Odziedziczone ojcostwo cz. I

Dar, którym był mój rodzony ojciec stał się naturalnym fundamentem, na którym wyrosło moje własne powołanie do ojcostwa, ukształtował się sposób, w jaki traktuję ludzi szukających u mnie wsparcia.

Paweł Kozacki OP
Paweł
Kozacki OP
zobacz artykuly tego autora >

Ilekroć myślę o ojcostwie w naturalny sposób wracam myślą do mojego taty. Jeśli w moim powołaniu zakonnym i kapłańskim staram się być ojcem dla ludzi, którzy ojca we mnie szukają, to bardziej lub mniej świadomie naśladuję model ojcostwa, z którym spotykałem się od pierwszych chwil mojego życia. Nie mam zamiaru kreślić tu wiernego obrazu mojego taty, ani też wymieniać wszystkich aksjomatów ojcostwa. Pragnę raczej przywołać te momenty mojej relacji z tatą, które najbardziej utkwiły mi w pamięci, które nadal mnie fascynują i kształtują moje podejście do ludzi.

Mój ojciec jest geografem. Z zamiłowania i zawodu. Jak tylko sięgam pamięcią, zawsze gdzieś jeździliśmy lub coś zwiedzaliśmy, zdobywaliśmy szczyty lub przemierzaliśmy szlaki. Wyprawom z tatą towarzyszył czasem ciekawy rytuał. Wyprowadzał mnie w teren, a gdy docieraliśmy do celu wycieczki, ja miałem wybierać drogę powrotną prowadzącą do domu. Tato szedł za mną, ale to ja, już jako kilkulatek wskazywałem kierunek marszu. Nawet jeśli pobłądziłem, tato nie korygował mnie, do momentu, gdy sam się orientowałem, że prowadzę w niewłaściwym kierunku. Wtedy zadawał pytania, przypominał szczegóły i w ten sposób pomagał mi wrócić do punktu, w którym wybrałem niewłaściwą drogę. Czułem się przy tym z jednej stronie bezpiecznie, bo wiedziałem, że tato jest ze mną, a jednocześnie bardzo poważnie, bowiem, to ja prowadziłem nas do domu.

Odziedziczone ojcostwo cz. I

Gdy minęło kilkanaście lat i już bez taty, a z przyjaciółmi zanurzałem się w lasy i zdobywałem szczyty, tato chętnie słuchał opowieści o tych wyprawach. Gdy mama martwiła się, że Tatry w zimie są niebezpieczne, tato uspakajał ją i wspierał mnie kupując nieosiągalny w PRL-u sprzęt. Wyposażał mnie w czekany, raki czy odzież wiedząc, że z tym ekwipunkiem będę bezpieczniejszy, że łatwiej sobie poradzę z zaśnieżonymi graniami.

Podobnie było z podejmowaniem ważnych decyzji życiowych. Ja wybierałem w podstawówce kółka zainteresowań, ja decydowałem, do którego pójdę liceum, jaki kierunek będę studiował. Wszystko bez żadnych nacisków ze strony moich rodziców. Nawet gdy zaskoczyłem ich oznajmiając, że wstępuję do zakonu, nie usłyszałem słowa sprzeciwu. Byłem absolutnie wolny w swoich wyborach, a jednocześnie czułem ich wsparcie.

Nie znaczy to, że tato nie kształtował mojego patrzenia na rzeczywistość. Czynił to nieustannie. Próbował fascynować, zainteresować, pokazać nowe światy. Podsuwał książki i pomysły na sensowne spędzenie czasu, wskazywał na autorów i konkretnych ludzi.

Tak było na przykład wtedy, gdy pod koniec podstawówki zacząłem się nudzić w swojej parafii, a niedzielne chodzenie do kościoła przychodziło mi z pewną trudnością. Rodzice niczego mi wtedy nie tłumaczyli, nie namawiali, tylko zaczęliśmy razem jeździć na msze do kościoła dominikanów, gdzie kształt liturgii i treść kazań pozwoliły mi odnaleźć się w Kościele. Podczas okresu zniechęcenia parafią tato nie polemizował ze mną, gdy mówiłem, że ksiądz nudzi na kazaniu. Opowiadał  tylko, co sam z danego kazania wyniósł, co ono mu dało, na co on zwrócił uwagę. Byłem niejednokrotnie zdumiony, że z kaznodziejskiego gniota można tyle wynieść. Do ludzi i zdarzeń miał bowiem tato podejście pozytywne, tak jakby nie istniały złe sytuacje. Tylko dobre i lepsze. Nigdy nie atakował wprost moich zapatrywań, nie krytykował wyborów. Pokazywał tylko, że są lepsze rozwiązania, że warto wziąć pod uwagę inne warianty. Działo się tak nawet wtedy, gdy ojcu coś się wyraźnie nie podobało. Tak było na przykład z harcerstwem, do którego chciałem się zapisać w pierwszych latach podstawówki, bo wszystkie dzieci w klasie należały do zuchów, miały mundurki, czerwone chusty i zdobywały sprawności, a ja też chciałem. Nie usłyszałem zakazu, ale tato tak pokierował sytuacją, że inne obszary stały się dla mnie bardziej interesujące i romans z ówczesnych harcerstwem bardzo szybki się skończył.

Odziedziczone ojcostwo cz. I

Obraz mojego taty były niepełny gdybym nie wspomniał, że był on człowiekiem wymagającym w drobiazgach i na co dzień nie miałem takiej swobody, którą opisywałem wyżej. Na przykład gdy moi koledzy z podstawówki opowiadali sobie telewizyjne filmy z poprzedniego wieczoru, ja nie mogłem ich w domu oglądać. Tato wymagał ode mnie, bym planował dzień, wypisując na kartce, co i o której godzinie będę robił. Potem sprawdzaliśmy, co się udało zrealizować, a czego nie i dlaczego. Pod wpływem mojego taty zapisywałem przychody z kieszonkowego, sumy, które dostałem od babć i dziadków oraz moje wydatki. Za każdym wyjściem z domu musiałem opowiadać się gdzie i idę i kiedy wrócę…

Długo mógłbym wymieniać listę wymagań, które stawiał mój tato. Często się przeciwko nim buntowałem i próbowałem wyminąć. Długo nie rozumiałem tej dysharmonii: rygorystycznego wymagania w drobiazgach i absolutna wolność w życiowych wyborach.

Dopiero z czasem zobaczyłem, że tato wymagając w codzienności, dawał mi do ręki narzędzia, które pozwalały panować nad sobą, że nauczyły mnie praktycznej ascezy. Była to również nauka wolności, świadomego wybierania tego co ważne, a rezygnowania z rzeczy drugorzędnych.

Dar, którym był mój rodzony ojciec stał się naturalnym fundamentem, na którym  wyrosło moje własne powołanie do ojcostwa, ukształtował się sposób, w jaki traktuję ludzi szukających u mnie wsparcia.


Przeczytaj również drugą część artykułu: "W pewnym momencie odkryłem bowiem, że moją posługę wobec ludzi, do których jestem posłany na mocy święceń kapłańskich, najlepiej opisują terminy i kategorie, które zawierają się w słowie „ojcostwo”. Tę rzeczywistość nie ja stworzyłem, nie ja wymyśliłem – odziedziczyłem ją."


Paweł Kozacki OP

Paweł Kozacki OP

Dominikanin, publicysta, blogger, były przeor Konwentu Świętej Trójcy w Krakowie oraz wieloletni redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". Od 1 lutego 2014 r. Prowincjał Polskiej Prowincji Dominikanów.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł Kozacki OP
Paweł
Kozacki OP
zobacz artykuly tego autora >

Abraham, Tobiasz, Józef – zwykli ojcowie

Mamy w naszej religii Ojców Kościoła, Ojców pustyni, ojców duchowych. Mamy świętych mnichów, świętych biskupów i męczenników. A świętych „po prostu ojców” – jakoś mniej. Samo sformułowanie „święty ojciec” kojarzy się raczej z jednym z określeń papieża niż z konkretną postacią. Jeśli jednak troszkę poszukamy, to i tacy (i to jacy!) ojcowie się znajdą

Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >

Ojciec Abraham

Wiele osób pewnie będzie zaskoczonych, a nawet zbulwersowanych, ale za świętego ojca (choć na pewno nie bezgrzesznego) można uznać Abrahama. Tak, tego samego, który zamierzał w ofierze złożyć swego syna Izaaka. Co więcej, Abraham, mimo iż prawdopodobnie żył jakieś 4 tysiące lat temu, jest doskonałym wzorcem dla współczesnych ojców. Dlaczego?

Bo jak niemal każdy współczesny ojciec rozpieszczał swego syna. Izaak, syn obietnicy, na którego tak długo z Sarą czekali, kiedy wreszcie się pojawił, stał się dla niego centrum świata, oczkiem w głowie. Ojciec przychyliłby mu nieba, wyprułby sobie dla niego żyły, gdyby tylko mógł. Abraham pokładał w Izaaku wielkie nadzieje, miał w końcu ku temu podstawy, Bóg nie rzuca słów na wiatr. Zapewne obmyślił, jak pokierować losem syna, żeby jak najlepiej mu się w życiu układało i szybko został „królem królów”, człowiekiem sukcesu. Robił wszystko, żeby zapewnić mu bezpieczeństwo i przekazać całe swoje doświadczenie, całą swoją (i nie tylko) wiedzę. Syn Abrahama. Prawdziwa duma ojca…

I kiedy wszystko wydawało się być na najlepszej drodze, Abraham usłyszał to mrożące krew w żyłach wezwanie. Ma ofiarować swego ukochanego syna Bogu. Jak to? Dlaczego?

Abraham, Tobiasz, Józef – zwykli ojcowie

Żeby lepiej zrozumieć sens tego Bożego wezwania, warto wyjść poza krwawą narrację starożytnych koczowników, która zdominowała naszą wyobraźnię. Przecież nie o zabicie Izaaka chodziło Bogu. Bóg chciał, aby Abraham ofiarował Mu swego syna, czyli powierzył Mu go, oddał Dawcy Życia. Żeby sędziwy i poczciwy ojciec zrozumiał, że Izaak tak naprawdę nie należy do niego, że nie jest jego własnością, że to nie on panuje nad jego losem, choć z miłości zapewne chciałby, aby tak było. Abraham musi wypuścić z rąk syna. Bo Izaak sam, we współpracy z Bogiem, powinien kierować swoim życiem.

Zapewne dzięki ikonografii przywykliśmy myśleć, że Izaak, miał na Górze Moria kilka lat. Ale gdy wczytamy się w biblijny opis, łatwo dostrzeżemy, że tak nie było, w końcu sam wniósł na górę drewno potrzebne do rozpalenia ognia. Żydowskie komentarze mówią, że mógł mieć wtedy 15 lat, a są i takie, w których ma on skończonych lat 30. Abraham musiał zrozumieć na górze Moria, jak każdy ojciec, że przyjdzie taki moment, kiedy trzeba dziecku, nawet najbardziej ukochanemu i wyczekiwanemu, pozwolić dorosnąć, że trzeba zgodzić się na to, że pójdzie swoją drogą, że zniknie mu ono na jakiś czas z oczu. I tak też jest w Biblii. Abraham wraca do domu sam, a Izaak pojawia się w momencie ślubu z Rebeką (dwa rozdziały później).

Biblijny Tobiasz

Jak każdy Ojciec, on też w pewnym momencie wypuszcza w świat swojego syna (również Tobiasza) i na dodatek pociesza przy tym płaczącą matkę. Ale to nie wszystko. Tata Tobiasz żyje na wygnaniu, w asyryjskiej Niniwie. Przez jakiś czas całkiem dobrze mu się powodzi – służy władcy, który go bardzo ceni. Jednocześnie Tobiasz, w odróżnieniu od reszty swoich rodaków w mieście, zachowuje ściśle przykazania i religijne przepisy. A niektóre z nich kłócą się z przepisami ustanowionymi przez Asyryjczyków.

To sprowadza na niego kłopoty prawne i finansowe, gniew żony, a nawet kalectwo (ptasie odchody spadają na oczy wyczerpanego Tobiasza i powodują u niego ślepotę). Ale on, mimo wszystko pozostaje wierny i tej wierności Bogu, sobie, swoim zasadom uczy syna. Kiedy wysyła swojego syna w podróż do dalekiej Medii, jest spokojny o jego los. Nie tylko dlatego, że z Tobiaszem juniorem idzie archanioł Rafał. Ojciec wie, że syn sobie poradzi, wie, że pozostanie wierny Bogu i sobie, nawet kiedy będzie mu ciężko. Bo widział ojca, który tak żył i się nie poddał.

Abraham, Tobiasz, Józef – zwykli ojcowie

Św. Józef

W pewnym stopniu łączy w sobie dojrzałe na górze Moria ojcostwo Abrahama (mój Syn nie jest tak naprawdę mój, On jest Synem Bożym) i postawę Tobiasza (zawsze bądź wierny Bogu, nawet wtedy, kiedy sytuacja całkowicie cię przerasta).

Abraham, Tobiasz, Józef – zwykli ojcowie

Święty Józef, Guido Reni

Józef to prosty człowiek prostego serca, ale jednocześnie otwarty na nowe, na nieoczekiwane. Nie zatrzymuje się, nie ucieka, kiedy wydaje się, że świat wali mu się na głowę. Po prostu robi to, co do niego należy, bo tak zwyczajnie trzeba. I nie oczekuje niczego w zamian. Szkoda, że tak mało o nim wiemy. Może dlatego, że sam szybko usunął się w cień?

Nie wiem, czy Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów ogłaszając najnowszy dekret brała pod uwagę Dzień Ojca (podejrzewam, że nie), ale zrobiła nam, ojcom, ciekawy prezent. Otóż św. Józef, „jako przykład niezwykłej pokory” i „obraz zwyczajnych, ludzkich, prostych cnót” trafił do Modlitwy Eucharystycznej (II, III i IV). Znaczy to tyle, że już wkrótce będziemy się modlić na Mszy: „z Najświętszą Dziewicą, Bogurodzicą Maryją, ze świętym Józefem, Jej Oblubieńcem, ze świętymi Apostołami”. By tego świętego ojca uczcić w ten sposób naciskało dwóch Ojców świętych: Benedykt XVI i Franciszek. Chyba na to zasłużył.

Sławomir Rusin

Sławomir Rusin

Pochodzi z Podkarpacia, a mentalnie to nawet nadal w nim tkwi (choć bywa, że temu zaprzecza). Mąż, ojciec, redaktor, z wykształcenia historyk. Uważa, że o wszystkim da się mówić/pisać "po ludzku". Lubi pracować z ludźmi, ale najlepiej odpoczywa w dzikich, leśnych ostępach. Interesuje się Wschodem (szeroko pojętym), ale z tym nazwiskiem to chyba zrozumiałe.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >