video-jav.net

Boski coaching. Rozmowa o Stanisławie Papczyńskim

O fascynującym życiu o. Stanisława Papczyńskiego, dramatycznych dziejach marianów, o tym, że warto być otwartym na zmiany i że najlepszy pomysł na życie ma dla nas Bóg - ks. Przemysław Śliwiński rozmawia z ks. Pawłem Naumowiczem, prowincjałem Zgromadzenia Księży Marianów

Ks. Paweł Naumowicz
Ks. Paweł
Naumowicz
zobacz artykuly tego autora >
ks. Przemysław Śliwiński
ks. Przemysław
Śliwiński
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

15 marca „Gość Niedzielny” napisał na Twitterze tak: „Podano datę kanonizacji Matki Teresy, a także bohatera “Cristiady” i… pewnego Polaka”.

Brawo.

Nie są to brawa za informację o kanonizacji Matki Teresy.

„Gościa Niedzielnego” czytam w całości, więc nie mam im tego za złe. A poza tym specjalnie się nie dziwię, ponieważ o naszym założycielu wiele osób mówi „pierwsze słyszę”. Gdy telewizja publiczna niedawno wyemitowała o nim film, niektórzy mówili „pierwszy raz usłyszałem, wspaniała postać”.

 

stanislaw_papczynski

Błogosławiony Stanisław Papczyński | źródło: lichen.pl

Kim jest zatem ów „pewien Polak”, który będzie w czerwcu kanonizowany?

Stanisław Papczyński. Góral z górali, twardy chłop, uparty, wytrwale dążący do tego, by zrealizować powołanie, które Bóg złożył mu w sercu, a jednocześnie idący do celu po kawałku.

 

No dobrze, porozmawiajmy o nim właśnie tak: o człowieku z krwi i kości. Znajdziemy w nim jakieś inspiracje na dziś?

Życie o. Papczyńskiego dokładnie ilustruje to, że do swoich planów trzeba podchodzić bardzo elastycznie. On nie miał takiej wizji. Był otwarty na zmianę, na to, co przynosi „dziś”. Pierwszy przykład. Zanim został pijarem, uczył się w różnych szkołach: w Nowym Sączu blisko domu, w Jarosławiu, potem jeszcze we Lwowie. W pewnym momencie zachorował, stał się bezdomny i wydawało się, że umrze. Nikt nie chciał go przyjąć do domu, bo dostał jakiegoś świerzbu. Jak opisują biografowie – „psy lizały jego skórę”.

 

Jak w przypowieści Jezusa o ubogim Łazarzu.

A jednak przeżył. Ojciec zabrał go do domu. A o. Papczyński pisał o tym wydarzeniu jako o  “krzyżu lwowskim”.

 

Czyli po pierwsze: nigdy nie ustawaj.

Potem z powrotem poszedł do szkół i wrócił do domu już z wykształceniem. A matka miała już wtedy dla niego pannę i plan, że on się ożeni, że będzie robił to, co chcą rodzice.

 

Dość częste w tamtym czasie. Z jednej strony, to rodzice decydowali, kto do zakonu, kto do żeniaczki, z drugiej – bardzo dużo jest świętych, którzy buntowali się przeciwko planom rodziców.

Papczyński kilkakrotnie ścierał się z rodzicami o wizję swojego życia. Nie poddał się temu, ale realizował tę wizję, którą miał, a właściwie tę, którą Bóg w nim złożył.

 

Po drugie zatem: nie realizuj wizji innych, lecz własną.

I jednocześnie po trzecie – bo nie była to do końca jego własna wizja. Poszukiwał jej u Boga. Albo inny przykład. O. Papczyński miał na początku duże problemy z nauką. Ojciec też nazbyt delikatnie się z nim nie obchodził. Jeśli nie szła mu nauka, słał go do pasienia owiec, bo twierdził, że skoro szkoła nie  to do roboty. Pewnego razu Stanisław doznał szczególnego wstawiennictwa Matki Najświętszej i w jedno popołudnie nauczył się alfabetu.

 

A to nie jest taka barokowa przypadłość ówczesnych biografów, którzy takie małe cudeńka wyciągają?

Na pewno barokowa przypadłość jest taka, że podkręcono opowieści, żeby były bardziej interesujące. Ale jedno jest pewne: on miał problemy z nauką, ojciec co rusz posyłał go do tych owiec. W jego wizji nauka wcale Stanisławowi nie miała się przydać.

 

Po czwarte, wytrwałość…

To coś więcej niż tylko sama wytrwałość. Stanisław dąży, pokonując swoją słabość, nieumiejętność, by zdobyć wykształcenie – i podkreślmy: „zdobyć wykształcenie” – on zobaczył, że w tym jest wartość, że nie tylko w trudzeniu się jest jakaś wartość, ale i w celu. Kiedy wspomina wypasanie owiec, mówi: „Dziękuję Bogu za tamten czas, bo pozwoliło mi to więcej się modlić i uniknąć wielu różnych grzechów”. Widzi, że to Bóg prowadzi historię. Ona mi się może dzisiaj nie podobać, może nie jest taka, jakbym chciał. Ale o. Papczyński mówi: „poczekaj, zobaczysz, to ma sens” oraz „zmagaj się, idź do przodu”. I to zmaganie Papczyńskiego widać stale.

 

tablica_papczynski_puszczamarianska

Tablica upamiętniająca bł. Stanisława Papczyńskiego w Puszczy Mariańskiej | fot. Jolanta Dyr / WikimediaCommons

 

Czym w takim razie jest świętość – konkretnie, na przykładzie o. Papczyńskiego? Świętość, która ma znaczenie aktualne, która może stać się powołaniem, wezwaniem do wejścia na drogę powołania?

Jego świętość polegała na tym, że cały czas szukał woli Boga i starał się ją realizować.

 

A co to znaczy poszukiwać woli Boga?

Podręczniki coachingowe zwykle mówią o realizacji własnej wizji. Tymczasem Papczyński przede wszystkim szukał tej wizji u Boga, rozpoznawał znaki czasu, wsłuchiwał się w poruszenia, które były w jego sercu. Kiedy zakładał zgromadzenie, napisał: „Bóg wzbudził we mnie tę wizję”. Mówił też, że założycielami tego maleńkiego zgromadzenia są Jezus Chrystus i Maryja Niepokalana. On nasłuchiwał – słuchał Słowa Bożego, uczestniczył w Eucharystii, spowiadał się, przyglądał się wydarzeniom. Przez to wszystko próbował dowiedzieć się, dokąd ma pójść dzisiaj, dokąd ma pójść jutro. To jest rozpoznawanie znaków czasu.

 

I nie zrobił tego jeden raz na całe życie.

Nie szukał odpowiedzi na pytanie, jaki będzie koniec jego życia. Nie wiedział od razu, ku czemu to wszystko zmierza. Na przykład chciał założyć nowe zgromadzenie, ale nie znał całej drogi, ale jedynie jej fragment, na dziś i na jutro. Warto cały czas o tym pamiętać, że w jego historii nie ma od razu całej wizji, nie ma wszystkich rozwiązań. Papczyński działa krok za krokiem. Na bieżąco obiera środki, kierunek, drogę.

Ostatecznie Stolica Apostolska zaaprobowała zakon marianów w 1699 roku. O. Papczyński złożył śluby wieczyste dzięki tej zgodzie w 1701 roku, w czerwcu, na trzy miesiące przed śmiercią. Można więc powiedzieć, że dopiero patrząc wstecz z samego końca swego życia, mógł zrozumieć, po co kiedyś były te małe, rozeznane wybory z przeszłości, takie na „dziś” i „jutro”.

 

To trochę jak Mojżesz, który nie wszedł do Ziemi Obiecanej. Choć szedł do niej tak długo, jedynie zobaczył ją z oddali.

To też tak, jak Izajasz piszący pieśni o Słudze Jahwe. Kilkaset lat później okazało się, że to teksty o Chrystusie. Podobnie o. Papczyński – on odkrywa na „dziś”, na „jutro”, krok po kroku. Nie zawsze widzi się kres drogi, a czasem tylko mały jej fragment.

 

Lady-of-Mercy

“Matka Miłosierdzia z rodziną księży Marianów”, obraz ks. Andrzeja Mączyńskiego MIC

 

Chciałbym zapytać o ten moment, kiedy o. Papczyński zobaczył, że pijarzy to nie jest jego ostateczne powołanie, że trzeba założyć nowe dzieło marianów. Mówimy o zgromadzeniu, które prężnie działa dziś w Licheniu, Lublinie, Warszawie, o zgromadzeniu, które wydało wielu sławnych księży, którzy zapisali się nie tylko dla Kościoła, ale też dla Polski. Wielu czytelników się dziwi, że to właśnie o. Papczyński dał mu początek. Co to myśl towarzyszyła Papczyńskiemu, by stworzyć takie dzieło?

Pomysł dotyczył Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Kiedy zmiany prawne pozwoliły na to, by Papczyński opuścił zgromadzenie pijarów, które zresztą bardzo kochał aż do swej śmierci, zwrócił się z taką prośbą do Stolicy Apostolskiej i tę zgodę otrzymał. Tego samego dnia, kiedy odczytano dekret Stolicy Apostolskiej, że może spokojnie, bez wyrzutów sumienia opuścić zakon pijarów, on odczytał swoje oblatio, „ofiarowanie”, i napisał tam: „Pragnę założyć zakon ku czci Niepokalanego Poczęcia Maryi Panny i ze względu na to Niepokalane Poczęcie chcę założyć biały habit”. Ten biały habit założył nieco później, za zgodą nuncjusza, biskupa i wszystkich odpowiednich władz. To był rok 1670. Pomysł pierwszy więc to było Niepokalane Poczęcie.

 

Stąd charyzmat marianów, czyli szerzenie kultu Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny.

Natomiast już później, kiedy zgromadzenie zaczęło się kształtować, Papczyński dołożył do tego celu – drugi, a mianowicie modlitwę za zmarłych. Dobrze się to zresztą czyta w różnych pismach o. Papczyńskiego, który podpisuje się „Założyciel Zakonu Niepokalanego Poczęcia NMP, Księży Wspierających Zmarłych” albo „Księży Wspierających Dusze w Czyśćcu”, a po wielu latach dodaje „i Proboszczów”. Jest więc i  trzeci  element: wspieranie proboszczów w ich pracy, to znaczy w ewangelizacji ludu prostego, w tym, co dziś nazwalibyśmy dziełami charytatywnymi na rzecz potrzebujących – chorych, umierających, niewykształconych.

 

Widać więc znowu, że ta wizja odsłaniana przez Boga człowiekowi jest dynamiczna.

Tak, kształtuje się, nie jest sztywnym i gotowym planem. U pijarów po ludzku mógł czuć się spełnionym: był księdzem, kaznodzieją, homiletą, spowiednikiem ważnych osób – miał wzięcie. Pan Bóg co jakiś czas odsłaniał przed nim kolejny kawałek – kawałek drogi do zdobycia wykształcenia, do wyboru zakony, do założenia zakonu, do dookreślenia jego charyzmatu.

 

Ojciec Papczyński w wielu sprawach był prekursorem: założył pierwszy polski zakon męski, jest autorem pierwszego polskiego podręcznika do retoryki…

Tak, był to pierwszy podręcznik, który służył przez ponad 100 lat – mówi się, że jeszcze Konarski na tym podręczniku uczył się retoryki. W ciągu kilku lat było kilka wydań tego podręcznika.

 

To jak to się stało, że ten prekursor, założyciel pierwszego polskiego zgromadzenia zakonnego, znanych marianów, doradca króla Sobieskiego bo tego jeszcze nie powiedzieliśmy, wytrwały indywidualista, który w Bogu i wspólnocie znalazł receptę na udane życie, i na dodatek autor pierwszego polskiego podręcznika retoryki jest prawie nieznany?

Spory udział mają w tym dzieje Rzeczpospolitej Polskiej. O. Papczyński założył polski zakon męski, który prężnie się rozwijał do tego stopnia, że w XVIII wieku było już ich kilkuset. Dotarli oni do Portugalii, do Rzymu, działali na terenach obecnej Białorusi, Ukrainy. W XIX wieku zaczęły się problemy: z Portugalii wyrzucono nas w czasie Wiosny Ludów, z Rzymu wyrzucił  nas Napoleon, a po Powstaniu Styczniowym zakazano przyjmować nowych kandydatów i zaczęto marianów skupiać w pojedynczych klasztorach, skazując tak naprawdę na wymarcie. Część z nich przeszła do pracy w diecezjach, część działała w pojedynkę, ale zakon jako taki obumierał.

 

Jerzy_Matulewicz

Biskup Jerzy Matulewicz, odnowiciel i generał zakonu Marianów, biskup wileński

Jeśli mamy świadomość, że marianie działali właściwie tylko na ziemiach polskich, to rzeczywiście, zakon był skazany na wymarcie.

Kres miał nastąpić w 1909 roku. Przy życiu pozostał już tylko jeden marianin, który był jednocześnie przełożonym generalnym. O. Sękowski, pisał: „Przygotowuję dwie trumny – jedną dla siebie, drugą dla zgromadzenia”. Katastrofa.

I wtedy pojawił się ksiądz, który chrzest i I komunię przyjął u marianów, w Marianpolu (obecnie to miejscowość na Litwie). Powiedział, że chce wstąpić do zakonu i przywdziać biały habit. Ale oczywiście władze carskie nie dały mu na to pozwolenia. Chodzi o znaną postać, profesora w Petersburgu, znana postać: ks. Jerzy Matulewicz. Zaczął przekonywać generała do rozpoczęcia nowego projektu, to znaczy – by udać się do Stolicy Apostolskiej o pozwolenie na to, aby można było kształcić się w ukryciu, działać w ukryciu. I tak się stało. O. Matulewicz złożył śluby zakonne na ręce o. Sękowskiego, który zmarł kilka miesięcy później.  Wydarzenie na granicy życia i śmierci – niemal byliśmy martwi.

 

Bardzo zmienili się ci nowożytni marianie wobec swych „starszych białych braci”?

Ks. Matulewicz, będąc wtedy jeszcze księdzem diecezjalnym, pojechał do Rzymu, wrócił z pozwoleniami na to, żeby zakon ojców marianów stał się zgromadzeniem bezhabitowym – marianie mieli nosić stroje duchowne takie, jak księża diecezjalni, a więc nie białe habity, lecz sutanny. Aby móc jakoś prowadzić dalej dzieło, ks. Matulewicz wyprowadził nowicjat z zaboru carskiego do Fryburga Szwajcarskiego. Zgromadzenie ożyło na nowo, ale już nie w białych habitach o. Papczyńskiego, ale w czarnych sutannach ks. Matulewicza.

Patrząc na tę historię, widzimy, że Panu Bogu zależało na tym, aby to zgromadzenie przetrwało, a przecież nie musiało. Ten ostatni marianin był gotów na śmierć, był gotów na to, że wraz z jego śmiercią zgromadzenie zniknie. A odrodziło się. Odrodziło się w nowym kształcie.

 

Czy właśnie przez tę reaktywację zapomniano w zgromadzeniu o założycielu?

Ks. Matulewicz, który został przełożonym generalnym zgromadzenia, pamiętał oczywiście o o. Papczyńskim, jako o założycielu, ale jednocześnie intensywnie działał duszpastersko, sam przeszedłszy drogę formacji jako ksiądz diecezjalny.

Pamiętać o założycielu nie było łatwo. Bo skąd czerpać wiedzę? Dzieła o. Papczyńskiego były oczywiście po łacinie. Część z nich zaginęła, wiele było tylko w rękopisach, niektóre w pojedynczych egzemplarzach. Dopiero w latach 50., kiedy zgromadzenie złapało wiatr w żagle, na dobre zaczęliśmy odkrywać te teksty: najpierw zbierać, tłumaczyć, potem nimi żyć. Wszystkie po polsku wydaliśmy właściwie tuż przed beatyfikacją o. Papczyńskiego.

Można powiedzieć, że odkryliśmy perłę, która była zakopana gdzieś w ogrodzie. Podam przykład: kiedy ja wstępowałem do zakonu, czytałem dziennik duchowy o. Matulewicza. My wzrastaliśmy na jego duchowości. Co prawda wiedzieliśmy, że założycielem jest o. Papczyński, ale cały czas pozostawał dla nas nieznany, odległy. Wydaje mi się, że teraz to się zmienia.

 

Widać dziś w zgromadzeniu fascynację o. Papczyńskim?

Myślę, że przy okazji beatyfikacji to się rozpoczęło, trwa i się rozwija.

 

Jakie miejsca na mapie Polski moglibyśmy oznaczyć pinezką, żeby jakoś nakreślić drogę o. Papczyńskiego?

Jako miejsce narodzenia – Podegrodzie. Miejsce niezwykłe. Parafia niedawno obchodziła 1000 lat istnienia! Rodzice o. Papczyńskiego przeprowadzili się tam, aby być blisko św. Kingi.

 

1200px-Pomnik_Papczńskiego_-_Podegrodzie

Pomnik bł. Stanisława Papczyńskiego w Podegrodzie, miejscowości, w której się urodził | fot. 13piotrek / WikimediaCommons

 

Dziś ludzie nie przeprowadzają się, by być blisko jakiegoś świętego.

My dziś przeprowadzamy się za lepszą pracą, za spokojem, za wykształceniem, w poszukiwaniu lepszych warunków, oni po to, by być blisko świętej.

Miejsca, w których o. Stanisław się kształcił: Nowy Sącz, Jarosław, Rawa Mazowiecka, Warszawa. Warszawa to miejsce bardzo mocnej działalności. Był tu wybitnym kaznodzieją w kościele, który dziś jest katedrą polową przy ul. Długiej.

 

Ks. Pawlukiewicz XVII wieku.

Później, po odejściu od pijarów – Lubocza i inne małe miejscowości, w których próbował rozeznać sytuację. Wreszcie Puszcza Mariańska, w której powstał pierwszy klasztor. Właściwie o. Stanisław dołączył do pustelników i z nimi tworzył pierwszy dom. Następnie kolejne miejsce – Góra Kalwaria…

 

…Nowa Jerozolima, projekt biskupa poznańskiego…

Tak, biskupa Wierzbowskiego. Kto ma świadomość, że 300 lat temu Warszawa podlegała pod Poznań, należała do archidiecezji poznańskiej? Jeszcze trzysta lat temu Warszawa była mało znaczącym miastem, a dziś jest najważniejszym miastem w Polsce.

 

Uważajmy na mało znaczących!

Właśnie, bo może się to bardzo szybko zmienić, bardzo szybko.

 

Kolejne przykazanie do podręcznika coachingu. Ale poświęćmy chwilę Nowej Jerozolimie, bo dzisiejsza Góra Kalwaria, która jest miejscem pochówku o. Papczyńskiego, powstała bardzo nietypowo. Tak miasta raczej nie powstają.

Tak. To był pomysł biskupa, aby zaprojektować miasto na podstawie projektu Jerozolimy. I nazwał to Nową Jerozolimą, gdzie miały się znajdować poszczególne budynki: pałac Piłata, Wieczernik, miejsce ukrzyżowania i inne. Zaprosił do współpracy kilka zakonów męskich i żeńskich. Zapraszał pielgrzymów, aby przychodzili do tego miejsca –  szczególnie ci, którzy nie mogli udać się do Jerozolimy, nie mogli pójść do Ziemi Świętej – aby tutaj przeżywać drogę krzyżową Jezusa Chrystusa, aby tu przeżywać Jego zmartwychwstanie itd., aby tu przeżywać i odnawiać swoją wiarę.

Marianie zostali ulokowani ostatecznie przy Wieczerniku, w takim miejscu, które pozwalało wprowadzać pielgrzymów w wejście do Nowej Jerozolimy. A to będzie ciekawe: kiedy biskup Wierzbowski umierał, różnym zakonom obecnym w Nowej Jerozolimie dawał dobra, niejako w testamencie. Gdy o. Papczyński przyszedł do umierającego biskupa, ten powiedział mu: „Tobie w testamencie daję Opatrzność Bożą, jako że nic więcej już nie mam”.

 

kosciol_wieczernik

Kościół Wieczerzy Pańskiej w Górze Kalwarii, tzw. Wieczernik |fot. Jerzy Lemański / wikimapia.org

 

Pomyślał sobie: „No to mnie biskup zrobił w balona”?

Przeciwnie. Jak mówią biografowie, podziękował bardzo serdecznie i nakazał marianom, aby na cześć Opatrzności Bożej odmawiali odpowiednie modlitwy. I trzeba powiedzieć, że dobrze wyszliśmy na tym interesie, ponieważ obecnie nie ma żadnego zakonu męskiego w Górze Kalwarii, a są tylko i wyłącznie marianie. Jeśli już więc czegoś się uchwycić, to raczej Opatrzności Bożej.

 

Tego w żadnym podręczniku raczej nie znajdziemy, a kto wie, czy to nie najważniejszy klucz do sukcesu. Ostatnie pytanie świadomie zostawiłem właśnie to pytanie na koniec bo w tej historii najbardziej mnie ono zdumiewa. Jak to się stało,  że o. Papczyński, czyli osoba sprzed ponad 300 lat, został okrzyknięty (na Twitterze to widać ewidentnie) patronem nienarodzonych i obrońców życia?

Gdy myślimy dzisiaj „Niepokalane Poczęcie”, to mówimy, że Maryja poczęła się niepokalanie, to znaczy bez grzechu pierworodnego, w pełni łaski, bo Bóg chciał, aby była matką Jego Syna. A więc Bóg zaplanował dla Maryi życie, aby była matką, matką Jezusa Chrystusa. Maryja istniała więc najpierw w zamyśle Boga, w Jego pragnieniu, w Jego miłości.

Kiedy przełożymy to dla nas, na dzisiaj, to trzeba powiedzieć, że każdy z nas zaistniał najpierw w zamyśle Boga, najpierw w Jego pragnieniu, a więc poczęliśmy się, bo Bóg tak chciał. Nawet jeśli dzisiaj niektórzy słyszą od swojej matki, ojca: nie chciałem cię, żałuję, że się począłeś, że się narodziłeś; czy nawet ktoś, kto został poczęty z gwałtu – tak naprawdę każdy jest upragniony przez Boga przed wiekami, przed założeniem świata.

To jest w ogóle obłęd, kiedy się tego słucha, kiedy myślimy: No jak to? Jestem jednym z siedmiu miliardów ludzi, a ilu już było przede mną, a okazuje się, że tę historię Bóg prowadzi tak, abym ja mógł się narodzić, abym mógł być tym jedynym, wyjątkowym i odpowiednio wzrastać. Moją historię tak prowadzi, abym ostatecznie wypełnił moje powołanie. Jak mówił o. Stanisław, jesteśmy piękniejsi i ważniejsi od aniołów.

A skoro każdy z nas jest taki wyjątkowy, umiłowany przez Boga i taki ważny, to o. Papczyński oferuje nam swoje wsparcie od poczęcia, w łonach matek, przy urodzeniu, aż do śmierci i aż do świętowania z Bogiem i świętymi w niebie. Wiele par, które nie mogły począć potomstwa, po modlitwie za przyczyną o. Stanisława, stało się szczęśliwymi rodzicami. Inni wyprosili uzdrowienie dla dzieci w łonach matek. Cud do beatyfikacji nazwano “przywróceniem” czy “ożywieniem” martwej ciąży. Świadectwa wciąż nowych nadzwyczajnych wydarzeń za sprawą o. Papczyńskiego. To nie marianie, ale ci, którzy doznali łaski od Boga za przyczyną o. Stanisława, okrzyknęli go patronem nienarodzonych i obrońców życia.

 

Nie wiem, czy udało nam się do końca pokazać o. Papczyńskiego jako wzór skutecznego działania, skoro rozmowę zaczęliśmy od tego, że nikt go nie zna…

Nie, zaczęliśmy od tego, że będzie kanonizowany. A świętość świadczy o tym, że był bardzo skuteczny i osiągnął to, co chciał. Był skuteczny i, jak świadczy wielu, jest niezwykle skuteczny, wstawiając się w naszych sprawach przed Bogiem.

 

 

franciszek_Milosierdzie_500pcxPolecamy książkę "Miłosierdzie to imię Boga" - wywiad z papieżem Franciszkiem!

Papież Franciszek w prostych i bezpośrednich słowach zwraca się do każdego człowieka, budując z nim osobisty, braterski dialog. Na każdej stronie książki wyczuwalne jest jego pragnienie dotarcia do osób, które szukają sensu życia, uleczenia ran. Do niespokojnych i cierpiących, do tych, którzy proszą o przyjęcie, do biednych i wykluczonych, do więźniów i prostytutek, lecz również do zdezorientowanych i dalekich od wiary.

W rozmowie z watykanistą Andreą Torniellim Franciszek wyjaśnia – poprzez wspomnienia młodości i poruszające historie ze swojego doświadczenia duszpasterskiego – powody ogłoszenia Nadzwyczajnego Roku Świętego Miłosierdzia, którego tak pragnął.

Kup teraz!

 

Ks. Paweł Naumowicz

Ks. Paweł Naumowicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Przemysław Śliwiński

ks. Przemysław Śliwiński

Kapłan Archidiecezji Warszawskiej. Pochodzi z Lubawy. Ukończył studia specjalistyczne na Wydziale Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Santa Croce w Rzymie. Jesienią 2013 roku, objął stanowisko rzecznika prasowego Archidiecezji Warszawskiej oraz dyrektora Archidiecezjalnego Centrum Informacji. Wykłada edukację medialną w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Na Stacji7.pl jest autorem wielu artykułów oraz popularnego cyklu Jutro Niedziela.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ks. Paweł Naumowicz
Ks. Paweł
Naumowicz
zobacz artykuly tego autora >
ks. Przemysław Śliwiński
ks. Przemysław
Śliwiński
zobacz artykuly tego autora >
ROZMOWY

Cud? Ja też tak chcę! Wywiad z ks. Janem Kaczkowskim

Bardzo się spieszy... Ciągle w biegu. Nie chce marnować ani sekundy. Ma raka mózgu. Jan Kaczkowski - ksiądz spełniony. O swojej chorobie i życiu na petardzie opowiada Patrycji Michońskiej-Dynek.

Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Czy Ksiądz ma czas, żeby myśleć o sobie? O swoich problemach? O zdrowiu?

Oczywiście, że mam. Na przykład teraz – 14 maja robię rezonans magnetyczny i na razie nie chcę znać jego wyniku. 15 maja, na kilkanaście dni jadę do Australii, żeby opowiadać o naszym puckim hospicjum i zbierać na nie pieniądze. Zanim wrócę, moi najbliżsi odbiorą wynik. Albo będzie szczęście i będziemy żyć trzy miesiące na pełnej petardzie, albo będziemy wdrażać plan ratunkowy. Na razie moi bliscy mają zakaz informowania mnie o wynikach badań.

A Księdza nie będzie to nurtować? Nie będzie się Ksiądz zamartwiał?

I tak nie mam na to wpływu. Staram się nie przejmować tym, na co nie mam wpływu – i tak status quo jest w mojej głowie. Nie jestem w stanie własną wolą zmienić tego, co tam się dzieje.

Modli się Ksiądz o uzdrowienie? Żeby stał się cud?

Kiedyś mówiłem, że jestem otwarty na cud, a potem zrozumiałem, że to jest wobec Pana Boga przynajmniej nieeleganckie. Otwarty to za mało… Ewangelia mówi: kołaczcie, a otworzą wam. Więc ja kołaczę, proszę Pana Boga o cud, ale bez przywiązania do efektu. To, co się dzieje w mojej głowie nazywam pełzającym cudem. Bóg rzadko sięga po cuda spektakularne, więc jeżeli Jemu jest dobrze z tym moim pełzającym cudem, to i mnie także.

Ale wielu z nas liczy właśnie na takie spektakularne uzdrowienia. Chcemy…

… odrzucić kule?

No właśnie!

Pan Bóg nie jest “załatwiaczem naszych kłopotów”. Możemy się modlić “Panie Boże uzdolnij mnie, daj mi siłę, daj mi światło, daj mi łaskę, żebym poradził sobie z moimi problemami”. Po prostu.

Ale patrzymy na Floribeth Morę Diaz uzdrowioną z tętniaka mózgu za pośrednictwem Jana Pawła II i mówimy: Ja też tak chcę!

Ja też tak chcę! Przyłączam się do tego chóru, ale Pan Bóg sięga po takie spektakularne cuda, jeśli są one niezbędne do zbawienia konkretnej jednostki albo świata. Zatem jeżeli Pan Bóg będzie chciał mnie w taki sposób uzdrowić i to będzie z pożytkiem i dla mnie, i dla Kościoła Świętego i – mówiąc górnolotnie – dla świata, to po to sięgnie. Ale nie zmuszajmy Go, żeby był prestidigitatorem, który dotyka nas pałeczką i wszystko przemienia.

Nie czuje się Ksiądz pokrzywdzony?

Ale dlaczego? Przecież choroby się zdarzają. Nie będę tupać nóżką i krzyczeć: Nie chcę! Nie chcę! Nie chcę! To są rzeczy, na które nie mam wpływu

To może inaczej – może ten ból i cierpienie to wyróżnienie?

A skąd Pani wie, że boli?

Czytałam książkę “Życie na pełnej petardzie”. Tam opowiada Ksiądz także o bólu…

No tak… Przecież wszystkich nas coś tam boli. Co to za bohaterstwo.

Jest Ksiądz nie tylko założycielem i szefem hospicjum w Pucku, ale także, a może przede wszystkim – kapelanem. Brakuje nam dziś kapelanów z prawdziwego zdarzenia?  Takich, dla których posługa w szpitalu, w hospicjum jest jedynym zajęciem, a nie dodatkiem “po godzinach”?

Kapelan musi być człowiekiem na wskroś dyspozycyjnym, chętnym do pracy, ale przede wszystkim także świetnym psychologiem. Musi być po prostu człowiekiem obdarzonym empatią i kulturą osobistą, nie może być arogantem. Często przez najprostszą, ludzką kulturę zdobywamy dusze nieśmiertelne.

A wiek ma znaczenie?

Myślę, że nie… My, w celibacie możemy się starzeć albo na ojców – i takiego staruszka ojca życzyłbym sobie przy swoim łóżku, albo – kiedy nie pilnujemy swojego człowieczeństwa, ojcostwa – możemy się starzeć na starych zgnuśniałych kawalerów… I takiego kapelana przy swoim łóżku nie chcę… który będzie mnie pouczał, albo będzie się krzywił, że go poprosiłem o spowiedź… Albo który będzie ochrzaniał pielęgniarki, że miały czelność obudzenia go w nocy do umierającego. Na szczęście jest coraz więcej księży, którzy pokazują, że praca kapelana może być pasją, powołaniem.

Kiedy “chwaliłam się”, że spotykam się z księdzem Kaczkowskim, zawsze słyszałam jedno określenie…

Onkocelebryta?

To takie oczywiste?

Bogu dzięki, że jestem nie tylko celebrytą, bo byłoby smutne być znanym z tego, że się jest znanym (śmiech)  Sam ukułem ten termin i nie mam co się obrażać. On żyje już własnym życiem, a jak się ma „publiczną gębę”, to trzeba być gotowym na tego typu ocenę. Skoro już jestem chory, to niech to będzie kluczem do przełamywania różnych sytuacji. Przez książkę z Piotrem Żyłką – „Życie na pełnej petardzie”, chciałem pokazać i mam nadzieję, że się udało – że księdza Jana Kaczkowskiego nie da się zakwalifikować: ksiądz z prawicy albo lewicy, ksiądz liberalny albo konserwatywny. Można być współcześnie relatywnie młodym księdzem i być szczęśliwym, być przywiązanym do Tradycji, do wartości, a także czuć się wolnym. Nie wolnomyślicielskim, ale dramatycznie wolnym w tym, co i jak się mówi.

Wróćmy jeszcze do choroby. Miał Ksiądz chwile zwątpienia?

Miewam… Każdy logiczny człowiek poddaje swoją wiarę probierzowi niewiary – to się nazywa w psychologii pozytywna dezintegracja. Szukamy argumentów, które są na “nie”, żeby swoją pseudowiarę zburzyć i na tym zbudować coś silniejszego.

Ksiądz w pewnym sensie przeżył już cud – operację, która w dawnych czasach była niemożliwa. Dzisiaj w takich sytuacjach, przy osiągnięciach nowoczesnej medycyny – ratujemy życie. Co się zmieniło w Księdza życiu?

Staram się maksymalnie wykorzystać łaskę stanu. Obowiązki stanu – bycia księdzem – wyprzedzają obowiązki religijne. Co z tego, że pozyskam cały świat, jak sam siebie potępię? Właśnie to bycie księdzem musi być dla mnie drogą do zbawienia.


Ks. Jan Kaczkowski zmarł 28 marca 2016 roku, w wieku 38 lat. Od 2012 roku chorował na nowotwór mózgu. Jest doktorem teologii moralnej, bioetykiem, założycielem i szefem Puckiego Hospicjum pw. Św. Ojca Pio. Gdzie mógł – prosił o wsparcie tej inicjatywy. Szczegóły na jej temat można znaleźć na stronie: www.hospitium.org.


szalu_nie_ma_jest_rakPolecamy książkę “Szału nie ma, jest rak” – wywiad Katarzyny Jabłońskiej z ks. Janem Kaczkowskim

Niektórzy wieścili mu, że będzie karykaturą księdza. Niespełna jedenaście lat jego kapłaństwa to m.in. stworzenie domowego hospicjum, potem budowa od podstaw hospicjum stacjonarnego; organizacja Areopagów etycznych – letnich warsztatów dla studentów medycyny; praca katechety w szkole, gdzie ani uczniowie nie oszczędzali jego, ani on ich. 1 czerwca 2012 r. zdiagnozowano u niego nowotwór mózgu. Po dwóch operacjach, poddawany kolejnym chemioterapiom, intensywnie pracował na rzecz hospicjum i służył jego pacjentom. Mówił, że jest „otwarty na cud”, ale jednocześnie przygotowuje się na to, żeby „dobrze przeżyć swoją śmierć”.

Szymon Hołownia powiedział o nim: “Janek ma ze swojego okna niezwykłą perspektywę: i na śmierć, i na życie może patrzeć z dystansu. Na śmierć, bo wciąż żyje pełną piersią. Na życie – bo świadomie i mądrze codziennie zmaga się ze śmiercią. I o życiu, i o śmierci mówi więc takie rzeczy, że oczy stają czasem w słup, a z nóg spadają ciepłe kapcie.”

>>> Kup teraz <<<

Patrycja Michońska-Dynek

Patrycja Michońska-Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >