Nasze projekty

W tej relacji nie ma drogi na skróty

Bycie uczniem Jezusa to zawsze bezpośrednia relacja – bez znajomości, bez koneksji, bez pójścia na skróty. W każdym przypadku liczy się tylko Jego Słowo skierowane do człowieka i odpowiedź, której każdy z nas musi Mu udzielić.

Reklama

„Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi?” Tym pytaniem Jezus prowokuje słuchający Go tłum do wzięcia odpowiedzialności za budowanie z Nim relacji. Okazuje się, że kiedy i nam uda się odpowiedzieć na to pytanie, będziemy mogli dołączyć do grona tych, których Jezus uznaje za swoich najbliższych.

Scena, w której do Jezusa przychodzą Matka i bracia, była dla Ewangelistów tak ważna, że zawarli ją w swoich dziełach wszyscy synoptycy (por. Mt 12, 46-50; Mk 3, 21-35, Łk 8, 19-21). Nietrudno jednak zauważyć, że każdy opisał ją trochę inaczej, wpisując w swoje dzieło szerszą myśl teologiczną. Czytając ewangeliczną scenę, wydaje się, że Jezus wyparł się przybyłych do Niego krewnych. Pozornie.

Kto przyszedł z Maryją?

Nie jest tajemnicą, że w językach semickich do dzisiejszego dnia nazywa się braćmi także dalszych krewnych, przede wszystkim kuzynów. Po co daleko szukać – także w Polsce są rejony, w których nikogo nie dziwi określanie mianem „brat” czy „siostra” braci i sióstr ciotecznych. Podobnie w języku greckim, w którym Ewangelia została spisana, rzeczownik ὁ ἀδελφός nosi wiele znaczeń, wśród nich obok rodzonego brata także „krewniak”, „rodak”. Z czasem oczywiście także tym mianem zaczęto określać członków wspólnot chrześcijańskich.

Reklama
Reklama

Nie ma co doszukiwać się zatem teorii spiskowych, które sprawiły, że przez 2000 lat nikt nie doczytał w Ewangelii o rodzeństwie Jezusa. Maryja przyszła do syna z krewnymi, którzy żyli blisko niej – dla samotnej kobiety taka podróż nie byłaby bezpieczna, a jak twierdzą niektórzy komentatorzy, św. Józef już prawdopodobnie wtedy nie żył. Przez zwrot „Matka i bracia” Ewangeliści wprost wskazują nam właśnie na fakt, że do Jezusa przyszli ludzie z nim spokrewnieni. Tacy, których łączyła z Jezusem nie więź duchowa, ale biologiczna.

Jezus stawia sprawę jasno

To rozróżnienie rodzaju więzi jest bardzo ważne, gdy próbujemy zrozumieć omawianą scenę tak, jak widzieli ją ludzie współcześni Jezusowi. Dla Żydów więzy krwi miały znaczenie pierwszorzędne – pamiętajmy, że o wybraniu decydowała przede wszystkim przynależność do Narodu Wybranego. Pierwsze dekady chrześcijaństwa oznaczały dla ochrzczonych Żydów mierzenie się z faktem, że urodzenie się w tym samym narodzie, co Mesjasz, nie stawia ich wyżej od nawróconych pogan. A to właśnie dla tego środowiska w tym czasie powstawały Ewangelie. Święci Piotr i Paweł sami musieli przekroczyć bariery swojego myślenia, zastanawiając się, czy wolno głosić Ewangelię poganom i czego w ogóle można od nich wymagać (por. Dz 11, 16-18; 15, 1-6) – doszło między nimi nawet do konfliktu w tym temacie.

Najlepsze streszczenie nauki apostołów na temat znaczenia (czy też – braku znaczenia) więzów krwi i więzi biologicznych w kwestii bycia chrześcijaninem znajduje się w Liście do Galatów św. Pawła: „Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie. Jeżeli zaś należycie do Chrystusa, to jesteście też potomstwem Abrahama, dziedzicami zgodnie z obietnicą.” (Ga 3, 28-29). Zanim jednak pierwsi chrześcijanie poradzili sobie z tym skokiem myślowym, powoli byli do tego przygotowywani. Dlatego też Jezus od samego początku stawia sprawę jasno. Nie można czuć się lepszym z racji urodzenia czy innych koneksji. Jedynym wyznacznikiem jest słuchanie słowa Bożego i wypełnianie go.

Reklama
Reklama

Drogą jest… Maryja

I w tym miejscu pojawia się „ale”. Choć czytany pobieżnie tekst może sprawiać wrażenie, że Ewangelista przedstawia dwie odrębne grupy – osobno słuchających Jezusa, a osobno Jego krewnych, to przecież podział ten wcale nie jest taki oczywisty. „Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je” (Łk 8, 21). Gdybyśmy mieli znaleźć osobę, która spełnia te warunki, to czy nie będzie to Ta, o której św. Łukasz napisał już wcześniej: „Matka Jego chowała wiernie wszystkie te sprawy w swoim sercu” (Łk 2, 51b), o której Elżbieta powiedziała: „Błogosławiona, która uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Jej od Pana” (Łk 1, 45). To Ona sama uczy nas przecież odpowiedzi na Boże wezwanie: „niech mi się stanie według słowa twego” (Łk 1, 38).

Jezus wskazuje pewną barierę myślową, którą trzeba przekroczyć – św. Łukasz wspominając w tym miejscu Maryję nie stawia jej poza gronem uczniów Jezusa. Przeciwnie, po raz kolejny ukazuje nam Maryję jako wzór do naśladowania w wypełnianiu Słowa. Pokazuje, że choć nie można być uprzywilejowanym przed Jezusem, więź biologiczna nie wyklucza duchowej. Maryja należy do najbliższej rodziny Jezusa i najpełniej realizuje także te duchowe wymagania.

Nie wystarczy być blisko

Słowa Jezusa i postawa Maryi dają konkretną naukę przede wszystkim tym, którzy z jakichś powodów czują, jakby bardziej zasługiwali na miano uczniów – czy przez stan życia, czy przez zaangażowanie w życie Kościoła, czy może dosłownie przez bycie blisko „Bożych spraw” z racji konsekrowanego członka rodziny. Bycie uczniem Jezusa to zawsze bezpośrednia relacja – bez znajomości, bez koneksji, bez pójścia na skróty. W każdym przypadku liczy się tylko Jego Słowo skierowane do człowieka i odpowiedź, której każdy z nas musi Mu udzielić. Maryja uczy nas, że nie wystarczy być blisko Jezusa. Trzeba być blisko Niego w sposób odpowiedzialny, ze świadomością tego, że nikt inny tej relacji nie zbuduje.

Reklama
Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite