Nasze projekty
Paweł Zuchniewicz

Prymas Wyszyński „od siebie” o formacji i zaangażowaniu w Kościół

Przez uwięzienie człowiek, który z urzędu pełnił najwyższą władzę w Kościele w Polsce został pozbawiony wszelkiego instytucjonalnego wpływu. Paradoksalnie jednak właśnie w tej sytuacji okazywało się, czym Kościół jest i na czym polega prawdziwa jego rola.

Reklama

Dziękuję Ci, Mistrzu, za to, żeś mój los tak bardzo upodobnił do Twojego, za to, żeś w Męce swojej zostawił mi dobry wzór męki mojej – pisał Prymas 22 czerwca 1956 roku, zaledwie cztery miesiące przed swoim uwolnieniem. – Opuścili Cię Twoi Apostołowie, jak mnie opuścili biskupi; opuścili Cię Uczniowie, jak mnie moi kapłani. I jedni, i drudzy poddali się trwodze.

W ciągu tych trzech lat uwięzienia Prymas miał możliwość głębokiego doświadczenia czym jest Kościół w jego blaskach i w cieniach, w sile i w słabości. Widział Kościół w całości – widział w nim biskupów, kapłanów, zakonników i świeckich i widział też, że choć zewnętrznie w życie Kościoła najbardziej wydają się być zaangażowani przedstawiciele trzech pierwszych grup, to naprawdę wcale tak być nie musi. Pozostała przy Tobie garstka niewiast; widzę je i przy sobie. Pozostali sami świeccy, słabi, grzesznicy: Łotr, Magdalena, Setnik, Nikodem, Józef z Arymatei i Szymon z Cyreny. I przy mnie została gromadka świeckich katolików, wcale nie najmocniejszych, którzy mają odwagę przyznawać się do mnie. To wszystko.

Przez uwięzienie człowiek, który z urzędu pełnił najwyższą władzę w Kościele w Polsce został pozbawiony wszelkiego instytucjonalnego wpływu. Paradoksalnie jednak właśnie w tej sytuacji okazywało się, czym Kościół jest i na czym polega prawdziwa jego rola. Gdy porównam moje małe cierpienia z Twoimi, raduję się, że wszystko przeżyłeś, co każesz mi naśladować – pisał Prymas. – Bądź uwielbiony w męce mojej. Był świadom, że głównym celem Kościoła jest prowadzić wiernych do naśladowania jego Założyciela i wdzięcznością napawał go fakt, że dane mu jest iść tą drogą. Bolało go, że zawiedli ci, którzy powinni być najbardziej zaangażowani i oddani, ale nie widział w tym nic dziwnego, skoro i Założyciela zawiedli ci, których On sam wybrał, którym przez trzy lata poświęcał swój czas i swoje siły, którzy byli świadkami Jego cudów i Jego mądrości. Jezus włożył tyle w ich formowanie, oni tymczasem opuścili Go w kluczowym momencie. Ale byli też i inni, może mniej zaangażowani zewnętrznie, oddani na co dzień swoim pracom, a niektórzy nawet bardzo grzeszni, którzy stanęli na wysokości zadania. I jedni i drudzy stali się budulcem pierwotnego Kościoła. W ciągu trzech wieków, mimo prześladowań, przeniknął on ówczesną społeczność i przeobraził świat.

Reklama
Reklama

Na czym polega zaangażowanie w Kościół?

Ze swoich chłopięcych lat pamiętam, jak w mojej rodzinnej wiosce ze zdziwieniem przyglądałem się pewnemu człowiekowi, który klęcząc pośrodku kościoła, z ogrom­nym wewnętrznym skupieniem wpatrywał się w Eucharystię. Nic nie mówił, tylko patrzył. Gdy umarł, wszyscy zrozumieli, że ten prosty, skromny człowiek, chory na raka, był naprawdę świętym. Dla mnie, małego chłopca, był on przedmiotem wielu udręk, zwłaszcza wtedy, gdy na polecenie ojca musiałem nosić mu pożywienie i karmić go, bo już nawet jeść nie mógł sam. Nie byłem wtedy w stanie zrozumieć, dlaczego ja mam to robić. Dzisiaj wiem, że była to bardzo dobra zaprawa na moje dalsze życie, była to nauka jak trzeba rozumieć każdego człowieka i jak każdemu trzeba umieć służyć.

Kościół określany jest przez teologów różnymi nazwami. W czasie Soboru Watykańskiego II szczególnie podkreślano, że jest to Lud Boży. Co to znaczy?

Reklama
Reklama

Lud Boży, który jest królestwem i kapłaństwem Boga i Ojca, to przede wszystkim ludzie ochrzczeni, a przez to konsekrowani na dom Boży i kapłaństwo. Wszyscy jesteśmy konsekrowani przez chrzest, do­konany na nas w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Dlatego nie mo­żemy patrzeć na siebie, jako na tak zwany przedmiot „świecki”. Jeste­śmy kapłaństwem — wszyscy składamy Bogu ofiarę z naszych czynów i cnót. Wszyscy wyznajemy Boga, przyznajemy się do Niego i głosimy Go. Każdy, kto daje świadectwo Bogu, już w jakiejś formie pełni funk­cję kapłańską. Każda forma apostołowania, podobnie jak i modlitwa, jest właściwym kapłaństwem. Oczywiście, w ustroju Kościoła zawsze będziemy odróżniali kapłaństwo wiernych od kapłaństwa hierarchicz­nego, bo kapłaństwo wiernych powstaje przez sakrament chrztu, a kapłaństwo hierarchiczne — przez sakrament kapłaństwa.

Przed­stawiając swoje myśli i zamysły, najlepsze niekiedy pragnienia, świeccy przypominają w dyskusji i dialogu: przecież jestem katolikiem. Niekiedy trzeba odpowiedzieć: mój Bracie, jeśli Ty jesteś katolikiem, to ja jestem twoim biskupem! Dopiero w takim układzie rozumie się właściwy sens tak zwanego dialogu, wymiany myśli, poglądów, szukania właściwej drogi, jak służyć Kościołowi Bożemu.

Gdy mówimy „Kościół”, to odruchowo mamy na myśli biskupów i duchowieństwo. W perspektywie kreślonej przez Sobór Kościołem są też świeccy. Na tej płaszczyźnie nieraz pojawiają się napięcia między sprawującymi z urzędu władzę w Kościele a prawem do głosu ludzi nie mających funkcji kościelnych.  Takie napięcia pojawiały się także w relacjach Prymas – świeccy…

Współcześnie trzeba poprawić nasze spojrzenie na biskupa, nie tylko dlatego, że Sobór przypomniał jego miejsce w Kościele, gdy biskupi całego świata w kolegialnym zespoleniu miłości ku oblubienicy Chrystusowej, służyli Kościołowi powszechnemu. Sobór ukazał również miejsce biskupa w jego diecezji, pośród której stoi, czuwając nad powierzoną sobie oblubienicą. Dzisiaj tak często i może słusznie mówi się o tym, że zrozumienie swego miejsca w Kościele, w diecezji, rozszerza się na wszystkich świeckich katolików. Przed­stawiając swoje myśli i zamysły, najlepsze niekiedy pragnienia, świeccy przypominają w dyskusji i dialogu: przecież jestem katolikiem. Niekiedy trzeba odpowiedzieć: mój Bracie, jeśli Ty jesteś katolikiem, to ja jestem twoim biskupem! Dopiero w takim układzie rozumie się właściwy sens tak zwanego dialogu, wymiany myśli, poglądów, szukania właściwej drogi, jak służyć Kościołowi Bożemu.

Reklama

To mocne słowa. Co Ksiądz Prymas miał na myśli mówiąc „ja jestem twoim biskupem”?

Gdyby Stanisław ze Szczepanowa zapomniał, że ma uczyć jako władzę mający, na pewno uląkłby się króla i nie byłoby dzisiaj tej wspaniałej sztandarowej postaci życia katolickiego w naszej ojczyźnie. Prowadząc dialog z królem pamiętał, że jest jako władzę mający i że tę władzę otrzymał od Chrystusa. Do niego należy powiedzieć prawdę, nauczać, upomnieć, nakazać. W dzisiejszym słusznym dążeniu do właściwego układu współżycia i współpracy hierarchii i świeckich katolików, trzeba poprawić spojrzenie na biskupa, trzeba uzupełnić wizję hierarchii. Trzeba widzieć biskupów jako władzę mających, tych którzy mają uczyć i uświęcać lud Boży.

Nie ma innej drogi dla pokoju, jak formowanie i kształtowanie naszych umysłów, woli i serc, w pokoju Bożym.

Kiedy możemy uznać, że biskup robi to właściwie?

Biskup (…) podejmie (…) zadanie: uspokajania i przemieniania człowieka. Ma on swoje doświadczenie i wie, jak się zaprowadza pokój. Wie, że pokój stanie się między narodami i w całej rodzinie ludzkiej, musi się stać w sercu człowieka, w jego myślach, uczuciach i woli. Pokój musi się narodzić w sercach tak, jak narodził się w stajence betlejemskiej. Od maleństwa rósł, aż stał się mężem doskonałym, potem Mężem boleści, a wreszcie dał światu zbawienie i wyzwolenie. Nie ma innej drogi dla pokoju, jak formowanie i kształtowanie naszych umysłów, woli i serc, w pokoju Bożym. Człowiek wewnętrznie uspokojony, przyniesie pokój do rodziny: mężowi, żonie i dzieciom. Wniesie pokój we współżycie ludzkie, w stosunki społeczne, polityczne czy ekonomiczne, ale musi zacząć od siebie…

Jak to osiągnąć?

Każdy niemal, który w Polsce żyje, pyta drugiego: „Byłeś w górach? — Jeśli nie, to idź”. I jadą ludzie w góry. Nie zawsze, jak mówię — po zdrowie (…). Często dlatego, aby podnieść swojego ducha, aby czoło oprzeć o szczyty, aby jasno spojrzeć w słońce Boże, aby odetchnąć czystym powietrzem, nie tylko fizycznie, ale duchowo; aby doznać tej swobody, gdy człowiek puszcza się w zawody z orłami; aby rozszerzyć swoje płuca i serce, i odetchnąć swobodniej; albo doznać smaku swobody i wolności. Człowiek jest takim stworzeniem, dla którego obok miłości, najcenniejszą potrzebą i największym prawem — jest wolność. (…) To takie wielkie i wspaniałe słowo! Wolność to dążenie do zerwania z siebie wszelkich krępujących więzów. Ale jednemu prawu musimy się poddać, prawu statyki, które nakazuje: Gdy wspinasz się w góry, trzymaj się mocno nogami ziemi, bądź uważny, czujny, oglądaj się wokół. Bądź trzeźwy i panuj nad sobą; władaj swoimi odruchami i popędami, zwalczaj w sobie odruchy złe! Tak radzą przewodnicy wszystkim, którzy wspinają się w góry.

Jak te rady Ksiądz Prymas przełożyłby na wskazówki dla chrześcijanina?

Gdy Kościół prowadzi swoje dzieci wzwyż, mówi im to samo. Gdy nas wszystkich ciągnie na górę Bożą, to samo powtarza. Każdy, kto staje do zawodów, wszystkiego się wyrzeka. Gdy człowiek idzie w góry, musi być trzeźwy. Gdy wspina się na górę, aby spojrzeć Bogu twarzą w Twarz, musi się wielu rzeczy wyrzec, musi być trzeźwy, spokojny, opanowany, zrównoważony. Kto prowadzi swoją rodzinę i naród wzwyż musi być również spokojny, opanowany, trzeźwy. Musi sobie niejednego odmówić, aby panować nad sytuacją.

Im większe i szczytniejsze masz porywy duchowe, tym bardziej musisz opanować siebie, harmonizować ciało i duszę, rozum, wolę i serce.

Taki program jest wyzwaniem szczególnie dla Polaka, który ceni działania spontaniczne, nierzadko improwizowane…                       

Naród nasz ma w sobie, Najmilsi, dużo uczuciowych popędów i odruchów. Niekiedy za nimi idzie. Powstają z nich dzieła sztuki, wielkie, wzniosłe porywy, potężne zwycięstwa. Są one kwiatami naszych dziejów i kultury narodowej. Ale jednak, aby te kwiaty mogły wyrosnąć, ziemia musi być owładnięta, opanowana i wypracowana. Musi być nam poddana. Musimy czuwać nad nią, trzymać ją obiema dłońmi w swojej spokojnej i trzeźwej myśli, woli i sercu. Podobnie jest, Najmilsze Dzieci, z każdym z nas. Im większe i szczytniejsze masz porywy duchowe, tym bardziej musisz opanować siebie, harmonizować ciało i duszę, rozum, wolę i serce. (…) Zły to taternik, który zaczyna wspinaczkę w góry od zrywu i nagłego wysiłku. Dobry — idzie krok za krokiem, powoli, spokojnie. (…)To są bardzo proste prawdy. My na ogół umiemy wymagać od innych, zapominając, że dobra, których pragniemy, rodzą się nie gdzie indziej, tylko w nas, w duszy i w sercu człowieka. Tym większe mamy prawo stawiać wymagania innym, im bardziej sami je urzeczywistniamy.

Czy to znaczy, że każdy chrześcijanin ma obowiązek dążenia do świętości?

Wydaje nam się czasem rzeczą zbyt ambitną to, co Sobór Watykański II mówi o nas wszystkich w Konstytucji dogmatycznej o Kościele. Zapominamy o tym, wydaje nam się, że nie dla nas są te sprawy. Gdy czytamy w Piśmie Świętym zachętę: „Świętymi bądźcie, jako i Ja jestem święty” (Kpł 20,26), mówimy sobie: ja święty?! Ależ broń Boże, nigdy! Pamiętajmy, że skala świętości jest nieogarniona w oczach Boga, który jest tak nieskończenie Święty, że nie jesteśmy w stanie tego wypowiedzieć. Ograniczamy się tylko do trzech zawołań: „Sanctus, Sanctus, Sanctus”. Mnie się wydaje, że po świecie chodzi o wiele więcej świętych łudzi, niż jesteśmy w stanie to obliczyć i sprawdzić.

Czy jest jakaś recepta na świętość?

Są to sprawy i tajemnice Boże. Nie chciejmy wyznaczać szablonu świętości, bo go nie ma. Nie chciejmy określać jej kanonami, bo to się nie uda. Nie chciejmy sami wyrzekać się tej szlachetnej emulacji, bo wszyscy jesteśmy do tego zobowiązani; cały lud Boży — papież, biskupi, kapłani, zakony, świeccy, matki, ojcowie, młodzież, dzieci — wszyscy jesteśmy powołani do świętości. Jak ją osiągniemy, jaką ona postać przyjmie, w czym się okaże — to już jest sprawa Boża.

A jakiej świętości potrzebuje dzisiejszy świat?

Potrzebne są urozmaicone wzory świętości, bardzo odmienne, niekiedy krańcowe. Kościół ma być obecny w świecie współczesnym, to znaczy nie tylko w świątyni, nie tylko w domu biskupa czy duszpasterza, ale wszędzie, na ulicy, w warsztacie pracy, w biurze, w urzędzie, na dnie kopalni, czy na skrzydłach samolotów, w coraz to szybciej pędzących pojazdach, przenoszących człowieka z jednego krańca ciasnego globu w drugi. I wszędzie jest miejsce na świętych, i to bardzo specjalnych, bardzo współczesnych, niepodobnych do siebie, bo w każdym z nich Bóg na swój sposób mieści swoją wielką miłość. Gdy On raz wszczepi się swą potężną miłością w małą, nieudolną miłość ludzką, którą uważamy za swoją, chociaż ona jest z Boga, to na pewno ogarnie nas całkowicie.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite