Liban. Brygada węglarzy

Mają umorusane twarze, na których przedwczesna dojrzałość żłobi bruzdy. Wstają rano do pracy, bo bez niej ich rodziny by nie przeżyły. Są uchodźcami.

Andrew
McConnell
zobacz artykuly tego autora >

Podążałem za uchodźcami z Syrii i z Iraku. Wielu z nich to chrześcijanie i jazydzi, którzy muszą uciekać przed śmiercią, bo nie wierzą w Allaha. Nie chcą zmienić przekonań. Zmuszeni są do tułaczki, która jest bliska wierzeniom jazydów, żydów, ale nie chrześcijan.

Ucieczka oznacza oderwanie od korzeni, ból rozstania, a także zgodę na to, że nie ma się nic oprócz swojej wiary. Trafiłem za nimi do jednego z małych miasteczek libańskich, które ze względu na olbrzymią liczbę uchodźców stało się miastem syryjskim. Miastem pełnym bólu, ale i nadziei na lepszą przyszłość. Bo chyba już gorzej być nie może.

Miasto uchodźców  

Bebnine jest jednym z wielu małych miast w północnym Libanie, do którego w ostatnich miesiącach trafiło wielu syryjskich uchodźców. Wielu spośród nowych mieszkańców to dzieci, które przerwały naukę i muszą pracować, aby utrzymać swoje rodziny. Przestają się uczyć, grać w piłkę nożną czy bawić w chowanego. Przestają marzyć o przyszłości lekarza, prawnika, nauczyciela.

Zarabiają na rodzinę  

W Bebnine poznałem grupę chłopców, którzy ryzykują zdrowie i życie, pracując dla sprzedawcy węgla drzewnego. W tym rejonie to na nim przygotowuje się posiłki. Chłopcy w wieku 11–15 lat zarabiają równowartość mniej niż 3–4 dolarów na dzień. Praca zaczyna się od wypalania drewna. Potem jest ważenie i przenoszenie worków z węglem drzewnym, a potem sprzedaż. Po dniu pracy ci chłopcy są cali pokryci pyłem.

Umorusani bracia

Brygadę węglarzy tworzą Sultan – 11 lat, Talal Louai – 11 lat, Anas Ezza – 12 lat, Mustafa – 15 lat i Abdullah – 15, który jest szefem. Traktują się jak bracia. W pracy są już o szóstej rano. Najwcześniej wstaje Anas Ezza, który mieszka z rodziną w prowizorycznym baraku. Do Libanu przyszedł wraz z rodziną z Homs przez pustynię. W pracy pojawia się obowiązkowo w czarnym ubraniu.

Po nim przychodzą kolejni węglarze. Są jeszcze czyści, umyci. Dni dzielą na spokojne i bardziej pracowite. W spokojnie pracują osiem godzin, w te bardziej obciążone i dwa razy dłużej. Wtedy trzeba załadować ciężarówkę węglem drzewnym zapakowanym do worków.

Ciężkie sito  

Po wyjęciu węgla z pobliskiego paleniska lub przywiezieniu go od dostawcy, najstarsi Mustafa, Abdullah i Anas Ezza biorą w trójkę prymitywne sito, przez które przesypują węgiel drzewny, aby usunąć z niego kurz i małe grudki. Do odbiorców powinien trafić tylko ten o wysokiej jakości. Chłopcy nie mają żadnych ubrań ochronnych czy masek. Szybko się brudzą, kaszlą, ale sprawnie wykonują swoją robotę. Przesiewanie ładunku całej ciężarówki trwa dość długo. Następnie pakują przesiany węgiel w dwukilowe parciane worki.

Najmłodszy przy wadze  

Maski nie ma nawet najmłodszy Sultan, który waży węgiel. Uruchamia starą, siermiężną, oblepioną sadzą wagę, na której z jednej strony umieszcza odważniki, a z drugiej grudki węgla. Nie jest traktowany ulgowo. Gdy tu nie ma pracy, idzie na ulicę, gdzie czyści ludziom buty. Opowiada: „Mój ojciec stracił oko, więc muszę zarobić pieniądze, aby pomóc mojej rodzinie”.

Nie tylko on musi pracować w ten sposób. Anas, gdy nie ma pracy przy węglu drzewnym, dorabia w sklepie spożywczym. Talal przed przyjazdem do Libanu był najlepszym uczniem w szkole, wygrał też wybory na mistera. Może dlatego jako jedyny zakłada do zdjęć jasne ubranie i wygina się przed obiektywem. „Chcę wrócić jak najszybciej do szkoły i zostać chirurgiem” – mówi. Jest bardzo dumny, że może pomóc swojej rodzinie.

Jedenaścioro rodzeństwa  

Widzę, jak zmęczony Anas Ezza niesie worek węgla drzewnego do samochodu klienta. „Pracuję najmniej siedem godzin, a najwięcej dwanaście. Pomagam mojej rodzinie przetrwać. Moi rodzice są zadowoleni, że mogę trochę zarobić”. Lubi grać w piłkę nożną. Jest napastnikiem.  

Abdullal nie donosi węgla do przejeżdżających aut. Jest wyróżniony, bo sprzedaje go w sklepie. Abdullah także pochodzi z Homs i mieszka w Libanie od ponad pół roku z ojcem i jedenaściorgiem rodzeństwa. Wcześniej pracował w warsztacie spawacza, ale woli pracę węglarza i sprzedawcy węgla. Szef ich firmy stał się dla niego drugim ojcem.

Po pracy myją twarze w prowizorycznej łazience. Wracają do domu. Gdy mają siłę, to jak inni chłopcy idą grać w piłkę nożną. Raz w tygodniu jest małe rodzinne święto, gdy przynoszą tygodniówkę. Wieczorem jedzą posiłek z rodziną w prowizorycznych barakach, modlą się i szybko idą spać. Bo przecież jutro rano przyjedzie kolejna ciężarówka pełna węgla.

Andrew McConnell (ur. 1977) pochodzi z Irlandii. Fotografik, publicysta, podróżnik, podwójny laureat World Press Photo 2011, współpracownik agendy ONZ ds. uchodźców (UNHCR).

Tekst pochodzi z magazynu "Misyjne Drogi":  



Andrew McConnell

Zobacz inne artykuły tego autora >
Andrew
McConnell
zobacz artykuly tego autora >

Niechciane czekanie

W wielu życiowych sytuacjach, nawet tak banalnych jak przedłużające się oczekiwanie na przystanku autobusowym w mroźny dzień, przekonujemy się, że czekanie może być cierpieniem. Jednocześnie, rzadko pamiętamy o tym, że każde cierpienie jest oczekiwaniem

Marcin
Leśniak
zobacz artykuly tego autora >

Psalm 13

Jak długo, Panie, całkiem o mnie nie będziesz pamiętał?

Dokąd kryć będziesz przede mną oblicze?

Dokąd w mej duszy będę przeżywał wahania,

a w moim sercu codzienną zgryzotę?

Jak długo mój wróg nade mnie będzie się wynosił?

[01]

Mogłoby się wydawać, że cierpienie nie powinno mącić adwentowego „czasu radosnego oczekiwania”. Będące synonimami cierpienia: ból, odrzucenie, choroby i śmierć, to przed Bożym Narodzeniem, tematy znikające niejako z pola widzenia. Czas refleksji powróci dopiero z nadejściem Wielkiego Postu. Przed nami Adwent, Święta i karnawał. Tymczasem, może to właśnie zachęcający do zatrzymania się w ciszy Adwent, pozwoli nam szerzej otworzyć oczy na wypierane pytania. Cierpienie – rzeczywistość bez łatwych wyjaśnień, pocieszeń, zwane czasem „skałą ateizmu” domaga się odrzucenia lub poszukiwania jego sensu.

Cierpienie fizyczne i duchowe trwa w czasie, a ciało i duch domagają się zmiany tu i teraz. Pojawia się niepokój, wypatrywanie przemiany zaczyna nużyć. Kiedy to się skończy? Czy doczekam się…? W pełnym zgryzoty Psalmie 13 słyszymy niecierpliwe wołanie: „Jak długo, Panie?” Cierpienie jest więc czasem oczekiwania: na wyzdrowienie, rozwiązanie dręczących spraw, uwolnienie z nałogu, powrót tych, którzy odeszli, przyjście tych, którzy jeszcze nie przyszli, czy nawet śmierć, która uwolni od bólu. W perspektywie wiary, cierpienie częstokroć staje się czasem trudnego oczekiwania na zbawienie i wieczność.

 Nawet jeśli wołanie do Boga jest wyrzutem, cierpienie, mimo że pozostaje bolesnym oczekiwaniem, zaczyna jawić się w innym świetle. Bóg nie daje prostej odpowiedzi na dręczące pytanie „dlaczego?”, ale tylko błagalne spojrzenie w jego kierunku może przynieść nadzieję. Kardynał Gianfranco Ravasi, komentując Psalm 13, w książce „Jak długo, Panie?” (G. Ravasi, Jak długo, Panie?, Kielce, 2004 r) zauważa, że „Wszystkie zakończenia błagań są zawsze otwarte na jakiś przebłysk światła, oczekują przyszłości, w której prośba zostanie wysłuchana i stanie się nadzieja”. Tym samym modlitwa ma moc przekształcania odrzucenia, buntu i bólu w nadzieję.

Niechciane czekanie

Powierzając Bogu porażający skandal cierpienia – pisze Ravasi – możliwe jest przemienienie spontanicznego i naturalnego odrzucenia w błaganie oparte na nadziei. Ten sam autor, opisując sugestywnie podróż Hioba przez mroki cierpienia podkreśla, że jego wołanie jest „dramatycznym i ciągłym protestem, który staje się głosem każdego człowieka niewinnie cierpiącego, dochodzącego niemal do granic rozpaczliwego i bezsilnego bluźnierstwa”. Jednak i Hiob nie nie otrzymuje wyjaśnienia swojego cierpienia, znajdując ukojenie dopiero w spotkaniu prawdziwego Boga „ujrzanego oczami”, a nie „znanego ze słyszenia” – zaznacza Ravasi. Jego oczekiwanie na spotkanie Boga i znalezienie odpowiedzi jest przepełnione bólem.

Odwiedzając w Adwent 2009 roku rzymskie hospicjum, papież Benedykt XVI mówił: “w świetle wiary w chorobie i cierpieniu dopatrzyć możemy się szczególnego przeżycia Adwentu, odwiedzin Boga, który w tajemniczy sposób przybywa, aby wyzwolić od samotności i nonsensu i przemienić ból w czas spotkania z Nim, nadziei i zbawienia“.  W tym samym roku, podczas Nieszporów I niedzieli Adwentu Benedykt XVI przypomniał, że „obecność Boga w naszym życiu realizuje się przez słowa Pisma Świętego, w roku liturgicznym, poprzez świętych, w wydarzeniach życia codziennego, w całym stworzeniu”. Papież podkreślił wtedy, że my ze swej strony możemy kierować do Boga swoje słowa, ukazać swoje cierpienia, niecierpliwość, rodzące się w sercu pytania i możemy być pewni, że On zawsze nas słucha. „A jeśli Jezus jest obecny, nie ma już czasu pustego, pozbawionego sensu. Jeśli jest On obecny, możemy nadal żyć nadzieją, nawet wówczas, gdy inni nie mogą nam pomóc, czy wtedy, gdy chwila obecna staje się uciążliwa” – mówił Ojciec Święty.

Cierpienie, bez zwrócenia się ku Bogu staje się nieznośne. Cierpienie, z dłońmi złożonymi do modlitwy przeradza się w nadzieję na uniesienie ich w geście triumfu.

Dla chrześcijanina cierpienie jako niechciane, „nieradosne oczekiwanie”, nie przestaje być dramatem, ale skierowane ku nadziei nie jest już czasem oczekiwania w pustce.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Marcin Leśniak

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin
Leśniak
zobacz artykuly tego autora >