Pamiętnik spod róży: Toronto, 12.05

„Kanada” w PRL-owskiej polszczyźnie była synonimem raju. Ja do raju wracać będę przez czyściec, o czym przypomniała mi podróż do Toronto na pokładzie LOT-owskiego gruchota.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Generalnie Boeingi 767. cieszą się wśród pilotów opinią dobrych „koni roboczych“. Zarówno jednak w tych latających w barwach British Airways (mam z nimi do czynienia non stop na trasie Londyn – Lusaka), jak i te LOT-owskie, są traktowane tak, jak ja będę, gdy będę miał lat 80. i nikt nie będzie mnie chciał zaprowadzić do dentysty, bo po co mi dentysta, skoro i tak zaraz umrę.

BA-owskie 767. mają być zaraz wymienione na Dreamlinery albo na 777., nikt nie inwestuje więc w modernizację pokładu (części pasażerskiej), na skutek czego syf jaki tam panuje jest ciężki do opisania (ja na przykład regularnie brudzę się uświnionym jakimiś smarami i rozpuszczonym w tłuszczu kurzem stolikiem).

W LOT-owskim siedzenia, chodniki, ściany są maksymalnie powycierane, porysowane, wszystko sprawia wrażenie nie sprzątanego od paru dekad strychu.

Po co marnować puder na starą małżonkę, gdy zapowiedziała się nam już nowa (Dreamliner)?

Marketing naszego przewoźnika uprościł się, opiera się dziś na jednym produkcie i schemacie stosowanym przez pewnego białostockiego sprzedawcę warzyw i nabiału z mojego osiedlowego targowiska („Patrz pani, patrz i wstydź się! Ludzie jajka kilogramami biorą, a pani na marchew narzekasz!!“).

Niewygodnie ci w gruchocie do Londynu? Wkurza cię, że Aeroflot do Moskwy lata trzy razy wygodniej niż my, że „na Atlantykach” mamy obleśną toaletę, a catering na trasie z Tel Avivu ma standard paszy? Co z tego?! Przecież zaraz przyleci Dreamliner!

Czy Państwo też widzą, jak chętnie, mówiąc o 787., LOT pożycza od radykalnych protestanckich kościołów konstrukcje związane z oczekiwaniem na powtórne przyjście Mesjasza (tyle, że do LOT-u, przyjdzie po raz pierwszy)?

Już go widziano, już przemknął nam przed nosem, już można go było dotknąć! Zniknął. Ale od kilku tygodni każdy lot LOT-em kończy się odczytywaną przez personel zapowiedzią: wraca! Już stoi u drzwi! Jeszcze tylko dziesięć dni! Jeszcze cztery!

Jaki zaś mesjasz, tacy i apostołowie. W locie do Toronoto serwowana jest awansem już „dreamlinerowska“ karta, sygnowana przez Magdę Gessler, która skromnie wyznaje w niej, że dwudziestoletnia emigracja, pozwoliła jej „podejść do kuchni polskiej z lekkością do tej pory w naszej tradycji kulinarnej nieobecną”.

Pamiętnik spod róży: Toronto, 12.05

Zmiany są naprawdę radykalne – talerzyki ustawiane są teraz przez personel pokładowy w romb, a nie obok siebie, a to co do tej pory było filetem rybnym ze szczątkami mięsa, dziś awansowało do rangi „łososia otulonego aromatem z anyżu oraz studzieniną z kurczaka z klasycznym sosem tatarskim na polskich marynatach” (kocham te Magdzine poezje z kart dań – w jej restauracjach schabowy to nie „schabowy”, a: „suty kęs hodowanej w słonecznej zagrodzie wieprzowiny, skąpany w panierce z chrupiących bułeczek i jaj od polskiej kury, przytulony przez bite z miłością ziemniaczki oraz roześmianą, jesienną kapustę” itp.).

Nie, nie znęcam się nad LOT-em. Przeciwnie. Jako zapamiętały fan pasażerskiego latania bardzo doceniam to, jak idealnie to co mi serwuje, łączy się z mym religijnym spojrzeniem na świat, na doczesne życie.

W tym życiu wszak, jak w liniach LOT, co krok coś jest do kitu i tylko jedna rzecz jest wciąż fajna – ludzie. LOT ma znakomity personel pokładowy, świetnych pilotów. A jak obok są dobrzy ludzie, to i lepiej i sprawniej człowiek ma szansę iść tą drogą do nieba. To znaczy – do Dreamlinera.

Pamiętnik spod róży: Toronto, 12.05

“MM & JFK :)”

Ja wiedziałem, że to się tak skończy. Moja osobowość dygresyjna, gdy nie daj Boże, trafi na tematy związane z lataniem – rozkręca się do patologicznych rozmiarów (wiem co mówię, do najnowszej książki z Prokopem pisałem właśnie rozdział o lataniu i nie leje się ze mnie jak z kranu, nie mogę przestać od dobrych paru dni). A przecież miałem pisać o Toronto.

Tylko, że ja wciąż nie wiem nic o Toronto, bo dopiero dzisiaj tam jadę. Jak na razie siedzę w Mississaudze, pod Toronto, w hotelu w którym są chyba jakieś weekendowe zawody dla kobiet i mężczyzn w zakresie chirurgii plastycznej i przedawkowywania solarium, także przy śniadaniu jest na co popatrzeć. I komu pozazdrościć.

Widziałem już tutejsze cudo architektury – aparatamentowce powykręcane jakby tańczyły i nazywane Marylin Monroe (Marylin numer jeden i Marylin numer dwa). Miałem rozmowę w KSM – miejscowym katolickim radiu dla Polonii (fantastyczną robotę tu robią, choć nie jest im łatwo). Wieczorem był oficjalny bankiet z wykładami (jestem tu na zaproszenie Uniwersytetu Otwartego KUL).

Wiem już, że w Toronto mamy znakomitego konsula generalnego (człowiek prawie w moim wieku, bardzo ciekawie opowiadał o tym, ile pracy – każdej – czeka na wszystkich chętnych w odległych rejonach Kanady, ale nasi rodacy zamiast najpierw załatwić związane z nią formalności, najpierw pakują plecak i jadą, a później się dziwią, że nikt ich bez papierów jednak nie chce).

Dawałem też wywiad miejscowej dziennikarce, która robi karierę w największej kanadyjskiej telewizji (a przy tym jest też korespondentką naszego DDTVN). Wywalczyła ostatnio miejsce na głównej tutejszej antenie na osiem odcinków – filmów o polskich miastach, tylko że nasze polskie miasta zamiast zainwestować w tak niebywałą szansę na promocję, wolą robić kalendarze, kubki oraz długopisy.

W domu bankietowym na przedmieściach w sąsiedniej sali odbywała się pierwszokomunijne party jakiejś młodej damy, też polonijna historia, w związku z czym mniej więcej osiem razy na godzinę musiałem potwierdzać, że rzeczywiście jestem tak wysoki, choć w telewizji wydaję się taki niski i znów nikt nie pytał mnie o Jezusa, a o to ile wzrostu ma Prokop (po raz 817.289.343 wyjaśniam, że od podłogi do końca Prokopa jest 206. cm, a do końca Hołowni 188. cm). „Przywykłszy”.

Dziś szykuje się ciekawy wieczór – otwarte spotkanie w parafii z tutejszą Polonią.

Nasi rodacy za granicą to nie zawsze jest łatwe środowisko. Z młodszą jej częścią łatwo znaleźć wspólny język, ze starszymi bywa trudniej – parę razy miałem już (choć w USA) wrażenie, że chcieliby głównie słyszeć o tym, jak w Polsce jest źle, jak umęczony, popękany i niedoinwestowany to kraj, bo łatwiej byłoby im wtedy uzasadnić swoją decyzję o emigracji i o naprawdę koszmarnych wyrzeczeniach jakie podejmowali przez kilkadziesiąt lat swojego pobytu na obczyźnie.

Cena jaką płacili, za zapewnienie odrobiny dobrobytu pozostawionym w komunie krewnym, była czasem ceną życia. Dziś jadą do kraju, widzą że wielu z tych krewnych w wolności ma się często lepiej niż oni, nadal mozolnie budujący status emigranta (naprawdę „tutejsze“ będzie dopiero trzecie pokolenie). Dramat naszej współczesnej historii.

Jestem więc przygotowany na to, że będą pytania o to jak ja mogę cokolwiek „z tym TVN-em”, o to dlaczego nie ratuję tonącej Polski. Ale wierzę też, że po raz kolejny uda nam się doświadczyć cudu chrześcijaństwa: gdy zaczniemy z pasją mówić o Jezusie okaże się, że łączy nas dużo więcej niż dzieli. A łatki „sprzedawczyk z TVN-u” czy „oszołom z Radia Maryja” są do wyrzucenia, gdy tylko zechcemy przypomnieć sobie, że nikt z nas już nie utonie, skoro zostaliśmy zanurzeni w chrzest a przyjmując tę samą komunię, jesteśmy najbliższą sobie rodziną – z krwi i kości: siostrami i braćmi.

Dlaczego to odkrycie zawsze jest tak trudne i tak szokujące?!

Po spotkaniu – noc w chmurach z jakimś „lśniącym jak warkocz dziewicy ubitym z kopy jaj makaronem, na atłasowej pościeli z rumianych z tęsknoty za gałązką pomidorów” (spaghetti), oraz „wodą krystalicznie przejrzystą, acz wzburzoną podgrzewaniem prądem z polskiej wierzby energetycznej znad Narwi, przeszłą smakiem unurzanej w niej muślinowej torebki z palonymi na słońcu listkami z Madrasu” (herbata). Jutro – Warszawa. W środę – dalej w świat. Najpierw Sokołów Podlaski. Później – Hongkong, Australia, Papua, Londyn. Sokołów rzecz jasna kręci mnie najbardziej (zupełnie poważnie; nie tylko dlatego, że stamtąd pochodzi mój pies).


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Pamiętnik spod róży: RPA, 10.05

W 2009. roku w jednym z biednych osiedli koło Kapsztadu policja zatrzymała 26. – miejscowego busa, w którym (wewnątrz, nie na dachu) kierowca upchnął – uwaga 112. ludzi (105. dzieciaków i ośmiu dorosłych – nie uwierzyłbym, ale mam pod ręką zdjęcia). W Port Elizabeth w tym samym roku do mniejszego o połowę auta weszło 48. uczniów, w Joburgu do mazdy 323 (proszę sobie wyguglać dla wyobrażenia, o jakim autku mowa), zmieściło się dwóch pasażerów i sześć żywych kóz.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Ponieważ nosi mnie i w najbliższych tygodniach dalej będzie mnie nosić po świecie, postanowiłem pisać pamiętnik, notując rzeczy które widzę, a które wchodzą w pamięć – zostają w głowie i napędzają myślenie.

Nazwałem go „Pamiętnikiem spod róży“, bo wydało mi się to dowcipne (w tym żarcie śmieszne jest to, że zamiast „z podróży“, jest „spod róży“).

Myślałem też, żeby nazwać ten cykl „Pamiętnikiem z wakacji“, ale po pierwsze to nie są wakacje, po drugie –wspomnienia o mięsnym jeżu wciąż są w nas chyba zbyt bolesne.

„Dzienniczkiem“ też tego nie nazwę, bo to jednak by było świętokradztwo. A więc – com zatytułował, zatytułowałem.

Będę go pisał codziennie, przez miesiąc, na próbę. A później zobaczymy, czy i Wam i mnie nadal podglądać świat w ten sposób będzie się jeszcze chciało.


Pamiętnik spod róży: RPA, 10.05

RPA coraz sprawniej wymyka się w mojej głowie stereotypom. Bywam tu lub przejeżdżam parę razy do roku, umiem więc już przebić się przez powracające doniesienia z podwórka prezydenta Jacoba Zumy, którego utrzymywanych z państwowego budżetu żon nie sposób się do liczyć (a ten jurny mężczyzna wciąż nęci nowe płacąc ich rodzinom ilobola, tradycyjne „odstępne“ – ostatnio dziesięć sztuk bydła) i który otwarcie zapewnia swoich wyborców, że głos oddany na niego to bilet do nieba.

Znam też tu zbyt wielu żywych by kupować w ciemno przestrogi, że Południowa Afryka jest rajem morderców, miejscem, gdzie po ulicy trzeba chodzić w kamizelce kuloodpornej, a wsiadając do samochodu – żegnać się z życiem, bo na najbliższym skrzyżowaniu dostanie się przecież kęs ołowiu, a auto odjedzie w siną dal.

Z coraz większym rozbawieniem śledzę johannesbursko – kapsztadzką rywalizację (joburczycy to ci nowobogaccy w pogoni za władzą i kasą, „capetonians” – wyluzowani artyści, specjaliści od wina, surfowania, łażenia po galeriach i „robienia się” w modnych klubach). Absolutnie zachwyca mnie przyroda – RPA to nie tylko słynny Park Krugera, ale też „moje” miejsca – Przylądek Igielny, gdzie Ocean Atlantycki miesza się z Indyjskim (a woda dziesięć kilometrów dalej naprawdę ma inną temperaturę), czy choćby banalna kapsztadzka Góra Stołowa, na którą patrzyłem w ubiegłym roku przez miesiąc siedząc u znajomych w Kapsztadzie i pisząc „Last Minute“ – na której szczycie cżęsto zalega chmura, pełniąca na tym stole rolę obrusa.

Najbardziej fascynującą sferą pozostają jednak wciąż dla mnie w RPA kwestie okołomotoryzacyjne. Inżynierowie od aut i psychologowie transportu mogliby robić tu habilitacje za habilitacją. Potrzeby łączą się z tu z możliwościami w niebywałe nawet jak na Afrykę (gdzie niczym dziwnym nie jest widok pasażerów na dachu autobusu, albo oblepiających wywrotkę) sposoby.

Pamiętnik spod róży: RPA, 10.05

W 2009. roku w jednym z biednych osiedli koło Kapsztadu policja zatrzymała 26. – miejscowego busa, w którym (wewnątrz, nie na dachu) kierowca upchnął – uwaga 112. ludzi (105. dzieciaków i ośmiu dorosłych – nie uwierzyłbym, ale mam pod ręką zdjęcia). W Port Elizabeth w tym samym roku do mniejszego o połowę auta weszło 48. uczniów, w Joburgu do mazdy 323 (proszę sobie wyguglać dla wyobrażenia, o jakim autku mowa), zmieściło się dwóch pasażerów i sześć żywych kóz.

Zasady, jakimi kierować winien się kierowca (zwłaszcza w Joburgu i okolicach) są proste. Korki biorą się stąd, że za mało ludzi przejeżdża na czerwonym. Utrzymywanie bezpiecznej odległości od poprzedzającego pojazdu to absurd, bo natychmiast zajmą ją trzy inne pojazdy. Nie wolno zatrzymywać się na znaku „stop“, bo wtedy na pewno ktoś nam wjedzie w hmmm…. plecy.

Hamować należy w ostatniej chwili, w końcu od czego ma się ABS. Auto to też rzecz jasna symbol statusu. W jednej z książek o Południowej Afryce widziałem znak drogowy głoszący: „Włącz napęd na 4. koła!“ I dopisek: „Jeśli go nie masz – nie przejmuj się, ci co go mają też go tu nie potrzebują, ale niech poczują się lepiej, że nie wywalili kasy na darmo“.

Osobny świat stanowią taksówki. W Joburgu przydaje się specjalny kod – wystawiając odpowiednią ilość palców sygnalizujesz przejeżdżającym szoferom w jakim kierunku miasta chcesz jechać. Taksówkarze zajęci są zwykle trąbieniem, gadaniem przez komórkę, czytaniem gazety, gdy chcesz wysiąść trzeba więc ryknąć: „Stop!“, albo wydać (też rykiem) dyspozycję bardziej precyzyjną, np: „After the robot!“ („robot“ to w RPA sygnalizator świetlny, w Rosji też się zresztą ładnie nazywa – „swietafor“).

W całej Afryce taksówki (a zwłaszcza minibusy; w Azji i Latynoameryce również ciężarówki) pełnią też rolę religijnych billboardów, oklejone są często tak nieprawdopodobnymi teologicznymi cudami, że chyba kiedyś pojadę robić zdjęcia tylko im i opublikuję album.

Od prostych „God First“, przez „Mighty Jehova is watching You!“, „Only God Knows…“, „Lord is close! Hell for sinners!“ „Holy Spirit drives me crazy“ po głębię taką, jak na załączonym zdjęciu (z Lusaki). Łamałem głowę przez pół dnia: co poeta miał na myśli? Początkowo myślałem, że „fresh“ pomylił mu się z „fleshem“, ale cytat z Księgi Wyjścia nie o tym jednak traktuje. Macie jakieś pomysły, jak to cudeńko można doprowadzić do polszczyzny?

Pamiętnik spod róży: RPA, 10.05

Nie wiem, czy kierowcy chcą w ten sposób włączyć się w dzieło Nowej Ewangelizacji, czy to po prostu zabobonik, taki jak ten nasz z wieszaniem różańca za lusterkiem (choć w Kanadzie – ale to inne warunki – Kościół propagował ostatnio owo wieszanie, jako potrzebną we współczesnym świecie deklarację wiary) – amulecik mający chronić przed wypadkiem i fotoradarem.

Joburg już jednak dziesięć godzin za mną, stoję właśnie na lotnisku we Frankfurcie, patrzę na przelatujące mi przed nosem sterylne banały: „Lufthansa“, „United“, „Malaysia“, „Sun Service“ i myślę sobie, jakby to było fajnie na którymś z nich zobaczyć: „Zabierzemy cię do nieba. Do raju musisz trafić sam“.

Póki co, LOT zabierze mnie dziś jednak do Toronto. Każdy ma taki raj, na jaki sobie zasłużył.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >