Powoli nieść owce

– Okradziono nas z najcenniejszego i najbezpieczniejszego miejsca, do którego wprowadzili nas nasi rodzice przez chrzest i Komunię Świętą – mówi jedna z ofiar wykorzystania seksualnego przez osobę duchowną. Czy Kościół pomaga im w powrocie do relacji z Bogiem?

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Katarzyna

Śliczna, trzydziestoparoletnia blondynka uśmiecha się do mnie, ale nie potrafi ukryć napięcia. W dłoniach gniecie kartkę, na której zanotowała kilka najważniejszych myśli. – Ksiądz wykorzystał mnie, kiedy byłam sześcioletnią dziewczynką – zaczyna opowieść Katarzyna. Całe jej świadectwo publikujemy TUTAJ. – Później przez lata miałam ogromne problemy ze swoją seksualnością, a tymczasem w kościele słyszałam, że mam żyć w czystości i że Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze. W moim wyobrażeniu zaczął więc powstawać zafałszowany obraz Boga: myślałam o Nim jako o Kimś, kto tylko wymaga i chce mnie ukarać. Zaczęłam bać się, że grzechy seksualne prowadzą do piekła. Nie potrafiłam pogodzić w sobie swojej kompulsywnej seksualności z wezwaniem do życia w czystości, żyłam w ciągłym konflikcie. Skończyło się to potężną nerwicą na tle religijnym, potwornie bałam się piekła, opętania, grzechu. W kościele zdarzały mi się ataki paniki – przymyka oczy, wspominając tamten czas.

Zaburzenia emocjonalne, depresja, zniekształcony obraz siebie, lęk, niska samoocena, trudności w kontaktach z ludźmi, uzależnienie od alkoholu i narkotyków, zaburzenia seksualne… Te i wiele innych długofalowych skutków wykorzystania seksualnego w dzieciństwie wymienia literatura psychologiczna. Rzadko jednak mówi się o tym, że taka krzywda, szczególnie dokonana przez osobę duchowną, powoduje spustoszenia także w życiu duchowym ofiary.

Większość ofiar wykorzystania seksualnego przez osoby duchowne to młodzi ludzie mocno związani z Kościołem. Często są to członkowie grup parafialnych – ministranci, Dzieci Maryi, bywa też, że sprawca zaprzyjaźniony jest z rodziną ofiary. Kościół wcześniej kojarzył im się jako dobre, bezpieczne, przyjazne miejsce. Krzywda, jakiej doznają, doszczętnie rujnuje ten obraz.

Z polecenia Konferencji Episkopatu Polski wszystkie diecezje i zgromadzenia zakonne wyznaczyły swoich delegatów do spraw ochrony dzieci i młodzieży. Część z nich poszła o krok dalej i oprócz delegata wskazała także duszpasterza osób pokrzywdzonych i ich rodzin. O ile zadania delegata są bardziej formalne – przyjmuje zgłoszenie o wykorzystaniu, nadaje bieg sprawie, zgłasza ją do Kongregacji Nauki Wiary, a bywa, że i do prokuratury – to rolą duszpasterza jest towarzyszenie duchowe osobom, które życzą sobie takiego wsparcia.

 

Czy każdy pasterz jest wilkiem?

W gronie duszpasterzy są m.in. ks. Artur Chłopek z archidiecezji krakowskiej i ks. Janusz Kamiński, salezjanin.

– Zastanawiałem się, czy doświadczenie osób skrzywdzonych seksualnie w Kościele jest inne od tego, którego doznały osoby wykorzystane w innych środowiskach: w rodzinie czy w szkole – analizuje ks. Janusz. – Doszedłem do wniosku, że zranienie zadane przez kapłana sięga głębiej, bo dotyka sfery duchowej. Przywołując figurę Dobrego Pasterza i zagubionej owcy, to te owce nie zagubiły się same, tylko zostały zranione przez pasterza. Potem pozostaje w nich rezerwa, nieufność do ludzi Kościoła, pytanie czy kolejny pasterz nie okaże się wilkiem? – obrazuje kapłan.

Z kolei ks. Artur zauważa, że wielu sprawców do usprawiedliwienia siebie wykorzystuje wątki teologiczne i moralne. Wmawiają ofierze, że to, co zrobili, było dobre, a złem byłoby opowiedzenie komuś o zaistniałej sytuacji. – Relacja pomiędzy ofiarą a sprawcą nie jest równa, kapłan zwykle jest autorytetem, dziecko jest od niego w jakiś sposób zależne. To sprawia, że krzywdzicielowi łatwiej jest zmanipulować ofiarę, zrzucić na nią część winy, a potem roztoczyć wokół sprawy obłok tajemnicy, który jest bardzo zagrażający. Niewypowiedziane zranienia zaczynają „żyć własnym życiem”, pustosząc wnętrze człowieka – uzupełnia ks. Kamiński.

 

 

Ks. Adam

Ksiądz Adam zatapia się w fotelu z kubkiem kawy w ręku. W kilkunastotysięcznej parafii, w której pracuje, nie narzeka na brak obowiązków i zmęczenie czasem daje się we znaki. Ale mimo, że codziennie spotyka mnóstwo ludzi, tamtej spowiedzi nigdy nie zapomni. – „Byłem molestowany przez księdza”, powiedział przez kratkę mężczyzna, a ja aż wyprostowałem się w konfesjonale – wraca pamięcią do sytuacji sprzed kilku miesięcy. – Ten człowiek przyjechał z innego miasta, do dziś nie wiem, dlaczego wybrał właśnie mnie. Byłem bardzo młodym księdzem, miałem zaledwie półtora roku kapłaństwa, ale doskonale wiedziałem, z czym mierzy się ten człowiek. Wiedziałem… bo sam byłem ofiarą molestowania, choć nie ze strony osoby duchownej. To było w dzieciństwie, kiedy miałem siedem lat, a potem gdy byłem nastolatkiem. Sprawca był ode mnie kilka lat starszy. I choć wykorzystywanie ciągnęło się przez dwa lata, absolutnie wyparłem je ze świadomości. Nie pamiętałem zupełnie nic! Nagle, kiedy byłem na czwartym roku seminarium, wspomnienia uderzyły we mnie w jednym momencie i zasypały mnie jak lawina. A ze wspomnieniami przyszły pytania – „gdzie byłeś, Boże? Dlaczego do tego dopuściłeś?”… Dlatego świetnie rozumiałem, co dzieje się w człowieku, który do mnie przyszedł. Ja swoją traumę przepracowałem z pomocą terapeuty i kierownika duchowego. Teraz, działając równolegle z psychologiem, mogłem zacząć powoli pomagać temu mężczyźnie w powrocie do Kościoła. Może właśnie po to zostałem księdzem? – zastanawia się.

Z jakimi trudnościami w sferze duchowej musi mierzyć się ofiara? – Ze względu na relację, jaka łączy zazwyczaj ofiarę i sprawcę, oprócz dramatu wykorzystania pojawia się utrata zaufania. Stąd już blisko do myślenia, że to była zdrada ze strony Pana Boga – wyjaśnia ks. Chłopek. – Często cechy sprawcy rzutują na obraz Boga. Takim osobom trudno jest prowadzić życie sakramentalne, czasem samo wejście do budynku kościoła budzi opór – zauważa.

Do tego dochodzi wspomniane przez ks. Kamińskiego poczucie winy, które sprawcy starają się wpoić swoim ofiarom. To poczucie winy jest bardzo silne, choć zupełnie irracjonalne.

Z obserwacjami duszpasterzy zgadza się ks. Adam. – Pierwsze, co trzeba było zrobić, to powoli odbudować zaufanie do Kościoła, do księży. Musiałem pokazać, że nie chcę go skrzywdzić – wspomina pierwsze spotkania z kierowanym przez siebie człowiekiem. – Potem przez wiele miesięcy zmagał się z poczuciem winy: przecież mogłem wyjść, zareagować, przecież widać było, że on ma złe zamiary. Długo musiałem tłumaczyć mu, że jest tylko i wyłącznie ofiarą, nie ma żadnej odpowiedzialności za to, co się stało. Sam doskonale znałem to poczucie winy, wiedziałem, jakie jest silne i jak trudno rozbić go argumentami – przywołuje swoje doświadczenie.

– Często długo jedynym, co można zrobić od strony duszpasterskiej, to po prostu słuchać tej osoby, wejść w jej świat. Trzeba wyjść i szukać tych owiec, a potem bardzo powoli nieść je w stronę owczarni, czyli bardzo powoli włączać, na miarę gotowości i wolnej woli, do wspólnoty Kościoła – wraca do przywołanego wcześniej obrazu ks. Janusz. Ale osoby zwracające się z prośbą o pomoc do duszpasterza najczęściej są wewnętrznie już odbudowane na tyle, że chcą wejść w relację z Bogiem. – Jest w nich dużo złości, żalu, pytań „gdzie był Bóg”, ale mimo to pragną być blisko Niego – charakteryzuje sytuację ofiar ks. Artur.

 

Nie pytać o wiarę

Rozmowy o duchowości osób skrzywdzonych są bardzo trudne, wymagają ogromnej delikatności, wyczucia. Ks. Łukasz Płaszewski, delegat do spraw ochrony dzieci i młodzieży archidiecezji katowickiej podkreśla, że nigdy w rozmowie nie pyta o stosunek pokrzywdzonego do wiary. – Może się zdarzyć, że ofiara jest ateistą czy nawet zaciekłym antyklerykałem. Nie mogę dopuścić do tego, żeby pomyślała: „no tak, skoro nie jestem wierzący, to nie będą chcieli mi pomóc”. Proponuję kontakt do duszpasterza, ale nie namawiam do takiego spotkania. Ważne, żeby osoba skrzywdzona wiedziała, że taką pomoc może uzyskać – zaznacza.

Bywa, że wcześniej niż duszpasterz, pomocy duchowej może udzielić osoba świecka. Tak było w przypadku Katarzyny, której towarzyszyła Maria. – Podstawa to wysłuchać osobę skrzywdzoną, pokazać, że nie zostanie wyśmiana czy odrzucona. Być przy niej, przyjmować to, co mówi i nie burzyć się, kiedy wyrzuca z siebie trudne emocje względem Boga, mówiąc o Nim złe rzeczy. Ale przede wszystkim samemu trzeba dbać o swoje życie duchowe, o regularną modlitwę i przyjmowanie sakramentów, bo inaczej można się samemu zagubić – podkreśla Maria. Osoba skrzywdzona musi czuć się w tej relacji wolna, a pomagający nie może zastąpić jej w działaniu. Kiedy Katarzyna tego potrzebowała, Maria była przy niej na spotkaniach, ale często jej towarzyszenie polegało na modlitwie albo adoracji Najświętszego Sakramentu w czasie, kiedy miała trudne rozmowy. – Ważne, żeby pamiętać, że to nie ja dźwigam tę osobę, ale niesie ją Jezus, ja mam ją tylko do Niego podprowadzić. Najważniejsza jest siła modlitwy, do której jesteśmy wezwani: każdy z nas może osoby skrzywdzone przynosić w sercu podczas Eucharystii czy adoracji – akcentuje kobieta. 

Coraz częściej także w strukturach kościelnych zaczynają pojawiać się świeccy, których rolą jest udzielanie wsparcia tym ofiarom wykorzystania, dla których kontakt z kapłanem może być zbyt trudny. Tak jest na przykład w archidiecezji katowickiej, gdzie arcybiskup powołał dekretem dwie osoby świeckie – kobietę i mężczyznę – do roli Rzeczników Praw Osób Skrzywdzonych w Kościele. W archidiecezji poznańskiej 16 września zainaugurował swoją działalność punkt konsultacyjny dla osób zranionych w środowisku kościelnym, którego konsultantami są głównie świeccy. Wszystko po to, aby zapewnić ofiarom maksymalne poczucie bezpieczeństwa. 

 

 

Tadeusz

W nagraniu dostępnym na stronie delegata episkopatu do spraw ochrony dzieci i młodzieży Tadeusz nie pokazuje twarzy, jego głos jest zmieniony. Zależy mu, żeby chronić siebie i swoją rodzinę przed niezrozumieniem, którego niejednokrotnie doświadczają ofiary. – Wiele ofiar, pewnie w większości, jest poza Kościołem, bez pomocy, w samotności, w nienawiści, w oddaleniu od sakramentów, bo nie są w stanie wejść do świątyni i rozmawiać z księdzem, bo jest on „wyzwalaczem” – mówi mężczyzna. – Okradziono nas z najcenniejszego i najbezpieczniejszego miejsca, do którego wprowadzili nas nasi rodzice przez chrzest i Komunię Świętą. To powinno być dla wiernych Chrystusowi przerażające, a dla odpowiedzialnych za to – krzykiem w sumieniu, który nie pozwala zasnąć. Przedstawiciel Kościoła i Chrystusa na ziemi, odebrał nam to co najcenniejsze – sens życia i miejsce, w którym mogliśmy wzrastać i w sakramentach i Słowie Bożym spotkać Żywego Boga. To jest ogromna rana duchowa zadana ofierze, ale to jest rana wymierzona także w sam Kościół – wskazuje w swoim świadectwie, które w całości dostępne jest na stronie ochrona.episkopat.pl.

– Skoro zranienie dokonało się we wspólnocie Kościoła, to w tej samej wspólnocie powinno zostać leczone – nie ma wątpliwości ks. Artur Chłopek. Zdarza się, że w rozmowach z osobami zaangażowanymi w różne wspólnoty w Kościele spotyka się z ich oporem. „Mnie to nie dotyczy”, „nie mam z tym nic wspólnego”, mówią czasem. – Dotyczy, bo razem jesteśmy w Kościele – ucina takie stwierdzenia ks. Chłopek. Przestrzenią wsparcia duchowego jest przede wszystkim modlitwa, co podkreślił papież Franciszek, wzywając do ustanowienia dnia modlitwy i pokuty za grzech wykorzystywania seksualnego osób małoletnich. W Polsce od 2018 roku jest nim pierwszy piątek Wielkiego Postu. Ze strony ofiar wykorzystywania pojawił się jednak apel, żeby pamiętać o nich w modlitwie nie tylko ten jeden raz w roku. Na tę prośbę odpowiedzieli świeccy, zrzeszeni w krakowskich wspólnotach oraz osoby związane z inicjatywą „Zranieni w Kościele”. 30 czerwca zeszłego roku w kościele św. Idziego odbyło się pierwsze spotkanie modlitewne. Od tego czasu miało miejsce kilka podobnych spotkań, jak np. to 21 czerwca w Sanktuarium św. Jana Pawła II w krakowskich Łagiewnikach, gdzie oprócz Eucharystii i adoracji Najświętszego Sakramentu można było kontemplować Boskie Oblicze z Manoppello. – Ten wizerunek nie jest przypadkowy. Przedstawia twarz Jezusa, na której widać rany, ale jednocześnie wierzymy, że to wizerunek Zmartwychwstałego, który, choć poraniony, żyje. Ta perspektywa jest bardzo ważna dla ofiar – uzasadnia ks. Artur.

 

Początek drogi

Choć w ostatnich latach Kościół zaczyna obejmować pomocą osoby skrzywdzone seksualnie przez duchownych, można odnieść wrażenie, że sfera wsparcia duchowego jest w tym względzie zaniedbywana. Dużo mówi się o konieczności rozwiązań prawnych, pomocy psychologicznej czy odszkodowaniach, ale temat zranień na płaszczyźnie duchowej rzadko pojawia się w wypowiedziach osób zaangażowanych w działania pomocowe. O ile wszystkie diecezje dopełniły obowiązku powołania delegatów do spraw ochrony dzieci i młodzieży, to tylko nieco ponad połowa wskazuje na swoich stronach internetowych duszpasterza osób pokrzywdzonych i ich rodzin. Jeszcze trudniej takich duszpasterzy znaleźć w prowincjach zakonnych.

Pytani o to kapłani podkreślają, że Kościół znajduje się na początku drogi niesienia pomocy ofiarom wykorzystania seksualnego, także w sferze duchowej. – Być może faktycznie aspekt duchowy został dotychczas zaniedbany, ale to się powoli zmienia, budujemy struktury pomocy – nie ma wątpliwości ks. Płaszewski. Archidiecezja katowicka co roku wysyła kilku kapłanów na podyplomowe studia, przygotowujące ich do pracy z pokrzywdzonymi. Ale jak pokazuje historia ks. Adama, ofiary nie zawsze zgłaszają się do wyspecjalizowanych księży – bywa, że o swoim doświadczeniu pierwszy raz mówią w konfesjonale. Ta pierwsza rozmowa może być początkiem wewnętrznego uzdrowienia, ale może również pogłębić traumę. Spowiednik wobec takiego wyznania może poczuć się bezradny, dlatego delegaci przygotowują materiały, w których wskazują duszpasterzom, gdzie pokierować skrzywdzone osoby.

– Chciałbym, żeby każda osoba, która doświadczyła zranienia poprzez sferę seksualną, bez względu na to kim był sprawca, została objęta modlitwą grup czy wspólnot zakonnych – mówi o dalszych perspektywach wsparcia duchowego ks. Artur i kończy – ale nie możemy tej modlitwy ograniczyć tylko do tych, którzy sami o nią poproszą. Wiele ofiar nigdy nie zgłosi się po pomoc do duszpasterza. Naszym zadaniem jest pamiętać także o nich, bo oni też są częścią Kościoła.

 


Imiona ofiar i ks. Adama zostały zmienione


 

Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Kamerun: skrzyżowanie, na którym można zawrócić swoje życie

Jest w Minkame (Kamerun, Afryka) takie skrzyżowanie, na którym może odmienić się życie młodych: albo zostaną w bezczynności, popadając w narkotyki, albo zachęceni przez obecnych tu księży marianów pójdą na “Wakacje z Bogiem”, zdobędą nowe znajomości i umiejętności i być może poukładają swoje życie.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Minkame to typowe afrykańskie przedmieścia. Nie znajdziemy tu uporządkowanych ulic, bloków ani kamienic, galerii handlowych ani kolorowych neonów. Krajobraz jest typowo afrykański: sklecone byle jak z gliny lub cegieł domki, kryte nagrzewającą się w słońcu blachą albo liśćmi palmy lub gdzieniegdzie murowane budynki, których stan w Polsce określilibyśmy jako surowy; czerwona gleba ulic, z rzadka tylko utwardzanych asfaltem. 

W takim krajobrazie działa od kilku lat parafia prowadzona przez księży marianów z Polski. Kiedy tylko tu przybyli niemal od razu zaczęli od duszpasterstwa dzieci i młodzieży, których na prowincji afrykańskiej nie brakuje. 

– Najpierw był dzień dziecka zorganizowany dla dzieci i młodzieży z kilku okolicznych wiosek – wspomina ks. Krzysztof Pazio, marianin, proboszcz parafii misyjnej w Minkame. Gry, zabawy, poczęstunek, zorganizowany ciekawie czas nie tylko przyciągnęły młodych do organizowanej tu właśnie misji, ale pokazały księżom, jak wielki jest tu głód takich działań. 

 

Jak dotrzeć do młodych?

Marianie od razu poszli za ciosem. Najpierw bardziej regularnym programem spotkań objęli dzieci przygotowujące się do I Komunii św. czy bierzmowania. Grupy były różnej wielkości, od 80 do 300 osób. Do prowadzenia spotkań służył początkowo jedynie tymczasowy barak. Nie było tam nawet wtedy kościoła, nie było plebanii, sami księża mieszkali u ludzi na wiosce. Na szczęście z pomocą przyszedł zaprzyjaźniony proboszcz z Polski, który ufundował salę do spotkań z młodzieżą i dziećmi, nazywaną tu dziś Oratorium. To tu odbywają się wszystkie aktywności, których nie da się przeprowadzić na świeżym powietrzu. Także Wakacje z Bogiem, organizowane w tym miejscu od 2014 r. 

Pomysł zaangażowania ich właśnie w wakacje narodził się z obserwacji, że to wtedy najwięcej młodych wraca do swoich domów w wioskach. Cały rok spędzają daleko od rodziny, w szkołach z internatem, z dala od domu, kończąc kolejno szkołę podstawową, college i liceum. Na wakacje wracają, by ponudzić się w domu, czasem pomagając też rodzicom w pracach polowych. 

 

 

Zapach lokalnego kakao

Dzień tylko częściowo wygląda tak, jak na typowych półkoloniach w Polsce. Dzieciaki zgłaszają się do świetlicy o 9 rano, gdzie dostają śniadanie. W powietrzu rozchodzi się wtedy zapach kakao, gotowanego na ogniu do śniadania. Kakaowiec jest jedną z podstawowych tutejszych upraw. 

– Na początku nie planowaliśmy dla uczestników śniadania, zakładaliśmy, że jedzą je w domu. Ale gdy na pierwszych zajęciach zapytaliśmy, kto jeszcze dziś nic nie jadł – w górę poszła zdecydowana większość rąk

– mówi ks. Krzysztof Pazio. 

 

Kształtowanie postaw

Po śniadaniu wszyscy idą na katechezę w grupach uzależnionych od wieku czy etapu przygotowania do sakramentów. Po lekcji następuje najczęściej czas pracy, zwykle są to drobne zajęcia przy misji. To właśnie wtedy kameruńska młodzież ma szansę spróbować swoich sił w różnych praktycznych i przydatnych na rynku pracy zawodach, jak ślusarz, murarz, stolarz czy hydraulik, ale też przejść na dostępnym tu sprzęcie szkolenie komputerowe. Ważna jest też w tym wszystkim integracja międzyludzka i nauka umiejętności współpracy, które bardzo przydają się w ich późniejszym życiu. 

– Widzimy, że naszymi działaniami pomagamy im odnaleźć się potem w dorosłości, nawet jeśli nie robią wielkich karier. Owszem, mamy wśród naszych byłych wychowanków obecnych lekarzy czy kleryków, ale też nie brakuje takich zwykłych powołań – mówi ks. Krzysztof. I dodaje – Pamiętam świadectwo pewnego 18-latka, który przychodził do nas na zajęcia. Jego dwóch starszych braci wcześniej zmarło, więc zgodnie z miejscowym zwyczajem wszyscy wokół zaczęli się bać, że ktoś na rodzinę rzucił zły czar. Tak, takie wierzenia są tu niestety ciągle obecne nawet wśród katolików. Ojciec tego chłopaka zaprowadził go więc do miejscowego marabuta. To taki rodzaj “odczyniacza złych uroków”, który odprawia ryty zdejmowania klątw. W drodze ten chłopak się jednak ojcu sprzeciwił. “Moją ochroną, moim blendażem jest Jezus Chrystus” – powiedział. To dla mnie duże świadectwo tego, że nasza misja ma sens. Dziś Depin, bo tak miał na imię ów chłopak, skończył studia, ma pracę, jest samodzielny życiowo

kończy opowieść ks. Krzysztof. 

 

 

Dotrzeć do dzieci ulicy

Czary czy wiara w zabobony to jednak niejedyny czy nawet nie najważniejszy problem, z którym spotykają się tutejsi misjonarze. Młodzież narażona jest na prostytucję, kontakt z narkotykami ale też na… niechciane ciąże. 

Jest tu u nas takie skrzyżowanie, na którym widać wszystkie te problemy. Najbardziej jednak bolą nas dzieci ulicy, które najczęściej są dziećmi nastolatek i żołnierzy ze znajdującej się w Minkama jednostki wojskowej. Żołnierze oczywiście umywają ręce, natomiast na wieść o takiej ciąży swojej niepełnoletniej córki rodzice też zwykle wyrzucają ją z domu, nie uznając tego dziecka za należące do rodziny. I te dziewczyny potem starają się jakoś radzić sobie same. Najczęściej to ich dzieci chodzą bez opieki po ulicach, nierzadko kradnąc, aby zdobyć coś do jedzenia. Nimi też staramy się opiekować – mówi polski marianin.

Zarówno te dzieci jak i ich nastoletnie mamy trafiają na Wakacje z Bogiem. Marianie bowiem nie unikają chodzenia na owo Skrzyżowanie. Rozmawiają, zachęcają, ale na siłę nikogo nie ciągną. I czasem się udaje zachęcić ich do przyjścia. – Liczymy, że przyjdą zachęceni przez znajomych – mówi ks. Krzysztof. Dzięki temu zarówno te młode mamy jak i ich dzieci mają zapewnione nie tylko jedzenie, ale i opiekę, spędzenie czasu na ciekawych zajęciach.  

 

 

Kształtować całego człowieka

Praca czy nauka to niejedyne zajęcia, jakie młodzieży i dzieciom na wakacjach oferują tu misjonarze mariańscy. Dwa dni w tygodniu zamiast bloku z pracą jest blok rozrywkowy, gdzie rozgrywane są mecze piłkarskie, dziewczęta robią popisy swoich umiejętności kulinarnych, odgrywane są sztuki biblijne czy odbywają się zajęcia kulturalne. Około 15 mogą iść do domu.

Pytam ks. Krzysztofa, co by oni wszyscy robili, gdyby nie mieli możliwości przyjść na te zajęcia?

Pewnie siedzieliby bezczynnie. Może poszliby pomóc rodzicom w polu ale tak siedzieliby w swojej chałupie lub przed nią i przede wszystkim by się nudzili. A wiadomo, co z nudy u młodego człowieka może się zrodzić. 

Młodzi Kameruńczycy w większości nie mają smartfonów, tabletów i czy laptopów, na których graliby w gry, oglądali seriale na Netfixie czy wrzucali pozowane zdjęcia na Instagrama. Te oczywiste dla polskich nastolatków gadżety mają tylko niektórzy ich rówieśnicy w Kamerunie. Wprawdzie oferta internetu mobilnego już bardziej osiągalna niż jeszcze kilka lat temu, jednak ceny telefonów w większości przypadków są zbyt wysokie dla przeciętnej rodziny utrzymującej się z pracy na roli. To było duże utrudnienie w czasie epidemii, kiedy szkoły prowadziły zajęcia za pomocą grup na WhatssAppie albo Zooma. Ci bez smartfonów brali udział w zajęciach przez radio i telewizję. 

Właśnie dlatego, o ile już dowiedzą się o Wakacjach z Bogiem u misjonarzy, tak chętnie do nich przychodzą. Najwięcej jest dzieci, tych z przedszkola czy podstawówki. W dwóch grupach jest ich łącznie 340 osób (w jednej 160 w drugiej 180). Najmniej – starszych nastolatków. Powyżej 14 roku życia na zajęcia przychodzą 92 osoby. 

 

Regularne wsparcie

W swojej pracy marianie są właściwie sami, nie przyjeżdżają do nich świeccy wolontariusze, choć ręce do pracy oferują miejscowi klerycy w seminarium. Do seminarium trafiło też już kilkoro byłych wychowanków polskich misjonarzy. Rodacy z Polski regularnie wspierają natomiast misję finansowo, bo potrzeby – co oczywiste – są ogromne. Polscy misjonarze nie tylko karmią i edukują tu młodzież, ale też często wyposażają co biedniejszych w niezbędne rzeczy, na przykład materiały szkolne. Stale też można ich wspomóc finansowo za pośrednictwem Stowarzyszenia Pomocników Mariańskich>>

Zajęcia, które tak licznie gromadzą młodych Kameruńczyków w wakacje odbywają się również w ciągu roku szkolnego, choć z powodu wyjazdów do szkół z internatem chodzi na nie już znacznie mniejsza grupa. Regularnie chodzi ok. 70-80 osób. Spotkania odbywają się raz w tygodniu w piątki wieczorem. Zawsze jest Msza św., adoracja i potem zależnie od tygodnia albo lekcja katechizmu, albo lectio divina, albo szkoła biblijna.

To zaangażowanie pomaga im stale wzrastać w wierze

– zauważa polski misjonarz. 

 

Posłuchaj audycji o Kamerunie w Poranku Rozgłośni Katolickich Siódma9

 

Fot: Stowarzyszenie Pomocników Mariańskich

 

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor, w latach 2018-20 odpowiedzialna za sekcję news w Stacji7. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap