LUDZIE

O ojcu Andrzeju Koprowskim słów kilka od serca

Był postacią wyjątkową. Ciekawy świata intelektualista, pożeracz książek, a przy tym człowiek o głębokim życiu wewnętrznym, przepełniony prawdziwą miłością do Kościoła. Taki był ojciec Andrzej Koprowski.

o. Leszek Gęsiak SJ
o. Leszek
Gęsiak SJ
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Bardzo wymagający od siebie, twardy i zdecydowany, wydawało się, że niezniszczalny. A przy tym w jego twarzy odbijało się wewnętrzne dobro, którym zjednywał sobie przyjaciół i niezliczone tłumy znajomych. I jak mało kto rozumiał media, ich kolosalną rolę w kształtowaniu świadomości każdego korzystającego z nich człowieka. Jego odejście jest ogromną stratą dla nas jezuitów, dla polskich mediów, dla Kościoła.

 

Ikona telewizji

W jego twarzy odbijało się wewnętrzne dobro, którym zjednywał sobie przyjaciół i niezliczone tłumy znajomych

Ojca Andrzeja poznałem wiele lat temu, gdy był asystentem Generała Jezuitów. Przyjechał kiedyś do Kolegium jezuitów w Warszawie, gdzie wcześniej pełnił urząd Rektora. Był w tamtym gronie osobowością rozpoznawalną, błyskotliwą, pełną poczucia humoru. Tak się złożyło, że akurat usiadłem z nim przy stole w czasie obiadu, a on kwieciście opowiadał różne rzymskie anegdotki. W pewnym momencie mówi, że zadzwonił do niego Jan Paweł II. Zapytałem: to Papież sam do ojca zadzwonił? On widząc zaskoczenie w moich oczach, uśmiechnął się i odpowiedział: “No tak, Papież potrafi przecież sam sobie wybrać numer w telefonie”.

Z czasem poznawałem go coraz lepiej przy różnych okazjach w Krakowie, Warszawie, Brukseli, Rzymie. Kiedy powstawała w Telewizji Polskiej Redakcja Katolicka, został jej pierwszym dyrektorem i osobą odpowiedzialną za jej zorganizowanie. To między innymi dzięki jego pracy i koncepcji wytworzył się nowy sposób patrzenia przez media na Kościół. Z czasem sam o. Andrzej stał się ikoną telewizji. Wysoki i znakomicie prezentujący się przed kamerą mężczyzna, choć był przecież księdzem i zawsze występował publicznie ubrany w koloratkę, w swoim sposobie pojawiania się na wizji zupełnie nie przypominał stereotypowego duchownego.

 

 

Fascynujące były prowadzone przez niego transmisje kolejnych wizyt Jana Pawła II w Polsce, rozmowy z gośćmi, precyzyjnie przygotowane komentarze do każdego słowa i gestu Papieża. Ojciec Koprowski wskazywał dokładnie jakie jest przesłanie Ojca Świętego, komentował jego dokumenty, miał wielką umiejętność wiązania różnych wypowiedzi w jedną, logiczną całość. Wynikało to może stąd, że z czasów rzymskich znał Jana Pawła bardzo dobrze, a ten z kolei darzył go zawsze szczególną sympatią i konsultował w wielu sprawach. Intelektualizm o. Koprowskiego, elokwencja i ogromny talent medialny, były jego niezaprzeczalnymi atutami. Dzięki nim stał się telewizyjną marką samą w sobie.

 

Jak mało kto rozumiał media, ich kolosalną rolę w kształtowaniu świadomości każdego korzystającego z nich człowieka.

Jak mało kto rozumiał media

Przez kilka lat dane mi było pracować w Radiu Watykańskim, gdzie o. Koprowski był dyrektorem programowym. Tworzył wtedy znakomity i niezwykle skuteczny duet decyzyjny wraz z o. Federico Lombardim SJ, ówczesnym dyrektorem generalnym papieskiego radia i równocześnie szefem Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej. Stanowili zgrany team, który miał ogromny wpływ na kształtowanie obrazu Kościoła dwóch pontyfikatów: Benedykta XVI i Franciszka. Radio, jako główna instytucja medialna Watykanu, było przecież głosem kolejnych papieży, skierowanym do całego świata.

Ojciec Andrzej spotykał się z szefami wszystkich sekcji Radia Watykańskiego na regularnych briefingach, omawiając zbliżające się wydarzenia watykańskie, podróże papieskie czy różnego rodzaju trudne sytuacje. Sekcja Polska, w której pracowałem, była dla niego ze zrozumiałych względów niezwykle ważna. Bardzo często i długo rozmawialiśmy o tym, jak wykorzystać wszystkie możliwe dostępne technologie i środki do przekazu do Polski papieskiego przesłania. Jako że sam miał niesamowity zmysł, intuicję i wyczucie zawiłych meandrów działania mediów, sugerował konkretne rozwiązania, które podpierał swą głęboką wiedzą socjologiczną i doświadczeniem. Leżało mu na sercu ukazywanie Polski i Kościoła w naszym kraju jako części rodziny europejskiej. Wpłynęła na to zapewne jego posługa w warszawskim oddziale Katolickiego Biura Informacji i Inicjatyw Europejskich OCIPE, którego przez kilka lat był dyrektorem.

 

Bardzo wymagający od siebie, twardy i zdecydowany, wydawało się, że niezniszczalny.

Wydawał się być człowiekiem niezniszczalnym

Choroby próbowały pokonać go od wielu lat atakując jego organizm z różnych stron. On był jednak twardy, nieustępliwy, samowystarczalny. Zawsze odpowiadał, że wszystko jest w porządku, że „dziadek ma swoje problemy” i walczył zaciekle dalej. Mimo bólu, trudności z poruszaniem i wielu innych dolegliwości, w Rzymie zawsze punktualnie pojawiał się w pracy i przeglądał sterty czekających na niego dokumentów. Siły dodawała mu też duchowa lektura, zwłaszcza biblijne rozważania i komentarze o. Francesco Rossi de Gasperis, które wnikliwie studiował i tłumaczył na język polski. Był tymi tekstami zachwycony, dawały mu wewnętrzną siłę i poczucie bliskości Boga.

Z czasem zacząłem nabierać przekonania, że żadna choroba i dolegliwość nie są w stanie o. Koprowskiego pokonać. Wydawało się, że nie ustąpi nigdy. I gdyby nie covid, pewnie dzielnie walczyłby dalej. Dziś jest już u Pana, jest u swego Mistrza, któremu służył całym życiem posługując Kościołowi w tak wielu ważnych działach apostolskich i pełniąc odpowiedzialne funkcje. I mam nadzieję, że tak jak inspirował mnie, ucząc miłości i pasji do mediów, tak nadal będzie nas wspierał z Nieba w trudnych czasach, w których przyszło nam żyć.

 

o. Leszek Gęsiak SJ

 

o. Leszek Gęsiak SJ

o. Leszek Gęsiak SJ

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

o. Leszek Gęsiak SJ
o. Leszek
Gęsiak SJ
zobacz artykuly tego autora >
LUDZIE

„W górach jestem bliżej Boga”. Dziś mijają trzy lata od śmierci Tomasza Mackiewicza

Mijają trzy lata od historycznej akcji polskich himalaistów, którzy próbowali ratować dwójkę swoich kolegów, zdobywających zimą Nanga Parbat. Tomasza Mackiewicza, który razem z Élisabeth Revol utknął pod szczytem, nie udało się uratować.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jako datę jego śmierci przyjmuje się 30 stycznia 2018 roku – taka data widniała na akcie zgonu, jaki ojciec Tomasza otrzymał w Pakistanie. 

Według relacji Élisabeth Revol, z którą polski himalaista po raz kolejny próbował zdobyć ośmiotysięcznik, obojgu udało się zdobyć szczyt. Działali w stylu sportowym, alpejskim, bez wsparcia w postaci tragarzy sprzętu oraz bez tlenu w butlach. Dramat rozpoczął się gdy zaczęli schodzić ze szczytu. Pogoda się załamała, a Tomkowi zaczęła dokuczać choroba wysokościowa, ślepota oraz liczne odmrożenia. Według lekarzy miał już wtedy także objawy obrzęku płuc, więc śmierć groziła mu w ciągu kilku godzin. Mimo asekuracji Élisabeth Revol nie dawał rady iść dalej. Francuska zostawiła go zatem w namiocie na wysokości 7280 m. i obiecała wezwać pomoc, ponieważ była w lepszej kondycji. Rzeczywiście, udało jej się skontaktować z innymi ekipami przebywającymi w pobliżu.  

27 stycznia na ratunek wspinaczom wyruszyli członkowie polskiej Narodowej Wyprawy Zimowej na K2 – Adam Bielecki, Denis Urubko, Piotr Tomala i Jarosław Botor – którzy zostali przetransportowani śmigłowcem spod K2 na Nanga Parbat (na około 4800 m n.p.m.) Bielecki i Urubko dotarli w rekordowym czasie około 8 godzin, po nocnej wspinaczce, do Élisabeth Revol, z którą spotkali się na wysokości około 6000 metrów 28 stycznia tuż przed godziną 2. w nocy czasu pakistańskiego. 

Wtedy też było od razu wiadomo, że powrót po Tomka Mackiewicza jest w tych warunkach pogodowych niemożliwy. 

Kilka miesięcy wcześniej, podczas innej z wypraw, Mackiewicz nagrał filmik komórką, w którym opowiada, co najczęściej śpiewa idąc samotnie pod górę. Zanucił najpierw “Abba Ojcze”, a potem starą, ewangelicką pieśń chrzcielną “Down to the river to pray”. W górach jestem zdecydowanie bliżej Boga” – mówił, tłumacząc ten pobożny repertuar. Jest tak ze względu na strach: przed śmiercią, kalectwem, bólem, cierpieniem. Człowiek jest egocentryczny, że się tak wyrażę – dodał w zamyśleniu. 

 

shel route solo

Był taki czas że siedziałem przez miesiąc sam w bazie pod Nangą, chciałem wtedy samotnie przyatakować, potem Eli się ze mną skontaktowała i zaproponowała byśmy połączyli siły. Nim to nastąpiło trochę jednak pobiegałem po okolicznych zboczach. Tu piosenka w oryginalnym lepszym bądź co bądź wykonaniu. Przegądam zaległości , mnóstwo materiałów. Niebawem opowiem co dalej ;) Bo dzieje się trochę. Pozdrawiam ;) https://www.youtube.com/watch?v=DkWn69VBslw

Opublikowany przez Tomek Czapkins Mackiewicz Niedziela, 21 maja 2017

 

W trzecią rocznicę śmierci otoczmy go modlitwą.

 

ad/Stacja7

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap