„Za ile koniec?” – czyli dziecko na mszy

Jeżeli wydaje się wam, że wasze dzieci będą co niedziela chodzić grzecznie na mszę do kościoła i potulnie siedzieć przez godzinę w pierwszej ławce ze złożonymi dłońmi, to macie rację - wydaje się wam.

Marcin Perfuński
Marcin
Perfuński
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Msza jest nudna. Tak po prostu nudna. Nic się na niej ciekawego nie dzieje.

Najpierw trzeba stać, potem siedzieć, potem znowu stać, potem siedzieć… Ej, moglibyście się na coś zdecydować, co?

Nie można za bardzo po kościele chodzić, a już na pewno biegać. A szkoda, bo po paru minutach bezczynnego stania w miejscu nogi same wyrywają się do cwału.

Jakiś pan ubrany w kolorowe szaty długo coś mówi, a reszta musi siedzieć i potulnie słuchać – nawet nie można mu przerwać i powiedzieć, że nudzi.

Czasami śpiewają jakieś piosenki i to jest nawet spoko, ale… dlaczego nie można do nich tańczyć! No błagam, co z wami, dorośli?!

Wszystkie pytania o to, kiedy idziemy do domu, zbywane są syczącym “ciii…”, które jest głośniejsze od zwykłego szeptu. No i czemu rodzice tak się denerwują, gdy zadaję je co 5 minut? Przecież to wieczność!

Wreszcie po godzinie można wyjść. Uff, zaliczone!

Tylko właściwie po co mamy tak się męczyć co tydzień?

 

Nudy na pudy

Tak wyobrażam sobie kołowrotek myśli, który krąży w głowie małego dziecka, przymuszonego przez rodziców do pójścia na mszę. Jeżeli powyższy opis wydaje się wam przesadzony, to spróbujcie podczas najbliższej niedzieli przyjrzeć się w kościele jakiemuś dziecku, które dokazuje. Jeżeli nie własnemu, to innemu dowolnemu. Jestem przekonany, że choć jedno takie będzie.

Co się dzieje w jego głowie? Jakie myśli ją rozsadzają? Jakie emocje dzieckiem targają? Ile jest w nim niezrozumienia tego, gdzie jest i po co jest?

Zanim wydamy osąd i nazwiemy takie zachowanie kapryszeniem lub nieposłuszeństwem, spróbujmy spojrzeć na mszę oczami kilkuletniego człowieka. Trudno oczekiwać od niego, że będzie w stanie zrozumieć wszystko, co dzieje się na prezbiterium i w jego okolicach. Wielu dorosłych tego nie pojmuje, a co dopiero maluch…

Prawdopodobnie patrzy na to jak na pewien rodzaj teatru, gdzie role są z góry rozpisane, z grubsza powtarzalne, bez spektakularnych zwrotów akcji. I tak co tydzień.

Nuda, panie…

 

Kościół jest jak szpinak

Uświadomiłem sobie to jakiś czas temu, gdy pełen ambicji i zapału zabierałem całą rodzinę na jedną wspólną mszę. Chcieliśmy z żoną celebrować ją razem z dziećmi, bo wydawało nam się to takie… no, chrześcijańskie. Obserwowaliśmy innych, którzy przyjeżdżali do kościoła całymi rodzinami, więc głupio było wyłamywać się z ogólnie przyjętych wzorców. Tak przynajmniej wtedy myślałem.

Z jednym dzieckiem było o tyle łatwiej, że jak się nudziło (zwykle po paru pierwszych minutach – już to powinno dać mi do myślenia!), to brało się je na ręce albo wkładało do wózka, pocieszało, czymś zainteresowało, spacerowało, a potem przekazywało współmałżonkowi. I tak na zmianę.

Gdy jednak dzieci zrobiło się więcej (w sumie mamy ich pięć), problem napęczniał. Starsze córki chodziły po kościele lub biegały dookoła świątyni, młodsze albo kręciły nosami i wciąż pytały kiedy koniec, albo chodziły co jakiś czas na siku, traktując to jako sposób na urozmaicenie sobie mszy. Po godzinie byłem kompletnie wyczerpany fizycznie, psychicznie i duchowo. Czułem, że nic nie wynosiłem z liturgii dla siebie. Na dodatek dzieci wracały do domu sfrustrowane, zapewniając, że już nigdy, że już ostatni raz, że kościół jest jak szpinak, czyli bleee…

W pewnym momencie powiedziałem dość! Czy taki obraz mszy, kościoła (i Kościoła!), a ostatecznie Pana Boga, chcę w dzieciach zbudować i utrwalić? Jako tyrana, który co niedziela zniewala swoich wyznawców i przymusza ich do oddawania Mu hołdu, nawet jeśli tego nie chcą, nie rozumieją, nie pragną?

Uświadomiłem sobie, że w swoim podejściu do mszy musimy zrobić reset. Znaleźć punkt zero i zacząć jeszcze raz.

 

 

Dziecięce pytania o sens wszystkiego

To nie jest tak, że dzieci nie mają w sobie otwartości na świat duchowy. Co prawda myślenie abstrakcyjne nie jest może na początku dla nich takie oczywiste, ale mają w sobie naturalny głód wiedzy i ciekawość świata. Pytają nie tylko o to, jak coś działa, ale też po co działa. A stawiając takie filozoficzne, fundamentalne pytania – chcąc nie chcąc – w pewnym momencie docierają do pytania o sens wszystkiego.

I tu pojawia się szansa na to, by “sprzedać” dziecku swój światopogląd. Ale nie w formie indoktrynacji, że jest tak i już. Bardziej nakierować je na dostrzeżenie mądrości, która spaja i napędza świat. Wskazać na to, że rzeczywistość jest zbudowana przyczynowo-skutkowo: że dany efekt poprzedziło jakieś działanie, a idąc tym tokiem myślenia wstecz w pewnym momencie dochodzi się do praprzyczyny wszystkiego…

Myślicie, że przesadzam? Że dziecko nie jest w stanie zrozumieć takiej sekwencji zdarzeń?

Jedna z moich córek mając raptem 6 lat toczyła ze mną tak niezwykle głębokie rozmowy filozoficzne, że zawstydzała mnie – dyplomowanego teologa. Czasami musiałem je kończyć zapewnieniem, że doczytam i wrócę do niej z odpowiedzią później, bo… po prostu nie wiem.

Inna wykazywała dziury logiczne w moim toku rozumowania. Piramida wniosków, którą sobie zbudowałem przez lata podczas snucia dysput sam ze sobą, została naruszona przez proste pytania dziecka: a dlaczego, a po co, a gdzie tu sens, gdzie logika? Proste rozumowanie kilkuletniej dziewczynki okazało się bardziej przejrzyste od skomplikowanych teorii kilkudziesięcioletniego taty.

Wiedziałem więc, że dzieci są głodne duchowości i nieobce jest im myślenie nieoczywiste. Trzeba jedynie użyć odpowiedniego klucza, by otworzyć drzwi do ich serc.

Lata rodzicielstwa nauczyły mnie, że nie ma jednego, uniwersalnego klucza. Do każdego dziecka pasuje inny. Tylko jak go znaleźć?

 

Tu mogę być sobą

Odkąd pamiętam, Kościół był dla mnie przede wszystkim przestrzenią wolności. Mogłem tu być sobą, szczerze wywalać przez Panem Bogiem to, co leży mi na wątrobie, jednocześnie wiedząc, że nie zostanę z tego powodu przez Niego odrzucony, ale będę wysłuchany, przyjęty i pokochany. I takiego Boga chciałem pokazywać swoim dzieciom.

Uznałem więc, że muszę tę wolność dać również córkom. Jeżeli nie chcą chodzić do kościoła, nie muszą. Jeśli zechcą, będę pierwszym, który je zawiezie.

Po drugie czułem, że muszę najpierw zadbać o siebie i swoją rozlataną duchowość. Wyobraziłem sobie, że jesteśmy w samolocie, w którym procedura bezpieczeństwa w przypadku dekompresji przewiduje założenie masek najpierw dorosłym, a dopiero potem dzieciom. Jeżeli zabraknie tego pierwszego, ostatecznie wszyscy zginiemy. A ja przecież właśnie się dusiłem…

Przez dłuższy czas chodziłem więc na mszę sam, a w tym czasie żona zostawała z dziećmi. Potem się wymienialiśmy, jednocześnie informując dzieci, że mama lub tata idą na mszę.

I wiecie co? Po jakimś czasie dzieci zaczęły pytać, czy mogą iść z nami!

Ale nie gremialnie, całą rodziną, tylko indywidualnie, sam na sam z rodzicem. Zaczęły traktować ten czas jako coś specjalnego, na co czeka się cały tydzień.

Z czasem ta niedzielna celebracja rozrastała się. Obejmowała już nie tylko samą mszę świętą, ale również “przyległości”, np. poprzedzające liturgię wspólne czytanie Słowa Bożego z dnia, a po liturgii pójście na ciastko albo naleśnika do pobliskiej kawiarni.

 

 

Liturgiczne sketchnotki

Z zainteresowaniem obserwuję, w jaki sposób córki przeżywają mszę. Każda robi to inaczej i w każdej ewoluuje to w różne strony.

Jedna ma swój ulubiony kościół i za nic w świecie nie chce iść do innego. Odnalazła miejsce, w którym czuje się bezpiecznie. W trakcie mszy jest wyciszona, wręcz nie lubi, gdy się jej przerywa jakimś nieliturgicznym tematem. Innym razem wtula się i w ten sposób przeżywa swoje spotkanie z Bogiem: niby z Nim, a jednak z tatą u boku.

Inna przeżywa mszę z kartką i ołówkiem w ręku. Przenosi na papier to, co akurat zobaczy lub usłyszy. Jakaś myśl w niej rezonuje, brzęczy, drga i musi znaleźć ujście w formie rysunku lub słowa. Swoją drogą, dlaczego tak mało rysujemy albo piszemy na mszach? Dlaczego nie robimy notatek z co błyskotliwszych kazań albo nie archiwizujemy ich w postaci sketchnotek, hmm?

Młodsze córki polubiły msze dla dzieci w jednej z sąsiednich parafii, które są przestrzenią totalnej wolności dzieci! Nie ma tych liturgiach żadnego przymusu siedzenia czy stania. Można chodzić lub biegać, oczywiście w granicach rozsądku, które wyznacza np. bezpieczeństwo innych. Nikt się jednak nie krzywi, kiedy zmęczone dziecko nagle zechce położyć się na schodach prezbiterium. To dla niego naturalna pozycja i nie ma w tym nic pogardliwego dla tego, co dzieje się na ołtarzu. Rozanielony rodzic może przy okazji napawać się widokiem swojej pociechy, która zechciała przycupnąć przy Jezusie Eucharystycznym. Czyż to nie jest piękny widok?

Tak więc chodzimy z dziećmi na mszę osobno. Jeżeli dobrze liczycie, to macie rację – my, rodzice pięciu córek, często jesteśmy na niedzielnych mszach więcej niż raz. Sprawiły to dzieci, ich potrzeby i pragnienia. No i ich wieczne dobro, bo przecież ostatecznie w tym wszystkim chodzi o zbawienie.

 

Duch wieje kędy chce. Serio!

Zastanawiałem się z jaką puentą Was zostawić, ale nie mam żadnej błyskotliwej. Może jedynie taką, by w wychowaniu generalnie raczej podążać za dzieckiem niż je za sobą prowadzić. Mając pięć córek, mogę z pełnym przekonaniem zaświadczyć, że każda jest inna, każda mówi innym językiem, każda ma inne potrzeby, a jeśli nawet niektóre są wspólne, to pojawiają się zwykle w innych momentach i w różnych natężeniach.

Sfera duchowa jest materią tak delikatną, że możemy zrobić dziecku wielką krzywdę, próbując ukształtować ją według naszego widzimisię. Konsekwencją przymuszania maluchów do uczestniczenia w rytach, których z powodu swojego wieku jeszcze nie pojmują, może być ich późniejszy bunt w czasie, w którym nie będą już musiały liczyć się z naszym zdaniem. Czy warto ryzykować ich potencjalną ucieczkę z Kościoła jako nastolatków? Czasami jest to sytuacja nie do odkręcenia w dorosłości…

To, co jest dobre dla nas, staruchów, wcale nie musi być dobre dla dziecka. Może to nie jest ten czas, może nie ta forma, a może w ogóle nie ta droga? Warto to uszanować. No i ufać, że ostatecznie to nie my prowadzimy je przez życie.

Ponoć Duch wieje, kędy chce. Dajmy Mu na to szansę.

 

Marcin Perfuński

Marcin Perfuński

Jestem mężem Ani, tatą pięciu córek, blogerem i redaktorem w dużym wydawnictwie. Dziennikarzem jestem chyba z powołania, skoro już w podstawówce prowadziłem samodzielnie szkolną gazetkę. Przez kolejne kilkanaście lat przewędrowałem przez wszelakie redakcje, począwszy od prasy lokalnej, przez studio radiowe, agencję informacyjną, z ciągotami do telewizji, po koncern wydawniczy i bycie freelancerem. Jako samozwańczy krytyk kulturalny od zawsze interesuję się muzyką, filmami, książkami i mediami. Od 2014 roku prowadzę bloga www.supertata.tv, gdzie dzielę się radością posiadania rodziny wielodzietnej. Często występuję gościnnie na konferencjach i w mediach jako ekspert od rodziny, choć podejrzewam, że traktowany jestem tam po prostu jako ciekawostka – ojciec, który wyjątkowo nie potrafi spłodzić syna. Według rankingu Hash.fm jestem jednym z najbardziej wpływowych influencerów parentingowych. W 2018 roku wygrałem plebiscyt miesięcznika “Mamo, To Ja” na Idealnego Tatę, zdobywając więcej głosów niż Jurek Owsiak, Kuba Błaszczykowski czy Przemek Saleta. W każdy poniedziałek w godz. 21-23 prowadzę audycję Strefa Rodzica w Polskim Radiu Dzieciom: www.polskieradiodzieciom.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Marcin Perfuński
Marcin
Perfuński
zobacz artykuly tego autora >

Szkoła. Mamo, tato, przygotowaliście… siebie?

Można spojrzeć nieco inaczej na to, w jaki sposób pomóc dziecku w ogarnięciu przed-szkolnych emocji. Mamo, tato – zacznij od… siebie!

Maja
Orlińska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

To, co myślisz, a konsekwentnie – jak mówisz o szkole do swojego dziecka i o nim samym w roli ucznia, ma ogromny wpływ na jego przekonania na te tematy.

“Boję się o Ciebie”

Prosisz o modlitwę w intencji dobrego rozpoczęcia roku szkolnego wszystkie babcie, ciocie i kilkanaście zakonów kontemplacyjnych. Twój ksiądz proboszcz został zobowiązany do wrześniowego poświęcenia tornistrów już na początku maja. Bajki terapeutyczne o lękach szkolnych nie mieszczą się na półce. Z pewnością pierwszaka należy ostrzec przed przemocą starszych, zazdrością młodszych, zgubieniem telefonu i potknięciem na schodach. Jednak zamiast konstruktywnych słów, dziecko słyszy głównie: „nie martw się”, „nie bój się”, „gdy coś się stanie – zawsze możesz zadzwonić”.

Tylko czy aby na pewno dziecko się boi? Bo może ono jest pełne entuzjazmu. Chce poznać nowe miejsce, kolegów, koleżanki. Dla niego to „awans” z przedszkola, czuje się dojrzalsze, kompetentne, gotowe na nowe wyzwania (to znaczy dziecięce: „jestem już duży/duża”). Oczywiście, jeśli dziecko werbalizuje lęki, staje się wycofane, trudniej mu rozstać się z rodzicem – tak, sięgamy po arsenał biblioterapeutyczny i rozmawiamy, rozmawiamy, rozmawiamy… Ale radosnego pierwszaka nie stawiajmy przed komunikatem: „Nie bój się”, bo zrozumie: „Powinienem się bać”.     

Zdrowy rozsądek to najlepsza broń wobec wszelkich skrajności. Na pewno dobrze jest ustalić z dzieckiem „procedury awaryjne”. Dając pierwszakowi szansę ich współtworzenia (np. „Jak myślisz, co można zrobić, gdy ktoś zgubi się i nie będzie potrafił znaleźć drogi do klasy?”) dodatkowo uczymy go logicznego myślenia i wzmacniamy jego poczucie kompetencji. Niech nasza pociecha wie również, do kogo może się zwrócić w nagłych i trudnych sytuacjach, gdy pomoc rodzica nie będzie na wyciągnięcie ręki (wychowawca/ znajomy starszy uczeń/ pedagog szkolny). Warto też od czasu do czasu zapewniać o naszej gotowości do rozmowy o każdym problemie, a także sukcesie – dla równowagi.

 

   

“Mam plan na Twoje życie”

A może w drugą stronę – jesteś rodzicem ogromnie dumnym z rozpoczęcia szkoły przez dziecko. Ten temat powraca w każdej rozmowie ze znajomymi, członkami rodziny, wspólnoty religijnej i mieszkaniowej. Często dzieje się to w obecności Twojej pociechy, więc współrozmówca szybko zwraca się w jej stronę: „Tak, idziesz do szkoły?” (po lekturze wcześniejszych akapitów, modlisz się w duchu, by nie padło: „Nie boisz się?”). Poza tym często przejeżdżacie obok budynku szkoły podstawowej, mieszkań przyszłych korepetytorów i wymarzonego (przez Ciebie) liceum. Mimochodem rzucasz nazwy dobrych uniwersytetów. Przesadzam? Byłam świadkiem takiej trasy i rozmowy. Przyszli studenci mieli 5 i 6 lat.   

W zdrowej dumie z osiągnięć rozwojowych dziecka nie ma nic złego. I ono powinno odczuwać radość z rozpoczynania kolejnego etapu życia. Problem polega na tym, że rodzic za bardzo je „podkręca”. Nadmierne podkreślanie ważności szkoły, nauki, przyszłości zabija w dziecku radość z „tu i teraz”. Ono nie stanie się wartościowym człowiekiem dzięki wykształceniu – już nim jest.

 

“Mało mnie to obchodzi”

„No właśnie” – odpowie kolejny typ rodzica – „nie ma się co przejmować”. Wszystko jedno, czy dziecko będzie profesorem, czy zamiataczem ulic – byle było szczęśliwe. Ważne, że my je kochamy i akceptujemy takie, jakie jest. Będzie się chciało uczyć, to będzie, a nie, to nie. Dziecko słyszy, że szkoła nie jest ważna, ma tylko być porządnym człowiekiem.  

Pozornie brzmi dobrze. Tak z szacunkiem do wolności dziecka, jakby uwalniając je (i siebie) spod presji pogoni za wykształceniem. Wszystko gra, dopóki nie zacznie się robić skrajnie, tzn. uznamy szkołę za nieistotny dodatek do życia. Jak to może wyglądać w praktyce? Gdy częste wizyty u rodziny czy znajomych przeciągają się do późna w nocy, w konsekwencji czego dzieci idą do szkoły niewyspane. Gdy nastolatek angażuje się w kolejny wolontariat, choć ma duże zaległości w nauce. Gdy zajęcia dodatkowe zajmują całe popołudnia, więc uczeń zabiera się za zadania domowe w czasie, gdy powinien szykować się do snu. Niektórzy bohaterowie tych sytuacji jakby nie zauważali, że głównym zadaniem rozwojowym dziecka w wieku szkolnym jest właśnie… nauka szkolna. Odebranie należnego jej miejsca skutkuje nie wykorzystaniem potencjału dziecka, „uśpieniem” jego talentów, osłabieniem umiejętności ogólnych związanych z procesem nabywania wiedzy (ćwiczenie pamięci, planowanie pracy, i wiele innych). Podsumowując: nauka nie powinna być szczytem listy priorytetów, ale i nie ogonem. Istotny jest balans.

 

Którędy droga?

To tylko kilka postaw, jakie mogą się pojawić na początku września. Rozpoczęcie ważnego etapu życia wiąże się najczęściej z całym koktajlem wrażeń. Tym bardziej, gdy to nowe otwarcie dotyczy naszego dziecka. Ono również jest pełne emocji, myśli, marzeń i obaw. My, rodzice, chcemy pomóc mu je ogarnąć – i wspaniale. Zacznijmy jednak od siebie. Podobnie jak w samolocie: najpierw nakłada się maskę tlenową sobie, potem dziecku, tak i Ty rodzicu – przewietrz głowę; opanuj własne emocje, nim zabierzesz się za pomoc swojemu pierwszakowi, drugoklasiście… maturzyście…

 

Maja Orlińska

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Maja
Orlińska
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap