Człowiek opieki – matka

Zacznijmy – bardzo krótko – od patologii: kobieta nie zajmuje się swoim dzieckiem, nie daje mu należytej opieki. Taka sytuacja jest nienormalna, choć trzeba jasno powiedzieć: nie zawsze jest zawiniona.

ks. Krzysztof Wieczorek
ks. Krzysztof
Wieczorek
zobacz artykuly tego autora >

Ale jest nienormalna, bo w naturze każdej kobiety jest potrzeba i umiejętność opiekowania się innymi. Pan Bóg już tak nas stworzył, że mama jak nikt inny na świecie potrafi zadbać o nasze poczucie bezpieczeństwa. I nie ma to nic wspólnego z realnymi, obiektywnie przyjętymi kryteriami – podejrzewam, że nawet w najgorszym uwięzieniu, w środku bitwy, na tonącym statku, człowiek byłby w stanie spokojnie usnąć, gdyby w swych ramionach utuliła go mama.

1. Słucha i pociesza

Niemal każdy z nas ma podobne doświadczenie: jeśli jest mi smutno, mogę iść do mamy. To robiliśmy jako trzy- i dziesięcioletnie dzieci. Z większym oporem przychodziło to nam, gdyśmy weszli w „durny i chmurny” czas dojrzewania – wtedy to już nas naprawdę musiało przycisnąć. Ale później, gdy dorośliśmy, dużo łatwiej przychodzi nam wykonać telefon, wpaść na kawę czy niedzielny obiad, a przy okazji opowiedzieć o swoich kłopotach, zmartwieniach, podzielić się planami na przyszłość, a może i cichutko wspomnieć o niezrealizowanych marzeniach.

Człowiek opieki – matka

A mama słucha (to dobrze), powie kilka słów pociechy (bardzo dobrze), doradza (to już mniej fajne) albo koryguje nasze myślenie (całkiem źle) i krytykuje podjęte przez nas decyzje (tragedia). W tym ostatnim przypadku człowiek żałuje, że w ogóle przyszedł, że zaczynał temat. Lecz przy następnej okazji i tak przyjdzie.

Błogosławiona matka, która potrafi zachować granice… i nie odejść za daleko! Błogosławiona matka, która potrafi dać dziecku wszystko to, co potrzebuje jako dziecko, i pozwolić mu dorosnąć! Umiejętność, której nigdy nie można przecenić: być matką od początku do końca, nie przemieniając w dzieci dorosłych córek i synów.

2. Opiekuje się

Albowiem z opieką nad innymi zawsze wiąże się ogromne niebezpieczeństwo: opiekuńczość, zaangażowanie, troska (wszystko to jest jak najbardziej pozytywne) może przekształcić się w niszczącą nadopiekuńczość. Opiekowanie się drugim oznacza zaspokojenie potrzeb osoby, która na stałe albo przez pewien czas sama tego uczynić nie może. Gdy mówimy o osobach starszych czy niepełnosprawnych, to oczywistym jest, iż taka opieka musi mieć wymiar stały, bo nikt nie odmłodnieje, a rzadko komu udaje się powrócić do pełni zdrowia.

Inaczej, gdy trzeba opieką otoczyć dziecko czy osobę chorą. Dzieci dorastają, chorzy zdrowieją. Jeślibym opiekował się osobą dorosłą i zdrową, to szybko wpoiłbym jej postawę roszczeniową, oduczyłbym ją dbania o siebie samą i nie dam przykładu, iż należy dbać o innych.

3. Wymaga

Ten, od kogo nigdy niczego się nie wymaga, nie zacznie nagle sam od siebie wymagać. Dalej będzie się tylko domagał – dla siebie. Przy ogromnej wrodzonej wrażliwości będzie umiał się domagać dla innych, lecz sam od siebie niczego dać nie będzie w stanie.

Człowiek opieki – matka

Trzeba brać przykład z ptaków: najpierw pisklęta, wiecznie głodne, nieopierzone, zdane są na łaskę i niełaskę rodziców – trzeba za nie zrobić wszystko. Ale potem obrastają w piórka – zaczynają wygrzebywać się na brzeg gniazda, aż w końcu z niego wyfruwają. Niedaleko. Za słabe są, by gdziekolwiek pofrunąć. Zaraz wracają i znów siedzą w gnieździe z rozwartymi dziobami – same jeszcze nie potrafią znaleźć sobie pożywienia. Z czasem jednak te ich wyprawy stają się coraz dłuższe – i w końcu kiedyś odlatują, aby założyć swoje gniazda.

Nie jest to powód, by swoje gniazdo likwidować. Wszak niejeden młody ptak będzie jeszcze potrzebował miejsca, do którego będzie mógł zajrzeć, gdy życie okaże się zbyt trudne (np. gdy jakiś wredny sęp za dużo piór mu powyrywa). W takim wypadku wsparcie rodziców bardzo się przydaje. Ale nie można oczekiwać, że wielkie ptaszyska dalej będą udawać pisklęta.

To niebezpieczeństwo, o którym wcześniej wspomniałem, polega właśnie na oduczaniu ptaków latania. Niejedna matka mówi do swego dorosłego syna czy córki: drogi pisklaczku, gdzie ci będzie lepiej, po co masz trudzić swe skrzydła? Posiedź w ciepłym gniazdku, a mamusia i tatuś przyniosą ci świeżych robaczków.

I siedzi taki „pisklak” nie dostrzegając, że jego potrzeby pokarmowe są coraz większe, a starym ptakom coraz trudniej jest zdobywać dla niego robaczki. A gdy spróbuje się gdziekolwiek ruszyć, ze zgrozą stwierdza, iż zniedołężniałe skrzydła nie są w stanie unieść ciężkiego kałduna. Rodzice słabną, on nie potrafi o nikogo zadbać. W konsekwencji giną wszyscy z głodu.

Inaczej, gdy potomstwo odfrunie – każdy może zająć się samym sobą. Dobrze jest się odwiedzać i cieszyć obserwacją czynionych postępów w dziedzinach, które każdego z nas radują.

Człowiek opieki – matka

4. Dyskretnie zawsze jest blisko

Trudno jest być matką. Trudno jest przez dwadzieścia lat być na każde zawołanie, „rano, wieczór, we dnie, w nocy”. Ale jeszcze trudniej jest uwierzyć w to, że gdy dorosną, już naprawdę nie muszę być na każde zawołanie, i że miłość do moich „dzieci” (bo w głębi serca żadna matka nie wierzy, że oni są już dorośli) wymaga, abym pozostawiła ich samym sobie, żebym pozwoliła im o sobie decydować.

Lecz to jest warunek konieczny do tego, by na dni, gdy „starym ptakom” zabraknie sił, ich dawne dzieci, zrealizowawszy własne plany życiowe, szczęśliwe i spełnione, przyfrunęły do rodzinnego gniazda i otoczyły opieką tych, którzy je wykarmili. Uczynią to bez żalu i złości, bo będą miały świadomość, że matka i ojciec zrobili dla nich wszystko, co było potrzebne. I uczynili to z miłości. Więc i synowie i córki na miłość odpowiedzą miłością.



ks. Krzysztof Wieczorek

ks. Krzysztof Wieczorek

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Krzysztof Wieczorek
ks. Krzysztof
Wieczorek
zobacz artykuly tego autora >

To właśnie miłość

Poddała się aborcji, żyła w wolnym związku, miała nieślubne dziecko – te niechlubne z punktu widzenia katolika wydarzenia, podkreśla się często w życiorysie Dorothy Day, amerykańskiej lewicującej dziennikarki o anarchistycznych poglądach, której proces beatyfikacyjny wciąż trwa. Takie szokujące i kłopotliwe fakty pokazują tylko, że każdy człowiek może znaleźć swoje miejsce na Ziemi i w Kościele. Bo bardziej niż przeszłe grzechy liczy się dobra i silna wola oraz działanie – a tych przymiotów Dorothy Day nie brakowało.

Martyna
Słowik
zobacz artykuly tego autora >

Ta amerykańska aktywistka przyszła na świat 8 listopada 1897 roku w nowojorskiej dzielnicy Brooklyn Heights w rodzinie protestanckiej. Miała trzech braci i jedną siostrę. John Day, ojciec Dorothy, był dziennikarzem specjalizującym się w relacjonowaniu wyścigów konnych. Dorothy źle wspominała swojego tatę: prawie wcale nie poświęcał czasu dzieciom, nie wspominając o okazywaniu im czułości. Być może to właśnie z powodu braku ojcowskiej miłości w dzieciństwie, młoda dziennikarka desperacko próbowała znaleźć jej namiastkę w dorosłym życiu. Często, niestety, z bolesnym skutkiem.

To właśnie miłość

Dorothy Day odznaczała się silnym poczuciem niezależności i palącą chęcią do działania, zmieniania swojego kawałka świata. Pisała o sobie: „Choć miałam możliwość studiowania, pamiętałam cały czas o dziewczynach pracujących w latach swej młodości w sklepach i fabrykach, a później wychodzących za mąż za mężczyzn, którzy w tych samych miejscach pracy byli niewolnikami".

„Marksistowski slogan «Proletariusze wszystkich krajów łączcie się! Nie macie nic do stracenia prócz kajdan!» – wydawał mi się najbardziej poruszającym wezwaniem do walki (…), był jak dźwięk trąbki i sprawił, że poczułam się związana z ludem i jednocześnie daleka od burżuazji, kołtuństwa i tych, których potrzeby są zaspokojone”.

Dorothy przyszło żyć w burzliwym czasie Wielkiego Kryzysu i wojen, podczas których na własne oczy mogła przekonać się, co oznacza bezrobocie, bieda, choroba i upodlenie. Tym mocniejsza była w niej niezgoda na otaczającą rzeczywistość. Dla niej bohaterem był ten, kto ryzykował i z poświęceniem walczył na przykład o ośmiogodzinny dzień pracy  (w 1915 roku robotnicy pracowali zazwyczaj po dziesięć godzin albo i więcej). Bardzo chciała szybko uniezależnić się od rodziny i utrzymywać się dzięki ciężkiej pracy fizycznej, podczas której – jak sama przyznawała – „wiele razy zdzierała sobie skórę na palcach”.

Jednocześnie Dorothy bardzo lubiła czytać i pisać, coraz mocniej czuła, że ma do tego talent i powołanie. W czerwcu 1916 roku, w wieku dziewiętnastu lat, zaczęła szukać pracy jako dziennikarka. Nie było to łatwe tym bardziej, że była kobietą, a w tamtych czasach królowało przeświadczenie, że praca reportera jest zarezerwowana dla mężczyzn. Dorothy Day była jednak uparta i zdeterminowana: pukała od drzwi do drzwi nowojorskich redakcji. Sprawy nie ułatwiało dojmujące poczucie osamotnienia w wielkim mieście, jakiego doznawała młoda adeptka dziennikarstwa. Wspominała: „W siedmiomilionowym mieście nie znalazłam żadnego przyjaciela, nie miałam pracy, byłam daleko od znajomych. Przerażała mnie cisza, którą otaczały hałasy miasta. Moje własne milczenie, poczucie, że nie mam z kim porozmawiać, tak bardzo mnie przygnębiały, że miałam wrażenie, jakbym się dusiła; niewypowiedziane myśli ciążyły mi na sercu; miałam ochotę wypłakać całą swoją samotność”.

To właśnie miłość

Jednak włóczęga po Nowym Jorku w poszukiwaniu pracy paradoksalnie miała też swoje plusy: Dorothy Day szybko zauważyła, że nowojorska nędza jest znacznie bardziej przerażająca niż ta w Chicago, a smród unoszący się nad miastem przypomina odór grobów. Poznanie najciemniejszych stron miasta jeszcze bardziej rozpaliło w niej chęć pomocy i walki jednocześnie. Kiedy po pięciu miesiącach trafiła do redakcji „The Call” zadeklarowała, że może pracować za pięć dolarów tygodniowo (określała to mianem „jednoosobowego oddziału na diecie”) i opisywać sytuację robotników i robotnic z bardziej realistycznej perspektywy.

Życie i aktywność zawodowa Dorothy szybko nabierały tempa: kilka razy zmieniała pracę, coraz bardziej radykalnie działała na rzecz pacyfizmu i nędzarzy, przypłacając to między innymi pobytami w więzieniu i skrajnie złymi warunkami życia.

Zaraz na początku tej drogi, będąc młodą, bo zaledwie 20-letnią kobietą, Day zakochała się bez pamięci w Lionelu Moise’ie. Jak większość kochających kobiet Dorothy dla tego uczucia była w stanie poświęcić wszystko: na życzenie swojego chłopaka zrezygnowała z zawodowej aktywności i pozostała w domu, aby dbać o mieszkanie, szyć i gotować. Związek z Moise’em należał do bardzo burzliwych oraz niepewnych: mężczyzna był przeciwny małżeństwu, nie chciał mieć też dzieci, ponieważ uważał, że to wszystko ogranicza i zniewala człowieka. Mimo to Dorothy cieszyła się z każdej wspólnie spędzonej chwili i snuła plany na wspólną przyszłość. Jak silne musiało być uczucie Day do Moise’a i chęć zatrzymania go przy sobie, skoro nawet jego okropne ostrzeżenia: „jeśli zajdziesz w ciążę, zostawię cię”, nie skłoniły jej do zakończenia tej feralnej znajomości.

W końcu stało się „najgorsze” – któregoś dnia Dorothy odkryła, że jest w ciąży. Z lękiem powiedziała o tym partnerowi. On jednak pozostał niewzruszony: doradził jej usunięcie dziecka, zostawił trochę pieniędzy i… wyjechał. W ogromnej samotności, strachu i rozpaczy Day poddała się aborcji… A później żałowała tego do końca życia.

Kilka miesięcy po tym desperackim kroku Dorothy wyszła za mąż. Było to jednak krótkie małżeństwo (i niesakramentalne), które miało być lekiem łagodzącym odrzucenie ze strony Moise’a. Niestety – nieskutecznym…

To właśnie miłość

Dopiero po kilku latach Day uwolniła się od uroku egoistycznego Lionela i ponownie zakochała – tym razem w Forsterze Batterhamie, anarchiście i biologu. Z tego związku urodziła swoje jedyne dziecko – córkę Tamar. Pomimo tego, że Forster w pełni odwzajemniał jej uczucie, to jednak był „przeciwny instytucji rodziny i tyranii miłości”, nie dając jej zapomnieć, że ich relacja to „bardziej przyjaźń niż małżeństwo”.

Paradoksalnie to właśnie miłość do Forstera i urodzenie dziecka otworzyły Dorothy na Boga i Kościół. Day tak pisała o tym wspaniałym doświadczeniu:

„Żadna istota ludzka nie może otrzymać i zachować w sobie tak wielkiej fali miłości i radości, jaką często czułam po narodzinach mojej córki. Razem z tym uczuciem pojawiła się potrzeba okazywania uwielbienia i czci”.

I choć jej partner oraz przyjaciele nie aprobowali przynależności do żadnego Kościoła, a zwłaszcza katolickiego, który uznawali za „uświęcający niesprawiedliwość”, to Day czuła coś przeciwnego: „Moje doświadczenia w szeregach radykałów i cała moja natura powodowały, że chciałam łączyć się z innymi, z ludem, w miłości i wychwalaniu Boga. Nawet bez głębszego wnikania w tezy Kościoła katolickiego byłam skłonna przyznać, że jest to dla mnie jedyny prawdziwy Kościół”.

W grudniu 1927 roku Dorothy Day przyjęła chrzest. Od tego momentu stała się „radykalną katoliczką”: codziennie uczestniczyła we Mszy Świętej, uwielbiała różaniec. Często mawiała, że pojednanie i pokuta poprzedzają Eucharystię.

To właśnie miłość

Jednak nie poprzestawała tylko na tym: chciała aktywnie działać, zamieniać pokłady miłości, które w sobie odnalazła w realne i namacalne dobro. Fascynowała się ideą ewangelicznego ubóstwa i postanowiła wcielać ją w życie. Oprócz działalności w piśmie „The Catholic Worker” zainicjowała ruch o tej samej nazwie, którego głównym zadaniem było tworzenie przytulisk nazywanych „domami gościnnymi”. Day wspominała: „Jakże radosne jest odważne bycie rozrzutnym, ignorowanie ceny kawy, serwowanie drogiej jej odmiany i najlepszego chleba ludziom pozbawionym środków do życia, którzy do nas przychodzą”.

To właśnie miłość

Po burzliwych, często dramatycznych przejściach w życiu osobistym, Dorothy Day odkryła, że sensem życia każdego człowieka – a na pewno jej własnego jest drugi człowiek.

Pisała: „Człowiek nie został stworzony, by żyć sam. Gotowanie dla samego siebie, jedzenie w samotności, szycie, mycie, sprzątanie dla samego siebie to jałowa radość. Wspólnota – czy jest to rodzina, zgromadzenie czy internat – jest koniecznie potrzebna”.

Działalności Dorothy Day nie da się streścić w jednym artykule. Byłoby to zresztą niesprawiedliwe, bo umniejszyłoby znaczenie i wagę akcji, które podejmowała, zadań i przedsięwzięć, w które była zaangażowana całym sercem oraz całym ciałem. W 1971 roku za swoją społeczną działalność otrzymała nagrodę Pacem in terris. Tym, co znamienne w jej życiu i czego bez wątpienia każdy mógłby choć w części nauczyć się od amerykańskiej dziennikarki jest aktywna, czynna miłość okazywana każdego dnia. Mottem Dorothy Day były słowa:

„Miłość jest miarą, według której będziemy sądzeni”. Innej miary nie ma.


Wszystkie cytaty pochodzą z książki Jima Foresta "Będziemy sądzeni z miłości. Biografia Dorothy Day", Wydawnictwo Znak.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Martyna Słowik

W szkole podstawowej poczuła, że rzeźbienie w modelinie to nie jest jej powołanie. Zaczęła więc rzeźbić w dźwięku i słowie. Szybko okazało się, że nie może bez tego żyć. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Dzienniku Polskim”, „Magazynie Spectrum”, „Wiadomościach Uniwersytetu Jagiellońskiego”. Prowadziła poranne pasmo na antenie Radiofonii. Współpracowała z Uniwersytetem Dzieci. Niespokojna dusza, zafascynowana dźwiękiem, słowem, obrazem, ruchem, a zwłaszcza drugim człowiekiem. W wolnych chwilach jeździ na rowerze, tańczy, chodzi po górach, planuje podróże - małe i duże. Od powrotu z Gruzji zakochana w tamtejszym klimacie i kulturze.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Martyna
Słowik
zobacz artykuly tego autora >