video-jav.net

Liban. Brygada węglarzy

Mają umorusane twarze, na których przedwczesna dojrzałość żłobi bruzdy. Wstają rano do pracy, bo bez niej ich rodziny by nie przeżyły. Są uchodźcami.

Andrew
McConnell
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Podążałem za uchodźcami z Syrii i z Iraku. Wielu z nich to chrześcijanie i jazydzi, którzy muszą uciekać przed śmiercią, bo nie wierzą w Allaha. Nie chcą zmienić przekonań. Zmuszeni są do tułaczki, która jest bliska wierzeniom jazydów, żydów, ale nie chrześcijan.

Ucieczka oznacza oderwanie od korzeni, ból rozstania, a także zgodę na to, że nie ma się nic oprócz swojej wiary. Trafiłem za nimi do jednego z małych miasteczek libańskich, które ze względu na olbrzymią liczbę uchodźców stało się miastem syryjskim. Miastem pełnym bólu, ale i nadziei na lepszą przyszłość. Bo chyba już gorzej być nie może.

Miasto uchodźców  

Bebnine jest jednym z wielu małych miast w północnym Libanie, do którego w ostatnich miesiącach trafiło wielu syryjskich uchodźców. Wielu spośród nowych mieszkańców to dzieci, które przerwały naukę i muszą pracować, aby utrzymać swoje rodziny. Przestają się uczyć, grać w piłkę nożną czy bawić w chowanego. Przestają marzyć o przyszłości lekarza, prawnika, nauczyciela.

Zarabiają na rodzinę  

W Bebnine poznałem grupę chłopców, którzy ryzykują zdrowie i życie, pracując dla sprzedawcy węgla drzewnego. W tym rejonie to na nim przygotowuje się posiłki. Chłopcy w wieku 11–15 lat zarabiają równowartość mniej niż 3–4 dolarów na dzień. Praca zaczyna się od wypalania drewna. Potem jest ważenie i przenoszenie worków z węglem drzewnym, a potem sprzedaż. Po dniu pracy ci chłopcy są cali pokryci pyłem.

Umorusani bracia

Brygadę węglarzy tworzą Sultan – 11 lat, Talal Louai – 11 lat, Anas Ezza – 12 lat, Mustafa – 15 lat i Abdullah – 15, który jest szefem. Traktują się jak bracia. W pracy są już o szóstej rano. Najwcześniej wstaje Anas Ezza, który mieszka z rodziną w prowizorycznym baraku. Do Libanu przyszedł wraz z rodziną z Homs przez pustynię. W pracy pojawia się obowiązkowo w czarnym ubraniu.

Po nim przychodzą kolejni węglarze. Są jeszcze czyści, umyci. Dni dzielą na spokojne i bardziej pracowite. W spokojnie pracują osiem godzin, w te bardziej obciążone i dwa razy dłużej. Wtedy trzeba załadować ciężarówkę węglem drzewnym zapakowanym do worków.

Ciężkie sito  

Po wyjęciu węgla z pobliskiego paleniska lub przywiezieniu go od dostawcy, najstarsi Mustafa, Abdullah i Anas Ezza biorą w trójkę prymitywne sito, przez które przesypują węgiel drzewny, aby usunąć z niego kurz i małe grudki. Do odbiorców powinien trafić tylko ten o wysokiej jakości. Chłopcy nie mają żadnych ubrań ochronnych czy masek. Szybko się brudzą, kaszlą, ale sprawnie wykonują swoją robotę. Przesiewanie ładunku całej ciężarówki trwa dość długo. Następnie pakują przesiany węgiel w dwukilowe parciane worki.

Najmłodszy przy wadze  

Maski nie ma nawet najmłodszy Sultan, który waży węgiel. Uruchamia starą, siermiężną, oblepioną sadzą wagę, na której z jednej strony umieszcza odważniki, a z drugiej grudki węgla. Nie jest traktowany ulgowo. Gdy tu nie ma pracy, idzie na ulicę, gdzie czyści ludziom buty. Opowiada: „Mój ojciec stracił oko, więc muszę zarobić pieniądze, aby pomóc mojej rodzinie”.

Nie tylko on musi pracować w ten sposób. Anas, gdy nie ma pracy przy węglu drzewnym, dorabia w sklepie spożywczym. Talal przed przyjazdem do Libanu był najlepszym uczniem w szkole, wygrał też wybory na mistera. Może dlatego jako jedyny zakłada do zdjęć jasne ubranie i wygina się przed obiektywem. „Chcę wrócić jak najszybciej do szkoły i zostać chirurgiem” – mówi. Jest bardzo dumny, że może pomóc swojej rodzinie.

Jedenaścioro rodzeństwa  

Widzę, jak zmęczony Anas Ezza niesie worek węgla drzewnego do samochodu klienta. „Pracuję najmniej siedem godzin, a najwięcej dwanaście. Pomagam mojej rodzinie przetrwać. Moi rodzice są zadowoleni, że mogę trochę zarobić”. Lubi grać w piłkę nożną. Jest napastnikiem.  

Abdullal nie donosi węgla do przejeżdżających aut. Jest wyróżniony, bo sprzedaje go w sklepie. Abdullah także pochodzi z Homs i mieszka w Libanie od ponad pół roku z ojcem i jedenaściorgiem rodzeństwa. Wcześniej pracował w warsztacie spawacza, ale woli pracę węglarza i sprzedawcy węgla. Szef ich firmy stał się dla niego drugim ojcem.

Po pracy myją twarze w prowizorycznej łazience. Wracają do domu. Gdy mają siłę, to jak inni chłopcy idą grać w piłkę nożną. Raz w tygodniu jest małe rodzinne święto, gdy przynoszą tygodniówkę. Wieczorem jedzą posiłek z rodziną w prowizorycznych barakach, modlą się i szybko idą spać. Bo przecież jutro rano przyjedzie kolejna ciężarówka pełna węgla.

Andrew McConnell (ur. 1977) pochodzi z Irlandii. Fotografik, publicysta, podróżnik, podwójny laureat World Press Photo 2011, współpracownik agendy ONZ ds. uchodźców (UNHCR).

Tekst pochodzi z magazynu "Misyjne Drogi":  

Andrew McConnell

Zobacz inne artykuły tego autora >
Andrew
McConnell
zobacz artykuly tego autora >

Ciacho za ciacho dla Kamerunu!

Już jutro (14 grudnia) na krużgankach krakowskiego klasztoru ojców dominikanów odbędzie się kolejna edycja akcji charytatywnej "Ciacho za ciacho"!

Polub nas na Facebooku!

“Ciacho za ciacho” to mający już ponad dziesięcioletnią tradycję cykliczny kiermasz książek, ciast i ozdób świątecznych, który trwa przez całą niedzielę na krużgankach krakowskiego klasztoru Dominikanów przy ulicy Stolarskiej 12. Impreza jest przygotowywana przez studentów Duszpasterstwa Akademickiego „Beczka”. Zaproszeni do udziału są wszyscy, nie tylko stali bywalcy Bazyliki przy ulicy Stolarskiej. Dzięki dotychczasowym edycjom udało się m.in. zbudować studnie w Sudanie, zakupić rentgen dla szpitala w Ugandzie i wesprzeć przeznaczony dla trędowatych ośrodek rehabilitacji w Indiach.

Tym razem za zebrane środki zostanie ufundowana szkoła w Koro, małej miejscowości położonej we wschodniej części Kamerunu.

Trailer akcji “Ciacho za ciacho”

Koro jest położone we wschodniej części Kamerunu. Obecnie wszystkie dzieci z wioski, których rodzice zdecydowali się by posłać je do szkoły, muszą chodzić do odległej o sześć kilometrów wioski Tapare. Rodzice nie mają samochodów, a dla najmłodszych dzieci jest to duży wysiłek. Marzeniem mieszkańców wioski, jak również opiekujących się nią sióstr, jest budowa prostej, składającej się z kilku pomieszczeń szkoły. Szkoła byłaby przeznaczona dla młodszych dzieci z Koro i dwóch pobliskich wiosek. Mieszkańcy już rozpoczęli prace nad przygotowaniem terenu. Pieniądze potrzebne są na zakup materiałów budowlanych oraz wyposażenia, a także na zatrudnienie nauczyciela.

Zapraszamy już jutro, 14 grudnia na krużganki klasztoru Dominikanów przy ulicy Stolarskiej 12 w godzinach 7:00 – 23:00.