Nasze projekty
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bohaterowie nie biorą się z księżyca. Kształtuje ich codzienność

Trzeba trochę od siebie wymagać, by nie zmieliły nas gnuśność i lenistwo.

Reklama

Z Tomaszem Grabowskim OP, dyrektorem Wydawnictwa Polskiej Prowincji Zakonu Dominikanów W drodze, rozmawia Dominik Kołodziej.

Czy człowiek został stworzony do pracy?

W obu opisach stworzenia, które przedstawia Księga Rodzaju znajdujemy analogiczne polecenia dotyczące pracy: „abyście uczynili sobie [ziemię] poddaną i panowali nad [stworzeniem]” (Rdz 1,28) oraz „Pan Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał” (Rdz 2,15). Obraz raju jako miejsca, w którym Adam z Ewą spędzają czas na zajadaniu się owocami i spacerach jest infantylny. Katechizm wspomina o tym, że stworzenie zostało założone „in statu viæ”, czyli w drodze do ostatecznej doskonałości, którą ma dopiero osiągnąć i do której Bóg je przeznaczył i prowadzi (por. KKK 302).

Reklama
Reklama

Praca jest jednym ze sposobów dochodzenia do pełni. Sprawy się nieco skomplikowały po grzechu pierworodnym. Wówczas w świecie pojawił się bezsens i zdolność wyzysku. Ziemia, którą człowiek miał uprawiać i ogród, który miał doglądać stały się przeciwne Adamowi. Praca została obarczona trudem, który nie ma sensu, czyli nie jest zgodny z pierwotnym Boskim sensem stworzenia. Stworzenie jest jakby wrogie względem ludzi, broni się przed ich ingerencją, działa przeciwnie do oczekiwań, nie jest uległe woli człowieka. „[Ziemia] cierń i oset będzie ci rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie” (Rdz 3, 18-19). Nie należy myśleć o tym zdarzeniu jako o zemście Boga. Słowa, które wypowiada Bóg przy wyrzucaniu Adama i Ewy z raju są tworzeniem nowych warunków, które koniec końców mają przyprowadzić ludzi do utraconej jedności z Bogiem. Bóg sam splata ubrania dla grzeszników, broni im dostępu do nieśmiertelności, by nie musieli w stanie grzechu żyć wiecznie, a trud i walka o przetrwanie są powodem tęsknoty za porządkiem ustanowionym pierwotnie przez Boga (por. Rdz 3, 21-22).

Reklama
Reklama

Sposób, w jaki pracujemy zmienił się w ciągu ostatnich lat. Skupmy się na mężczyznach wykonujących pracę biurową. Słyszymy czasem, że zostaliśmy stworzeni do działania, budowania, bycia w akcji, a zostaliśmy wyrwani z tego “dzikiego i nieokiełznanego” świata i posadzeni na osiem godzin przed komputerem, gdzie zamknięci w wąskich ramach realizujemy działania w zasadzie nie będące większymi wyzwaniami. Wracamy do domu zmęczeni, a teoretycznie nie zrobiliśmy niczego, co mogłoby nas zmęczyć. Kiedyś większość z nas wykonywała pracę fizyczną. Ten nowy styl pracy jest zgodny z naszą męską naturą?

Nie mam doświadczenia pracy w korporacji, choć zakony były jednym z modeli wzorcowych dla współczesnych przedsiębiorstw. Tak czy owak mogę ograniczyć się co najwyżej do kilku uwag teoretycznych. Proponuję wprowadzić rozróżnienie na satysfakcję i spełnienie. O braku satysfakcji śpiewali Rolling Stones: „I can’t get no satisfaction ‘Cause I try and I try and I try and I try”. Cały tekst Satisfaction opowiada o nieudanych próbach znalezienia zadowolenia. Szukamy czegoś, co miałoby nas nasycić: poziom życia, towarzystwo, dziewczyna – taką triadę wymienia Mick Jagger. Owszem, można odnieść sukces i powinno się do niego dążyć. Tryumf w konkretnym działaniu daje zadowolenie. Podobnie dobre towarzystwo i spędzanie z nim czasu, czy udana relacja z dziewczyną albo przyjaźń. To wszystko może nasycić, kłopot polega na tym, że żadna z tych spraw nie daje spełnienia na dłużej. Podobnie jest z pracą. Mogę w niej odnosić sukcesy, robić coś z pasją, czuć, że działanie ma sens. Niemniej, nawet stworzenie globalnej marki, wycięcie w pień konkurencji, czy dobry wynik nie daje spełnienia. Daje satysfakcję – chwilowe zadowolenie, poczucie sensu i powód do radości. Nie odbieram prawdziwości doznaniom i sensu pracy dla sukcesu i dobrego wyniku finansowego albo wprowadzania realnej zmiany społecznej. Wiem jednak, że satysfakcja płynąca z nich nie daje spełnienia, czyli trwale nie nasyca. Jeśli ktoś siedzi zamknięty w korporacyjnym boksie i jest pozbawiony satysfakcji, wciąż ma szansę być spełniony.

Co daje spełnienie?

Reklama

Działanie zgodne z powołaniem, czyli celem, dla którego stworzył mnie Bóg. Nie dotyczy on (najczęściej) roli, jaką mam do wypełnienia. Nie chodzi tu o bycie lekarzem, policjantem czy nauczycielem. Przeciwnie, rola czy funkcja jaką pełnię, ma być tylko narzędziem, dzięki któremu spełniam powołanie.

Czym ono jest? Potencjałem złożonym we mnie przez Boga. Mam szereg zdolności, ciało, ścieżkę duchową, którą idę szybciej czy wolniej, zdolność do miłości i ofiary. Każda z tych cech jest możliwa do zrealizowania i rozwinięcia w dowolnych warunkach. Wymaga często pomysłowości i wyobraźni, bym w ramach zastanego układu, potrafił osiągnąć rozwój prowadzący do spełnienia. Wiem, że na przykład życie bez modlitwy czyli relacji z Bogiem nie ma szans na bycie spełnionym. Nie dlatego, że Pan Bóg się obrazi, ale ponieważ zaniedbuję w sobie potencjał jakim jest duch. Podobnie ma się sprawa z miłością, ale też dbaniem o ciało, relacje, życie emocjonalne. Jeśli którąś z tych dziedzin pomijam, satysfakcja będzie krótkotrwała, a spełnienie niemożliwe do osiągnięcia.

Czy mężczyźni zostali stworzeni do bycia myśliwymi albo rolnikami, którzy w pocie czoła zdobywają pożywienie i dlatego zamknięci w korporacyjnych kubikach źle się czują?

Możliwe, ale niekonieczne. Każdy z nich, gdyby tylko chciał, może się rozwijać i każdą z wewnętrznych zdolności wykorzystać. Co prawda, wymaga to zacięcia i celu, a nie zgody na powolną wegetację jako trybik korporacyjnej maszyny. Trzeba trochę poczytać, trochę od siebie wymagać, by nie zmieliły nas gnuśność i lenistwo. Na przykład nauka modlitwy nieustannej, widzenie sensu w pracy dla kogoś, wykorzystywanie możliwości rozwoju, jakie daje firma itp. to wszystko jest możliwe niezależnie od warunków.

A czy istnieją jeszcze zawody typowo kobiece i typowo męskie?

Nie znam się na tym. Wydaje mi się, że nie. Choć z pewnością istnieją predyspozycje do wykonywania takich czy innych zadań. Predyspozycje jednak są bardziej związane z konkretną osobą, niż płcią. Ze mnie byłby równie wydajny górnik, co z mojej siostry. Nie oznacza to jednak, że nie ma powołania – Boskiego pomysłu – stricte związanego z mężczyznami czy kobietami. Powołanie jednak to nie zawód.

Coraz częściej nie widzimy efektów swojej pracy. Najbardziej dotyka to pracowników korporacji, ale chyba każda osoba pracująca w zespole, spotkała się z tym problemem. Wykonujemy wyłącznie małe fragmenty większego projektu w najlepszym wypadku nie mając wpływu na ostateczny rezultat, a najczęściej w ogóle go nie poznajemy. Świetną motywacją do pracy są jej zakładane rezultaty. Co zrobić, jeśli się ich nie spodziewamy?

Nasza wartość nie leży w efektach pracy i zadaniach, które podejmujemy. To typowo męski błąd – uznać się wartościowym przez liczbę zadań, które podejmuję i owoce, jakie przynoszę.

Wartość leży zupełnie gdzie indziej. W fakcie tego, że zostałem stworzony i jestem podtrzymywany w istnieniu przez Boga Najwyższego, że Jego Syn oddał za mnie życie, bym nie umarł śmiercią wieczną. Bez tej perspektywy wartość będę lokował albo w tym, jak widzą mnie inni ludzie albo w tym, jak oceniam swoją pracę i efekty. Lepiej jest wrócić do myślenia o tym, co powiedziane zostało na początku: trud jest drogą powrotu do Boga. Co zyskuję, jako człowiek, kiedy podejmuję wyzwanie, kiedy żmudnie wypełniam komórki arkusza kalkulacyjnego…? Jakie cechy osobowości zdobywam: wytrwałość, cierpliwość, zdolność konsekwencji? To wszystko są cechy – jak to mówiono – siostrzane męstwa.

Męstwo czyli zdolność do stawiania czoła i zdobywania tego, co dobre kształtuje się przez ćwiczenia, a nie przez rozmyślania. Mogę stać się mężnym przez konsekwentną pracę na jakimś odcinku. Bohaterowie nie biorą się z księżyca. Kształtuje ich codzienność, a raczej to, jak na codzienność odpowiadają. Pamiętasz może taki film z Robertem De Niro Prawo Bronxu? W nim ojciec chłopaka, wokół którego toczy się akcja filmu jest kierowcą autobusu. On też okazuje się bohaterski. Dlaczego? Ponieważ przez lata dla swojej rodziny wykonywał pracę, która każdemu wydaje się nudna do granic możliwości. On też nie był fanem swojego zajęcia. Kształtował w sobie konsekwencję, wytrwałość i cierpliwość, a przez to stał się mężny.

W przeważającej większości wypadków można znaleźć ścieżkę rozwoju charakteru w dowolnych warunkach. Jeśli to nie jest możliwe, ponieważ układ jest toksyczny i demoralizujący, należy rzucić pracę i szukać innej.

Do końca XX wieku odkrycia naukowe zmieniały i ułatwiały naszą pracę. Dzisiaj pracujemy nad stworzeniem sztucznej inteligencji, udoskonalamy roboty, aby te zaczęły pracować zamiast nas. W świecie nauki coraz poważniej stawia się pytania, czy sytuacja, w której duża część ludzkości nie będzie musiała pracować, nie doprowadzi do społecznego kryzysu. W raju Bóg mówił, abyśmy czynili sobie ziemię poddaną. Te działania są zgodne z tym poleceniem?

Dobre pytanie. Podobnie można pytać o granice medycyny – czy wolno ingerować w naturalny bieg rzeczy. Odpowiedź nie jest prosta: każde narzędzie można źle wykorzystać. Jak przez mgłę pamiętam opowiadanie Roberta Sheckley’a Zwiadowca minimum, w którym główny bohater jest mistrzem w wybieraniu ścieżek prowadzących go po linii najmniejszego oporu. Notabene, robot jest jedną z postaci tego opowiadania. Myśl jest w nim mniej więcej taka: skoro człowiek się rozleniwia, stworzy sobie warunki przetrwania odpowiadające jego lenistwu, a na koniec jeszcze odbierze za to nagrodę. Niestety dość trafny to opis. Jest jednak i drugie rozwiązanie – kreatywność. Świat uległy człowiekowi wyobrażamy sobie jako jemu poddany. I co dalej? Leżak i drink z palemką? Niekoniecznie. Rozwój tego, co w nas duchowe: mądrości, piękna i dobra. Dopiero cywilizacja, która jako tako uporała się z zagrożeniem życia tworzy sztukę wysoką. Nie jestem jednak przesadnym optymistą. Mimo, że taka ścieżka rozwoju będzie istniała, podąży nią jedynie mała część społeczeństwa. Reszta na wzór zwiadowcy minimum straci swój potencjał, pogrzebie kreatywność, pogrąży się w takiej czy innej wersji hedonizmu.

Nie należy usuwać wysiłku, wyzwań i trudu z osobistych wyborów i życia, ponieważ one stanowią drogę powrotu do raju. Nie oznacza to oczywiście, że trzeba sypać piach w łożyska. Wówczas jednak, kiedy w czymś wyręcza mnie maszyna, narzędzie zaoszczędzony czas inwestuję w kreatywność. Jeśli tego nie robię coraz bardziej przypominam jamochłona, który swoje życie spędza na przesuwaniu pokarmu do jamy chłonąco-trawiącej.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę