fot. archiwum prywatne

„My chcemy do domu” – czyli opowieści po tamtej stronie granicy

Decyzja, by pojechać na granicę, do Przemyśla - była natychmiastowa. Musimy tam być. Wyjeżdżamy z Krakowa rano, całą naszą redakcją. W głowie pomiędzy autostradą, a resztkami snu pytania: Jak tam będzie? O czym rozmawiać z tymi biednymi Ukraińcami?

Reklama

Czym bliżej Przemyśla, tym więcej busów podążających w tę samą stronę. Naklejone niebiesko-żółte flagi mówią wszystkim, po co jadą. Wyładowane po brzegi rzeczami z opisem pomoc humanitarna, pokazują ogrom ludzkich serc. O wiele więcej znajdziemy ich na miejscu. Mijamy kolumnę samochodów na niemieckich rejestracjach. Cztery jednakowe busy są puste. Nikt nie ma wątpliwości po kogo jadą. W miejscach, gdzie gromadzą się uchodźcy, stoją ludzie z ofertami podroży do wszystkich zakątków Europy.

Ucieczka z terenów wojny

Jedziemy na granicę. Kolejka samochodów wyjeżdżających z Polski ma ponad kilometr. Wszystkie z darami z Polski. Grupa samochodów jest oklejona napisami Caritas Kraków. Pomiędzy nim małe auto na ukraińskich rejestracjach. Stojąca para obok samochodu trwa w przytuleniu. Nie mam wątpliwości. To pożegnanie.

Jesteśmy na miejscu. Jest jakoś cicho. Jakby nie było życia. Ale to tylko pozory. Za chwilę naszym oczom ukażą się ludzie przekraczający ostatni szlaban do innego świata. Kobiety ciągnące za rękę swoje dzieci. Patrzę na jedną z nich. W jednej ręce ciągnie walizkę, a drugą trzyma swoją córeczkę. Mała przytulona do swojej zabawki, jakby się bała, że ktoś jej ją odbierze. Ale jest też inny widok. Młoda kobieta trzyma w swoich rękach kilkumiesięczne dziecko owinięte w ciepłe ubrania i koce. Dziecku widać tylko główkę. Śpi spokojnie nieświadome tego, co się wokół niego dzieje. Wszędzie dzieci. Wszyscy szukają czegoś ciepłego do jedzenia lub picia. Pomimo słońca jest bardzo zimno.

Reklama
Reklama

Obok tych, którzy są zmęczeni ucieczką z terenów wojny, są też inni. Uwijają się, aby rozdawać jedzenie, podjeżdżają samochodami, by zabierać ludzi. Jest pomoc medyczna. Obok naszych ratowników karetka francuska i namiot pomocy humanitarnej z Izraela. Możemy tutaj nawet przeprowadzać różnego rodzaju zabiegi -mówi jeden z izraelskich lekarzy.

Pokażcie całemu światu nasze cierpienie

Przy drodze spotykam T. – stoi z siedmiorgiem swoich dzieci. Najstarsza córka ma 16 lat. Pytam, czy powie nam coś do kamery? Zasłania się ręką, jakby dla obrony: nie mogę. Mój mąż jest oficerem wojskowym. Rozumie pan. Rozumiem, życzę jej tylko, aby dojechała do celu. W jednym z europejskich krajów czeka na nią matka.

Chodzimy pomiędzy ludźmi z kamerą. Nie ukrywają swoich twarzy, jakby chcieli powiedzieć: pokażcie całemu światu nasze cierpienie. Rozmawiać chce jednak niewielu. Ci, którzy się zdecydowali mówią o strachu i tułaczce związanej z podrożą. Zostawiłam tam wszystko, co miałam. Został tam przede wszystkim mój mąż, który walczy. Kiedy z nami rozmawia, jej córeczka tuli się do jej nóg. Ma 5 lat. Przerywamy jednak rozmowę, bo przyjechał Dima. Od dwóch lat jest w Polsce. Zawiezie ludzi do Bydgoszczy. Dziękuje za Polaków i za to, co robią. Takich pochwał i laurek dostaniemy więcej.

Reklama
Reklama

Chodzimy pomiędzy ludźmi. Są bardzo spokojni. Potrafią czekać. Pomiędzy nami dziennikarze z całego świata. Nadają relacje w językach, których do końca nie potrafię zidentyfikować. Patrzę, jak dwaj z nich o azjatyckich rysach twarzy, idą w kierunku Ukrainy. Obok skromnych bagaży niosą w rękach kamizelki kuloodporne z tabliczkami PRESS. Idą, bo cały świat musi się dowiedzieć co tam się dzieje.

To jest miłość

Podjeżdżamy pod centrum logistyczne. To opuszczone Tesco, które stało się miejscem, do którego przywożą uchodźców. Dokonuje się tutaj rejestracja, dostają jedzenie, można znaleźć dla siebie ubranie. Mnóstwo wolontariuszy. Tam działa CARITAS. Asia, która z nami rozmawia przyjechała z Warszawy. Udziela mnóstwo informacji. Ludzie pytają o wszystko. Podziwiam, z jaką cierpliwością odpowiada na pytania. To jest Ewangelia, to jest miłość, którą możemy ofiarować. Ludzie pytają jak gdzieś dojechać, gdzie znaleźć potrzebne rzeczy. Są rozbici emocjonalnie. Potrzebują czasem tylko przytulenia. Wszystkim sterują księża z Caritasu. Nie możemy z nimi porozmawiać, bo są na odprawie z wolontariuszami.

Do wnętrza budynku wejść nie możemy. Jest tam prawdziwe centrum logistyczne. Ludzie odpoczywają na łóżkach, wybierają ubrania. Jeszcze inni chcą ich zabrać do siebie. Luterański kapłan proponuje transport do Hamburga.

Reklama

Kolejny przystanek

Jedziemy dalej. Kolejny przystanek to przemyski dworzec PKP.

On robi największe wrażenie. Tłum ludzi w głównej poczekalni dworcowej. We wszystkich korytarzach są siedzący ludzie. Wiele matek tuli swoje dzieci. Jakaś dziewczynka bawi się lalką. Spotykamy pomieszczenie, do którego wejścia pilnują harcerze. Na drzwiach kartka, aby nie robić zdjęć. W środku bawią się dzieci. Wyciągnąłem jedną z harcerek, aby nam opowiedziała, jak tutaj służą. Ma 18 lat i przyjechała ze Stalowej Woli. Zajmujemy się dziećmi, organizujemy im czas. Chcemy, aby przynajmniej przez chwilę zapomniały o tym, co musiały przeżyć. Pytam, dlaczego to robi? Bo mam taką wewnętrzną potrzebę, aby pomagać. Zachęcam innych, aby otworzyli swoje serca, na tych którzy potrzebują naszej pomocy.

Jej słowa są jak orędzie. W miarę jak opowiada, w jej oczach pojawiają się łzy. Ja sam jestem wzruszony. Mówię jej na zakończenie: muszę cię przytulić, a ona z uśmiechem przez łzy mówi: dziękuję. Przynajmniej tak chciałem jej podziękować i tym wszystkim, którzy dają ogrom swojego serca. W dworcowej hali pomimo tłoku, panuje spokój. Widać, że ludzie są dla siebie życzliwi. Ze wszystkich stron oblegani są wolontariusze. Jedna z nich na kamizelce ma wypisane języki, w których się komunikuje. Odrywam ją od ludzi, aby nam opowiedziała o swoje posłudze. Udzielamy odpowiedzi na mnóstwo pytań, ludzie są zagubieni i zdezorientowani. Pytam skąd pochodzi? Cicho i nieśmiało, tak jakby chciała, aby nikt nie słyszał odpowiada: z Białorusi.

„My chcemy do domu”

Historii wszystkich bohaterów nie jest w stanie obecnie spisać żaden człowiek. Pochodzą z różnych miejsc, rodzin, mają różne zawody. Połączyła ich wojna i ucieczka z miejsca latających kul, do miejsca, gdzie można znaleźć miłość i bezpieczeństwo. To, co mówią na rosyjskich przywódców wojennych, nie nadaje się do cytowania w żadnym cywilizowanym czasopiśmie. To, co opowiadają, czym się dzielą, co przeżyli, powinien usłyszeć cały świat.

Nasza wizyta w Przemyślu dobiega końca. Na peronie dworca spotykamy pokoleniową rodzinę. Cztery kobiety z dwójką chłopców. Uciekają z Kijowa. Chętnie opowiadają o tym, co się tam dzieje. Mówią o miłości do swojej ojczyzny. Oby to was nigdy nie spotkało – powtarzają kilkakrotnie. Nigdy nie myślałam, że moje wnuki będą musiały uciekać przed wojną. Proszę popatrzeć, co nas spotkało. Pytam, ile chłopcy mają lat. Dania odpowiada, że ma 9 lat a młodszy pokazuje na palcach 4. Rozmowna kobieta mówi do nich: powiedzcie panu co byście chcieli? Chórem chłopcy odpowiadają: „Мы хотим домой”. Kobieta prosi jeszcze raz, aby wszyscy usłyszeli: My chcemy do domu, wykrzykują chłopcy na całe gardło.

Dwa światy

Wyjeżdżamy z Przemyśla. W głowie mnóstwo myśli. Próbuję je jakoś uporządkować. Za kilka godzin będą mnie przecież pytali: jak tam było, co widziałem? Odpowiadam krótko: dwa światy. Jeden z nich – to świat wojny, a drugi to świat miłosierdzia. Jak to dobrze, że się spotkały.

Ostatnie myśli mam w Medyce. Przez zasieki szlabanów, kontrolnych budek i drutów myślę sobie: To taki mały dystans a jest tam zupełnie inny świat. Po tamtej stronie granicy.

Ks. Andrzej Gołębiowski SDB – redaktor Programów Katolickich TVP 3 Kraków

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę