Nasze projekty
Zuzanna Marek

Biblijni przewodnicy po Adwencie. Jan Chrzciciel

Zaangażowanie czy obojętność? Powszechnie ceniona empatia czy zdrowy dystans? Czy istnieje radykalizm, którego nie trzeba się bać? Tak, a jego uosobieniem jest ktoś, kto na adwentowej mapie pojawia się bardzo konkretnie i wyraziście. Jan, syn Zachariasza i Elżbiety, zwany zwykle Chrzcicielem.

Reklama

Nie lubimy skrajności. Cenimy niewpadanie ani w przesadny entuzjazm ani w głęboką rozpacz. Chłodne podejście do zmienności świata i mnogości bodźców nie wydaje nam się (i słusznie!) bezduszną obojętnością, ale wypracowaną dojrzałością, którą uparcie chronimy, gdyż pomaga nam funkcjonować, a także wspierać tych, którzy jeszcze do niej nie doszli. Zdrowo jest przecież żyć zasadą „złotego środka”, ale jednocześnie uczciwie trzeba przyznać, że są w życiu takie momenty, gdy dobrze jest pozwolić sobie na bycie zimnym lub gorącym. Te chwile zaangażowania myśli, emocji, ciała i duszy są często czymś, czego się wstydzimy, bo odsłaniają naszą wewnętrzną siłę, łamaną przez dzikość, która stoi już o krok od ziemi o nazwie „radykalizm”, który wśród słów nazywających postawy życiowe nie cieszy się popularnością.

[the_ad id=”103214″]

Czy istnieje jednak radykalizm, którego nie trzeba się bać? Tak, a jego uosobieniem jest ktoś, kto na adwentowej mapie pojawia się bardzo konkretnie i wyraziście. Jan, syn Zachariasza i Elżbiety, zwany zwykle Chrzcicielem, prowadził na ziemi właśnie takie życie — życie obfitujące w skrajności. Nie był jednak wyznawcą tylko jednej odsłony rzeczywistości: radosnej lub smutnej, rozkosznej lub szorstkiej, ale mieszały się w nim przeciwieństwa, które przedziwnie się w nim zgrywały, a nie wykluczały. Jan Chrzciciel doświadczył niemalże tyle samo cudownych rzeczy co „twardych” faktów, niemalże tyle samo nadzwyczajnych ingerencji Boga, co uziemiających go wydarzeń. Jego radykalizm polegał więc głównie na tym, że owe skrajności przyjął, a także dostrzegł w nich coś więcej, zobaczył to, czego inni nie widzieli lub nie potrafili nazwać. A do tego miał odwagę być inny, ale nie dla inności samej w sobie, ale dla „nowości”, którą odkrył w Panu Bogu i o której odważył się opowiedzieć światu.

Reklama
Reklama

Wszystko jest znakiem?

Nowość, którą wydobył z siebie Pan Bóg, objawiała się najpierw w różnych faktach życia Jana Chrzciciela. Przyglądając się jego biografii, warto jednak na chwilę odłożyć najbardziej oczywiste i spektakularne wydarzenia, by zauważyć te dziejące się pomiędzy, a co za tym idzie z niemałym zaskoczeniem dostrzec, że i Pan Bóg może tkwić w szczegółach. Czym jest zaś to „pomiędzy” w życiu Jana? A chociażby na przykład tym, że skoro Jan cudownie narodził się już bardzo podeszłym w latach Zachariaszowi i Elżbiecie, to na nim zamknął się jego ród. Jan był jedynym i ostatnim synem pobożnego Żyda Zachariasza, co symbolicznie domknęło dzieje ich rodziny, a w szerszej perspektywie także dzieje starotestamentalnego bycia z Bogiem. Co więcej, według tradycji po śmierci rodziców Jan udał się na Pustynię Judzką i tam w postach oraz modlitwach poznawał Boga. Jak widać, milczenie w życiu tej rodziny było nie tylko znakiem kary za niewiarę Zachariasza w słowa Archanioła Gabriela, ale stało się drogą Jana, aż do dnia stanięcia nad brzegami Jordanu. Może więc najpierw czuł się wybrany do bycia pustelnikiem, a potem nagle zauważył, że Bóg „zmienił zdanie” i z człowieka milczenia zrobił go człowiekiem głosu? Jeśli tak było, to kolejnym faktem „pomiędzy” jest Janowe słuchanie głosu Boga mimo pewności, że już coś o Nim wie.

W życiu Jana wydarzyło się wiele rzeczy, których sam nie wybrał albo o których pojawienie się wcale nie zabiegał. Za wiele z nich, między innymi: niezwykłe poczęcie się z niemłodych już rodziców, doświadczenie zesłania Ducha Świętego w okresie płodowym, czy wreszcie bycie kuzynem Mesjasza, mógł być naprawdę szczerze wdzięczny. Inne mógł zaś jedynie pokornie przyjąć jako niezawinione ale nieuniknione, jak w przypadku jego śmierci wynikającej z zachcianki dziewczyny dziwnie uwikłanej w relację ze swoją matką. Mimo to Jan Chrzciciel nie jest postacią rzucaną falami dnia codziennego, ale człowiekiem wyborów. Świadczą o tym cztery wyrażenia odmieniane przez przypadki w jego biografiach — ubranie z sierści wielbłąda, miód, pustynia i Słowo, które mogą być obrazami odsłaniającymi to, co swoim życiem Jan Chrzciciel chciał powiedzieć o przychodzącym Bogu. Przyjrzyjmy się im zatem.

Reklama
Reklama

[the_ad id=”103214″]

Pierwsze: Jan, mieszkając na pustyni, chodził ubrany w sierści wielbłądów. Pewnie, że historycznie da się wyjaśnić, dlaczego zakładał taki a nie inny strój, ale skanując Biblię w poszukiwaniu oczywisto-nieoczywistych wyjaśnień, nietrudno połączyć jego historię z losami patriarchy Jakuba, który przebrał się za swojego brata Ezawa, obwiązując się skórami zwierząt, by uzyskać błogosławieństwo ojca. Może więc i Jan tym sposobem gdzieś w tle komunikuje: „Uwaga! Uwaga! Szykuje się szwindel na miarę wszechświata. Bóg ubierze się w ludzkie ciało, by będąc dalej sobą, uzyskać dla ludzi śmiały przystęp do Ojca”.

Drugie: Jan żywił się miodem i szarańczą. Jeśli chodzi o latające robaki, to wszystko w porządku, ale jaki z niego asceta i pustelnik, skoro zajada się miodem? Czymś, co Samson wydobył z wnętrza zabitego przez siebie lwa, a co w żydowskiej symbolice jest znamieniem dobrobytu czasów Mesjasza, znakiem pokonania śmierci przypominającej lwa pożerającego ofiarę przez nowe życie, owoc pracy pszczelego roju?

Reklama

[the_ad id=”103214″]

Trzecie: pustynia. Świetnie znającemu Pisma Janowi z pewnością nie raz, gdy patrzył na rozciągające się po horyzont piaski, przypominał się Abraham liczący gwiazdy na niebie i ziarna piasku na pustyni. Syn Zachariasza pewnie dobrze wiedział, że jego naród jest właśnie jak ta pustynia — raz zimna, raz upalna, raz spokojna, raz targana burzą. I może wtedy, siedząc na wydmach, „na sucho” uczył się kochać w modlitwie zmienność, niestałość i niewierność tych, do których Bóg go pośle.

Czwarte: Słowo. To ono tak naprawdę uczyniło Jana tym, kim był. Ono jak srogi wojownik runęło pośrodku zatraconej ziemi (por. Mdr 18,15), by nauczyć Jana, jak Bóg chce się przez niego objawić. Ono opowiedziało Janowi o jego sercu, o tym, jak Bóg je ukształtował i do czego zaprosił: Głos się rozlega: «Drogę dla Pana przygotujcie na pustyni, wyrównajcie na pustkowiu gościniec naszemu Bogu! Niech się podniosą wszystkie doliny, a wszystkie góry i wzgórza obniżą; równiną niechaj się staną urwiska, a strome zbocza niziną gładką (Iz 40,3-4). Jan więc od razu zrozumiał, że nie był Światłością, ale tym, który ma o niej zaświadczyć. Szybko się zorientował, że to on sam ma być ową burzą pustynną, która wyrównuje ścieżki jego narodu posłuszeństwem Słowu Boga. Bo przecież posłuszeństwo to pokora, a pokora to bycie ani nie za dużo ani nie za mało, ani za wysoko ani za nisko, to przyjęcie miary Boga o sobie i o świecie, to zobaczenie w sobie grzechu, ale i spoczywającego na nas nieustannie Bożego wybrania oraz błogosławieństwa. Jan działał więc dynamicznie, bo mówiąc: Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie (J 1, 26), wiedział, że Mesjasz jest już pośród swojego ludu, że nie trzeba na Niego czekać, ale wytężyć słuch, bo dzięki miłosierdziu Wszechmocnego już nas nawiedziło z wysoka wschodzące Słońce (por. Łk 1, 78).

Ożywić w sobie Ducha

Wbrew pozorom nasze współczesne warunki życia podobne są do pustyni, na której żył Jan. I my nieustannie zmagamy się z burzami piaskowymi różnych spraw, próbujemy ujść z zasadzek szakali i skorpionów pokus, wiatr słabości cały czas wieje mocno w nasze oczy, a skwar pożądań i namiętności wyciska z nas niemiłosiernie ostatnie poty. Także do nas, w czasie i miejscu, w którym żyjemy, Bóg kieruje swoje Słowo. Brakuje nam tylko pustynnej ciszy — ale nie tylko tej zewnętrznej dudniącej w uszach po wyłączeniu prądu, ale tej, która jest przestrzenią wewnętrzną, pustym miejscem, które ożywić może jedynie Bóg.

[the_ad id=”103214″]

Może zatem warto w mijających grudniowych porankach i zmrokach poszukać tego pustego miejsca, w które będzie miało prawo wejść tylko Słowo Boże. Jeśli nie ma w nas tego miejsca, to je zwyczajnie przygotujmy, jak to robimy, szykując stół na wieczerzę wigilijną z jednym pustym talerzem. Do tego nie potrzeba znać zasad medytacji, ani wypożyczać z biblioteki dzieł Ojców Kościoła czy posiłkować się trzema różnymi tłumaczeniami Biblii. Wystarczy wziąć do ręki Pismo Święte, otworzyć je na przykład na fragmencie Ewangelii z danego dnia i postawić Bogu proste pytanie: czy to jest o mnie? Jeśli będziemy wiernie pytać, to w końcu usłyszymy odpowiedź, i jak w Janie tak i w nas po wielu latach milczenia Słowo ożyje z wielką siłą.

Według żydowskich intuicji po proroku Malachiaszu zanikł w Izraelu duch proroczy, który miał się odrodzić dopiero w czasach mesjańskich. Jan Chrzciciel, choć był ostatnim rozdziałem Starego Przymierza, był także pierwszym Nowego. W nim Bóg poruszał się tak swobodnie jak w swoich dawnych prorokach. Jeśli więc jak Jan znajdziemy na pustyni naszego życia miejsce dla Słowa, to wierzę i ufam, że i w nas odżyje prawdziwie duch proroczy, czyli umiejętność czytania rzeczywistości przez słowa i myśli Pana Boga.

[the_ad id=”106464″][the_ad id=”106461″]

[the_ad_group id=”8380″]

[the_ad_group id=”16757″]

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite