“Dwie Kreski” to wsparcie dla kobiet w nieplanowanej ciąży

Wypromowanie ogólnopolskiego telefonu zaufania oraz budowa na terenie całego kraju systemu pomocy dla kobiet w nieplanowanej ciąży – takie podstawowe cele stawia sobie nowopowstające stowarzyszenie „Dwie Kreski”.

Polub nas na Facebooku!

"Dwie Kreski" to wsparcie dla kobiet w nieplanowanej ciąży
Wypromowanie ogólnopolskiego telefonu zaufania oraz budowa na terenie całego kraju systemu pomocy dla kobiet w nieplanowanej ciąży – takie podstawowe cele stawia sobie nowopowstające stowarzyszenie „Dwie Kreski”.

– Ruch pro-life w Polsce skupiony jest na informowaniu, czym jest aborcja i działaniach na rzecz właściwego ustawodawstwa w tej kwestii. Brakuje natomiast systemowego, obecnego w społecznej świadomości, wsparcia dla kobiet w nieplanowanej ciąży, będącego realną alternatywą dla dokonania aborcji – twierdzą członkowie stowarzyszenia.

– Gdy w wyszukiwarkę Google wpisze się hasło „niechciana ciąża” łatwo znaleźć konkretne propozycje rozwiązania w postaci aborcji. W gruncie rzeczy brakuje alternatywy. Kobieta w trudnej sytuacji, bez wsparcia partnera i rodziny, narażona na społeczny ostracyzm, może nie widzieć rozwiązania, co innego mogłaby w zasadzie zrobić. Wydaje się, że do społecznej świadomości przebiło się istnienie „Okien życia”. Ale między testem ciążowym a „Oknem życia” jest kilka długich, bardzo trudnych miesięcy – mówi Paweł Woliński, jeden z członków stowarzyszenia „Dwie kreski”. – Doszliśmy do wniosku, że w tym zakresie brakuje ogólnopolskich systemowych rozwiązań, które obecne by były w świadomości i wyobraźni publicznej i że jest to luka, którą ze strony ruchu pro – life w Polsce koniecznie trzeba zapełnić – wyjaśnia.

Stowarzyszenie „Dwie Kreski” formalnie istnieje od października 2018 r. Jest to organizacja nastawiona na wszelką pomoc kobietom w ciąży, poza – o czym jasno informuje – aborcją. Stowarzyszenie nie ma charakteru religijnego. Gromadzi wielu katolików, dla których motywacją jest wiara ale również osoby niewierzące i innych wyznań. Podejmuje współpracę z szeregiem instytucji, zarówno o charakterze świeckim jak i religijnym. Obecnie trwa proces przekształcania stowarzyszenia ze zwykłego w rejestrowe.

Dzieła już ogólnopolski telefon zaufania: 533 312 112. Numer odbierany jest codziennie w godzinach od 18 do 23. Pomocy szukać można również poprzez mail i czat dostępny na stronie www.dwiekreski.pl.

Jak informuje Agata Erkiert, przewodnicząca stowarzyszenia ”Dwie Kreski”, związanych jest z nim ok. 500 osób. Kilkadziesiąt osób angażuje się też w różnych miejscach Polski na rzecz tworzenia środowisk i wspólnot, które mogą w wymiarze lokalnym oferować wsparcie kobietom, dla których ciąża jest problemem. Jest też ok. 50 – osobowa grupa wolontariuszy dyżurujących przy telefonie.

-Ten telefon dzwoni z coraz większą częstotliwością. Konkretna pomoc udzielana jest co najmniej kilku kobietom w miesiącu. Rozmowa czasem kończy się rzuceniem słuchawką, a czasem gorącym podziękowaniem, zapewnieniem, że ten telefon bardzo pomógł. Czy ta rozmowa rzeczywiście pomogła, była pozytywnym impulsem? – mamy nadzieję, że tak ale tak naprawdę nie wiemy, jak kończą się wszystkie takie historie jednorazowego kontaktu – mówi Agata Erkiert.

Paweł Woliński zwraca uwagę, że ta anonimowość jest właśnie bardzo potrzebna. – Rozmawiamy w pełnej poufności. Po tym telefonie ani my, ani nikt inny nie dowie się kim jest osoba, która do nas dzwoni i w jakiej jest sytuacji. Nawet jeżeli po rozmowie z nami kobieta zdecyduje się dokonać aborcji, nie musi się obawiać, że będziemy mogli ją w jakikolwiek sposób zidentyfikować. Jeśli chcemy pomagać osobom, które się wahają, musimy mieć świadomość, że ktoś, kto nosi się z zamiarem aborcji niekoniecznie rozumuje w kategoriach „jestem matką a to jest dziecko”. Ta świadomość może przyjść później, czasami po latach, a może też nie przyjść nigdy. W tym pierwszym kontakcie poczucie anonimowości, możliwości wycofania się, nieprzyjęcia pomocy daje nam istotną przewagę nad wyspecjalizowanymi instytucjami prowadzonymi przez państwo lub Kościół, które są ale nie do końca spełniają swoją role, zwłaszcza wobec osób, które się wahają. Zgłoszenie się do domu samotnej matki czy jakiegoś ośrodka pomocy tworzy już pewną sytuację nieodwracalną – zwykle wiąże się z podaniem danych, PESEL, rejestracją w NFZ jako kobieta w ciąży itp. Kontakt z nami tego nie wymaga – podkreśla Paweł Woliński.

Jak zaznacza, w wielu domach dla samotnych matek wcale nie ma tłoku. – Wiele kobiet tam nie trafia. I trzeba sobie zadać pytanie, dlaczego tak jest. Działa infrastruktura, która mogłaby takim kobietom pomóc ale tak się dzieje, że one do tych miejsc nie docierają. Bo nie wierzę, że takich kobiet potrzebujących pomocy nie ma. Na czym polega ta luka w systemie? Być może odpowiedzią jest zaistnienie w powszechnej świadomości takiego anonimowego telefonu życia i zaproponowanie formuły pomocy mniej zinstytucjonalizowanej.

Kobiety, które decydują się na skorzystanie z pomocy Stowarzyszenia są w bardzo różnych sytuacjach. – W zależności od tego, gdzie dana osoba mieszka, czy potrzebuje dachu nad głową, czy rozważa wychowywanie dziecka, czy chciałaby od razu oddać je do adopcji, czy może pozostać w swoim lokalnym środowisku, czy też wolałaby je zmienić, by uniknąć stygmatyzacji, możemy proponować jej taką czy inną pomoc – stwierdza Paweł Woliński. Jak zaznacza, misją stowarzyszenia „Dwie Kreski” nie jest tworzenie na nowo infrastruktury pomocowej lecz raczej kierowanie potrzebujących do miejsc już istniejących, wyspecjalizowanych w takiej pomocy, czy wskazanie oparcia w istniejących lokalnie małych wspólnotach wolontariuszy, którzy są gotowi nieść pomoc i wsparcie kobietom.

Ważne jest przy tym, by stowarzyszenie miało właśnie wymiar lokalny, po to, by każda kobieta mogła w swojej okolicy znaleźć ludzi gotowych wesprzeć, pomóc, pokierować a może nawet przyjąć pod swój dach. Jak wyjaśnia Paweł Woliński, po pierwszym telefonicznym kontakcie, o ile kobieta zdecydowałaby się skorzystać z pomocy, kontakt z nią nawiązać może taka lokalna grupa, która po rozpoznaniu konkretnych potrzeb, jest w stanie je zaspokoić – czy to poprzez wsparcie materialne, czy duchowe, czy poprzez skierowanie do odpowiednich specjalistów lub instytucji, czy wreszcie pośrednictwo w kontaktach z ośrodkiem adopcyjnym. Kobieta mogłaby takie wsparcie uzyskać w swoim własnym otoczeniu. Jeśliby zaś, przeciwnie, chciała na czas ciąży wyrwać się ze swego środowiska, po to, by ukryć informację o dziecku, lokalna wspólnota we współpracy z innymi wspólnotami na terenie całego kraju mogłaby zapewnić jej bezpieczny pobyt na czas ciąży nawet na drugim końcu Polski.

– Chodzi o dach nad głową, utrzymanie, pracę, załatwienie wszystkich formalności związanych z adopcją. Tak, by kobieta wychodząc ze szpitala po porodzie i wracając do swojej rodzinnej miejscowości, pozostała z tą bolesną tajemnicą sama ze sobą. Tak, by nikt na miejscu o nic jej nie oskarżał, by nie chodziła z piętnem wyrodnej matki, co oddała dziecko, by nie było żadnego lokalnego ostracyzmu. Ten aspekt jest czasami najważniejszy, wręcz decydujący. W naprawdę wielu przypadkach, gdyby ktoś do kobiet w takiej sytuacji wyciągnął rękę, dałoby się uniknąć wielu aborcji – twierdzi Paweł Woliński.

Jego zdaniem w tego rodzaju wolontariacie potrzebne jest szczególne zaangażowanie kobiet. Otwiera się w wielu wypadkach też szeroka przestrzeń do działania dla zakonów żeńskich. – Wydaje się, ze w naturalny sposób mogłyby one służyć pewną siecią wsparcia – zaznacza.

-Warto podkreślić, że my nie tworzymy żadnej oryginalnej koncepcji. Tak to działa w innych krajach, m.in. w USA: informacja na temat pomocy a następnie dystrybucja tej pomocy. Cały ruch pro – life stoi tam niejako na dwóch nogach. Pierwsza to pokazywanie prawdy o aborcji poprzez m.in. wystawy oraz działania na rzecz prawnej ochrony nienarodzonych. Druga to oferowanie pomocy bez potępiania czy oceniania- pomocy materialnej ale także modlitwy. Te „dwie nogi” są potrzebne. Niektórzy twierdzą, że najważniejsze jest prawo i że dzięki odpowiedniej prawnej ochronie życia, aborcja stopniowo przestanie być problemem. Wydaje się jednak, że prawo nie wystarcza. Pokazuje to przykład Irlandii – tam było prawo całkowicie chroniące życie dziecka, lepsze niż w Polsce. Ale to nie zadziałało… – mówi Paweł Woliński.

– Możemy zresztą zadać sobie pytanie, dlaczego przez 30 lat pracy ruch pro – life w Polsce skupił się w zasadzie na jednym rodzaju aktywności – działaniach na rzecz odpowiedniego prawa chroniącego nienarodzonych poprzez kampanie, wystawy, banery, pikiety przed szpitalami itp. Dlaczego w wystarczający sposób nie rozwinął się obszar pomocowy? W Polsce tego rodzaju działalność prowadzi zaledwie kilka ośrodków, m.in. ks. Kancelarczyk z Bractwa Małych Stópek czy ks. Dzierżanowski w Opolu – zaznacza Paweł Woliński.

W kontekście tworzenia systemowego wsparcia dla kobiet w nieplanowanej ciąży pojawia się też pytanie o działania, które mogłoby lub powinno podjąć państwo. Zdaniem Pawła Wolińskiego przestrzeń do działania dla instytucji publicznych istnieje, choć państwo nie powinno być „zastępczym partnerem” dla kobiety, jak w Szwecji, gdzie w sposób systemowy w istocie zdjęto odpowiedzialność za dzieci z mężczyzn.

Jak informuje Agata Erkiert najbliższe plany stowarzyszenia „Dwie Kreski” to przede wszystkim promocja telefonu zaufania, rozszerzanie godzin jego działania, rekrutowanie i profesjonalne szkolenie kolejnych wolontariuszy oraz zakładanie lokalnych wspólnot.

„Budujemy sieć wolontariuszy w całym kraju. Szukamy osób, które są gotowe udzielić wsparcia potrzebującej kobiecie – bez potępiania, czy krytykowania. Przygotowujemy warsztaty dla wolontariuszy telefonu zaufania oraz osób, które chcą pomagać kobietom bezpośrednio – w swojej miejscowości. Staramy się odpowiadać na potrzeby, jakie ma kobieta, dlatego szukamy specjalistów (psychologów, lekarzy, prawników, mediatorów, doradców laktacyjnych), a także ludzi dobrej woli, którzy chcą podzielić się swoim czasem, wspomóc materialnie” – czytamy na stronie dwiekreski.pl

Znaleźć można tam wszystkie informacje, jak dołączyć do stowarzyszenia oraz jak można je wesprzeć.

maj / KAI

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Z KRAJU

Prymas Polski: Kościół nie może dać się wciągać w spór polityczny

Kościół nie może dać się wciągać w spór polityczny, biorąc stronę jednej czy drugiej partii. Powinien natomiast wzywać do wzajemnego szacunku i szukania rozwiązań służących dobru wspólnemu - powiedział KAI abp Wojciech Polak.

Polub nas na Facebooku!

Prymas Polski: Kościół nie może dać się wciągać w spór polityczny
Kościół nie może dać się wciągać w spór polityczny, biorąc stronę jednej czy drugiej partii. Powinien natomiast wzywać do wzajemnego szacunku i szukania rozwiązań służących dobru wspólnemu - powiedział KAI abp Wojciech Polak.

Łukasz Kasper (KAI)KAI: Zbliżamy się do końca Adwentu, okresu radosnego oczekiwania na Narodzenie Jezusa Chrystusa, ale też czasu wzajemnego wybaczania, wyciszania sporów. Czy zdaniem Księdza Prymasa Polacy tak właśnie przeżywają ten czas?

Abp Wojciech Polak, Prymas Polski, metropolita gnieźnieński: Są tacy, którzy traktują Adwent jako czas przygotowania do świąt Bożego Narodzenia i myślą o religijnym przeżywaniu tych świąt. Są też pewnie i tacy, którzy żyją swoim własnym rytmem. Może właśnie dlatego papież Franciszek mówił, że Boże Narodzenie stało się zakładnikiem światowości. Trudno mi odpowiedzieć na pytanie, czy ten czas, w którym – w różnych społecznych kontekstach – stajemy naprzeciwko siebie z opłatkiem w ręku i składamy sobie życzenia, będzie rzeczywiście owocnym czasem pojednania i przebaczenia. Bóg to wie. Dla nas, wierzących, istotne powinno być, byśmy go dobrze duchowo przeżyli – we własnym sercu, w rodzinach, wśród tych bliższych i dalszych. Abyśmy – jak to mówił kard. Wyszyński – nie oglądali się na innych, ale zaczęli od siebie. Każdy musi zacząć od siebie, abyśmy wszyscy się prawdziwie odmienili.

Ksiądz Prymas nie odnosi wrażenia, że w Polsce zaostrzają się spory społeczno-polityczne, które takiemu pojednaniu nie służą? Różnice zdań są coraz większe, a zawęża się pole do kompromisu. Polacy potrafią się pokłócić o politykę nawet przy wigilijnym stole.

– To, że jesteśmy podzieleni, a społeczeństwo ma tego świadomość, jest faktem. Polaryzacja społeczno-polityczna jest ostra z uwagi na obecny okres wyborczy, w którym wciąż się znajdujemy. Natomiast niedobrze by było, gdyby to się przenosiło na tak głębokie relacje, o jakich pan mówi. Myślę, że każdy powinien zaapelować do samego siebie o szukanie głębszych racji, które pozwalają się porozumieć i jednocześnie pamiętać, że droga dochodzenia do wspólnego dobra może być różna. Przy wigilijnym stole powinniśmy szukać przede wszystkim tego, co nas łączy.

Przez Polskę przetaczały się protesty różnych środowisk: nauczycieli, młodych lekarzy czy wymiaru sprawiedliwości. Kościół był niemalże kuszony opowiedzeniem się po którejś ze stron, a przecież nie powinien ulegać próbom upolityczniania?

– Kościół nie może dać się wciągać w spór polityczny, biorąc stronę jednej czy drugiej partii. Trzeba się przed tym stanowczo bronić, podobnie zresztą jak przed pokusą szukania wsparcia u takiej czy innej opcji politycznej. Kontakt Kościoła, czy ściślej hierarchii kościelnej i duchowieństwa z polityką powinien być ograniczony do tych obszarów, gdzie jest on konieczny. W przeciwnym razie zawsze taki kontakt skutkować będzie posądzeniem o „uprawianie polityki” i sprzyjanie konkretnej partii czy opcji politycznej. Oczywiście czym innym jest etyczna ocena działań podejmowanych przez polityków. Do tego Kościół ma prawo i powinien to robić. Podobnie jak zachęcać katolików świeckich do udziału w życiu publicznym. Kościół zatem, nie stając po jednej czy drugiej stronie, powinien wzywać do wzajemnego szacunku, do troski o człowieka i szukanie rozwiązań służących dobru wspólnemu i gwarantujących zachowanie ładu społecznego. W kwestii problemów życia społecznego, w tym wspomnianych przez pana manifestacji i strajków, potrzebne jest na pewno dokładne i dogłębne rozeznanie przyczyn tych protestów. Chodzi o odpowiedź na pytanie, ile jest w nich tej prawdziwej troski o człowieka, a ile walki politycznej?

Kościół mógłby stać się mediatorem w tych sporach?

– Mediacja jest możliwa, jeśli Kościół zostanie o nią poproszony i jeżeli uzna, że może się jej podjąć bez przekraczania granicy, o której mówiłem. Nie będzie jednak pośredniczyć w sporze między różnymi opcjami politycznymi. Może mediować, gdy chodzi o dobro człowieka i o znalezienie rozwiązań w konkretnych kwestiach społecznych. Dziś jednak często obserwujemy pomieszanie interesu społecznego z politycznym, mylenie interesu własnego czy partii politycznej z działaniem na rzecz dobra wspólnego, a trzeba to rozróżnić. Dla przykładu, przypominanie o tym, że w demokratycznym społeczeństwie trójpodział władzy jest rzeczą fundamentalną dla zachowania ładu społecznego nie jest wchodzeniem w spory, które toczą się wokół takiej czy innej propozycji szczegółowych rozwiązań. Jest przypomnieniem tego, co głosi katolicka nauka społeczna, a mianowicie, że organizacja społeczeństwa winna być oparta na równowadze władz, czyli braku dominacji jednej nad drugą: ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. W tym duchu w Święto Niepodległości przypominałem w katedrze gnieźnieńskiej o fundamentach, na których budowany jest ład społeczny, właśnie w oparciu o zasadę wspólnego dobra. Odwołałem się m.in. do ostatniego listu społecznego Konferencji Episkopatu Polski [chodzi o dokument społeczny pt. „O ład społeczny dla wspólnego dobra” z marca br. – KAI]. Nie tyle zatem oceniamy bieżące spory, ile raczej mówimy o fundamentach, na których trzeba budować uczciwe życie społeczne.

A może te współczesne spory wynikają z braku autorytetów, jakimi dla Polaków byli przez lata kard. Stefan Wyszyński i Jan Paweł II? W przyszłym roku odbędzie się beatyfikacja Prymasa Tysiąclecia, przypadną też 100. urodziny świętego papieża.

– Wydaje mi się, że przyczyny toczących się sporów nie leżą w braku autorytetów. Tu trzeba by jeszcze postawić pytanie o to, czym jest dla współczesnego człowieka autorytet? Jak on to pojęcie definiuje? Czy w świecie, w którym istnieje taka wielość opinii i nie ma jednej uniwersalnej prawdy, bo każdy ma własną i tylko w tę własną wierzy, faktycznie słuchalibyśmy jednego głosu? Bo przecież autorytet w tym społecznym rozumieniu istnieje o tyle, o ile jest słuchany i poważany. A przecież wiemy, że jest z tym dziś ogromny problem. Mam wręcz wrażenie, że wzmaga się skłonność do konfrontowania, oceniania, kwestionowania czy podważania tego, co dotyczy najbardziej nawet uniwersalnych i uznanych prawd, głoszonych przecież także przez tych dwóch wielkich ludzi św. Jana Pawła II i kard. Stefana Wyszyńskiego. Niemniej – i to jest paradoksalne – przy całej tej współczesnej negacji autorytetów wciąż ich jako społeczeństwo, jako wspólnota, szukamy i bardzo potrzebujemy.

Mam nadzieję, że przyszłoroczna beatyfikacja kard. Stefana Wyszyńskiego i 100. rocznica urodzin Jana Pawła II będą okazją, abyśmy jeszcze raz do ich nauczania sięgnęli, ale całościowo, a nie fragmentarycznie, wykorzystując tylko to, co jest nam w danej chwili przydatne. Dotyczy to zwłaszcza nauczania prymasa Wyszyńskiego, które było uwarunkowane ówczesną sytuacją historyczną i polityczną, trudnym dla Kościoła czasem reżimu komunistycznego. Często wybiera się z nauczania Prymasa Tysiąclecia fragmenty, które pasują do takich czy innych doraźnych interesów, zwłaszcza w odniesieniu do toczących się sporów, pomija zaś całą resztę, która w ten interes się nie wpisuje albo mu przeczy. To bardzo krzywdzące, na pograniczu manipulacji. Tymczasem nauczanie Prymas Wyszyńskiego było głęboko ewangeliczne. Jeden przykład – udzielając święceń kapłańskich, mówił wyświęcanym księżom: macie iść do wszystkich, nikogo wam nie wolno nienawidzić, macie wszystkim głosić miłość Chrystusa. I mówił to w czasach wyraźnej konfrontacji władzy z Kościołem.

Przyszłoroczne uroczystości 100-lecia urodzin papieża Polaka i beatyfikacji kard. Wyszyńskiego widzę więc jako szansę na ponowne i jeszcze pełniejsze odkrycie ich nauczania. Pierwszy jest świętym, drugi wkrótce zostanie błogosławionym. Będziemy zatem przez ich wstawiennictwo prosić o światło Ducha Świętego w dobrym rozeznawaniu wyzwań współczesności. Sama nostalgia za tym, co było kiedyś nie pomoże nam w rozwiązywaniu dzisiejszych problemów. Przy tak spolaryzowanym społeczeństwie i wszystkich napięciach, jakie obserwujemy, nie upatrywałbym też recepty w szukaniu jednego autorytetu, ile bardziej w pogłębieniu świadomości naszej odpowiedzialności – tej jednostkowej i tej wspólnotowej, a także w większym dążeniu i zaangażowaniu w przełamywanie dzielących nas barier i sporów.

Kościół w Polsce przygotował system wsparcia dla osób pokrzywdzonych w wyniku wykorzystania seksualnego przez osoby duchowne. Są podstawy prawne i procedury postępowania, działa system pomocy psychologicznej i szkolenia pracowników instytucji kościelnych. Dlaczego jednak wciąż na jedne zgłoszenia tych przestępstw reaguje się szybko i właściwie, a na inne nie?

– Jeśli chodzi o sam sposób reakcji na przestępstwo, to jest on ściśle określony m.in. w „Wytycznych” przygotowanych przez Konferencję Episkopatu Polski, a także przypomniany w motu proprio papieża Franciszka Vos estis lux mundi. Podczas swojej wizyty w Polsce abp Charles Scicluna mówił m.in., że mamy bardzo dobrze opracowane dokumenty i teraz musimy je wprowadzać w życie. Chodzi o to, abyśmy za każdym razem zdecydowanie, kompetentnie i zgodnie z tymi dokumentami działali. Nie może być już dziś żadnej wątpliwości, że w przypadku prawdopodobieństwa zaistnienia przestępstwa wykorzystania osoby małoletniej przez duchownego należy podjąć wstępne dochodzenie kanoniczne, a także przypadek taki zgłosić do prokuratury oraz poinformować o nim Stolicę Apostolską.

Centrum Ochrony Dziecka przeszkoliło i nadal szkoli pracowników instytucji kościelnych, aby wiedzieli jak prawidłowo reagować. Budowany jest system prewencji. Większość diecezji i zgromadzeń zakonnych opracowała w oparciu o dokument KEP własne wytyczne dotyczące ochrony dzieci i młodzieży. Po zapoznaniu się z nimi wszyscy duchowni i świeccy pracownicy instytucji kościelnych muszą podpisać oświadczenie, że przyjmują je do wiadomości i że są świadomi konsekwencji wynikających z naruszenia tych wskazań.

Potrzebne jest także monitorowanie tego, w jaki sposób przyjęte zasady są wcielane w życie. I wreszcie jeden z najważniejszych elementów tego systemu – sama relacja do osób skrzywdzonych i zagwarantowanie im pomocy. Pewnie w tym zakresie mamy najwięcej do nadrobienia. Mam nadzieję i liczę na to, że pomocna i skuteczna będzie w tym względzie powołana przez biskupów Fundacja Świętego Józefa.

Ksiądz Prymas mówi, by stawiać w centrum osoby skrzywdzone. Ale to chyba nie jest jeszcze norma wśród duchowieństwa?

– To prawda, że wciąż potrzeba zmiany mentalności. Nie chodzi tylko o ten pierwszy kontakt, ale o cały wieloetapowy proces od przyjęcia zgłoszenia po zagwarantowanie konkretnej pomocy. Musimy zobaczyć jak w poszczególnych sytuacjach wygląda nasza relacja do osób skrzywdzonych. Trzeba pamiętać, że zawsze są to sprawy bardzo bolesne, pełne zranień i emocji, które domagają się z jednej strony empatii i wrażliwości, z drugiej konkretnej wiedzy i kompetencji, która pozwala nadać im bieg zgodnie z prawem kanonicznym i wytycznymi Stolicy Apostolskiej. Obejmuje to także zaoferowanie potrzebnej pomocy terapeutycznej czy duchowej.

W niektórych diecezjach i zgromadzeniach zakonnych, obok delegatów ds. ochrony dzieci i młodzieży, działają też duszpasterze osób pokrzywdzonych. Spotkałem się z nimi w pierwszej połowie grudnia. Wspólnie wysłuchaliśmy świadectwa jednej z osób pokrzywdzonych, która jest objęta pomocą terapeutyczną zapewnioną przez Kościół, ale – jak sama przyznała – potrzebuje i oczekuje także wsparcia duchowego. Ważne jest więc, aby także w tym zakresie działania podejmować.

Ale czy te działania wzbudzają zaufanie samych ofiar, mających niestety inne doświadczenie Kościoła? Bywa, że domagają się zadośćuczynienia finansowego, a nie opieki psychologicznej czy duchowej.

– Przyjmując zgłoszenie o wykorzystaniu osoby małoletniej przez duchownego jesteśmy zobowiązani do tego, aby osobie skrzywdzonej zaproponować pomoc psychologiczną, prawną czy duszpasterską. Jeżeli pojawiają się sytuacje dotyczące roszczeń, to są one wtórne do samego zgłoszenia. Zdarza się, że pokrzywdzony jest zainteresowany przede wszystkim procesem cywilnym i nie zgłasza się do Kościoła. Jeśli jednak to czyni, Kościół jest zobowiązany podjąć odpowiednie kroki i tę pomoc zapewnić. Trzeba też stanowczo i głośno powtarzać, że osoby ujawniające przestępstwo nie działają na szkodę Kościoła, ale dla jego dobra, pomagając mu się oczyścić i uwolnić od pętającego go zła.

Może warto wspomnieć, że biuro delegata KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży planuje przygotować materiały do modlitwy, homilii i rozważań Drogi Krzyżowej na pierwszy piątek Wielkiego Postu, który jest dniem pokuty za grzech wykorzystania seksualnego małoletnich przez niektórych duchownych. Te materiały trafią do wszystkich polskich parafii. Także inicjatywy podejmowane spontanicznie i oddolnie w różnych środowiskach pokazują tę wolę oczyszczenia i służą zwróceniu baczniejszej uwagi na krzywdę dzieci. Według badań Fundacji Dzieci Niczyje 12,4 proc. dzieci w Polsce jest ofiarami wykorzystania seksualnego. Ta porażająca statystyka uświadamia nam, że dramat wykorzystania seksualnego małoletnich jest częścią szerszego problemu dotyczącego całego społeczeństwa. Przeciwdziałanie mu wymaga współpracy wielu środowisk i wszystkich, którym leży na sercu dobro dzieci i młodzieży.

Jesienią została, na razie w formie ustawy, a nie konkretnego składu osobowego, powołana państwowa komisja ds. wyjaśniania pedofilii. Ma ona identyfikować zaniedbania w wyjaśnianiu przypadków w środowiskach zajmujących się opieką małoletnich, także w Kościołach i związkach wyznaniowych. W jakim zakresie Kościół w Polsce może z nią współpracować?

– Gdy komisja faktycznie powstanie i zacznie działać, i gdy będą takie oczekiwania pod adresem Kościoła, to w miarę możliwości i posiadanych narzędzi będziemy z nią współpracować. Dziś jednak trudno powiedzieć, jak ta współpraca w szczegółach miałaby wyglądać, bo samej komisji jeszcze nie ma.

Jak w Kościele w Polsce realizowane są wskazania zawarte w obowiązującym od 1 czerwca br. motu proprio Vos estis lux mundi? I czy ogłoszenie tego dokumentu wpłynęło na liczbę zgłoszeń?

– Istnieją różne płaszczyzny działania wynikające z motu proprio. Jedną z nich była choćby konieczność nowelizacji samych wytycznych KEP. Zgodnie ze wskazaniem papieskiego dokumentu Konferencja Episkopatu ma obowiązek stworzenia spójnej, wiarygodnej i sprawnie działającej sieci przyjmującej zgłoszenia o wykorzystaniu małoletnich w Kościele. W tym względzie dokonaliśmy nowelizacji wspomnianych wytycznych, wskazując, że taką ogólnie dostępną siecią są diecezjalni i zakonni delegaci ds. ochrony dzieci i młodzieży. Zgodnie z motu proprio biskupi zadecydowali, aby ich nazwiska i szczegółowe dane kontaktowe były publikowane na ogólnodostępnych stronach internetowych diecezji i zakonów oraz – zgodnie ze wskazaniem papieskiego dokumentu – zostały przekazane Stolicy Apostolskiej. Druga sprawa dotyczy wiedzy na temat wskazań zawartych w papieskim dokumencie i przekładania ich na życiową praktykę. Zaraz po opublikowaniu dokumentu jako biskupi przeszliśmy szkolenie z zakresu norm zawartych w motu proprio.

Natomiast na pytanie, czy publikacja tego dokumentu spowodowała wzrost liczby zgłoszeń nie ma jednoznacznej odpowiedzi, bo nie było takich badań. Z całą pewnością większą liczbę zgłoszeń odnotowaliśmy po projekcji filmu braci Sekielskich, a także – mam takie sygnały – po odczytaniu w kościołach późniejszego listu biskupów [chodzi o list pasterski Rady Stałej KEP „Wrażliwość i wierność”, odczytany w kościołach 26 maja br. – KAI]. List ten zmotywował niektóre osoby do ujawnienia krzywdy, jakiej doznały.

Czy zgłoszenia dotyczą także księży biskupów?

– Dokument papieski wskazuje, że osoby skrzywdzone, a także inni, którzy mają taką wiedzę, mogą składać u arcybiskupa metropolity doniesienie na biskupa, gdy dana sprawa nie została rozwiązana we właściwy sposób. Wiem, że takich zgłoszeń w Polsce było kilka. Do mnie jako metropolity gnieźnieńskiego takie zgłoszenie na żadnego biskupa z mojej metropolii nie wpłynęło. Kilka takich spraw wpłynęło natomiast do mnie jako delegata KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży. Przekazałem je według kompetencji najpierw do rozeznania poszczególnym metropolitom, jednocześnie informując osobę zgłaszającą, że takiego przekazania dokonałem i dalej, informując biskupa, którego sprawa dotyczy, że takie zgłoszenie do mnie wpłynęło. Nie mam kompetencji, by dalej ten proces nadzorować. Tym zajmuje się już metropolita, któremu sprawę przekazałem i który – jeżeli rozeznał, że zgłoszenie ma podstawy – przekazał je Stolicy Apostolskiej, która z kolei wskazała dalszy tok postępowania.

Całą Polskę poruszyła ponownie, za sprawą pochówku, sprawa abp. Juliusza Paetza i zarzutów o molestowanie kleryków z poznańskiego seminarium. Czy jest szansa, że ta historia zostanie kiedyś dogłębnie i ostatecznie wyjaśniona?

– W tej sprawie arcybiskup Gądecki zrobił chyba wszystko, co mógł i nic więcej powiedzieć nie może. Sprawa była badana przez komisję z Watykanu, tam zapadały decyzje – także te dotyczące ograniczenia posługi dla abp. Paetza. Jeśli abp Gądecki chciałby coś więcej powiedzieć, to tylko w ścisłym związku ze Stolicą Apostolską. A pewnie najlepiej byłoby, gdyby sama Stolica Apostolska odpowiedziała na najważniejsze pytania związane z tą sprawą.

Będzie kontynuowana kwerenda zgłoszeń przypadków wykorzystania seksualnego osób małoletnich przez duchownych, zarówno po roku 1990, jak i wcześniejszych?

– W kwestii badania okresu przed 1990 rokiem podstawowa trudność polega na tym – tłumaczył to już niejednokrotnie o. Adam Żak SJ – że niewielka jest skuteczność odnajdywania w dokumentach śladów zgłaszania takich przypadków u przełożonych. Mamy do czynienia ze sprawami sprzed 1990 roku, ale są one zgłaszane dzisiaj. Natomiast ewentualna kwerenda archiwów kościelnych sprzed 1990 roku wydaje się być mało efektywna, bo z uwagi na uwarunkowania systemu komunistycznego po prostu niewiele można w nich znaleźć. Bardziej myślimy o kontynuowaniu kwerendy dotyczącej współczesności. Po marcowej kwerendzie doszły sprawy nowe, zgłoszone współcześnie, ale dotyczące przypadków z przeszłości. Trzeba więc tę kwerendę uzupełniać. Potrzebna jest także dogłębniejsza analiza danych już zebranych. Do tego się zobowiązaliśmy.

Będzie za to odpowiedzialne Biuro Delegata KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży czy Sekretariat Konferencji Episkopatu Polski?

– Będziemy współpracować w przygotowaniu takiego projektu. Przedstawię go na zebraniu plenarnym Konferencji Episkopatu, bo to ona zdecyduje o ostatecznym kształcie dalszych prac. Do współpracy zostaną też zaproszeni specjaliści.

Biuro Delegata KEP, Fundacja Świętego Józefa, Centrum Ochrony Dziecka, diecezjalni delegaci… Można by uznać, że jest to mnożenie bytów zajmujących się kwestią wykorzystywania seksualnego w Kościele.

– Nie mam takiego wrażenia. Biuro ma charakter koordynujący wszystkie działania. Służy pomocą delegatowi KEP, abym ja z kolei mógł służyć pomocą biskupom. Działalność biura ma też charakter informacyjny, wysyła ono m.in. ankiety do delegatów, abyśmy mieli wiedzę na jakim etapie wdrażania są diecezjalne wytyczne dotyczące prewencji. Biuro nie prowadzi żadnej działalności szkoleniowej. Ta jest w kompetencjach Centrum Ochrony Dziecka. Ojciec Żak i jego współpracownicy szkolą diecezja po diecezji, zakon po zakonie, mają bardzo wypełniony kalendarz. Wytyczne diecezjalne to owoc ich pracy. COD prowadzi też, we współpracy z Akademią Ignatianum w Krakowie, studia podyplomowe z zakresu problematyki wykorzystania małoletnich przez duchownych.

Episkopat przyjął w tym roku nowe zasady formacji kandydatów do kapłaństwa. Jakie są podstawowe założenia tego dokumentu?

– Impulsem do opracowania tych zasad było przyjęcie przez Stolicę Apostolską nowego, ramowego, obowiązującego w całym Kościele powszechnym, programu przygotowania do kapłaństwa. Zgodnie ze wskazaniami Stolicy Apostolskiej zadanie opracowania programu krajowego należało do poszczególnych Konferencji Episkopatu, które miały to robić we współpracy z Kongregacją ds. Duchowieństwa. My również byliśmy do tego zobowiązani. Współpracowaliśmy m.in. z sekretarzem Kongregacji abp. Jorge Wongiem, którego w Polsce gościliśmy. Dokument czeka teraz na recognitio Stolicy Apostolskiej.

Mówiąc krótko, chodzi o to, aby na współczesne wyzwania i oczekiwania odpowiedzieć bardziej adekwatnym modelem przygotowania do kapłaństwa. Główny trzon reformy nie dotyczy pojedynczych kwestii, choć zostały one wzmocnione i wpisane zgodnie z obowiązującymi dziś standardami, jak choćby te dotyczące ochrony dzieci i młodzieży. Podstawowym celem jest ukazanie, że proces formacyjny nie zawęża się jedynie do czasu studiów w seminarium, ale obejmuje cały okres życia i posługi kapłana. Można go podzielić na cztery etapy. Mamy najpierw rok propedeutyczny (wstępny) formacji, wprowadzony już pilotażowo w kilku diecezjach, także w archidiecezji gnieźnieńskiej, który po recognitio zacznie obowiązywać w całym Kościele w Polsce. Dalej jest etap „uczniowski”, a więc czas dojrzewania i bezpośredniego przygotowania do kapłaństwa w seminarium. Następnie okres praktycznego wchodzenia w realia życia kapłańskiego i wreszcie towarzyszenia młodym księżom w pierwszych latach kapłaństwa, zgodnie z tym, o czym mówił papież Franciszek. Całość zasad opiera się i ma pokazać, że droga do kapłaństwa – tak jak mówiłem – jest procesem. Dlatego dokument obszernie omawia też czas rozeznawania powołania w rodzinach i wspólnotach parafialnych. Nowość tkwi właśnie w ukazaniu tego procesu, a nie w poszczególnych rozwiązaniach.

Rzeczywistość jest jednak taka, że rok 2019 przyniósł znaczny spadek powołań do kapłaństwa. Kandydatów jest 20 proc. mniej niż w ub. roku. Jest to zjawisko złożone, ale na pierwszy plan wysuwa się słabnąca religijność młodzieży. Jak Kościół w Polsce na to zareaguje?

– Oczywiście diagnoza jest konieczna, ale nie możemy na niej poprzestawać. Sądzę, że rozwiązanie tego problemu leży z jednej strony w odpowiednio prowadzonym duszpasterstwie młodych na wszystkich jego szczeblach, z drugiej, w szeroko pojętej ewangelizacji. Mówi o tym pierwsza część dokumentu poświęconego zasadom formacji kapłańskiej: o docieraniu do serc i umysłów młodych ludzi i otwieraniu ich na prawdę powołania, niekoniecznie kapłańskiego, ale właśnie życia rozumianego i przeżywanego jako powołanie. Potrzebne jest towarzyszenie młodym w dojrzewaniu w wierze.

Inną sprawą, myślę kluczową dla stanu religijności młodzieży, jest wiarygodność Kościoła. Kryzysy i skandale na pewno tu nie pomagają. Konieczne jest oczyszczenie i jednocześnie nieustanne wychodzenie do młodych, bez zrażania się statystykami. Pokazywanie im, że bycie w Kościele ma sens, że pójście za Chrystusem ma sens. A więc ewangelizacja, towarzyszenie i bycie z młodymi.

Ale czy Kościół w Polsce dostrzega młodzież integralnie: nie tylko tę będącą jego częścią, ale też coraz liczniejszą grupę młodych obojętniejących na kwestie wiary?

– Jesteśmy świadomi takiego problemu. I tu pytanie, czy faktycznie wychodzimy do młodych, do wszystkich młodych. Mam wrażenie, że wciąż zadowalamy się tymi, którzy w Kościele jeszcze są, ale to zdecydowanie za mało. Trzeba wychodzić i szukać. Tak, jak mówi papież Franciszek – iść na peryferie. Musimy to robić odważniej i myślę tu nie tylko o księżach, z których wielu robi naprawę świetną ewangelizacyjną robotę. Myślę też o młodych ewangelizatorach, bo przecież młodych najlepiej ewangelizują sami młodzi.

Stanu wiary młodych nie da się oceniać bez spojrzenia na wiarę w rodzinach. Potrzeba w Polsce katechezy dorosłych?

– Z całą pewnością tak i jest to dla Kościoła spore wyzwanie. W moim przekonaniu powinniśmy proponować różne nowe formy katechezy dla dorosłych, pamiętając o rytmie ich życia i specyfice współczesnego świata. Dziś nie wystarczy ogłosić, że po Mszy świętej będzie katecheza dla dorosłych, bo nikt po prostu na nią nie przyjdzie. Trzeba szukać innych sposobów docierania do ludzi, wykorzystując choćby czas przygotowania dzieci do sakramentów. I tu znowu nie można poprzestawać tylko na instruowaniu i informowania rodziców odnośnie do przebiegu samej uroczystości, ale zachęcić ich do rozmowy, do przyjrzenia się własnemu życiu, do zastanowienia się, co się w ich życiu dzieje, jaka ta wiara jest, jeśli jest. Każdy człowiek, nawet nieświadomie, szuka odpowiedzi na te najważniejsze egzystencjalne pytania. To może być punkt wyjścia do późniejszej głębszej katechezy.

Pod koniec grudnia we Wrocławiu odbędzie się 42. Europejskie Spotkanie Młodych, na które przyjedzie młodzież z całego kontynentu. Te spotkania są szansą na ożywienie wiary młodego pokolenia?

– Byłem w ubiegłym roku w Madrycie i będę teraz z młodymi we Wrocławiu. Dla uczestników jest to na pewno okazja do wzmocnienia wiary, albo inaczej, do doświadczenia wspólnoty w wierze. Oczywiście jeśli chodzi o ożywienie wiary młodych w szerszej perspektywie, a więc o to, o czym była już mowa, to na pewno takie spotkania nie wystarczą, bo tutaj potrzeba systematycznej i wytrwałej pracy u podstaw. Europejskie Spotkania Młodych są jednak z całą pewnością świętem, oddechem i jednocześnie zachętą, przede wszystkim dla samych młodych, by z Jezusem do rówieśników wychodzili, by się swojej wiary nie wstydzili, by pokazali, że Kościół ma także takie oblicze.

Odebranie przez Olgę Tokarczuk literackiej Nagrody Nobla nie wzbudziło raczej zainteresowania w Kościele. Jest w nim nadal chęć tworzenia przestrzeni przyjaznej promowaniu polskiej kultury i sztuki czy też – jak ubolewa Krzysztof Zanussi – „trwa rozbrat Kościoła z kulturą”?

– Przez kulturę rozumiem to wszystko – jak mówił w UNESCO papież Jan Paweł II – co sprawia, że człowiek staje się bardziej człowiekiem. Nie mam wrażenia, że Kościół się z tej sfery wycofuje. Oczywiście są formy bardziej i mniej stosowne dla przestrzeni sakralnej. Trudno, by świątynia była miejscem prezentacji jakiegoś kontrowersyjnego czy awangardowego performance. Ale koncerty, spotkania jak choćby Verba Sacra, czasami wystawy nie naruszające powagi miejsca i nie zakłócające liturgii. Te przecież w wielu miejscach się odbywają.

Co do literatury – każdy czyta to, co lubi. Ja osobiście staram się czytać noblistów. Czytałem „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk. Nagroda Nobla jest z całą pewnością wielkim wyróżnieniem i osiągnięciem dla Autorki, ale jest też kolejnym ważnym i docenionym polskim wkładem w literaturę światową.

Z jakimi myślami Ksiądz Prymas żegna ten rok i jakie oczekiwania wiąże z przyszłym?

– Był to na pewno rok wielu wyzwań i trudności. Dziękuję Panu Bogu, że dawał nam światło w tych wszystkich kryzysowych sytuacjach, że przeprowadził nas przez wiele trudnych spraw, a mnie osobiście uczył pokory wobec wyzwań, przed jakimi zostałem postawiony. Co przed nami, zobaczymy. Ufam, że ten nadchodzący rok będzie dla Kościoła w Polsce, dla naszej Ojczyzny i dla każdego z nas po prostu rokiem nadziei.

Rozmawiał Łukasz Kasper / Gniezno

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Copy link
Powered by Social Snap