Niedziela Niezrozumienia

Niedziela Palmowa czyli Męki Pańskiej – już w nazwie schizofreniczne rozdarcie. Na początku liturgii triumfalny wjazd Jezusa do Jerozolimy, kwadrans później – lektura (bądź śpiew) detalicznych opisów Jego męki

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Gdybym to ja nadawał nazwy kościelnym świętom, nazwałbym ten dzień Niedzielą Niezrozumienia Jezusa. Wszyscy, którzy Go otaczali czasem rozumieli Go bardziej, czasem mniej (zwykle mniej, to kardynał Dolan podpowiada, że nawet gapiąc się na cuda i słuchając rozdzierających serca fraz, po chwili mówili pewnie: „no świetnie, świetnie, a kiedy właściwie zrobisz to powstanie i przegonisz Rzymian?”).

Nigdy jednak napięcie między rewolucją, którą przynosi Jezus, gdy idzie o myślenie o Bogu i Jego Królestwie, a powszechną i dziś koncepcją opartą na powątpiewaniu we wszystko, czego nie da się zważyć, policzyć, pomacać, nie osiągało takich wartości jakie ma tego właśnie dnia.

Niedziela Niezrozumienia

Król na osiołku, który zaraz da się zabić przekonanym, że ratują religię kapłanom oraz urzędnikom ratującym własne plecy, każe przedefiniować pojęcie władzy, służby, narodowej i kościelnej wspólnoty. Każe je odkleić od myślenia w kategoriach stanu posiadania.

W autentycznie pobożnym Sanhedrynie czy próbującym filozofii Piłacie, pokazuje nam lusterko. Ludzi, którym wydaje się, że mają zdrowy rozsądek, wyczucie religijnego i państwowego obowiązku, pieniądze, a w rzeczywistości nic nie mają.

Ba – mogą stać się zbrodniarzami, jeśli nie idą dalej, nie szukają Prawdy (a jeśli autentycznie jej szukają, muszą się upokorzyć myślą, że nikt, poza Bogiem, nie może być Prawdą czy jej mieć, my możemy się do niej tylko zbliżać).

To rachunek sumienia przejmujący do szpiku kości. Mocno wpisuje się weń papież przychodzący ze świata, w którym też wielu ludziom wydaje się, że żyją w ramach i całkiem porządnie, a skutkiem tego przekonania jest śmierć wielu innych ludzi.

Mówienie o ubóstwie to nie jego PR-owe zagranie, to uważna lektura Ewangelii, w której prawdziwy Król jeździ na ośle (chyba nie tylko dlatego by spełnić mesjańskie proroctwa), w pysznych konwojach (możemy się domyślać) podróżuje króliczyna Herod.

Najgorsze, co możemy teraz zrobić, to uznać, że papieżowi za to płacą, żeby krzyczał o chleb dla biednych, ale my też w sumie jesteśmy na wielu wymiarach trochę biedni, więc nas ta sprawa nie dotyczy.

Niedziela Niezrozumienia

Żywy Bóg na oślęciu każdego zmusza do zadania sobie pytania o jego osobisty wymiar ubóstwa. Nie chodzi o popadnięcie w nędzę, ale o praktyczne wyciągnięcie wniosków ze zdania: „cóż masz, czego byś nie otrzymał”. Chcesz być z Jezusem – innej drogi nie ma.

Czytam teraz wydany w Polsce już w latach 70. zbiór wystąpień słynnego brazylijskiego obrońcy praw biednych, biskupa Heldera Camary.

Ten jedzie po bandzie. Apeluje do braci biskupów by zaczęli od siebie, zrezygnowali z „ekscelencji i eminencji”, zamienili „pałace” na mieszkania. Zwraca też uwagę na to, że wychowanie do ewangelicznego ubóstwa nie może mieć logiki zrywu, akcji, czynu społecznego. Wymaga trwałego uświadomienia sobie faktu, że dotyczy nas na codzień nie tylko szóste, ale i siódme przykazanie.

„Trzeba zmienić mentalność. Konsekwentnie pogłębiać teologię ubóstwa. Nasze podręczniki marnują chyba zbyt dużo miejsca na traktat o czystości, a z pewnością mówią mniej (i to w sposób absolutnie nieaktualny i pozbawiony odwagi) o siódmym przykazaniu.

Słusznie powiedziano, że trzeba doktrynalnie pogłębić scenę Sądu Ostatecznego, podobnie jak pogłębione zostały takie fragmenty Pisma jak ty jesteś Piotr lub to jest ciało moje.

Czy – jak to sugerowano – można będzie skorzystać z mszy zamykającej Sobór, aby złożyć u stóp Ojca Świętego nasze krzyże biskupie ze złota lub srebra (otrzymalibyśmy w zamian inne, z drzewa lub brązu), w symbolicznym geście człowieka, który decyduje się przyjąć, przy pomocy Bożej, styl życia zgodny z ewangeliczną prostotą?

Być może będzie to dla nas, biskupów całego świata, sposób w jaki jeszcze tu pomożemy wikariuszowi Chrystusa w wyzwoleniu się. I miejmy też odwagę przyznać, że wspaniałość Watykanu jest wielkim kamieniem grobowym, który trzeba jutro usunąć.

Opatrzność wyzwoliła nas już od państw papieskich. Kiedyż wybije godzina Boga, który poprowadzi Kościół Chrystusa na spotkanie Pani Biedy?“

A może właśnie wybiła?

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Czy czcić „świętego Chlora?“

9. marca 1989. o trzeciej w nocy, w Białymstoku, nieopodal mojego rodzinnego osiedla, wykoleił się pociąg przewożący ciekły chlor. Wychowałem się w sąsiedztwie tej linii kolejowej, przebiegającej z ZSRR na zachód (czyli do NRD).

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Pamiętam tłukące się z hukiem w środku nocy czterdziestowagonowe składy wyładowane czołgami i aksamitną ciszę, która zapadała, gdy oddalały się w stronę dworca Białystok Fabryczny.

Praktykowana od wczesnego dzieciństwa namiętność do liczenia wagonów dała solidne podstawy mojej późniejszej trói z matematyki, na oznaczeniach radzieckich cystern przewożących materiały niebezpieczne uczyłem się cyrylicy oraz podstaw chemii.

Mówiło się: „o, dziś szedł propan butan“ gdy pasek na cysternach był czerwony. Związki siarki to pasek brązowy. Nie pamiętam już, co oznaczał pasek żółty, zielony to z pewnością był chlor.

W pociągu, który wypadł wtedy z szyn cystern z chlorem było w sumie dwanaście, cztery sturlały się po nasypie, w każdej było około pięćdziesięciu ton zabójczego płynu. Wszystko to odbywało się ze dwa kilometry od mojego domu, a mimo to – o dziwne czasy, gdy nie było TVN24 – rano normalnie poszedłem do szkoły, w której dopiero około jedenastej powiedziano nam, że wszyscy mają zostać w budynku i iść na najwyższe piętro (bo chlor ściele się po ziemi i zabija wszystko na co trafi). Gdyby choćby jedna z cystern rozszczelniła się liczba ofiar mogłaby iść w setki.

Czy czcić „świętego Chlora?“

Cysterny jednak ocalały. A jako, że zdarzenie miało miejsce w parafii Miłosierdzia Bożego, w pobliżu kaplicy przy której długie lata mieszkał spowiednik siostry Faustyny, ks. Michał Sopoćko, ogłoszony chwilę wcześniej Sługą Bożym, uznano, że od katastrofy zachowało miasto jego wstawiennictwo oraz samo Miłosierdzie Boże.

W miejscu katastrofy postawiono pomnik – krzyż z napisem „Jezu Ufam Tobie“ i opisem zajścia, odtąd co roku w marcu odbywają się pod nim obchody, są władze, biskupi i sztandary. Miejscowa ludność albo się w nie włącza dziękując za cudowne ocalenie, albo krytykuje twierdząc, że nie będzie się modlić z okazji zbiegów okoliczności albo fachowości strażaków pożarnych, nazywając te uroczystości złośliwie „obchodami świętego Chlora“.

Pytanie: czy to, że cysterna się nie rozszczelniła, choć mogła (ale nie musiała), to już specjalna boska interwencja? Rozumiem – gdyby chlor jednak wyciekł, a nikt mimo to nie zginął – ewidentny cud, zawieszenie praw natury.

Czy czcić „świętego Chlora?“

bł. Michał Sopoćko

Analogiczna sytuacja: samolot wpada w uskok wiatru, zlatuje pół kilometra w dół, ale odzyskuje stabilność. Mogła być tragedia, a nie było. Uznajemy to za cudowne ocalenie dwustu osób? Albo – jadę autem, jakiś kretyn wylatuje mi na czołówkę, udaje mi się minąć go poboczem. Jak to zakwalifikować? Za każdym razem czcić pomnikiem?

W mojej ocenie to co stało się w Białymstoku cudem jednak chyba nie było, bo żeby tak stwierdzić, trzeba by mieć pewność, że wyciek byłby tu jak amen w pacierzu. Moim zdaniem nie ma sensu jej szukać (ani na płaszczyźnie nauk o kolei, ani na płaszczyźnie ducha).

Ja na swoje prywatne potrzeby nazywam to zdarzenie momentem szczególnej ekspresji Bożej Opatrzności. Znam dobrze te chwile, gdy robię straszne głupoty a następnie czuję jak ktoś mnie z nich za uszy wyciąga. Najczęściej otwierając mi oczy na możliwe moich działań skutki.

Na tym odcinku torów (dwukilometrowym) po którym codziennie jechała jakaś bomba było kilka pęknięć szyn, siedemset spróchniałych podkładów a 70 proc. śrub było niedokręconych.

Powtarzam: szanuję tych, co zmysłem wiary wyczuwają, że byłby wybuch, ale Bóg zlitował się i przerwał reakcję łańcuchową złych zdarzeń. Ja jednak działania Bożego szukam tu pięć minut wcześniej.

Nie widzę anioła dokręcającego zawór post factum. Widzę wypadek którego Opatrzność nie powstrzymała ultrainterwencją, by pokazać, co może się stać, gdy zawczasu nie dokręcę w swoim życiu jakiejś ważnej śrubki.

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >