Biblijni przewodnicy po Adwencie. Jan Chrzciciel

Zaangażowanie czy obojętność? Powszechnie ceniona empatia czy zdrowy dystans? Czy istnieje radykalizm, którego nie trzeba się bać? Tak, a jego uosobieniem jest ktoś, kto na adwentowej mapie pojawia się bardzo konkretnie i wyraziście. Jan, syn Zachariasza i Elżbiety, zwany zwykle Chrzcicielem.

Zuzanna
Marek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nie lubimy skrajności. Cenimy niewpadanie ani w przesadny entuzjazm ani w głęboką rozpacz. Chłodne podejście do zmienności świata i mnogości bodźców nie wydaje nam się (i słusznie!) bezduszną obojętnością, ale wypracowaną dojrzałością, którą uparcie chronimy, gdyż pomaga nam funkcjonować, a także wspierać tych, którzy jeszcze do niej nie doszli. Zdrowo jest przecież żyć zasadą „złotego środka”, ale jednocześnie uczciwie trzeba przyznać, że są w życiu takie momenty, gdy dobrze jest pozwolić sobie na bycie zimnym lub gorącym. Te chwile zaangażowania myśli, emocji, ciała i duszy są często czymś, czego się wstydzimy, bo odsłaniają naszą wewnętrzną siłę, łamaną przez dzikość, która stoi już o krok od ziemi o nazwie „radykalizm”, który wśród słów nazywających postawy życiowe nie cieszy się popularnością.

Czy istnieje jednak radykalizm, którego nie trzeba się bać? Tak, a jego uosobieniem jest ktoś, kto na adwentowej mapie pojawia się bardzo konkretnie i wyraziście. Jan, syn Zachariasza i Elżbiety, zwany zwykle Chrzcicielem, prowadził na ziemi właśnie takie życie — życie obfitujące w skrajności. Nie był jednak wyznawcą tylko jednej odsłony rzeczywistości: radosnej lub smutnej, rozkosznej lub szorstkiej, ale mieszały się w nim przeciwieństwa, które przedziwnie się w nim zgrywały, a nie wykluczały. Jan Chrzciciel doświadczył niemalże tyle samo cudownych rzeczy co „twardych” faktów, niemalże tyle samo nadzwyczajnych ingerencji Boga, co uziemiających go wydarzeń. Jego radykalizm polegał więc głównie na tym, że owe skrajności przyjął, a także dostrzegł w nich coś więcej, zobaczył to, czego inni nie widzieli lub nie potrafili nazwać. A do tego miał odwagę być inny, ale nie dla inności samej w sobie, ale dla „nowości”, którą odkrył w Panu Bogu i o której odważył się opowiedzieć światu.

 

Wszystko jest znakiem?

Nowość, którą wydobył z siebie Pan Bóg, objawiała się najpierw w różnych faktach życia Jana Chrzciciela. Przyglądając się jego biografii, warto jednak na chwilę odłożyć najbardziej oczywiste i spektakularne wydarzenia, by zauważyć te dziejące się pomiędzy, a co za tym idzie z niemałym zaskoczeniem dostrzec, że i Pan Bóg może tkwić w szczegółach. Czym jest zaś to „pomiędzy” w życiu Jana? A chociażby na przykład tym, że skoro Jan cudownie narodził się już bardzo podeszłym w latach Zachariaszowi i Elżbiecie, to na nim zamknął się jego ród. Jan był jedynym i ostatnim synem pobożnego Żyda Zachariasza, co symbolicznie domknęło dzieje ich rodziny, a w szerszej perspektywie także dzieje starotestamentalnego bycia z Bogiem. Co więcej, według tradycji po śmierci rodziców Jan udał się na Pustynię Judzką i tam w postach oraz modlitwach poznawał Boga. Jak widać, milczenie w życiu tej rodziny było nie tylko znakiem kary za niewiarę Zachariasza w słowa Archanioła Gabriela, ale stało się drogą Jana, aż do dnia stanięcia nad brzegami Jordanu. Może więc najpierw czuł się wybrany do bycia pustelnikiem, a potem nagle zauważył, że Bóg „zmienił zdanie” i z człowieka milczenia zrobił go człowiekiem głosu? Jeśli tak było, to kolejnym faktem „pomiędzy” jest Janowe słuchanie głosu Boga mimo pewności, że już coś o Nim wie.

W życiu Jana wydarzyło się wiele rzeczy, których sam nie wybrał albo o których pojawienie się wcale nie zabiegał. Za wiele z nich, między innymi: niezwykłe poczęcie się z niemłodych już rodziców, doświadczenie zesłania Ducha Świętego w okresie płodowym, czy wreszcie bycie kuzynem Mesjasza, mógł być naprawdę szczerze wdzięczny. Inne mógł zaś jedynie pokornie przyjąć jako niezawinione ale nieuniknione, jak w przypadku jego śmierci wynikającej z zachcianki dziewczyny dziwnie uwikłanej w relację ze swoją matką. Mimo to Jan Chrzciciel nie jest postacią rzucaną falami dnia codziennego, ale człowiekiem wyborów. Świadczą o tym cztery wyrażenia odmieniane przez przypadki w jego biografiach — ubranie z sierści wielbłąda, miód, pustynia i Słowo, które mogą być obrazami odsłaniającymi to, co swoim życiem Jan Chrzciciel chciał powiedzieć o przychodzącym Bogu. Przyjrzyjmy się im zatem.

Pierwsze: Jan, mieszkając na pustyni, chodził ubrany w sierści wielbłądów. Pewnie, że historycznie da się wyjaśnić, dlaczego zakładał taki a nie inny strój, ale skanując Biblię w poszukiwaniu oczywisto-nieoczywistych wyjaśnień, nietrudno połączyć jego historię z losami patriarchy Jakuba, który przebrał się za swojego brata Ezawa, obwiązując się skórami zwierząt, by uzyskać błogosławieństwo ojca. Może więc i Jan tym sposobem gdzieś w tle komunikuje: „Uwaga! Uwaga! Szykuje się szwindel na miarę wszechświata. Bóg ubierze się w ludzkie ciało, by będąc dalej sobą, uzyskać dla ludzi śmiały przystęp do Ojca”.

Drugie: Jan żywił się miodem i szarańczą. Jeśli chodzi o latające robaki, to wszystko w porządku, ale jaki z niego asceta i pustelnik, skoro zajada się miodem? Czymś, co Samson wydobył z wnętrza zabitego przez siebie lwa, a co w żydowskiej symbolice jest znamieniem dobrobytu czasów Mesjasza, znakiem pokonania śmierci przypominającej lwa pożerającego ofiarę przez nowe życie, owoc pracy pszczelego roju?

Trzecie: pustynia. Świetnie znającemu Pisma Janowi z pewnością nie raz, gdy patrzył na rozciągające się po horyzont piaski, przypominał się Abraham liczący gwiazdy na niebie i ziarna piasku na pustyni. Syn Zachariasza pewnie dobrze wiedział, że jego naród jest właśnie jak ta pustynia — raz zimna, raz upalna, raz spokojna, raz targana burzą. I może wtedy, siedząc na wydmach, „na sucho” uczył się kochać w modlitwie zmienność, niestałość i niewierność tych, do których Bóg go pośle.

Czwarte: Słowo. To ono tak naprawdę uczyniło Jana tym, kim był. Ono jak srogi wojownik runęło pośrodku zatraconej ziemi (por. Mdr 18,15), by nauczyć Jana, jak Bóg chce się przez niego objawić. Ono opowiedziało Janowi o jego sercu, o tym, jak Bóg je ukształtował i do czego zaprosił: Głos się rozlega: «Drogę dla Pana przygotujcie na pustyni, wyrównajcie na pustkowiu gościniec naszemu Bogu! Niech się podniosą wszystkie doliny, a wszystkie góry i wzgórza obniżą; równiną niechaj się staną urwiska, a strome zbocza niziną gładką (Iz 40,3-4). Jan więc od razu zrozumiał, że nie był Światłością, ale tym, który ma o niej zaświadczyć. Szybko się zorientował, że to on sam ma być ową burzą pustynną, która wyrównuje ścieżki jego narodu posłuszeństwem Słowu Boga. Bo przecież posłuszeństwo to pokora, a pokora to bycie ani nie za dużo ani nie za mało, ani za wysoko ani za nisko, to przyjęcie miary Boga o sobie i o świecie, to zobaczenie w sobie grzechu, ale i spoczywającego na nas nieustannie Bożego wybrania oraz błogosławieństwa. Jan działał więc dynamicznie, bo mówiąc: Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie (J 1, 26), wiedział, że Mesjasz jest już pośród swojego ludu, że nie trzeba na Niego czekać, ale wytężyć słuch, bo dzięki miłosierdziu Wszechmocnego już nas nawiedziło z wysoka wschodzące Słońce (por. Łk 1, 78).

 

Ożywić w sobie Ducha

Wbrew pozorom nasze współczesne warunki życia podobne są do pustyni, na której żył Jan. I my nieustannie zmagamy się z burzami piaskowymi różnych spraw, próbujemy ujść z zasadzek szakali i skorpionów pokus, wiatr słabości cały czas wieje mocno w nasze oczy, a skwar pożądań i namiętności wyciska z nas niemiłosiernie ostatnie poty. Także do nas, w czasie i miejscu, w którym żyjemy, Bóg kieruje swoje Słowo. Brakuje nam tylko pustynnej ciszy — ale nie tylko tej zewnętrznej dudniącej w uszach po wyłączeniu prądu, ale tej, która jest przestrzenią wewnętrzną, pustym miejscem, które ożywić może jedynie Bóg.

Może zatem warto w mijających grudniowych porankach i zmrokach poszukać tego pustego miejsca, w które będzie miało prawo wejść tylko Słowo Boże. Jeśli nie ma w nas tego miejsca, to je zwyczajnie przygotujmy, jak to robimy, szykując stół na wieczerzę wigilijną z jednym pustym talerzem. Do tego nie potrzeba znać zasad medytacji, ani wypożyczać z biblioteki dzieł Ojców Kościoła czy posiłkować się trzema różnymi tłumaczeniami Biblii. Wystarczy wziąć do ręki Pismo Święte, otworzyć je na przykład na fragmencie Ewangelii z danego dnia i postawić Bogu proste pytanie: czy to jest o mnie? Jeśli będziemy wiernie pytać, to w końcu usłyszymy odpowiedź, i jak w Janie tak i w nas po wielu latach milczenia Słowo ożyje z wielką siłą.

Według żydowskich intuicji po proroku Malachiaszu zanikł w Izraelu duch proroczy, który miał się odrodzić dopiero w czasach mesjańskich. Jan Chrzciciel, choć był ostatnim rozdziałem Starego Przymierza, był także pierwszym Nowego. W nim Bóg poruszał się tak swobodnie jak w swoich dawnych prorokach. Jeśli więc jak Jan znajdziemy na pustyni naszego życia miejsce dla Słowa, to wierzę i ufam, że i w nas odżyje prawdziwie duch proroczy, czyli umiejętność czytania rzeczywistości przez słowa i myśli Pana Boga.

 

 

 

Zuzanna Marek

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Zuzanna
Marek
zobacz artykuly tego autora >

Biblijni przewodnicy po Adwencie. Prorok Izajasz

Jeść, ale nie czuć smaku codzienności? Oddychać, ale nie poznawać życia pełną piersią? Wierzyć, ale w rzeczywistości nie uwierzyć Bogu? Być wolnym, ale nigdy nie wybrać miłości? Wbrew pozorom daleki prorok Izajasz jest bliski temu, w czym żyjemy.

Zuzanna
Marek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Czy są na świecie ludzie, którzy nie potrzebują budzika? Trudno to sobie wyobrazić, choć z pewnością jest ich wielu, bo przecież spór między nocnymi markami a rannymi ptaszkami trwa od niepamiętnych czasów. Cóż jednak z tego, że ten wstaje rano, a tamtem w południe, gdy można obudzić się i nawet całkiem nieźle funkcjonować, a mimo to jednak być nieobudzonym w swoim życiu — jeść, ale nie czuć smaku codzienności, oddychać, ale nie poznawać życia pełną piersią, wierzyć, ale w rzeczywistości nie uwierzyć Bogu, być wolnym, ale nigdy nie wybrać miłości. Niewielu jest śmiałków, którzy odważają się naprawdę wstać, a jeszcze mniej takich, którzy robią to przed świtem. Do tych najbardziej ekstremalnych należał z pewnością człowiek, który żył w VIII wieku przed narodzeniem Chrystusa, a którego imię oznaczało „Jahwe jest zbawieniem”. Prorok Izajasz, bo o nim mowa, ośmielił się na takie życie i w związku z tym stał się, jak to określił święty Hieronim, ewangelistą Starego Testamentu, czyli kimś, kto opisał losy Jezusa przed świtem, przed pierwszym Bożym Narodzeniem.

 

Zawodowy prorok

Od Izajasza dzielą nas prawie trzy tysiąclecia — nieprzeliczone strony napisanych w tym czasie ksiąg, nieogarnione łańcuchy ludzkich istnień, powodzie, trzęsienia ziemi, wielkie odkrycia naukowe, prawie nigdy niekończące się wojny, a do tego jeszcze cywilizacja zasiedlająca kosmos i budująca coraz szerszą globalną wioskę. Jak spotkać się z tym, co mówił, o czym pisał i jak żył? A także: jak potraktować go jako przewodnika na szybko uciekający czas Adwentu?

Wbrew pozorom daleki Izajasz jest dość bliski temu, w czym żyjemy. Choć większość z nas uważa, że był on z zawodu prorokiem, to jednak na co dzień wykonywał papierkową robotę na dworze królewskim. Miał żonę, dwóch synów i lubił angażować się w politykę, mimo że raz mu to wychodziło, a innym razem mocno obrywał. Stopniowe oswajanie się z prorokiem, burzy w nas jednak momentalnie cytat z jego tekstów: W roku śmierci króla Ozjasza ujrzałem Pana siedzącego na wysokim i wyniosłym tronie, a tren Jego szaty wypełniał świątynię. Serafiny stały ponad Nim; każdy z nich miał po sześć skrzydeł; dwoma zakrywał swą twarz, dwoma okrywał swoje nogi, a dwoma latał (Iz 6,1-2). Wizja? Objawienie? Pewnie myślimy: to nie dla nas! Nie ujmując nic z niezwykłości tego wydarzenia, mogło być ono jednak znacznie prostsze ze niż wygląda na pierwszy rzut oka. Pewnie Izajasz poszedł „w niedzielę do kościoła”, a raczej w szabat do świątyni, i po prostu szczerze się przed Bogiem pomodlił. Bogu zaś nie potrzeba wiele i gdy tylko zobaczył szukające Go serce Izajasza, od razu się przed nim odsłonił i pokazał mu swoje pomysły, potrzeby i pragnienia, zapraszając do współpracy.

 

 

Szczęśliwi, co nie widzieli, a poznali

Czy Izajaszowi opłacało się entuzjastycznie odpowiedzieć Bogu: Oto ja, poślij mnie (Iz 6,8)? I tak i nie. Choć odważnie działał, upominał, głosił słowa samego Boga, zyskał wielu uczniów oraz naśladowców, a za życia okrzyknięto go niemalże bohaterem narodowym, to jednak, jak podaje chrześcijański apokryf pt. „Wniebowstąpienie Izajasza”, ostatecznie przecięto go drewnianą piłą na pół. Mimo to słowa, które głosił, przetrwały znacznie dłużej niż jego ziemskie życie, a ich treść była o wiele bogatsza niż wydało się jego słuchaczom, a może też i samemu prorokowi. Pan Bóg nadał im szczególną wartość, co ciekawie opisuje jedna z żydowskich legend. Opowiada ona o tym, jak podczas powoływania Izajasza na proroka Bóg powiedział mu, że namaści go bardziej niż innych swoich posłańców. Wszyscy przed Izajaszem głosili bowiem to, co usłyszeli od swych poprzedników, na przykład Elizeusz od Eliasza, siedemdziesięciu starszych od Mojżesza, a Izajasz będzie mówił prosto z ust Wszechmogącego. Dziś zaś wiemy, że Izajasz głosił nie tylko z ust, ale i prosto z serca, ponieważ księga nazwana jego imieniem zawiera opis życia Jezusa, Syna Bożego, nie tylko metaforyczny, ale w dużej mierze także dosłowny. Sam Jezus zgodził się z tym, że Jego działania już wcześniej zaistniały w ustach Izajasza, gdy w synagodze w Nazarecie, cytując fragment jego proroctwa powiedział: Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli (Łk 4, 21).

Co zaś konkretnie się spełniło? Na przykład to, że Dziewica poczęła i porodziła Syna, a On stał się Emmanuelem, czyli Bogiem niezwykle bliskim człowiekowi (por. Iz 7, 14). Spełniły się także słowa o tym, że z rodu Jessego narodził się Ktoś, na kim całkowicie spoczął Duch Pana (por. Iz 11,1), a także o tym, że narodom kroczącym w ciemności zabłysło niekończące się Światło (por. 9,1). Izajasz jako świetny kaznodzieja wiele mówił też obrazami i nieraz opowiadał o przepięknej Odrośli Pana, która stanie się ozdobą i chwałą Izraela (por. Iz 4,2). W jego tekstach co chwilę pojawia się jakieś drzewo, które wśród mnogich symbolicznych znaczeń, mimochodem łączy się w jeden obraz zawierający często sprzeczne (choć w zestawieniu z dziejami Jezusa jednak spójne) odsłony. U Izajasza spotkamy więc winnicę, w której Przyjaciel zasadził szlachetną winorośl (por. Iz 5,1-2), ale i wyrastające na spękanej ziemi młode drzewo, które wyglądem przypomina raczej powyginany korzeń (por. Iz 53, 2). Czy zatem Księga Izajasza nie przypomina Ewangelii o Jezusie, Krzewie winnym, który był zasadzony nad płynącą wodą Ducha Świętego, a jednocześnie dał się zupełnie ogołocić z wdzięku i blasku na krzyżu, by wydawać najwspanialsze owoce?

 

Sięgać po owoce

Może zatem warto w tym roku, gdy podczas rorat zaśpiewamy cytat z Izajasza o tym, by niebiosa spuściły rosę (Rorate coeli desuper… por. Iz 45,8) lub gdy może zaczniemy szukać tego szczęśliwego drzewka (symbolu rajskiego drzewa), które ozdobimy bombkami i świecidełkami w naszym domu, przypomnieć sobie o Drzewie Życia z Księgi Izajasza, o bezlistnym i niemającym blasku, ale niezwykle obficie owocującym Krzewie Winnym i tym razem — nie tak jak w raju — spokojnie sięgnąć po Jego owoce, które naprawdę dają życie? Izajasz jako Adwentowy przewodnik podpowiada, by bez lęku brać owoce Drzewa Życia, czyli bez wstydu i obawy sięgać po sakramenty — spowiedź, Eucharystię, adorację. Może to wydaje się banalne i mało odkrywcze — tak, w sumie takie jest, ale to jedyny, dostępny na wyciągnięcie ręki sposób, by przestać żyć w mroku, by jak Izajasz doświadczyć Słońca nawet przed świtem.

Zanim siądziemy więc przy drzewku — choince, by zanucić „Cichą noc”, dobrze choć raz dziennie zatrzymać się przy Drzewie — Chrystusie i zanucić Mu cokolwiek, byle ze szczerego serca i zatęsknić za Jego chwałą, która wypełnia wszystko, nie tylko świątynię, ale cały nasz codzienny świat. A może jak Izajaszowi podczas widzenia Bóg i nam się odsłoni w swoich pragnieniach? Może i nas zaprosi do swoich pomysłów? A może i nasze życie, nasze słowa, nasze działania staną się Ewangelią?

 

Zuzanna Marek

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Zuzanna
Marek
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap