Stoch in love

Czego życzy się skoczkom narciarskim na nowej drodze życia? Wysokich lotów? Żadnych skoków w bok? Podczas ceremonii zawarcia sakramentu małżeństwa ksiądz Edward Pleń, kapelan polskich sportowców, życzył Kamilowi Stochowi, aby jak najszybciej został trenerem - wesołej i dużej gromadki swoich dzieci.

Dorota Paciorek
Dorota
Paciorek
zobacz artykuly tego autora >

Przesąd, że dzieci i obrączka na palcu ujmuje zawodnikom metrów na skoczni, wywołuje uśmiech na twarzy Kamila Stocha. Podwójny złoty mistrz olimpijski tuż po swoim zwycięstwie zadzwonił właśnie do żony – z długimi podziękowaniami.

Ich historia przypomina bajkę. Wpadli na siebie przypadkiem pod skocznią mamucią w Planicy, gdzie Ewa Bilan-Stoch robiła fotoreportaż i… od razu zaiskrzyło. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Jak wspomina Ewa, oboje poczuli, że każde z nich trafiło na tę swoją drugą połówkę jabłka. Trzy lata później, dokładnie w tym samym miejscu, na środku ulicy w Kranjskiej Gorze, nie zważając na przechodniów, dziennikarzy i gapiów, Kamil uklęknął i oświadczył się.

Czy małżeństwo coś zmienia?

Ślub Ewy i Kamila odbył się w kościele Paulinów na Bachledówce. Jeśli można mówić o zmianach – na pewno dotyczą wspólnego adresu w Zakopanem. Ewa, która w młodości trenowała judo i chciała zostać żołnierzem, po ślubie postanowiła być bliżej męża i przyjęła posadę menadżerem swojego męża, już oficjalnie jako Eve–nement Team. Zaprojektowała także w nawiązaniu do loga polskich lotników szachownicę na kasku Kamila.

Stoch in love

A co mistrz olimpijski i triumfator pięciu konkursów Pucharu Świata mówi o swoim małżeństwie?

– To najważniejsze wydarzenie w moim życiu.

Ta prosta deklaracja jest typowa dla Kamila, którego przywiązanie do wiary oraz charakterystyczny gest podziękowań skierowany podczas dekoracji medalami w stronę nieba, wciąż akcentowane są w mediach.

– Kiedy coś mi się nie udaje, wtedy oddaję się pod opie­kuń­cze skrzy­dła Pana Boga. Wiem wtedy, że jest przy mnie, czuję to. Mo­dlę się o to, bym umiał cie­szyć się ze zwy­cię­stwa i god­nie przy­jął po­rażkę. Dzię­kuję za wszystko Panu Bogu, bo Jemu wszystko za­wdzię­czam – mówi Ka­mil Stoch. – A żona? Zawsze powtarza, że będzie ze mną, kiedy tylko będę potrzebował, w chwilach dobrych i złych. A dla mnie takie wsparcie jest najważniejsze.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Dorota Paciorek

Dorota Paciorek

Wymienianie ksiąg Starego Testamentu idzie jej zdecydowanie słabiej niż recytacja odcieni Pantone. Ale ma hopla na punkcie Jezusa z Nazaretu i uważa, że chrześcijaństwo to najradośniejsza religia na świecie (choć złośliwi wliczają ten entuzjazm w profity neofity). Od niedawna zajmuje się designem chrześcijańskim i wciąż wierzy, że sztuka użytkowa w Kościele nie musi ograniczać się do plastikowych Maryjek z odkręcaną główką na wodę święconą. Lubi malować ikony i robić memy na Facebook’u. Nie lubi gdy muchy zjadają jej pigment z ikon i gdy nieznajomi użytkownicy kradną obrazki z fejsa zamiast je udostępniać.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dorota Paciorek
Dorota
Paciorek
zobacz artykuly tego autora >

Małżeństwo z dymem

Malutka śląska parafia. "I jak wam jest?" – zapytał ksiądz stojącą przy ołtarzu parę obchodzącą 50-lecie ślubu. Kobiecina nie zdążyła jeszcze otworzyć ust, gdy mąż szczerze westchnął do mikrofonu: "Oj, ciężko, księże, ciężko…". Nie mam tak długiego małżeńskiego stażu. Zaledwie 15 lat. Ale zgadzam się z przedmówcą.

Marcin Jakimowicz
Marcin
Jakimowicz
zobacz artykuly tego autora >

Przed stu laty (czyli w 1998 roku), kiedy ojciec Augustyn Pelanowski dowiedział się, że zamierzamy z Dorotą wstąpić w związek małżeński uśmiechnął się szelmowsko i powiedział: – No to im się zacznie. Poważnie zaniepokojony zapytałem: – Przepraszam, co się zacznie?, odparował: Małżeństwo jest najlepszą szkołą umierania dla siebie. Nic więcej nie pisnął. Życie dopowiedziało resztę.

Bardzo podoba mi się definicja grzechu, którą usłyszałem od Lecha Dyblika, aktora. – Dotarło do mnie – opowiadał – czym jest unikanie grzechu: to robienie jak najmniejszego dymu swoją osobą.

Małżeństwo z dymem

Zapamiętałem tę intuicję, bo bardzo lubię „robić swoją osobą dym”. Cała nasza rodzina jest w tym bardzo dobra. Tyle, że gdy w M3 zbierze się grupa egoistów (w przypadku Jakimowiczów: 2 dorosłych + 3 dzieci), i każdy zacznie robić to, co lubi najbardziej czyli intensywnie dymić, to już po kilku minutach trzeba solidne przewietrzyć pomieszczenie. Robi się duszno. Chcąc nie chcąc, trzeba stonować, wycofać się, zapomnieć o sobie. To największa lekcja pokory, jaką niezwykle regularnie otrzymuję. A wracając do Pelanowskiego. Dziś rano pisałem do „Gościa” tekst o kryzysie wiary, jak zwykle naiwnie sądząc, że Najwyższy zapomni o zweryfikowaniu moich dziennikarskich wynurzeń. Zacytowałem kilka zdań paulina, które kiedyś nagrałem podczas jednych z jego rekolekcji dla naszej wspólnoty:

„Na widok silnego wiatru Piotr uląkł się i zaczął tonąć. Zaczął tonąć, gdy był najbliżej Jezusa. Nie, gdy był daleko od Niego. Będziesz rozmawiał z Bogiem twarzą w twarz, a w następnej chwili możesz wpaść w otchłań”.

Minęło kilka godzin. Wieczorem razem z żoną i najmłodszym synkiem pojechaliśmy do Chorzowa na modlitwę uwielbienia (dwójkę starszych dzieci sprzedaliśmy cioci). W kościele sporo ludzi, wszystkie ławki zajęte. Zamknąłem oczy, podniosłem jedną rękę do góry, na drugiej trzymałem syna. I uwielbiałem, uwielbiałem, uwielbiałem, aż po kilkudziesięciu minutach Nikodem zaczął ryczeć – i tak sporo wytrzymał. Początkowo szlochał cichutko, ale z minuty na minutę rozkręcał się. Płakał i płakał, a ja mimo zastosowania setek patentów, które zawsze się sprawdzały, pozostawałem coraz bardziej bezradny. Zabijał mnie wzrok siedzących obok mnie „pobożnych i wpływowych niewiast”, które za Chiny nie chciały ze mną przerobić „na własnej skórze” psalmu: Usta dzieci i niemowląt oddają Ci chwałę.

Skapitulowałem, wściekły wycofywałem się powoli – coraz dalej i dalej, aż wylądowałem w przedsionku kościoła. Wystarczyło 15 minut płaczu rocznego malucha, żebym złapał się na tym, iż wzniesione ręce i cały ten Hillsong w wersji górnośląskiej był w moim przypadku jedynie udawaniem, kolejną pobożną maską. W rzeczywistości (pokazał mi to mały Nikodem), byłem przerażająco smutny i pusty, a po piętnastu minutach okazało się, że słowa ojca Pelanowskiego, które zacytowałem wcześniej, nie są żadną głęboko metaforą. Stałem tuż przed Tronem, by po chwili wylądować po uszy w otchłani zwątpienia, zadając sobie najbardziej dramatyczne pytania. Zabolało. Bardzo. Gdybym przyszedł sam, stałbym bezpiecznie ukryty we wznoszącym ręce tłumie.

Acha! Jeszcze jedno muszę dopisać do tego wątku: wychodząc z kościoła, pokłóciłem się z żoną. Tak wygląda modlitwa uwielbienia według Jakimowiczów.

Jestem zły? Nie. Minęły dwa dni i ochłonąłem. Cieszę się, że Bóg obnażył to, co naprawdę kryje się w moim sercu i po raz kolejny dzięki rodzince pokazał, że nie da się nabrać na podniesione pobożnie rączki.

Małżeństwo z dymem

Czy małżeństwo jest sakramentem? Stuprocentową obecnością Jezusa? Oczywiście, że tak. Uczy najtrudniejszej sztuki na świecie: przebaczenia. Naprawdę niewiele brakuje, by nasze urocze pogawędki przy rodzinnym stole zamieniły się w koszmar rodem z „Sierpnia w hrabstwie Osage” (mógłbym zajmować miejsce Meryl Streep).

Znamy na pamięć swoje czułe punkty, potrafimy precyzyjnie użądlić tak, by naprawdę zakłuło. Gdyby nie przebaczenie (akt woli, nie zlepek emocji!) relacje rozsypałyby się w drobny mak.

Dopóki nie miałem żony i dzieci wydawało mi się, że jestem pobożnym facetem mającym jakąś tam relację z Najwyższym. Każdy dzień pokazuje, jak bardzo się myliłem.

Jak bumerang wracają do mnie słowa Jana Pawła II: „miłość jest dawaniem siebie drugiej osobie”. Tu zaczynają się schodki: nie lubię dawać, wolę brać. Garściami.

Dlaczego tak często toniemy? Bo – chwytam intuicje Pelanowskiego – jesteśmy o krok od Jezusa. – Żyjemy w rodzinie jak na Titanicu – opowiadał mi kiedyś Michał Lorenc – Nasz dom jest pełen wielkich namiętności i konfliktów. Przeglądam się w tych słowach jak w lustrze. A jednocześnie w moim życiu jest tak, jak powiedział kiedyś Tomek Budzyński: – Z dnia na dzień coraz bardziej kocham swoją żonę. Jestem coraz bardziej zdumiony tym, że tak długo wytrzymuje moje fochy i humory.

Małżeństwo z dymem

To dzięki rodzince (najpiękniejsza i najtrudniejsza rzecz jaka mnie w życiu spotkała) odkrywam rzeczy, których nie odkryłbym, gdybym zwiał i spakował walizki. Przerażające pokłady pychy. Maski opadają. Nie ma szans na udawanie. Żadnych. Dzieci doskonale wyczuwają, kiedy nasza modlitwa jest zwykłą pańszczyzną, a kiedy szczerym szturmem do nieba.

Franek Kucharczak kolega z redakcji „Gościa” opowiadał, jak ze swoim pięcioletnim Jackiem oglądał program, w którym dziennikarze nabijali się niemiłosiernie z gigantycznej figury Jezusa w Świebodzinie. Chłopakowi zrobiło się przykro. Wziął kartkę i zaczął coś rysować. Tata spojrzał na rysunek: Jezus, w koronie…

A co to jest, tu na dole? – zapytał syna.

Kółka – odparował chłopak.

A po co?

Żeby jeździł, błogosławił i ział ogniem!

Taki jest Jezus, którego doświadczam w naszej rodzince. Przychodzi, błogosławi. Ale i zieje ogniem – ogniem Ducha, który wypala pokłady egoizmu.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Marcin Jakimowicz

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, od ponad dwudziestu lat modli się we wspólnocie Kościoła.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin Jakimowicz
Marcin
Jakimowicz
zobacz artykuly tego autora >