Design po chrześcijańsku

O nieziemskim designie, siostrzanej miłości i Betanii, którą wciąż odwiedza Pan Jezus, rozmawiamy z Anną Makarewicz i Dorotą Czechowską, założycielkami "Mojej Betanii".

Dorota
Czechowska
zobacz artykuly tego autora >
Anna
Makarewicz
zobacz artykuly tego autora >
Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Design po chrześcijańsku
O nieziemskim designie, siostrzanej miłości i Betanii, którą wciąż odwiedza Pan Jezus, rozmawiamy z Anną Makarewicz i Dorotą Czechowską, założycielkami "Mojej Betanii".

Jak pracuje się z siostrą?

Anna Makarewicz: Tragicznie! Dobrze wychodzimy tylko na zdjęciach (śmiech). A tak całkiem serio, bardzo się kochamy.

 

Tworzycie przedmioty z chrześcijańskim przesłaniem: notatniki, biżuterię, odzież. Skąd wziął się pomysł na „Moją Betanię”?

Dorota Czechowska: To dość długa historia. Tak naprawdę wszystko zaczęło się w głowie Ani…

Anna: Kilka lat temu mieszkałam w Stanach Zjednoczonych w przepięknej miejscowości w Teksasie, o pięknie brzmiącej po polsku nazwie: Ciało Chrystusa, czyli Corpus Christi przy Zatoce Meksykańskiej. To właśnie tam się nawróciłam. W tej miejscowości był sklepik z przepięknymi rzeczami chrześcijańskimi, których w Polsce nigdy nie widziałam. I już wtedy Pan Bóg mocno wlewał w moje serce takie pragnienie, że jeśli wrócę do Polski, to chciałabym robić coś podobnego.

 

Siostra już wtedy podzielała ten pomysł?

Dorota: Byłam wtedy bardzo daleko od Pana Boga, generalnie bardzo mocno „w świecie”. Jest taka zasada, że jak siostry są daleko, to kochają się jeszcze bardziej (śmiech). I to była właśnie taka relacja – tęskniłam, czekałam na Skype, żeby pogadać. I w czasie codziennych rozmów Ania opowiadała mi co się dzieje w jej życiu. Wyobraża sobie pani młodszą o siedem lat siostrę, która nagle dzwoni i mówi, że kocha Jezusa? Siostrę, która nie chodziła do kościoła, a nagle stała się trochę „świrnięta”?

 

Mogło to albo zniechęcić, albo zbudować…

Dorota: To nawrócenie było dla mnie wielkim świadectwem. Znałam Anię od dzieciństwa, wiedziałam co to za ziółko, widziałam też jak się zmieniła. Ale w życiu Ani Pan Bóg zadziałał nagle, gwałtownie, od razu. A u mnie to był bardzo długi etap. Kiedy Ania przyjechała do Polski, chciałam z nią spędzać jak najwięcej czasu i dawałam się nawet namówić, aby pójść z nią czasem do kościoła. Ale jeszcze wtedy nie szłam dla Pana Boga, tylko dla siostry, żeby była zadowolona, że poszłam gdzieś razem z nią. Później Pan Bóg i mnie otworzył serce, ja także się nawróciłam. Potem także mój mąż. W naszej rodzinie działy się cuda.

 

 

Można powiedzieć, że siostrzana miłość jest fundamentem „Mojej Betanii”?

Anna: Uczymy się tej relacji i czasem mamy wrażenie, że przypominamy siostry z tej prawdziwej Betanii – Martę i Marię, które są zupełnie różne. Widać to i po naszym wyglądzie i po charakterach. Cały czas uczymy się tej miłości. Pan Jezus przychodził do Betanii, bo miał tam swoją ostoję – więc i my dbamy o to, żeby było między nami mało konfliktów, a dużo miłości. Czasami kiedy coś zaostrza się między nami, to mimo wszystko bierzemy ten bezcenny olejek do namaszczenia stóp Pana Jezusa i obieramy najlepszą cząstkę, czyli miłość, i idziemy dalej. To właśnie w tym „biznesie z siostrą” wewnętrznie dojrzewamy. Dlatego też Betania jest Moją Betanią i każdego, kto do niej zagląda.

Dorota: Choć jesteśmy siostrami, nasze historie są tak naprawdę całkiem różne, ale bardzo się zazębiają. Pan Bóg wlał w nas te same pragnienia.

 

Jak długo trzeba było czekać na realizację tego pragnienia?

Anna: Pomysł na stworzenie „Mojej Betanii” klarował się długo. Kiedy wróciłam do Polski zaczęłam pracować w agencji reklamowej Doroty, którą prowadzi od 18 lat, a w której tworzy przepiękne rzeczy. Ale miałam niedosyt, ponieważ odkąd się nawróciłam, chciałam robić coś bardziej z Duchem Bożym. I tak pomału zaczęłam drążyć…

Dorota: Pracując w agencji reklamowej i jednocześnie wierząc w Pana Boga, zakochując się w Nim, robi się dalej jakąś czynność, ale to zaczyna nie wystarczać. Chce się robić więcej. I kiedy Ania zaczęła u mnie pracować, często mówiła, że chciałaby robić coś innego. Wtedy dużo rozmawiałyśmy o przedmiotach religijnych, które zachwyciły Anię w Corpus Christi. I gdzieś ten pomysł rodził się w naszych głowach.

 

Jednak pewność co do słuszności tego pomysłu przyszła dużo później…

Dorota: W tym czasie pojechałam do Medjugorie z moim mężem. To był kwiecień 2017 roku. I tam zadawałam sobie pytanie, co mogłabym robić na chwałę Pana. Trafiłam na konferencję, podczas której ojciec mówił o zagrożeniach duchowych, m.in. o przedmiotach czy odzieży, o których nawet nie pomyślimy, że znajdują się na nich symbole odwołujące się do zła, a które mogą szkodliwie wpływać na naszą duszę. I wtedy do mnie dotarło, że Ania miała rację! Pomyślałam, że będziemy robiły dokładnie na odwrót! Czyli przedmioty, które też będą nowoczesne w swojej formie i elegancji, ale będą niosły za sobą dobro i miłość, którą mamy w sercu. Poprosiłam kapłana, z którym byłam na pielgrzymce, żeby rozeznał, czy to jest to, co mam robić. Czy nie jest to czasem taka moja „ludzka zachcianka”. Ojciec otworzył Słowo na Mszy świętej w Medjugorie, to był fragment z Pieśni nad Pieśniami, po którym nie miałam wątpliwości, że mam to robić i to szybko!

 

Jak zareagowała siostra?

Dorota: Złapałam od razu za telefon, żeby jej o tym szybko powiedzieć i żeby szybko rozpocząć pracę. Kiedy wróciłam do Polski, od razu zaczęłyśmy działać. Bardzo zapadły we mnie te słowa, zwłaszcza to wyrażenie „szybko”, odczytałam to jako wolę Pana Boga. W samej agencji jest tyle pracy, że dokładając coś nowego, mogłybyśmy nigdy tego nie zacząć (śmiech). Dlatego całe szczęście, że Pan Bóg nas tak poprowadził!

 

 

Był pomysł, szybkie działanie. Kiedy przyszły pierwsze efekty?

Anna: Musiał upłynąć rok czasu zanim przetarłyśmy nowe szlaki oraz ustaliłyśmy ostateczny kształt i kierunek Mojej Betanii. Na początku była to trudna praca, ciągle na wysokich obrotach, musiałyśmy szybko wymyślać wiele rzeczy. Było to trudne, bo każda z nas chciała iść w inną stronę.

Dorota: Chciałyśmy także z Anią, aby Moją Betanię tworzyli ludzie, którzy zaangażują się w to dzieło, wkładając w nie całe serce. Nie było łatwo takie osoby znaleźć. Pragnęłyśmy stworzyć zgrany zespół. Modliłam się zawsze na początek dnia, żeby Pan Bóg przysłał nam takich ludzi. I w tej chwili mamy świetną ekipę, dwie dziewczyny – Julkę i Olę. Julia to utalentowana redaktorka tekstów i specjalista od social media. Jest również utalentowana muzycznie i ma wielkie serce oddane Panu. Druga Betanka – Ola, jest odpowiedzialna za zdjęcia, czyli to co najważniejsze na pierwszy rzut oka. Potrafi uchwycić każdy szczegół produktu. Wszystkie cztery idziemy tą drogą w jedności Ducha, wykorzystując swoje talenty na chwałę Pana. Trzeba być cierpliwym i czekać, Pan Bóg w odpowiednim momencie zadziała.

 

Do kogo skierowana jest działalność Mojej Betanii?

Dorota: Najbardziej zależało nam, żeby Moja Betania docierała do osób, które nie odnalazły jeszcze Pana Jezusa. Żeby każdy, kto jest daleko od Pana Boga, chętnie nosił nasze przedmioty. W tym kluczu powstały np. kolczyki w kształcie korony. Nie jest to symbol religijny, ale niesie on przesłanie z Księgi Izajasza: „Będziesz prześliczną koroną w rękach Pana (…)”. I to jest ten „dobry prezent”, który można podarować drugiej osobie, nawet niewierzącej. Taka osoba chętnie je założy, jest też szansa, że poszuka źródła i otworzy Pismo Święte. Nie chcemy, żeby te produkty były nachalne, ponieważ Pan Jezus dał nam wolność, wolną wolę i dotyka nas delikatnie, jeśli tylko otworzymy na Niego swoje serce. Wierzmy, że te przedmioty mogą zdziałać dobre rzeczy, że być może zaistnieją w czyjejś drodze nawrócenia.

 

Docierają do Was świadectwa innych osób?

Dorota: Tak, mamy kilka takich historii. Proszę także kapłanów, żeby modlili się za ludzi, którzy kupują te przedmioty. Z siostrą także staramy się wspierać modlitwą osoby, które u nas kupują i są obdarowywane naszymi przedmiotami, zaglądają do nas, czy mają z nami jakikolwiek związek.

 

Skąd bierzecie inspirację do tworzenia nowych produktów?

Dorota: Przede wszystkim ze Słowa Bożego. A jeśli chodzi o typ produktów, czerpiemy z tego, co tworzy agencja. Wykorzystujemy możliwości jakie Pan Bóg dał nam w pracy. Staramy się, aby produkty były unikalne, stąd np. okładka notatnika ze świętymi zawiera opatentowany wzór.

Anna: Jestem przekonana, że Słowo Boże ma olbrzymią moc. Dlatego elementem charakterystycznym naszych produktów są sigla ze Słowem Bożym, a ostatnio też cytaty świętych. Nawet fragment potrafi sprawić, że dusza wzrasta, jeżeli Słowo padnie na „żyzną glebę”. Stąd nasza wiara, że te produkty powodują w jakimś stopniu wzrost duchowy. Szczególnie jeśli chodzi o notesy z cytatami świętych, bo one też pokazują nam drogę, jakieś kierunki, które wyznaczyli nam święci.

 

Jak sobie wyobrażacie Moją Betanię za kilka lat?

Dorota: Niech Betania żyje swoim życiem, zobaczymy co Bóg da. Po prostu… ufamy Mu!

 

Rozmawiała Zofia Świerczyńska

 

Notesy i notatniki od Mojej Betanii:

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Dorota Czechowska

Zobacz inne artykuły tego autora >

Anna Makarewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Zofia Świerczyńska

Zofia Świerczyńska

Dziennikarz, sekretarz redakcji portalu Stacja7. Pracowała w Sekcji Komunikacji Komitetu Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, agencji kreatywnej, swoje teksty publikowała także na łamach tygodników katolickich. Odpowiedzialna za projekty medialne i marketingowe.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dorota
Czechowska
zobacz artykuly tego autora >
Anna
Makarewicz
zobacz artykuly tego autora >
Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >

W moich filmach chodzi o leczenie serc

Zbyt często historie przebaczenia łączymy wyłącznie ze łzami i traumą, zapominając, że na ich końcu jest zawsze radość, święto, impreza - mówi Juan Manuel Cotelo, hiszpański reżyser i odtwórca głównej roli w filmie “Największy dar”. Film wchodzi na ekrany polskich kin 8 marca.

Juan Manuel Cotelo
Juan Manuel
Cotelo
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W moich filmach chodzi o leczenie serc
Zbyt często historie przebaczenia łączymy wyłącznie ze łzami i traumą, zapominając, że na ich końcu jest zawsze radość, święto, impreza - mówi Juan Manuel Cotelo, hiszpański reżyser i odtwórca głównej roli w filmie “Największy dar”. Film wchodzi na ekrany polskich kin 8 marca.

Moja córka, z którą oglądałam film, chciała żebym spytała pana, czy rzeczywiście w filmie palił pan fajkę?

[śmiech] Próbowałem się tego nauczyć, ale to było strasznie trudne, bo nigdy wcześniej w życiu nie paliłem niczego, nawet papierosów. Dusiłem się więc i krztusiłem, czułem się chory…

 

Ale Indianin, który panu tę fajkę podaje, mówi, że “aby nauczyć się słuchać, trzeba zacząć palić”…

Sens jego rady był oczywiście taki, że pierwszym krokiem do jakiegokolwiek pojednania, jest zacząć słuchać, przestać mówić. To o paleniu jest oczywiście pewnym żartem, ale chodzi o jakąś czynność, która zamknie nam usta, żebyśmy przestali mówić. Czy to jedzenie, czy picie, czy palenie. Musisz wtedy zamknąć usta, a otworzyć uszy. To najważniejsze przy każdym dialogu: słuchać innych, drugiego człowieka.

 

Chciałabym zapytać o formę, którą wybrał pan dla filmu. “Największy dar” to połączenie komedii w konwencji westernu z poważnym dokumentem. Zestawienie bardzo poważnego problemu, poważnych ludzkich dramatów z nieco naiwną, zabawną i lekką oprawą westernu. Nie bał się pan takiego połączenia?

To nie tylko sprawa formy, ale także treści. Zawsze, gdy spotykałem się z historią jakiegoś przebaczenia, pojednania, miałem do czynienia na końcu z jakimś świętem, imprezą, radością. Zawsze! Dla mnie to było ważne spostrzeżenie. Dlatego bardzo zależało mi na tym, by zrobić bardzo szczęśliwy, pogodny film. Taka jest bowiem prawda o przebaczeniu: ono przynosi radość, święto. Niestety bardzo wielu ludzi w historii przebaczenia dostrzega tylko jej pierwszy etap, czyli właśnie to co najtrudniejsze, związane ze łzami, z przeżywaniem traumy. Ktoś zrobił coś złego komuś drugiemu. Ale to jest tylko pierwsza część historii! Na niej ona się nie kończy. Kończy się raczej na: “i odtąd stali się przyjaciółmi”! Końcem jest więc zawsze przyjęcie, wspólna radość. I wielokrotnie te przyjęcia i radość widziałem. Jadłem, piłem, tańczyłem i śpiewałem na tych przyjęciach! Prawdziwych przyjęciach, nie fikcyjnych, odgrywanych. To był pierwszy powód, dla którego połączyłem historie pojednań z humorystyczną fikcją.

 

 

A drugi?

Drugi nazywamy po hiszpańsku respiraderos, “oddychacz”. Coś, co pozwala spokojniej odetchnąć po intensywnych emocjach. Taką rolę pełni właśnie wprowadzenie elementu humoru do opowiadania poważnej historii. Trudno jest oglądać coś, co wyłącznie trzyma nas w napięciu przez cały czas, co wyłącznie wzbudza silne emocje, nie dając sposobności do ich ujścia. Z drugiej strony właśnie te “respiraderos” pozwalały nam w filmie gładko przejść od jednej historii przebaczenia do drugiej. Wsiadałem na konia i już jechałem słuchać kolejnego przykładu przebaczenia i pojednania. No i dla mnie poczucie humoru jest też rodzajem “pogłaskania” kogoś, albo ładnej oprawy smacznego dania. Daniem były właśnie historie bezwarunkowej miłości i przebaczenia.

 

Jeśli bałbym się pomyłki, to nic bym nie zrobił

Ale też było kilka miejsc, w których ta forma westernowa pasowała do tej głębszej treści.

Właśnie. Chodziło nam o zadanie poprzez to dwóch pytań: jaką rolę w pokazywaniu czy szerzeniu przemocy mają media i jednocześnie gdzie znajduje się rozwiązanie takich patowych sytuacji nakręcania się spirali przemocy. Gdy więc pani mnie pyta “czy nie bał się pan tego połączenia humoru i poważnej treści” odpowiadam: nie bałem się, bo ja tak naprawdę niczego się już nie boję. Nie boję się nawet pomyłki, błędu. Jeden z naszych sloganów w Infinito Masuno (firmie produkującej filmy Cotelo – przyp. red.) to: “Popełniajmy błędy jak najwcześniej”. Jeśli bałbym się pomyłki, to nic bym nie zrobił. Gdybym się zastanawiał: “czy to się spodoba? Czy będą mi bić brawo? Czy będą mnie krytykować?” nie zrobiłbym niczego. Jeśli się nie spodoba, nie będą bić brawa, zaczną krytykować – nieważne, zrób to. Najlepiej jak się da, z najlepszym zamiarem, ale przecież nic się nie stanie jak się pomylisz. Jedyny błąd, na który nie chcę sobie pozwolić, to zaniechanie, nie zrobienie czegoś.

 

Nie mogę nie zapytać: skąd temat? Czemu akurat przebaczenie wybrał pan na myśl przewodnią swojego najnowszego filmu?

Przede wszystkim: to nie ja wybrałem ten temat, sam do mnie przyszedł. To był dar. Nie szukałem go, nie zastanawiałem się “o czym by tu teraz opowiedzieć”, nic takiego. Przebaczenie jest moją osobistą historią. Gdy miałem 13 lat zamordowano mojego ojca. To był 3 marca 1981 r. Natomiast 3 marca 2014 przyszedł do mnie pewien Kolumbijczyk i powiedział: mój szef chciałby poprzez Ciebie przekazać przeprosiny wielu osobom, których bliskich zabójstwo zlecił. Poszedłem tam, wysłuchałem jego historii. Wtedy pomyślałem: bingo! Właśnie o to chodzi.

Mój szef chciałby poprzez Ciebie przekazać przeprosiny wielu osobom, których bliskich zabójstwo zlecił

 

 

Wybaczył mu pan już wcześniej, czy też dopiero w tym więzieniu, po usłyszeniu “przepraszam”? Niech pan opowie tę historię.

Ja nie musiałem mu niczego wybaczać, ponieważ to nie on zabił mojego ojca. To był inny człowiek. Ale jego historia ponownie uświadomiła mi znaczenie przebaczenia, znaczenie przeprosin.

Już w dniu śmierci mojego ojca moja mama zebrała całą dziewiątkę swoich dzieci i powiedziała do nas: “W tym domu nie ma miejsca na nienawiść. W tym domu nie ma miejsca na smutek. Wasz ojciec jest w niebie. My będziemy od dzisiaj żyć tak jak do tej pory żyliśmy: w szczęściu.” To było i jest główne dziedzictwo, jakie wyniosłem z domu. Przebaczyć. Nie pielęgnować nienawiści.

 

Naprawdę ten człowiek sam się zgłosił do więzienia?

Nie sam. Tego jednego dnia do więzienia zgłosiło się 850 innych ludzi, podobnie odpowiedzialnych za różne zbrodnie. Wszystko za sprawą jednej sparaliżowanej kobiety. Od 29 lat, pomimo paraliżu i poruszania się na wózku z powodu ran, jakie zadał jej własny mąż, ona jeździła po kraju do miejsc z najwyższą przestępczością i opowiadała o miłości Boga. Szukała tych, którzy sieją przemoc i opowiadała im dobrą nowinę o tym, że Pan Bóg już im przebaczył, że ich kocha bez żadnych warunków. Że mogą otrzymać to przebaczenie kiedy tylko zechcą. 29 lat tak robiła i nic się nie działo, nikt się nie zmienił. Aż pewnego dnia, jednego dnia, szef tych różnych band powiedział do swoich współpracowników: “idę do więzienia odpokutować to, co zrobiłem. Ktoś idzie ze mną?” I jednego dnia za kratki zgłosiło się 850 osób. Nie zdziałała tego policja, organy ścigania, sądy, politycy. Zdziałała to dobra nowina o Bożym przebaczeniu. Właśnie dlatego ów przestępca miał trzy życzenia do wymiaru sprawiedliwości. Zażądał, aby w więzieniu, w którym się znajdzie była kaplica z Najświętszym Sakramentem; aby miał możliwość codziennej rozmowy z kapłanem oraz by pozwolono mu przekazać prośbę o przebaczenie do wszystkich jego ofiar. Właśnie ta historia była dla mnie punktem wyjścia do całego filmu. Gdy z nim tam siedziałem, słuchałem tej opowieści, doświadczyłem niemal namacalnej obecności Bożej. I niedługo później, kolejny raz w moim życiu zacząłem robić film, którego wcześniej nie planowałem. Przecież nie planowałem “Ostatniego szczytu”, nie planowałem “Ziemi Maryi”, nie planowałem “Śladów stóp”, nie planowałem i “Największego daru”. To jest właśnie sposób, w jaki Bóg działa poprzez ludzi, poprzez normalne sytuacje życiowe.

 

Trudno było znaleźć ludzi, którzy opowiedzą o swoim przebaczeniu?

Oni sami przychodzili do mnie! Historia tego Kolumbijczyka była początkiem, następne przyszły do nas same, gdy tylko ogłosiliśmy w mediach społecznościowych, że robimy taki film. Posypały się dziesiątki wiadomości od ludzi, którzy chcieli opowiedzieć swoje historie. Musieliśmy jednak wybrać tylko kilka, żeby zmieścić się w jednym filmie. Wszystkie są piękne i pełne nadziei.

 

Trudniej wybaczyć rzeczy małe niż te wielkie, proszę mi wierzyć

Pomimo, że niejednokrotnie takie przebaczenie jest strasznie trudne.

Moje doświadczenie jest raczej takie, że trudniej wybaczyć rzeczy małe niż te wielkie, proszę mi wierzyć. Dar przebaczenia mordercy mojego ojca był właśnie takim darem, dostałem go. Teraz dopiero rozumiem, dlaczego to było dla mnie takie łatwe: ponieważ to był dar! Czasem zauważa się, że ludzie ubodzy, pomimo ciężkich doświadczeń, jakie ich spotykają, są szczęśliwi. Myślimy sobie: ja bym tak nie mógł w ich sytuacji. Ależ właśnie mógłbyś, gdybyś też dostał taki dar, łaskę dopasowaną do tej konkretnej sytuacji. Nie doświadczasz tego, bo nie prosisz o tę łaskę. Ale nie bój się, gdziekolwiek jesteś, Pan Bóg może dać ci łaskę do przetrwania każdych trudności, każdej ciężkiej sytuacji, jaka cię spotka. Pozwól tylko Bogu działać w Tobie, poproś Go o ten dar. Będzie on dany.

To nie jest kwestia tego, jak głęboko cierpimy, jak trudne doświadczenia nas spotykają, ale wyłącznie kwestia otwarcia się na ten dar łaski, dar pokoju, siły, cierpliwości, szczęścia. Bądź tylko otwarty, a to przyjdzie. Nie zamykaj się na przebaczenie.

 

 

Pan Bóg nie narzuca obowiązku, ale wsadza w ciebie nową miłość

Czemu Pan robi właśnie takie filmy? Domyślam się, że to przyszło wraz z jakimś nawróceniem, ale czy tak było zawsze, czy zawsze Pan chciał robić takie filmy?

Gdyby 10 lat temu pani mnie zapytała o “nawrócenie” odpowiedziałbym z pewnością “nie potrzebuję żadnego nawrócenia”. Jestem doskonałym katolikiem. Gdy słyszałem te słowa z Ewangelii “celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do Królestwa Niebieskiego” nie rozumiałem ich, buntowałem się. Jak to? Przecież prostytutki są “złe”, ja jestem “dobry”. Ale nastąpił pewien przewrót w moim życiu. To było coś niespodziewanego. Gdyby 12 lat temu ktoś mi powiedział, że będę publicznie mówić o Panu Bogu, odpowiedziałbym “nie ma takiej możliwości”. Ja nawet nie byłem w stanie się przeżegnać przed innymi. W domu – tak, w kościele – tak, w swoim wnętrzu – tak. Na zewnątrz, wobec innych – nie. Zachowywałem się wobec Pana Boga jak kochanek: bardzo cię kocham, ale niech nikt nas razem nie zobaczy. Kocham cię, kocham, ale schowaj się trochę, bo wstydzę się, że nas zobaczą razem. Tymczasem przecież  “kto się mnie zaprze przed ludźmi zaprę się i ja przed moim Ojcem”. Ale Pan Bóg nigdy nam nie mówi takich rzeczy, aby nas poniżyć. Przeciwnie – mówi je, aby nas podnieść. On oświeca nasz umysł pokazując, co robimy nie tak i jednocześnie daje światło zrozumienia, jak to naprawić. Nie narzuca obowiązku: “musisz zrobić to czego do tej pory nie robiłeś”, ale wsadza w ciebie nową miłość. Tak było i ze mną. Teraz przeżywam swoją wiarę z miłością. Teraz niemal codziennie proszę Boga o nawrócenie dla mnie. Dlatego kręcę takie filmy. Większym wysiłkiem byłoby dla mnie ich nie robić, niż robić. Większym wysiłkiem byłoby nie mówić o Panu Bogu. Nie chciałbym ich zamienić na takie, które robiłem wcześniej. Nie chciałbym takich z wysokim budżetem, świetnych technicznie, nagradzanych Oscarami. Moje filmy nie są lepsze, są gorsze technicznie, ale mają coś, czego inne – te lepsze – nie mają. W nich chodzi o przemianę życia osób, które je oglądają, o dawanie nadziei, o leczenie serc. Jeśli znalazłaby się wśród widzów moich filmów choć jedna osoba, która stwierdzi, że ten film ją zmienił – już było warto.

 

Rozmawiała Anna Druś

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Juan Manuel Cotelo

Juan Manuel Cotelo

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Juan Manuel Cotelo
Juan Manuel
Cotelo
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >