Czary mary

„Wróżbiarstwo, przepowiednie z lotu ptaków i marzenia senne są bez wartości, jak urojenia serca rodzącej kobiety.“

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Zdarzyło mi się kiedyś mieć sen, który napełnił mnie lękiem. Śniło mi się, że miałem stłuczkę. Skasowałem cały przód swojego samochodu, nikomu nic wielkiego się nie stało, ale każdy kto miał stłuczkę wie jak nieprzyjemny potrafi być związany z nią wyrzut adrenaliny, do tego dochodzą wszystkie pokolizyjne formalności, słowem – brrr.

Nieprzyjemne napięcie towarzyszyło mi przez cały ranek, sen jeszcze raz przypomniał mi się z detalami, gdy schodziłem do garażu. Miałem tego dnia zaplanowany wyjazd do rodziców, poprzedniego dnia przyleciałem z Afryki, dziwne obawy złożyłem więc na karb zmęczenia.

Kilkanaście minut później mój sen się ziścił. Przejeżdżając ulicą nad którą sygnalizatory zawieszone są co sto metrów, zagapiłem się na nie ten co trzeba. Na tym, co trzeba zmieniło się w tym czasie światło, człowiek przede mną nagle zahamował, ciąg dalszy – wypisz wymaluj: przód auta skasowany, na szczęście nic nikomu się nie stało.

Nie jestem szczególnie skłonny do przejmowania się wygłaszanymi pod moim adresem czasem (lub przesyłanymi) przepowiedniami. Wróżbiarstwo uważam za gałąź przemysłu rozrywkowego, a nie terapeutycznego. Z horoskopów wyłącznie się śmieję (może również dlatego, że znałem parę osób, które je zawodowo piszą i wiem jak to się robi). Snów nie analizuję (niemal zawsze ich nie pamiętam, a na kursy świadomego śnienia oferowane przez jedną z moich wykładowczyń ze studiów jakoś nie miałem ochoty chodzić).

Czary mary

Tym razem jednak musiałem postawić sobie pytanie: czym był sen, który miałem? Ostrzeżeniem od Boga (które zlekceważyłem)? Samospełniającym się proroctwem wygenerowanym w podświadomości a zrealizowanym świadomie? Totalnym zbiegiem okoliczności (dodajmy: mocno pechowym – w końcu dlaczego równie konkretnie nie mogły mi się we śnie objawić wyniki sobotniego losowania Multilotka)?

Poczytałem, co na temat mówi Pismo. Gdy chodzi o ludzi aktywnie próbujących zajrzeć za zasłonę przyszłości, biegających do wróżbiarzy (teraz również do telewizora, gdzie wróżbiarze się pokazują), stawiających sobie tarota, wróżących z rąk (a kiedyś również z lotu ptaków, czy zwierzęcych wnętrzności) – sprawa postawiona jest jasno: gdy jest się w relacji z Bogiem, chodzenie do wróżki jest tym samym, czym w życiu małżeńskim byłoby chodzenie do (męskiej lub żeńskiej) prostytutki. Jest jasną deklaracją, że ktoś z kim żyjesz nie dostarcza ci wszystkiego, co potrzebujesz, że choć On mówi ci, że ma twoje życie w swoim ręku, i że zatroszczy się o ciebie najlepiej jak potrafi, ty wolisz na wszelki wypadek zabezpieczyć się jeszcze gdzie indziej.

Co jednak ze snami? Te przecież po prostu nam się przytrafiają. W Piśmie wiele razy opisywane są sny prorocze, w których do człowieka mówił Bóg. Są też jednak zupełnie inne wskazówki.

„Nie dajcie się wprowadzić w błąd przez waszych proroków i przez waszych wróżbitów; nie zwracajcie uwagi na sny jakie macie. Oni bowiem prorokują wam kłamstwo w imię Moje. Ja nie posłałem ich – wyrocznia Pana“ (Jr 29, 8-9).

„Wróżbiarstwo, przepowiednie z lotu ptaków i marzenia senne są bez wartości, jak urojenia serca rodzącej kobiety. Jeśli Najwyższy nie zsyła ich jako nawiedzenia, nie bierz ich do serca! Marzenia senne w błąd wprowadziły bardzo wielu, którzy ufając im, upadli“. (Syr 34, 5-7). 

Jak rozpoznać, który sen jest owym Bożym „nawiedzeniem“, a który nie? Przypomnieć sobie raz jeszcze, że w wierze chodzi o bycie z żywą Osobą, a nie o tworzenie algorytmów zachowań albo opracowywanie technik weryfikacji komunikatów.

Jedyną receptą na wszystkie sytuacje, w których ktoś coś o naszej przyszłości nam mówi, albo coś nam się na jej temat śni, jest zaufanie Komuś, kto kocha cię nad życie.

Nie ma metody by ze stuprocentową pewnością stwierdzić, ze jakiś sen albo słowa, które od kogoś usłyszałeś objawiają ci fragment Bożego planu, czy może planu Złego, który też przecież ma precyzyjną wizję twojego życia, wie w którą stronę powinieneś pójść by wpaść w jego objęcia.

Czy Bóg chciał mnie przez ten sen ostrzec przed możliwym wypadkiem? A może to Zły tak mnie tą wizją zaniepokoił, że dodatkowo osłabił moje siły i stało się to, co się stało? „Sen mara, Bóg wiara“, mawiali nasi przodkowie i to oni mieli rację.

Czary mary

Po każdej takiej akcji, gdy niby na chwilę dane jest nam zajrzeć za zasłonkę czasu, najlepiej po prostu stanąć przed Bogiem i powiedzieć mu: miałem taki sen, słyszałem takie a nie inne słowo. Nie wiem, czy to od Ciebie, czy nie, ale jedno wiem na pewno – chcę, żeby w moim życiu spełniały się nie moje sny, a Twoja wola. Żebym ją wypełnił. Wiem, że Ty chcesz dla mnie tylko dobra, że nie pozwolisz mnie skrzywdzić. Ufam Tobie, a nie temu, co urodziło się w mojej głowie. Po prostu.

Możliwość sfałszowania drogowskazu – to oś problemu jaki mam nie tylko ze snami, ale też z tak bardzo popularnymi dziś telepseudowróżbitami, wróżkami „stacjonarnymi“, horoskopami, a nawet andrzejkowym wróżeniem z lania wosku.

Byłbym skończonym idiotą potępiając teraz tych, co pokupowali już sobie świeczki z myślą o zbliżających się prywatkach i imprezach firmowych. Bawcie się dobrze!

Ja jednak wolałbym spalić je na chwałę Bożą na przykład przed ikoną. Dlaczego? Ano dlatego, że zawsze gdy pozwalam komuś albo czemuś zaszczepiać w mojej głowie choćby najbardziej niewinną myśl o mojej przyszłości, mogę doprowadzić do tego, że choćby w minimalnym stopniu zacznie mnie ona determinować. Że gdy usłyszę, gdzie to niby dojdę, w tym kierunku podświadomie zacznę iść. Zadziała wspomiany już wyżej mechanizm samospełniającego się proroctwa. Że przecież większość z nas od razu uśmiecha się z politowaniem na to, co wychodzi im z wróżb i horoskopów i zaraz o tym zapomina?

Jak to się więc jednak dzieje, że gdy coś nawet zbliżonego do treści owych przepowiedni kiedyś nas jednak spotka, od razu przypominamy sobie: a przecież to właśnie kiedyś mi przepowiedziano! Tylko skąd będziesz miał wtedy pewność, że jesteś w miejscu, w którym zgodnie z wolą Bożą miałeś być? Najlepszym miejscu dla ciebie? Skąd wiesz, że nie zboczyłeś ze ścieżki i nie polazłeś w jakieś chaszcze?

Nie przezywam wszystkich wróżów od satanistów, nie dyskutuję z nimi, nie kropię ich święconą wodą. Po prostu ich mijam. Jak przydrożne bary, co do których nigdy nie mogę mieć pewności, z czego naprawdę robią te swoje kotleciki i czy nie mają jakiegoś megasyfu na zapleczu, czy zamiast zyskać w nich siły nie stracę ich przez egzystencjalną biegunkę.

Wiem komu zaufałem, wiem kto dostarcza mi stuprocentowo pewnego pokarmu na drogę i nim staram się żywić. Dostawca tego pokarmu mówi mi też wyraźnie: nie ma przeszłości, nie ma przyszłości. Jest teraz. A twoja przyszłość, to przecież nic więcej niż suma wyborów, których dokonasz dziś. Nie chcę ci odbierać wolności, chcę cię nakarmić tak, byś jak najlepiej z niej skorzystał.

Więc nie daj sobie wciskać kitu, że twoje życie to jakaś plansza, której fragment  ktoś za sto, czy pięćset złotych teraz przed tobą odsłoni. Namalujesz na niej dzisiaj to, co sam chcesz. I sam zdecydujesz, kogo uznasz za mistrza.

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Rodzina to nie pole minowe

Nadzwyczajny synod poświęcony rodzinie obradujący w Rzymie, swój najważniejszy cel osiągnął jeszcze zanim się rozpoczął. Katolicy zaczęli wreszcie otwartym tekstem spierać się nie o personalia, czy kryminalia, a o sprawy najważniejsze.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Ta debata bardzo dobrze zrobi zarówno tak zwanym konserwatystom jak i tak zwanym liberałom. Dyskusja nie musi wszak kończyć się przyjęciem poglądów drugiej strony, zawsze jest znakomitą okazją do dopracowania własnych.

Otrzymaliśmy Objawienie nie po to, by je recytować, ale by nim żyć i nad nim – jak apostołowie – żywo dyskutować. Ono po dwóch tysiącach lat wciąż zachwyca ludzi, bo choć pozostaje niezmienne, każda nowa epoka z tego samego diamentu wydobywa jakiś nowy blask. Zapamiętałem myśl, jaką w jednej z facebookowych debat wyraził pracujący w Boliwii o. Kacper Mariusz Kaproń OFM: w europejskiej teologii najpierw „na górze“ wypracowuje się intrepretację Objawienia, a później przekazuje się ją w dół, „do przeżywania“.

W Ameryce Łacińskiej pytanie, na co Bóg zwraca nasza uwagę przez takie a nie inne czasy rodzi się najpierw na dole, a później wędruje do góry, do biskupów, którzy wraz z wiernymi zastanawiają się wtedy, czy rzeczywiście mówi do nich Duch Święty, czy gadają sami do siebie.

Chrześcijanie to nie grupa rekonstrukcji historycznej. My Boga nie wspominamy, On mówi do nas tu i teraz. W Chrystusie objawił nam już wszystko, teraz pozwala byśmy w miarę jak rozwija się nasza wiedza o świecie, przekonywali się, co jest prawdą, a co tylko sposobem, w jaki w danych czasach zwykliśmy tę prawdę odczytywać.

Przykład. Jeszcze dwieście lat temu Kościół, dając wyraz swojej pewności, co do ich odłączenia od komunii z Bogiem, samobójców chował poza obrębem poświęconej ziemi, traktował gorzej niż gwałcicieli czy złodziei. Dziś ten sam Kościół żegna ich z pełnym miłosierdzia współczuciem, widzi w nich ludzi, którzy nie udźwignęli cierpienia, nie przestępców. Czy to znaczy, że kościelna doktryna jest płynna i czeka nas np. spór o błogosławienie związków homoseksualnych? Nie. Kościół może kiedyś znieść celibat, nigdy jednak nie zmieni (bo nie może), tego co nie jest kwestią dyscypliny (sposobu, w jaki zorganizowaliśmy sobie życie), a natury.

Naturą człowieka jest to, że został stworzony mężczyzną i kobietą, tylko w takiej relacji każda z płci się dopełnia, tylko taka relacja jest otwarta na nowe życie (mimo, że niektórzy próbują obejść to prawo „bypassem“).

Czy najbardziej dyskutowana przed synodem kwestia: dopuszczania do komunii niektórych osób żyjących w związkach nieskaramentalnych, należy do pierwszego, czy do drugiego porządku? Ten, który ją postawił (niejako na zlecenie papieża, wsadzając kij w mrowisko na poprzedzającym synod kardynalskim zebraniu), kardynał Walter Kasper i wspierający go hierarchowie, mówią: to kwestia „zmienialnej“ kościelnej dyscypliny.

Rodzina to nie pole minowe

Oto mamy kogoś, kogo współmałżonek porzucił wiele lat temu i ten ktoś, na przykład dla dobra dzieci, związał się później z kimś innym. Albo kogoś, kto sam rozwalił swoje pierwsze małżeństwo, wie że zrobił źle i odbył pokutę, od lat żyje w drugim związku starając się naprawić błędy z pierwszego, a jego sytuacja jest nie do odkręcenia bez robienia jeszcze większych spustoszeń (ma już dzieci, żyje z kimś długo, jego pierwszy małżonek czy małżonka ma nowe życie). Czy gdy ich sytuacja została wnikliwie sprawdzona i rozpatrzona przez duszpasterzy, nie można by ich dopuścić do komunii?

Komunia nie jest nagrodą za dobre życie, a lekarstwem dla grzesznika, ma dawać mu siłę do zmagania się ze słabością (przecież Kościół to nie klub niepokalanych dżentelmenów, a – o czym wyraźnie mówił Franciszek – szpital polowy). Gdy człowiek rozumie swój błąd, a na tej ziemi nie da się go już naprawić – dużo większe straty duchowe wynikną z nie karmienia go eucharystycznym chlebem, niż z tego że się go nim nakarmi. Co nie oznacza, rzecz jasna, uznania drugiego związku tego człowieka za ważne przed Bogiem małżeństwo.

Aktywność kardynała Kaspera obudziła też i zwarła szeregi tych, którzy myślą inaczej. Twierdzą oni, że komunia dla skruszonych rozwodników jest zanegowaniem nierozerwalności małżeństwa. Tak więc ci, którzy żyją w kolejnych związkach, żeby nie wiem jak się napokutowali i tak są cudzołożnikami – recydywistami. Zanegowali objawioną przez Chrystusa w Ewangelii nierozerwalną naturę związku kobiety i mężczyzny, żyjąc jak z mężem lub z żoną z kimś, kto nim lub nią nie jest. Kropka. „Konserwatywni“ kardynałowie przestrzegają, że jeśli wysadzimy w powietrze ten jeden z fundamentów ludzkości, stracimy jeden z ostatnich linków łączących ludzkość z zamysłem swojego Stwórcy.

Rodzina to nie pole minowe

Od kilku tygodni nie ma dnia, bym – śledząc medialne poczynania obu stron – nie zadawał sobie pytania, co ja o tym wszystkim sądzę. Moje przemyślenia oscylują jak dotąd wokół czterech wątpliwości, których nie należy traktować inaczej, jak tylko swobodny i otwarty na krytykę głos w dyskusji. Mój papież mówi: dyskutujmy do bólu, więc dyskutuję. I pytam:

Po pierwsze: zastrzeżenie formalne. Czy naprawdę słusznym jest kultywowanie tradycji, w której o sprawach rodziny najwięcej mają w Kościele do powiedzenia ci, którzy jej nie założyli? Świeckich nie pyta się o to jak prowadzić kapłańską formację, dlaczego więc to biskupi mają mieć wyłączny głos w sprawach dotyczących życia małżeńskiego? Jasne, ich rola jest wyjątkowa: to następcy apostołów, na których barki włożono zadanie odczytywania kierunków, w których powinniśmy się wszyscy przemieszczać. Franciszek w „Evangelii Gaudium“ sugerował jednak wyraźnie: pasterz powinien zaufać też czasem intuicji trzody, bo do niej też przecież ma dostęp Duch Święty. Ankietę przedsynodalną rozesłaną przez Franciszka w Polsce potraktowano jako kwestionariusz dla kurialistów i proboszczów, bo oni najlepiej wiedzą, co się w rodzinach dzieje. Czy aby na pewno? Jak to jest, że na czele Kościelnych ciał mających w nazwie „rodzinę“ nie stoją mężowie, żony, ojcowie albo matki? W czym zaszkodziłoby, że Urząd Nauczycielski Kościoła byłby lepiej poinformowany? Przecież wszystkie decyzje w Kościele i tak zatwierdzają biskupi i papież.

Synod pewnie ma jakichś świeckich konsultorów, ich głos nie jest jednak na razie słyszalny. Zwykle przy takich okazjach ilość miejsc dla „świeczuchów“ jest zresztą tak ograniczona, że załapują się do nich jednostki kościelnie hiperaktywne (to tak jakby o kondycję uniwersytetu pytać wąskie kolegium prymusów). A przecież gdyby dać świeckim możliwość realnego, wspólnego wypracowywania decyzji, a nie jedynie przysłuchiwania się biskupom, watykańskie decyzje byłyby „na dołach“ przyjmowane inaczej niż obwieszczony nam z góry wynik wojny między tym strasznym, kardynałem Kasperem, a kardynałem Burke, umownym liderem skrzydła zachowawczego, (który z lubością przebiera się w pyszne kardynalskie stroje rodem sprzed trzech epok, popełniając poważny taktyczny błąd, sugerujący, że konserwatysta równa się wykopalisko).  

Wpisz kod rabatowy Holyfood30%

fot. Prayitno

Po drugie – co do samej istoty sporu: Nie będę po raz setny rozwijał swoich ulubionych tez: powinniśmy zwiększyć wymagania dla wstępujących w związek małżeński i uprościć procedury stwierdzania jego nieważności. Stanowczo zbyt wielu ludzi zawierających sakramentalne małżeństwo nie ma dziś bowiem zielonego pojęcia, w co tak naprawdę wchodzi. Nie będę też szerzej wracał do propozycji, byśmy poważnie zastanowili się, dlaczego najbliższy nam Kościół Prawosławny (z którym łączy nas Eucharystia, a więc de facto wszystko), mówi, że materią sakramentu jest miłość małżonków, a nie wyrażony przez nich „doskonały akt woli“ (i tam, gdy małżonkowie zabiją miłość, biskup może zdjąć z takiego związku błogosławieństwo i zezwolić stronom na kolejny). Bo jak niedoskonały z natury człowiek może wyrażać wolę w sposób doskonały?

Oto mamy człowieka, który w chwili zawierania małżeństwa szczerze chce dotrzymać zobowiązań, deklaruje, że chce zanurzyć się w tajemnicę, która go przerasta (nikt nie bierze przecież ślubu, żeby się rozwieść). Z czasem okazuje się, że na tyle kiepsko współpracował z łaską, że owa tajemnica przerosła go w istocie. Mam ogromny szacunek dla tych, którzy po rozpadzie związku zostają do końca sami, mówiąc: partner odszedł, ale ja nie wycofuję się ze swoich zobowiązań, chcę nadal go kochać. Co jednak z tymi, którzy nie chcą, a nawet nie mogą ich już wypełniać, bo za daleko w konsekwencjach swoich błędów zabrnęli? Albo są ofiarami słabości drugiej strony? Jaką mamy dla nich radę? Zostawić we łzach drugą żonę, z którą żyją od dwudziestu lat i dla której chcą jak najlepiej, porzucić dzieci?

Kościół ma dziś dla nich jeszcze jedno rozwiązanie: mogą sobie nadal wyznawać że się kochają, mieszkać razem i płacić rachunki, byle nie uprawiali seksu. Nie rozumiem: raz tłumaczymy ludziom, że seks wcale nie jest (jak się dziś sądzi) jedyną formą wyrażania miłości w związku, innym razem mówimy: jak nie ma seksu, to tak naprawdę nie ma związku. Ja naprawdę rozumiem kościelne nauczanie o pięknie zmysłowej miłości, w której małżonkowie wyznają sobie miłość tak głęboko, że otwierają się na nowe życie. Czy to rzeczywiście winien być jednak wyłączny klucz, który otwiera lub zamyka bramy sakramentalnej jedności z Kościołem? Szczerze liczę, że jakiś teolog moralista pomoże mi się z tym uporać.

Po trzecie: owszem, Jezus mówi też, że „kto by oddaloną wziął za żonę, poza wypadkiem nierządu, popełnia cudzołóstwo“. Czy Kościół, o którym Chrystus powiedział, że „cokolwiek zwiąże na ziemi, będzie związane w niebie“, nie może jednak powiedzieć cudzołożnikowi: „choć żyjesz w słabości i ograniczają cię jej skutki, nie jesteś skazany na dożywocie bez możliwości wcześniejszego zwolnienia. Mamy dla Ciebie nadzieję. Lekarstwo. Pokarm na drogę“?

Judasz otrzymał komunię podczas Ostatniej Wieczerzy, mimo iż de facto zdradził już Chrystusa (może Jezus miał nadzieję, że ten gest doda mu sił, pomoże nie brnąć dalej w zło). Czy na akt miłosierdzia, które z natury swojej jest rozrzutne, nie mógłby liczyć człowiek, który wciąż pyta Kościół, dlaczego przebacza mordercy, a nie może przebaczyć mu, który kiedyś skazał się na życie w nieuporządkowaniu, szczerze tego żałuje, a teraz z całego serca chce dobrze?

To już chyba jasne, że bardziej po drodze mi z myśleniem kardynała Kaspera. Szanuję i zgadzam się z podejściem „konserwatystów“, w nierozerwalności małżeństwa widząc piękno, którego warto bronić do utraty tchu. Uważam jednak, że bez naruszania tej prawdy można też okazać miłosierdzie tym, którzy do tej prawdy nie dorośli, mają tego świadomość, żałują i proszą o boski pokarm. Nie boję się, że skoro tak zrobimy, ludzie uznają, że rozwody są OK i pobiegną grzeszyć. Ludzie to jednak nie owce, mają swoją odpowiedzialność.

Rodzina to nie pole minowe

Chrystus okazujący miłosierdzie kobiecie, którą pochwycono na cudzołóstwie (i to bez postanowienia poprawy z jej strony), nie legalizuje i nie promuje przecież cudzołóstwa. Przeciwnie, nazywa rzeczy po imieniu („idź i nie grzesz więcej“), pokazuje też jednak, że logika Boskiego miłosierdzia wymyka się ludzkiemu rozumieniu sprawiedliwości.

Boimy się włożyć prawdę o miłosiernym do (ludzkich) granic szaleństwa Bogu w ręce ludzi, bojąc się, że zrobimy coś, do czego nie mamy prawa. I słusznie. Nie możemy jednak powielać obrazu Kościoła, którego główną funkcją jest zarządzanie skutkami ludzkiej słabości.

Jestem zły i na konserwatystów i na liberałów, że znów debatą z dziedziny kościelnego prawa, zasłonili kolejną genialną szansę na pokazanie światu, że rodzina to nie pole minowe, a najbardziej fantastyczna rzecz, jaka może się człowiekowi przydarzyć pod słońcem.

Po czwarte powtarzam więc: najlepiej o nierozerwalności małżeństwa opowiedzą (również w Watykanie) ci, dla których stała się drogą do szczęścia, a nie mężczyźni w sutannach odczytujący elaboraty w Sala Stampa. Nie tracę wiary w to, że kiedyś coś takiego zobaczę. Wierzę też, że te „rodzinne“ synody (obecny synod nadzwyczajny ma przygotować przyszłoroczony synod zwyczajny), nie ograniczą się wyłącznie do ustalania tego, co tak naprawdę za każdym razem powinien (to moje zdanie) ustalać penitent ze swoim spowiednikiem lub biskupem, ale zauważą też wyzwania, jakie stawia przed rodzinami współczesna sytuacja ekonomiczna czy społeczna.

Rodzina to nie pole minowe

Czy zamożniejsze rodziny wspierają dziś te, które rozpadają się ze względu na konieczność zarobkowej emigracji? Czym dla polskiej, katolickiej rodziny jest telewizyjny widok uciekającej z Iraku rodziny jazydów, czy chrześcijan, albo tej tonącej w drodze do europejskiego raju koło Lampedusy? Co chrześcijańskie rodziny w USA mogą dziś zrobić dla chrześcijańskich rodzin w Rosji, by ich wnuki nie stanęły w obliczu trzeciej wojny światowej? Wszak politycy decydujący o tym w ramach swojej pracy, zwykle mają rodziny.

Czy „urodzinnienie“ myślenia o relacjach wewnątrz świata nie mogłoby być jednym z lekarstw na jego obecny, pogłębiający się kryzys?

Mamy skarb, cudowny eliksir, ale jakbyśmy sami w to nie wierzyli. Wolimy toczyć więc nasze apteczne wojny, odmierzać na szalkach ciężary wzajemnych win. Dla tych, którzy są poza Kościołem nasze debaty to spór filatelistów o to, czy znaczek z urwanym dziubkiem kwalifikuje się na wystawę czy nie. Kiedy znajdziemy sposób by zamiast wiecznie pochylać się z troską, rozprostować zmęczone tym kości i pobiec, krzyczeć na ulicach:

Ludzie! jest dobrze, Bóg kocha ten świat, jesteśmy w stanie zrobić zeń miejsce dużo bardziej szczęśliwe! Rodzina zaś to nie tylko krzyż, to przede wszystkim Zmartwychwstanie.

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >