Nasze projekty
Alina Petrowa-Wasilewicz

Hołownia za burtą, Wójciak na pokładzie

Gdybym była młodsza, ta sprawa nie wywołałaby skojarzeń z przeszłością, ale że mam swoje lata, to doskonale pamiętam, jak za komuny krytykowano niepublikowane i zdjęte przez cenzurę teksty, a często gęsto także autorów, siedzących w więzieniu.

Reklama

Bo skojarzenia z informacją, że felieton Szymona Hołowni, krytykujący finansowanie in vitro przez państwo, nie ukazał się w tygodniku Wprost, są oczywiste.

 

Nie wiem, ile lat ma wydawca pisma, ale tekst o tym, jak niesłuszny jest zdjęty felieton Hołowni („O in vitro pisaliśmy wielokrotnie i zdanie redakcji na ten temat powinno być jasne nie tylko dla naszych stałych czytelników, lecz także dla naszych stałych autorów”), powinien zostać zaliczony do klasyków. Oczywiście, klasyków PRL.

Reklama
Reklama

 

To jakieś koszmarne deja vu, ale okazuje się, że po niemal ćwierćwieczu demokracji budzimy się w dobrze znanym świecie, w którym znowu wyrzuca się teksty, publikuje tylko słuszne myśli, a dziennikarz, pisarz, twórca, nie ma innego wyboru, a właściwie może wybrać tylko instrument, na którym zagra tę samą, narzuconą odgórnie melodię.

 

Reklama
Reklama

Okazuje się, że debata jest zbędna, bo prawdę znamy, prawdę posiadamy i jedyne, co możemy zrobić, to powielać ją, bo nie mamy ochoty bawić się w dyskusje.

 

Czas dyskusji się skończył, więc Hołownia może albo dostosować się do linii partii, albo odejść. (I tak długo się na swej placówce utrzymał). Ale teraz będzie inaczej, dotychczas mieliśmy pluralizm, w ramach którego przydzielaliśmy katolom okienka, teraz mądrość etapu jest inna – będziemy gawędzić w zamkniętym gronie, o katolach zaś będą mówić nie oni, a tylko dziennikarze, którzy dobrze znają opinię redakcji.

Reklama

Hołownia za burtą, Wójciak na pokładzie

W tym samym czasie, w którym Hołownia zderza się z cenzurą i odchodzi, dwustu naukowców, nauczycieli akademickich i artystów bierze w obronę Dyrektorkę poznańskiego teatru, która opublikowała na fejsie bluzg na temat nowo wybranego papieża oraz oskarżenie, że współpracował z juntą wojskową.

 

Wyrafinowani intelektualiści, proponują, by bluzg ten stał się bluzgiem założycielskim, a właściwie inauguracyjnym, gdyż początkujący debatę o wolności, zagwarantowanej Konstytucją RP.

 

Cała ta grupa obrońców pani Dyrektor prezentuje tok myślenia, pokazany w głośnym filmie Milosa Formana „Skandalista Larry Flint”.

 

Jego bohater, wydawca pism pornograficznych, walczy o wolność słowa przed amerykańskim Sądem Najwyższym i swoją walkę wygrywa, powołując się na pierwszą poprawkę do amerykańskiej Konstytucji.

To ona daje mu prawo nie tylko do rozpowszechniania pornografii, ale też sponiewierania pastora Falwella, którego poniżył obrzydliwą karykaturą.

 

Sytuacje bardzo podobne, w których zakłada się, że wolność słowa wymaga ofiar i my, społeczeństwo liberalne, chętnie te ofiary złożymy, choćby był to papież czy pastor.

 

Komentując swoje dzieło reżyser wyznał, że on – człowiek wychowany w totalitaryzmie – uważa, że trzeba płacić każdą cenę w imię świętego prawa do wolności. Korzysta więc z tego prawa wydawca odrażających pisemek, korzysta dziś pani Dyrektor.

 

Wszyscy biją brawo, tylko w tym entuzjazmie mało kto dostrzega, że na ołtarzu tego bożka złożono konkretne ofiary – ludzką godność pastora Falwella i papieża Franciszka.

 

A w związku z tym powstają bardzo konkretne pytania:

 

Czy wolno płacić taką cenę?

Czy możemy się na to godzić?

I czy możemy łączyć wielką wartość wolności – efektu naszej cywilizacji pochodzącej z chrześcijaństwa – z poniżeniem człowieka, odarciem go z godności, których nie powstydziłyby się hordy Dżyngis Chana, czy znacznie nam bliższe w czasie systemy totalitarne?

Jest tu głęboka sprzeczność. Dla mnie nie ma wątpliwości – nie wolno na takie praktyki się godzić.

 

W całej tej historii najbardziej martwi nie to, że „katol” został wyrugowany z mainstreamu, bo katole nie takie rzeczy przeżywali i to niecałkiem dawno. Najgorsza w tym wydarzeniu jest zapowiedź śmierci debaty publicznej przez usunięcie dziennikarza, reprezentującego korzenie i fundamenty naszej kultury. Na razie jednego, ale później…

 

Co prawda mainstreamowy dziennikarz Tomasz Machała na łamach „Newsweeka” zapewnia czytelników, że oto on pracuje w największych mediach, odnosi sukcesy, dobrze mu się wiedzie, popija kawkę i choć jest katolikiem nikt krzywdy mu nie robi. Trzeba mu uwierzyć na słowo, bo z przykrością muszę stwierdzić, że nie pamiętam ani jednego jego tekstu czy wystąpienia, które byłyby pójściem pod prąd, trudną, samotną obroną chrześcijaństwa.

 

To dopiero teraz, z felietonu, analizującego przypadek Hołowni, dowiedziałam się o światopoglądzie jego autora, widać to taki cichy, nikomu nie wadzący katolik, w którym stopień prywatyzacji wiary jest chyba dość daleko posunięty. Jest aż tak cichy, że kiedy jest potrzebne stanowisko Kościoła na konkretny temat, nikt nie dzwoni do Machały, a do Terlikowskiego i Hołowni. (Muszę podkreślić, że nie znam wszystkich prac mainstreamowego dziennikarza i może coś przeoczyłam).

 

Bagatelizuje Machała wyrzucenie felietonu jego kolegi – katolika i nie chce (nie potrafi?) chyba dostrzec, że znane medium rezygnuje z pluralizmu i ogranicza wolność słowa, świętą wolność.

Hołownia za burtą, Wójciak na pokładzie

Jest młody, więc mu się z PRL to nie skojarzy. Wcześniej stwierdza, że katolicy muszą się przyzwyczaić, że nie mają przecież wyłączności. I jakoś nie widzi, że wyłączność w tygodniku Wprost zapewniła sobie strona liberalna, gdyż uznała, że jest jedna linia i podjęła decyzję administracyjną, a nie po debacie czy okrągłym stole.

 

I nie ma znaczenia, czy katolik mówi językami ludzi i aniołów, czy jest przeciętniakiem – on po prostu nie ma prawa do uczestniczenia w dyskusji.

 

Efekt jest taki, że głos Kościoła zostaje coraz bardziej zredukowany i słabiej słyszany. To bardzo zła wiadomość, bo nasza cywilizacja stoi przed wielkimi wstrząsami eksperymentami społecznymi.

 

Potrzebna jest i wręcz konieczna wielka refleksja nad kierunkiem tych zmian. (Jak mówi proboszcz z mojego ulubionego filmu, trzeba poczekać i sprawdzić, gdzie prowadzi nas postęp i dopiero później iść lub się zatrzymać).

 

Głos Kościoła, który chroni bezwarunkowo ludzką godność i istoty najsłabsze jest w tej refleksji absolutnie konieczny. Jeżeli zostanie administracyjnie wyrugowany, nie tylko najsłabsi zostaną wyeliminowani, ale będzie to także oznaczać, że nasze dziedzictwo już się wyczerpało.

 

Jestem pesymistką i sądzę, że przypadek Hołowni nie będzie odizolowany, jest taki trend, mądrość etapu, więc będą następne rugowania. I że rozmaite administracyjno – cenzorskie decyzje doprowadzą do tego, że każda ze stron światopoglądowego sporu zamknie się w obrębie swoich poglądów, choć „racja” będzie po stronie mainstreamu.

 

Musi być.

Alina Petrowa-Wasilewicz ,

Publicystka, pisarka, dziennikarka Katolickiej Agencji Informacyjnej


W tym temacie polecamy również:

 

Szymon Hołownia: Tomaszowi Machale, bratu w wierze

 

Paweł Kozacki OP: Bronię Ewy Wójciak (choć się z nią nie zgadzam)

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite