video-jav.net

Chazangate. Prawie minął rok

W zeszłym tygodniu śledztwo w sprawie prof. Chazana zostało umorzone. Oznacza to mniej więcej tyle, że powód, dla którego zwolniono go z pracy i przez kilka ostatnich miesięcy porównywano do nazistowskiego zbrodniarza dr Mengele, nie istnieje. Śledczy przestali szukać dowodów, ponieważ nie było przestępstwa, które te dowody miałyby wykazać.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Kto zatem za tę histerię poniesie odpowiedzialność?

Przypomnijmy, że ceniony ginekolog odmówił dokonania aborcji u kobiety, której dziecko miało nie przeżyć nawet kilku godzin po urodzeniu, powołując się przy tym na klauzulę sumienia i oferując inną pomoc niż zabieg przerwania ciąży z oczywistym skutkiem śmiertelnym dla dziecka. W wyniku tej decyzji rozpoczęto wyciąganie wobec dyrektora konsekwencji, przy których zwolnienie z pracy wydaje się błahostką. Utrata dobrego imienia jest bowiem bardziej bolesna i dużo trwalsza.

Internet i media po dziś dzień huczą i kojarzą nazwisko byłego dyrektora szpitala Świętej Rodziny w Warszawie z różnymi epitetami, z których większość nie nadaje się do przedrukowania. Prywatne opinie wielu znanych mi osób nie są wcale werbalizowane delikatniej. W opinii publicznej innej niż aktywna mniejszość pro-liferska dominował i wciąż dominuje obraz dyrektora-terrorysty. Decyzja śledczych nie ma na to żadnego wpływu.

Jeśli jednak nie ulega wątpliwości (w gruncie rzeczy od początku były one niewielkie, co potwierdza prokuratura), że lekarz nie popełnił przestępstwa, bo przecież życiu i zdrowiu pacjentki nigdy z jego rąk nie groziło niebezpieczeństwo, kto zapłaci za kilkaset dni dezinformacji, w trakcie których zakodowano w milionach głów jedyny słuszny szablon: Chazan-potwór?

Kilka wypowiedzi radiowych słyszałem, w których w ciągu jednej chwili potrafiono o doktorach honoris causa mówić per profesor, a o byłym dyrektorze tylko po nazwisku, ostentacyjnie pomijając tytuł, który przecież zarezerwowany jest dla światłych postępowców. Gdy przy okazji przedstawienia Golgota Picnic, jeden z aktorów nazwał scenariusz bełkotem, został zwolniony z komentarzem, że drugi Chazan w teatrze niepotrzebny. Tak oto nazwisko dyrektora w pewnych środowiskach stało się obelgą na równi z katotalibem, jak określano profesora już wcześniej. Zresztą termin chazanizacja również ukuto.

Chazangate. Prawie minął rok

Przykłady tej obrzydliwej kampanii można mnożyć, ale nie ma potrzeby podnosić sobie ciśnienia.

Zresztą nawet w obliczu ostatniej decyzji prokuratury o umorzeniu śledztwa Gazeta Wyborcza publikuje na swojej internetowej stronie tekst pt. "Wina bez kary prof. Chazana". Trudno o tytuł bardziej symptomatyczny. Winę media znalazły już dawno, a ostatnie miesiące to walka z prokuraturą (!) o ukaranie tyrana.

Inna sprawa to rodzina – skierowana (przypadkiem?) na aborcję do szpitala, w którym w ciągu ostatnich ośmiu lat zabieg ten przeprowadzono raz i to podczas nieobecności profesora; rodzina użyta i zostawiona na pastwę losu, bo po zgaszeniu reflektorów i zakończeniu zbliżeń na toczące się matczyne łzy, media przestały się nią interesować. Przyroda nie znosi próżni, a telewidzowie i czytelnicy szybko sie nudzą, więc ich uwagę błyskawicznie przeniesiono z dziecka, którego podły lekarz nie chciał usunąć na inną tragedię w postaci wypadku samochodowego lub zamachu bombowego.

Paradoksalnie pomóc rodzinie próbował głównie… prof. Chazan. I kto tu jest potworem?

Nie należę do tych wielbicieli prof. Chazana, którzy na mocy społecznego sprzeciwu wobec potraktowania go przez media i władze postanowiły uczynić z niego prezydenta Warszawy, symbol świętości w życiu codziennym i stawiały go na piedestał, na który skromny lekarz nigdy nie próbował się wspinać, a nawet – mam wrażenie – nieswojo się na nim czuł, m.in. świadom swojej nieświętej przeszłości. Ale kilka miesięcy obserwacji, jak opinia publiczna głupieje i daje się po raz milionowy wprawiać w ruch na jedno skinienie mediów zawsze chętnych do rozniecania ideologicznych wojenek w porę i nie w porę, wzbudza we mnie tylko współczucie wobec ofiary tej kampanii i gniew wobec inżynierów tego systemu oszczerstw, w którym prawda ustępuje wartościom bardziej komercyjnym.

Czy ktoś za to zapłaci? Wątpię.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Prawda czasu, prawda mediów

Starożytni grecy, gdzieś u zarania filozofii zastanawiali się nad istotą dobra wskazując na paradoks choroby, która niby jest zła dla chorego, ale dla lekarza wydaje się być błogosławieństwem. W ten sposób mylili obiektywne dobro z subiektywną korzyścią. Dziś z tą samą zaciekłością media mylą prawdę z profitem

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Mniejsza o utyskiwanie na współczesność, bo nie to jest celem tekstu. Ot, w każdej epoce, ktokolwiek ma swój interes, traktuje związaną z nim korzyść w charakterze drogowskazu. Nie mnie oceniać czy to dobrze, czy źle, ale tkwi w tym logika zupełnie zrozumiała.

Problem w tym, że z całym zrozumieniem dla interesu części mediów, pewne praktyki są w dziennikarstwie kompletnie nieakceptowalne. To zresztą też ciekawy paradoks, że z jednej strony niby każdy przedszkolak zna hasło: telewizja kłamie!, a jednak ciągle cokolwiek powiedzą za szklanym ekranem lub cokolwiek papier przyjmie od maszyny drukarskiej, rezonuje w naszych głowach jako prawda.

Prawda czasu, prawda mediów

Dwa przykłady z ostatniego tygodnia.

Nie ma osoby, która nie słyszałaby w ciągu ostatnich dwóch lat mitu (używam tego terminu w pełni świadomy jego znaczenia) o papieżu Franciszku – wielkim rewolucjoniście i wyzwolicielu kolejno: homoseksualistów, transseksualistów, osób żyjących w związkach niesakramentalnych i wszystkich "dotychczas wykluczonych". Ostatnio portal natemat.pl napisał: Papież Franciszek, słynący z liberalnego stosunku do środowisk LGBT, ma twardy orzech do zgryzienia. (…) Z pewnością nikomu nie pomaga milczenie papieża, który przecież… jest znany ze swych liberalnych poglądów na kwestię orientacji seksualnej.

Papież Franciszek jest człowiekiem o innym spojrzeniu na Kościół i o odmiennej od dotychczasowych, pamiętanych przez nas papieży, mentalności. Wynika to z pochodzenia, innych doświadczeń duszpasterskich i ogromu innych faktorów. Dawno nie mieliśmy papieża spoza Europy, więc szok kulturowy, który media dostrzegają, próbują rozegrać na własną korzyść. To dość czytelne.

Co ciekawe, wyżej przytoczony fragment tekstu z natemat.pl dotyczył propozycji Francji w kwestii nowego ambasadora, którym okazał się zadeklarowany homoseksualista, Laurent Stefanini. Na początku tego tygodnia papież osobiście (!) spotkał się z nim i powiedział, że nie otrzyma akredytacji. Twardy orzech do zgryzienia okazał się całkiem łatwym kęsem miękkiego makaronu, ale media z człowieka, który nawet wśród dyplomatów w Watykanie nie chce mieć homoseksualistów wciąż czynią innowatora, który chce ich mieć w kościelnej komunii.

Prawda to? Chyba nie do końca.

Druga sprawa to wyniki ostatniego badania CBOS. Pokazują one, że ta metoda działa (61% badanych jest przekonanych, że Franciszek Kościół zrewolucjonizuje) i jak wielką siłę ma medialna narracja wobec watykańskich wydarzeń. Jedno z pytań brzmiało: Czy papież (…) jest dla Pana(i) ważnym autorytetem moralnym?. Biorąc pod uwagę odpowiedzi zdecydowanie takraczej tak uzyskano dla Argentyńczyka wynik 84%. Dla porównania Jan Paweł II średnio w takich samych badaniach uzyskiwał aż 93%, ale jako Papież Polak podlegał innej specyfice.

Prawda czasu, prawda mediów

Co w tym wszystkim dziwnego? Ano wyniki, jakie swego czasu otrzymano badając podejście do papieża Benedykta XVI: jedynie 64%. A gdyby wziąć pod uwagę tylko odpowiedzi: zdecydowanie tak, wyglądałoby to następująco: Jan Paweł II – 67%, Franciszek – 44%, Benedykt XVI… – 22%.

Powstaje pytanie: w jakim znaczącym elemencie bawarski teolog był gorszy od swojego poprzednika i następcy, jakiż to kryzys wstrząsnął Kościołem tak mocno, że Pancerny Kardynał na Tronie Piotrowym (tak go wtedy opisywały łaszące się dziś do Franciszka media) ze swoim pontyfikatem stał tak daleko w tyle? Nie zdarzyło się bowiem nic takiego, czego nie doświadczyłby Kościół za czasów papieży z Wadowic czy Buenos Aires.

Medialna narracja – i należy to po prostu zrozumieć i przyjąć – kieruje się swoim interesem, a nie relacjonowaniem prawdy. Nie zawsze, nie wszędzie i nie każda – to oczywiste. Ale warto mieć z tyłu głowy, że jeśli ktoś może uczynić czarne z białego i na odwrót, nie zawsze trzeba mu ufać.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >