziewała, a druga dużo później i już się go w ogóle nie spodziewała. I obie mają prawdopodobnie dużo mniejsze wsparcie społeczne i zdecydowanie mniejszą możliwość proszenia o pomoc. I tak myślę, czytając o ich spotkaniu w Ein Karem, że oprócz tego, że tam się spotyka święty Jan z Jezusem, to ich spotkanie jest też radością kobiet, które siebie nawzajem potrzebują. Jest w tym zrozumienie, wspólnota, czułość.

 

Kiedy się spotykają, z radości porusza się dzieciątko w łonie Elżbiety. To szósty miesiąc, tak sobie liczę… Jak jest z oznakami życia w łonie matki?

To musiało być ciut później… mimo, że Maryja szła z pośpiechem, to mogło trochę potrwać nim dotarła. W siódmym miesiącu ciąży kobiety już dawno czują ruchy dziecka w macicy. Radość ze spotkania z Maryją była zapewne tak duża, że ekscytacja Elżbiety udzieliła się poprzez hormony także i jej synowi i rozradował się razem z mamą.

 

Dziecko w łonie matki czuje te emocje…

Jak najbardziej. I te łatwiejsze – spokój, radość i te trudniejsze – stres, lęk, obawy.

 

Opis narodzin Pana Jezusa w Ewangelii św. Mateusza zaczyna się bardzo długą genealogią przodków… ważny jest taki kontekst społeczny?

Osoby działające w tematyce okołoporodowej mówią nawet o tym, że w pewnym sensie poród jest kwestią polityczną. Sposób w jaki przychodzimy na świat, wpływa na to jak generalnie funkcjonujemy jako ludzie w relacjach, nie tylko tych najbliższych. To, co kobiety słyszą o historiach porodów swoich mam, babć, cioć, wpływa na to w jaki sposób wyobrażają sobie swój własny poród – czy się go obawiają, czy czekają na niego z ekscytacją, czy czują się bezpieczne czy nie. Więc warto w ciąży świadomie szukać pozytywnych historii narodzin i nimi się otaczać.

 

Maryja i Józef ostatecznie trafiają do miejsca, które kompletnie nie nadaje się na poród. Ta sytuacja powinna spowodować taki stres w Maryi, że ten poród powinien się opóźnić. A ten się dzieje – być może dzięki poczuciu bezpieczeństwa, jakie Maryja dostaje od Józefa.

Czy Maryja czuła bezpieczeństwo idąc do Betlejem? Maryja zaufała, ale przecież nie wiedziała co zrobi Józef. On jednak z Bożą pomocą zapanował nad sytuacją.

Owszem. To świetnie pokazuje jak oparcie, które kobieta dostaje w mężczyźnie, wpływa na jej funkcjonowanie. To bezpieczeństwo, jakie dawała Maryi relacja z Józefem, świadczy o tym, że poród w Betlejem się wydarzył. Maryja prawdopodobnie nigdy wcześniej nie była w Betlejem. Było tam wtedy mnóstwo ludzi i nie można było znaleźć bezpiecznej przestrzeni. Miejsce, które najbardziej sprzyja porodowi jest ciche, ciemne, ciepłe, intymne. A tam na dodatek nie chcą ich nigdzie przyjąć. Ostatecznie trafiają do miejsca, które kompletnie się nie nadaje. Ta sytuacja powinna spowodować taki stres w Maryi, że ten poród powinien się opóźnić. Hormony sprawiają, że dziecko raczej nie urodzi się w tych warunkach, albo poród będzie się bardzo przedłużał. To proces jaki położne, lekarze, my doule, dobrze znamy. A ten poród się dzieje. Myślę, że to może być dzięki poczuciu bezpieczeństwa, jakie Maryja dostaje od Józefa.

 

Jezus był wyczekiwany. Z jednej strony – jak można wywnioskować z Pisma Świętego – wszystko czekało na Zbawiciela. Z drugiej, po ludzku… miał tylko Maryję i Józefa. Zaraz przychodzą pasterze, w końcu królowie. Czy ważne jest to, że ktoś czeka?

Dla dziecka i dla matki to jest bardzo ważne. Dziecko już od okresu płodowego przeżywa podobne emocje jak matka. Jej obawy, jej stres będą współdzielone z maluszkiem. I w drugą stronę. Jej poczucie bezpieczeństwa, spokój, będzie doświadczeniem dziecka. Ma znaczenie czy dziecko będzie chciane, oczekiwane w okresie płodowym, czy nie. Historia Jezusa pokazuje, że nie chodzi o to, żeby to wszystko było doskonałe. Zdarzają się dzieci, które nie były spodziewane, a są chciane i oczekiwane. Na przykład – tak jak w przypadku Elżbiety – dzieci, które przychodzą tuż przed menopauzą – taki deser życia. Często wtedy są totalnie niespodziewane. Cykl kobiecy się wtedy zmienia i czasem mimo, że nie planowane, są bardzo chciane. Również to czy dziecko jest przyjęte przez tatę, przez otoczenie, ma znaczenie dla porodu. Jak już wspomniałam, by on się wydarzył potrzebna jest oksytocyna wytwarzana w warunkach poczucia intymności i bezpieczeństwa. Relacja z tatą dziecka i otoczeniem ma też wpływ na to, jak matka będzie przeżywać połóg i pierwszy czas macierzyństwa, w którym po doświadczeniu porodu, który jest dużym wysiłkiem, ma się zregenerować.

 

Pan Jezus się narodził. To fakt. Chciałem wrócić do tych ludzi, którzy przychodzą i ciągle czegoś chcą, przynoszą dary – pasterze i mędrcy…

Tu obie wizyty były totalnie niezapowiedziane. Nie radzę tego. Lepiej się zapowiedzieć i upewnić, czy taka rodzina z noworodkiem chce być odwiedzona czy nie. Nie spodziewać się ciasta i herbaty…

 

A dlaczego?

A kto ma je zrobić?

 

To trzeba przynieść i przygotować.

Właśnie – może dlatego wszyscy przynoszą dary. Najlepiej zapytać, co mama chciałaby na obiad… Rosół, barszcz z uszkami, a może pierogi…

 

Czy kiedy rodzi się dziecko, matka jest zaniedbywana?

Tak, to się niestety dzieje często. Mama praktycznie „znika” po porodzie, a żeby dziecko dobrze się rozwijało, potrzebuje bardzo dużo dostawać od matki. Ale ona nie będzie w stanie mu dawać, zanim sama od kogoś nie dostanie, i tych podstawowych rzeczy jak fizyczne nakarmienie, zapytanie czy nie chciałaby się przespać… a my zabierzemy dziecko na spacer. Ale posiada i emocjonalne potrzeby jak troska o samopoczucie w zupełnie nowej rzeczywistości. To są rzeczy, które można zaproponować młodej mamie. Oczywiście z szacunkiem do tego, co ona nam odpowie.

 

Śpiewając kolędy bez problemu wyłapujemy słowa o Najświętszej Maryi Pannie i myślimy o jej historii. Natomiast w kolędach bardzo ważną rolę odgrywają też… zwierzęta!

Ostatnio trafiłam na taką historię, że kobieta będąca w pierwszej ciąży miała już od kilkunastu lat kotkę. I ta kotka zaczęła dla niej szykować legowisko w szafie do narodzenia dziecka, bo „samica ze stada” będzie rodzic i trzeba się nią zaopiekować. Jest też dużo historii porodowych, gdzie narodziny dzieją się w domu i są tam psy, które niesamowicie starają się wspierać w trakcie. Więc te wołki i osiołki mogły pełnić pozytywną rolę. To bardzo ciekawy aspekt biologiczny. Są badania wskazujące na to, że zwierzęta domowe, które żyją w relacji z ludźmi, hormonalnie wychwytują to, co się dzieje w ciąży i w porodzie.

 

Pierwszy oddech, poczucie zimna, światło – jak ten człowiek poznawał świat w pierwszych momentach?

Pojawienie się na świecie jest ogromnym szokiem. Dziecko odbiera dużo bodźców już przed narodzeniem, ale podczas przebywania w macicy one są przytłumione… Wtedy jeszcze, dość szybko pojawia się słuch, dotyk, smak. Zmysłem, który rozwija się najpóźniej, jest wzrok. Znalezienie się po drugiej stronie brzucha jest dla takiego maluszka ogromnym szokiem. Kiedy się rodzi, dostaje po oczach światłem. Do tej pory cały czas przebywał w wodzie, a tu dotyka różnych faktur, które nawet jeśli są bardzo miłe jak kocyki prane w płynach zmiękczających, to i tak są szokiem. Dźwięki, które były mocno wytłumione, przechodziły przez płyn, zaczynają być bardzo ostre i czasem są odbierane przez maluszka jako zagrażające.

 

Zawsze mnie wzruszał taki fragment Pisma Świętego, że Maryja zachowywała wszystkie te sprawy w swoim sercu. Serce to głębia myśli, pamięci, emocji, relacja matki z dzieckiem musi być niepowtarzalna…

To, co dzieje się między kobietą a synem, córką: samo bycie w ciąży, poród, połóg, macierzyństwo bardzo zmienia. Moja znajoma, która jest doulą i mamą szóstki dzieci, zwraca uwagę na to, że po porodzie co chwilę pyta się kobietę o to, kiedy wróci do formy, kiedy wróci do tego stanu, który był przed porodem…

 

Nie wróci…

Nie wróci i nie chodzi o to, żeby wracała. Ona w swoim procesie bycia kobietą jest już w innym miejscu, w innej roli. Ta relacja, w którą weszła przez ciążę, poród, połóg, to będzie relacja, która będzie trwać do końca życia. Będzie ją to kształtować i będzie to na nią wpływać. Maryja już zawsze będzie matką.

 

Trwa Boże Narodzenie. Świętujemy nowe życie. Tutaj, w szpitalu, co jakiś czas słychać płacz niemowląt. Przejeżdżają mamy z wózkami, cały czas życie przychodzi na świat.

Chciałabym się odnieść do życzeń, które kilka lat temu dostałam na Boże Narodzenie. Były bardzo lakoniczne. „Basiu, On się narodził!!!” i nie było tam nic więcej. Do tej pory to są jedne z życzeń, które najbardziej mnie poruszają, bo zupełnie zostawiły przestrzeń na to, jak mamy to życie przyjąć, nie dyktowały tego, co ma się wydarzyć. To jest bardzo ważne przy przyjmowaniu każdego człowieka, który pojawia się na świecie. Danie mu możliwości stania się sobą, nie budowania oczekiwań, planów, danie mu wolności do tego, by był w relacji z nami taki jaki jest. Te życzenia były o tym, żeby taką wolność dać Bogu w moim życiu. Tego Państwu życzę.

 


Wywiad ukazał się na antenie “Radia Warszawa”

 

Paweł Kęska

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap