Prymas Wyszyński „od siebie” o formacji i zaangażowaniu w Kościół

Przez uwięzienie człowiek, który z urzędu pełnił najwyższą władzę w Kościele w Polsce został pozbawiony wszelkiego instytucjonalnego wpływu. Paradoksalnie jednak właśnie w tej sytuacji okazywało się, czym Kościół jest i na czym polega prawdziwa jego rola.

Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dziękuję Ci, Mistrzu, za to, żeś mój los tak bardzo upodobnił do Twojego, za to, żeś w Męce swojej zostawił mi dobry wzór męki mojej – pisał Prymas 22 czerwca 1956 roku, zaledwie cztery miesiące przed swoim uwolnieniem. – Opuścili Cię Twoi Apostołowie, jak mnie opuścili biskupi; opuścili Cię Uczniowie, jak mnie moi kapłani. I jedni, i drudzy poddali się trwodze.

W ciągu tych trzech lat uwięzienia Prymas miał możliwość głębokiego doświadczenia czym jest Kościół w jego blaskach i w cieniach, w sile i w słabości. Widział Kościół w całości – widział w nim biskupów, kapłanów, zakonników i świeckich i widział też, że choć zewnętrznie w życie Kościoła najbardziej wydają się być zaangażowani przedstawiciele trzech pierwszych grup, to naprawdę wcale tak być nie musi. Pozostała przy Tobie garstka niewiast; widzę je i przy sobie. Pozostali sami świeccy, słabi, grzesznicy: Łotr, Magdalena, Setnik, Nikodem, Józef z Arymatei i Szymon z Cyreny. I przy mnie została gromadka świeckich katolików, wcale nie najmocniejszych, którzy mają odwagę przyznawać się do mnie. To wszystko.

Przez uwięzienie człowiek, który z urzędu pełnił najwyższą władzę w Kościele w Polsce został pozbawiony wszelkiego instytucjonalnego wpływu. Paradoksalnie jednak właśnie w tej sytuacji okazywało się, czym Kościół jest i na czym polega prawdziwa jego rola. Gdy porównam moje małe cierpienia z Twoimi, raduję się, że wszystko przeżyłeś, co każesz mi naśladować – pisał Prymas. – Bądź uwielbiony w męce mojej. Był świadom, że głównym celem Kościoła jest prowadzić wiernych do naśladowania jego Założyciela i wdzięcznością napawał go fakt, że dane mu jest iść tą drogą. Bolało go, że zawiedli ci, którzy powinni być najbardziej zaangażowani i oddani, ale nie widział w tym nic dziwnego, skoro i Założyciela zawiedli ci, których On sam wybrał, którym przez trzy lata poświęcał swój czas i swoje siły, którzy byli świadkami Jego cudów i Jego mądrości. Jezus włożył tyle w ich formowanie, oni tymczasem opuścili Go w kluczowym momencie. Ale byli też i inni, może mniej zaangażowani zewnętrznie, oddani na co dzień swoim pracom, a niektórzy nawet bardzo grzeszni, którzy stanęli na wysokości zadania. I jedni i drudzy stali się budulcem pierwotnego Kościoła. W ciągu trzech wieków, mimo prześladowań, przeniknął on ówczesną społeczność i przeobraził świat.

 

Na czym polega zaangażowanie w Kościół?

Ze swoich chłopięcych lat pamiętam, jak w mojej rodzinnej wiosce ze zdziwieniem przyglądałem się pewnemu człowiekowi, który klęcząc pośrodku kościoła, z ogrom­nym wewnętrznym skupieniem wpatrywał się w Eucharystię. Nic nie mówił, tylko patrzył. Gdy umarł, wszyscy zrozumieli, że ten prosty, skromny człowiek, chory na raka, był naprawdę świętym. Dla mnie, małego chłopca, był on przedmiotem wielu udręk, zwłaszcza wtedy, gdy na polecenie ojca musiałem nosić mu pożywienie i karmić go, bo już nawet jeść nie mógł sam. Nie byłem wtedy w stanie zrozumieć, dlaczego ja mam to robić. Dzisiaj wiem, że była to bardzo dobra zaprawa na moje dalsze życie, była to nauka jak trzeba rozumieć każdego człowieka i jak każdemu trzeba umieć służyć.

 

Kościół określany jest przez teologów różnymi nazwami. W czasie Soboru Watykańskiego II szczególnie podkreślano, że jest to Lud Boży. Co to znaczy?

Lud Boży, który jest królestwem i kapłaństwem Boga i Ojca, to przede wszystkim ludzie ochrzczeni, a przez to konsekrowani na dom Boży i kapłaństwo. Wszyscy jesteśmy konsekrowani przez chrzest, do­konany na nas w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Dlatego nie mo­żemy patrzeć na siebie, jako na tak zwany przedmiot „świecki”. Jeste­śmy kapłaństwem — wszyscy składamy Bogu ofiarę z naszych czynów i cnót. Wszyscy wyznajemy Boga, przyznajemy się do Niego i głosimy Go. Każdy, kto daje świadectwo Bogu, już w jakiejś formie pełni funk­cję kapłańską. Każda forma apostołowania, podobnie jak i modlitwa, jest właściwym kapłaństwem. Oczywiście, w ustroju Kościoła zawsze będziemy odróżniali kapłaństwo wiernych od kapłaństwa hierarchicz­nego, bo kapłaństwo wiernych powstaje przez sakrament chrztu, a kapłaństwo hierarchiczne — przez sakrament kapłaństwa.

 

Przed­stawiając swoje myśli i zamysły, najlepsze niekiedy pragnienia, świeccy przypominają w dyskusji i dialogu: przecież jestem katolikiem. Niekiedy trzeba odpowiedzieć: mój Bracie, jeśli Ty jesteś katolikiem, to ja jestem twoim biskupem! Dopiero w takim układzie rozumie się właściwy sens tak zwanego dialogu, wymiany myśli, poglądów, szukania właściwej drogi, jak służyć Kościołowi Bożemu.

Gdy mówimy „Kościół”, to odruchowo mamy na myśli biskupów i duchowieństwo. W perspektywie kreślonej przez Sobór Kościołem są też świeccy. Na tej płaszczyźnie nieraz pojawiają się napięcia między sprawującymi z urzędu władzę w Kościele a prawem do głosu ludzi nie mających funkcji kościelnych.  Takie napięcia pojawiały się także w relacjach Prymas – świeccy…

Współcześnie trzeba poprawić nasze spojrzenie na biskupa, nie tylko dlatego, że Sobór przypomniał jego miejsce w Kościele, gdy biskupi całego świata w kolegialnym zespoleniu miłości ku oblubienicy Chrystusowej, służyli Kościołowi powszechnemu. Sobór ukazał również miejsce biskupa w jego diecezji, pośród której stoi, czuwając nad powierzoną sobie oblubienicą. Dzisiaj tak często i może słusznie mówi się o tym, że zrozumienie swego miejsca w Kościele, w diecezji, rozszerza się na wszystkich świeckich katolików. Przed­stawiając swoje myśli i zamysły, najlepsze niekiedy pragnienia, świeccy przypominają w dyskusji i dialogu: przecież jestem katolikiem. Niekiedy trzeba odpowiedzieć: mój Bracie, jeśli Ty jesteś katolikiem, to ja jestem twoim biskupem! Dopiero w takim układzie rozumie się właściwy sens tak zwanego dialogu, wymiany myśli, poglądów, szukania właściwej drogi, jak służyć Kościołowi Bożemu.

 

To mocne słowa. Co Ksiądz Prymas miał na myśli mówiąc „ja jestem twoim biskupem”?

Gdyby Stanisław ze Szczepanowa zapomniał, że ma uczyć jako władzę mający, na pewno uląkłby się króla i nie byłoby dzisiaj tej wspaniałej sztandarowej postaci życia katolickiego w naszej ojczyźnie. Prowadząc dialog z królem pamiętał, że jest jako władzę mający i że tę władzę otrzymał od Chrystusa. Do niego należy powiedzieć prawdę, nauczać, upomnieć, nakazać. W dzisiejszym słusznym dążeniu do właściwego układu współżycia i współpracy hierarchii i świeckich katolików, trzeba poprawić spojrzenie na biskupa, trzeba uzupełnić wizję hierarchii. Trzeba widzieć biskupów jako władzę mających, tych którzy mają uczyć i uświęcać lud Boży.

 

Nie ma innej drogi dla pokoju, jak formowanie i kształtowanie naszych umysłów, woli i serc, w pokoju Bożym.

Kiedy możemy uznać, że biskup robi to właściwie?

Biskup (…) podejmie (…) zadanie: uspokajania i przemieniania człowieka. Ma on swoje doświadczenie i wie, jak się zaprowadza pokój. Wie, że pokój stanie się między narodami i w całej rodzinie ludzkiej, musi się stać w sercu człowieka, w jego myślach, uczuciach i woli. Pokój musi się narodzić w sercach tak, jak narodził się w stajence betlejemskiej. Od maleństwa rósł, aż stał się mężem doskonałym, potem Mężem boleści, a wreszcie dał światu zbawienie i wyzwolenie. Nie ma innej drogi dla pokoju, jak formowanie i kształtowanie naszych umysłów, woli i serc, w pokoju Bożym. Człowiek wewnętrznie uspokojony, przyniesie pokój do rodziny: mężowi, żonie i dzieciom. Wniesie pokój we współżycie ludzkie, w stosunki społeczne, polityczne czy ekonomiczne, ale musi zacząć od siebie…

 

Jak to osiągnąć?

Każdy niemal, który w Polsce żyje, pyta drugiego: „Byłeś w górach? — Jeśli nie, to idź”. I jadą ludzie w góry. Nie zawsze, jak mówię — po zdrowie (…). Często dlatego, aby podnieść swojego ducha, aby czoło oprzeć o szczyty, aby jasno spojrzeć w słońce Boże, aby odetchnąć czystym powietrzem, nie tylko fizycznie, ale duchowo; aby doznać tej swobody, gdy człowiek puszcza się w zawody z orłami; aby rozszerzyć swoje płuca i serce, i odetchnąć swobodniej; albo doznać smaku swobody i wolności. Człowiek jest takim stworzeniem, dla którego obok miłości, najcenniejszą potrzebą i największym prawem — jest wolność. (…) To takie wielkie i wspaniałe słowo! Wolność to dążenie do zerwania z siebie wszelkich krępujących więzów. Ale jednemu prawu musimy się poddać, prawu statyki, które nakazuje: Gdy wspinasz się w góry, trzymaj się mocno nogami ziemi, bądź uważny, czujny, oglądaj się wokół. Bądź trzeźwy i panuj nad sobą; władaj swoimi odruchami i popędami, zwalczaj w sobie odruchy złe! Tak radzą przewodnicy wszystkim, którzy wspinają się w góry.

 

Jak te rady Ksiądz Prymas przełożyłby na wskazówki dla chrześcijanina?

Gdy Kościół prowadzi swoje dzieci wzwyż, mówi im to samo. Gdy nas wszystkich ciągnie na górę Bożą, to samo powtarza. Każdy, kto staje do zawodów, wszystkiego się wyrzeka. Gdy człowiek idzie w góry, musi być trzeźwy. Gdy wspina się na górę, aby spojrzeć Bogu twarzą w Twarz, musi się wielu rzeczy wyrzec, musi być trzeźwy, spokojny, opanowany, zrównoważony. Kto prowadzi swoją rodzinę i naród wzwyż musi być również spokojny, opanowany, trzeźwy. Musi sobie niejednego odmówić, aby panować nad sytuacją.

 

Im większe i szczytniejsze masz porywy duchowe, tym bardziej musisz opanować siebie, harmonizować ciało i duszę, rozum, wolę i serce.

Taki program jest wyzwaniem szczególnie dla Polaka, który ceni działania spontaniczne, nierzadko improwizowane…                       

Naród nasz ma w sobie, Najmilsi, dużo uczuciowych popędów i odruchów. Niekiedy za nimi idzie. Powstają z nich dzieła sztuki, wielkie, wzniosłe porywy, potężne zwycięstwa. Są one kwiatami naszych dziejów i kultury narodowej. Ale jednak, aby te kwiaty mogły wyrosnąć, ziemia musi być owładnięta, opanowana i wypracowana. Musi być nam poddana. Musimy czuwać nad nią, trzymać ją obiema dłońmi w swojej spokojnej i trzeźwej myśli, woli i sercu. Podobnie jest, Najmilsze Dzieci, z każdym z nas. Im większe i szczytniejsze masz porywy duchowe, tym bardziej musisz opanować siebie, harmonizować ciało i duszę, rozum, wolę i serce. (…) Zły to taternik, który zaczyna wspinaczkę w góry od zrywu i nagłego wysiłku. Dobry — idzie krok za krokiem, powoli, spokojnie. (…)To są bardzo proste prawdy. My na ogół umiemy wymagać od innych, zapominając, że dobra, których pragniemy, rodzą się nie gdzie indziej, tylko w nas, w duszy i w sercu człowieka. Tym większe mamy prawo stawiać wymagania innym, im bardziej sami je urzeczywistniamy.

 

Czy to znaczy, że każdy chrześcijanin ma obowiązek dążenia do świętości?

Wydaje nam się czasem rzeczą zbyt ambitną to, co Sobór Watykański II mówi o nas wszystkich w Konstytucji dogmatycznej o Kościele. Zapominamy o tym, wydaje nam się, że nie dla nas są te sprawy. Gdy czytamy w Piśmie Świętym zachętę: „Świętymi bądźcie, jako i Ja jestem święty” (Kpł 20,26), mówimy sobie: ja święty?! Ależ broń Boże, nigdy! Pamiętajmy, że skala świętości jest nieogarniona w oczach Boga, który jest tak nieskończenie Święty, że nie jesteśmy w stanie tego wypowiedzieć. Ograniczamy się tylko do trzech zawołań: „Sanctus, Sanctus, Sanctus”. Mnie się wydaje, że po świecie chodzi o wiele więcej świętych łudzi, niż jesteśmy w stanie to obliczyć i sprawdzić.

 

Czy jest jakaś recepta na świętość?

Są to sprawy i tajemnice Boże. Nie chciejmy wyznaczać szablonu świętości, bo go nie ma. Nie chciejmy określać jej kanonami, bo to się nie uda. Nie chciejmy sami wyrzekać się tej szlachetnej emulacji, bo wszyscy jesteśmy do tego zobowiązani; cały lud Boży — papież, biskupi, kapłani, zakony, świeccy, matki, ojcowie, młodzież, dzieci — wszyscy jesteśmy powołani do świętości. Jak ją osiągniemy, jaką ona postać przyjmie, w czym się okaże — to już jest sprawa Boża.

 

A jakiej świętości potrzebuje dzisiejszy świat?

Potrzebne są urozmaicone wzory świętości, bardzo odmienne, niekiedy krańcowe. Kościół ma być obecny w świecie współczesnym, to znaczy nie tylko w świątyni, nie tylko w domu biskupa czy duszpasterza, ale wszędzie, na ulicy, w warsztacie pracy, w biurze, w urzędzie, na dnie kopalni, czy na skrzydłach samolotów, w coraz to szybciej pędzących pojazdach, przenoszących człowieka z jednego krańca ciasnego globu w drugi. I wszędzie jest miejsce na świętych, i to bardzo specjalnych, bardzo współczesnych, niepodobnych do siebie, bo w każdym z nich Bóg na swój sposób mieści swoją wielką miłość. Gdy On raz wszczepi się swą potężną miłością w małą, nieudolną miłość ludzką, którą uważamy za swoją, chociaż ona jest z Boga, to na pewno ogarnie nas całkowicie.

 

Paweł Zuchniewicz

Paweł Zuchniewicz

Dziennikarz, pisarz, autor powieści biograficznych o św. Janie Pawle II, Prymasie Wyszyńskim (Ojciec wolnych ludzi) i innych świadkach wiary. Wicedyrektor ds. wychowawczych w szkole “Żagle” Stowarzyszenia STERNIK.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Jak SB Prymasa Tysiąclecia aresztowało

Był późny, piątkowy wieczór 25 września 1953 r. gdy do bramy Domu Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej zapukali smutni "panowie w ceratach". W internowaniu Prymas Wyszyński spędził 3 lata pomiędzy 25 września 1953 a 28 października 1956.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Decyzja o uwięzieniu Prymasa Polski zapadła dzień wcześniej na posiedzeniu PRL-owskiego rządu. Prezydium rządu wydało uchwałę “O środkach zapobiegających dalszemu nadużywaniu funkcji pełnionych przez ks. arcybiskupa Stefana Wyszyńskiego”. Zawierała ona decyzję, że Prymas ma opuścić Warszawę i zamieszkać w wyznaczonym klasztorze bez prawa jego opuszczania aż do nowego zarządzenia władz.

Akcją aresztowania Prymasa kierował płk Karol Więckowski, dyrektor Departamentu XI Ministerstwa Bezpieczeństwa Narodowego, wzięło w niej udział 50 funkcjonariuszy SB. Wbrew planom, akcja rozpoczęła się po godzinie 21.45, gdyż dopiero wówczas kard. Wyszyński wyszedł z kościoła akademickiego św. Anny i dotarł na ul. Miodową około godziny 22.

Prymas szczegółowo ją zrelacjonował w swoich osobistych notatkach opublikowanych potem jako “Zapiski więzienne”. 

 

“Ci panowie chcieli strzelać”

“Usłyszałem kroki skierowane do mego mieszkania. Przyszedł ksiądz Goździewicz. Melduje, że jacyś panowie przyszli z listem od ministra Bidy do biskupa Baraniaka i proszą o otwarcie bramy. Wyraziłem zdziwienie: „O tej porze? Tknięty przeczuciem, wstałem i ubrałem się. Istotnie, w bramie stało kilka osób i mocno szturmowało klamkę.” – notował kard. Wyszyński.

Zszedł na dół, gdzie już funkcjonariusze prowadzili biskupa Baraniaka. Kazał otworzyć im bramę domu. 

– Ci panowie chcieli strzelać – mówi biskup Baraniak.

– Szkoda. Wiedzielibyśmy, że to napad, a tak to nie wiemy, co sądzić o tym nocnym najściu – mówi Prymas.

W pewnym momencie pies Baca, zamieszkujący w Domu Arcybiskupów, rzuca się na jednego z funkcjonariuszy i rani go w nogę. – Jest zdrowy! – zapewnia rannego Prymas i jednocześnie prosi posługującą siostrę o jodynę do opatrzenia rany. 

 

Czytałem, ale nie przyjmuję do wiadomości

Wszyscy przechodzą do Sali Papieży. “Jeden z przybyłych wystąpił oficjalnie z wymówką, że Władzy państwowej nie otwiera się drzwi. Wyjaśniłem – pisze prymas – że dotąd jeszcze nie wiem, czy mam przed sobą przedstawicieli władzy, czy napad. Żyjemy tu na pustkowiu, wśród ruin i gruzów, i dlatego w nocy nikogo nie wpuszczamy. Tym bardziej, że ci panowie „w bramie” zaczęli od kłamstwa. Wreszcie wszystko się wyjaśniło. Jeden z panów zdjął palto, wyjął z teki list i otworzywszy – podał papier, zawierający decyzję Rządu z dnia wczorajszego. Mocą tej decyzji mam natychmiast być usunięty z miasta. (…) Prosił, bym to przyjął do wiadomości i podpisał. Oświadczyłem, że do wiadomości tego przyjąć nie mogę, gdyż w decyzji nie widzę podstaw prawnych”. Prymas jednak zgadza się napisać na dokumencie, że go czytał, ale zaznacza, że domu dobrowolnie nie opuści. 

Funkcjonariusze wydają polecenie, aby spakował osobiste rzeczy. Kardynał odmawia. Funkcjonariusze zaczynają się denerwować. Namawiają posługującą tu siostrę, by ona przekonała Prymasa do spakowania. Ten jej odpowiada: Siostro, nic nie zabieram. Ubogi przyszedłem do tego domu i ubogi stąd wyjdę. Siostra składała ślub ubóstwa i wie, co on znaczy.

 

Ostatnie spojrzenie na Matkę

Zamiast się pakować Prymas idzie do pracowni, gdzie porządkuje książki. Wreszcie jeden z panów proponuje, by przeszli do gabinetu przyjęć. Przechodzą na drugą stronę domu. Tam kardynał porządkuje dokumenty, podpisuje nowe, które mu wcześniej zostawiono. Po skończeniu pracy bierze różaniec i brewiarz i – meldując to pilnującym go osobnikom – przechodzi do kaplicy, by “spojrzeć na tabernakulum i moją Matkę Bożą w witrażu”.

Podają mu kapelusz i płaszcz. Ponownie protestując przeciwko uprowadzeniu go – kardynał schodzi z funkcjonariuszami do samochodu. 

Pomimo późnej pory Prymas dokładnie śledzi trasę przejazdu samochodów wiozących go w nieznanym kierunku. Zwraca uwagę, jakim mostem przejeżdżają przez Wisłę, jakie po wyjeździe z Warszawy mijają miejscowości. Czuwa. 

“Widniało, gdy zatrzymaliśmy się na północnym przedmieściu Grudziądza – notuje Prymas. Po krótkim postoju zawróciliśmy w kierunku Jabłonowa. Ludzie dążyli do pracy. Przyjechaliśmy z powrotem do Rywałdu. Było to miejsce mojego przeznaczenia. Wjechaliśmy w puste podwórze gospodarcze klasztoru Ojców Kapucynów. Dość długo czekałem w wozie, zanim „pan w ceracie” zaprosił mnie do wnętrza brzydkiego budynku. Wprowadzono mnie do pokoju na pierwszym piętrze. Oświadczono mi, że to jest miejsce mego pobytu, że nie należy wyglądać oknem. 

Właśnie wtedy, na ręce rozmawiającego z nim funkcjonariusza, kard. Wyszyński, składa ostatni tego dnia protest.

 

Protestuję!

“Protestuję – mówi funkcjonariuszowi kardynał – przeciwko gwałtowi, przeciwko sposobom postępowania z obywatelem, którego państwo mogło dosięgnąć w inny sposób, zgodny z Konstytucją. Protestuję przeciwko uniemożliwieniu mi sprawowania rządów nad diecezjami gnieźnieńską i warszawską. Protestuję przeciwko pogwałceniu jurysdykcji Stolicy świętej, którą wykonywałem na mocy uprawnień specjalnych. Oświadczam, że czyn dokonany przez Rząd jest bardzo szkodliwy dla Rządu, gdyż spowoduje ataki radia i prasy zagranicznej. Protestuję przeciwko zakazowi spoglądania przez okno.”

Gdy trafia do wyznaczonej mu celi spostrzega “pierwszy przyjazny głos” – obrazek z Matką Bożą i napisem “Matko Boża Rywałdzka, pociesz strapionych”. 

 

Dzieje się coś właściwego

W tym momencie w swoich notatkach kardynał przestaje relacjonować bieżące zdarzenia, wymiany zdań, atmosferę. Zanurza się w duchowej refleksji nad swoją sytuacją. Notuje:

“Przecież stało się to, czym tyle razy mi grożono: cierpieć zniewagę dla Imienia Jezusa. Lękałem się, że już nie będę miał udziału w tym zaszczycie, którego doznali wszyscy moi koledzy z ławy seminaryjnej. Wszyscy oni przeszli przez obozy koncentracyjne i więzienia. Większość z nich oddała tam swe życie; kilku wróciło w stanie inwalidztwa, jeden umarł po odbyciu więzienia polskiego. Byłoby coś niedojrzałego w tym, gdybym ja nie zaznał więzienia. Dzieje się więc coś bardzo właściwego; nie mogę mieć żalu do nikogo. Chrystus nazwał Judasza „przyjacielem”. Nie mogę mieć żalu do tych panów, którzy mnie otaczają i byli dla mnie dość grzeczni. Oni mi przecież pomagają do dzieła, którego nieuchronność od dawna była oczywista dla wszystkich. Muszę doceniać to, co mnie od tych ludzi spotyka” – tymi słowami Prymas kończy swoje notatki z dnia uwięzienia. 

 

Nie wyrzekłbym się tych lat

W internowaniu spędził 3 lata pomiędzy 25 września 1953 – 28 października 1956, najpierw przebywając 2 tygodnie w Rywałdzie, potem rok w Stoczku Klasztornym, rok w Prudniku i rok w Komańczy. W tym czasie przygotował Jasnogórskie Śluby Narodu oraz dziewięcioletni program Wielkiej Nowenny przed obchodami Milenium Chrztu Polski.

Na miesiąc przed uwolnieniem, gdy wiedział już że jego uwolnienie jest już tylko kwestią czasu, Prymas zanotował w swoim dzienniku „Pro memoria”: „Nigdy nie wyrzekłbym się tych trzech lat i takich trzech lat z curiculum mego życia. Jednak lepiej, że upłynęły one w więzieniu, niżby miały upłynąć na Miodowej. Lepiej dla chwały Bożej, dla pozycji Kościoła Powszechnego w świecie – jako stróża prawdy i wolności sumień; lepiej dla Kościoła w Polsce i lepiej dla pozycji mojego Narodu; lepiej dla moich diecezji i dla wzmocnienia postawy duchowieństwa. A już na pewno lepiej dla dobra mej duszy. Ten wniosek zamykam dziś, w godzinie mego aresztowania, swoim Te Deum i Magnificat”.

***

Na podstawie materiałów prasowych Archidiecezji Warszawskiej oraz “Zapisków Więziennych”, wyd. Apostolicum 1995. 

 


Pierwsza data publikacji artykułu: 25.09.2019

 

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor, w latach 2018-20 odpowiedzialna za sekcję news w Stacji7. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap