Nasze projekty
fot. YoTube/Emaus.Tv

Błogosławieni „na piątkę”

„Bóg Dobry bierze mnie do siebie. Nie żałuję, że w tak młodym wieku schodzę z tego świata. Teraz jestem w stanie łaski, a nie wiem czy później byłbym wiernym mym przyrzeczeniom Bogu oddanym” - pisał Franciszek Kęsy. Chwilę później położył głowę pod gilotyną.

Reklama

24 sierpnia 1942 roku, więzienie w Dreźnie. Ojciec Franz Bänsch OMI, oblat, w swojej niełatwej posłudze więziennego kapelana w gestapowskim więzieniu wiele już razy towarzyszył idącym na śmierć. Tym razem jednak wiedział, że uczestniczy w czymś wyjątkowym. Na wyraźną prośbę skazańców stał nieopodal gilotyny, trzymając we wzniesionej dłoni swój oblacki krzyż. Dzięki temu prowadzeni na stracenie więźniowie mogli ostanie spojrzenie na tym świecie posłać ku Temu, który był centrum ich – krótkiego jeszcze przecież – życia. Najmłodszy miał 19 lat, najstarszy – 23… I choć kapłan wiedział, że za robienie notatek o tym, czego świadkiem był za więziennym murem, groziło mu podzielenie losu skazańców, to zaryzykował, wpisując w parafialną księgę zgonów nazwiska zamordowanych: Czesław Jóźwiak, Edward Kaźmierski, Franciszek Kęsy, Edward Klinik, Jarogniew Wojciechowski. A na odwrotnej stronie wezwania do więzienia zanotował: „Dziś przeszli do wieczności ludzie święci”.

„Henia mi się podoba, Loda mi się podoba…”

Święci? Zwyczajni, młodzi ludzie. Czesiek, Franek, dwóch Edków i Jarogniew, zwany Jaroszem poznali się w salezjańskim oratorium w Poznaniu – tam razem bawili się, uczyli i modlili.

„Właściwie to mam dwa domy jeden na Łąkowej, drugi przy Wronieckiej 9. Nawet trudno powiedzieć, w którym spędzam więcej czasu. Dziś, na przykład, byłem na Wronieckiej trzy razy: przed południem, po południu u spowiedzi i wieczorem na zebraniu Towarzystwa św. Jana Bosko” – zanotował w swoim dzienniczku Edek Kaźmierski.

Reklama
Reklama

Myliłby się jednak ten, kto pomyślałby, że świętość od najmłodszych lat wypisana była na ich twarzach. Wiedli życie zwyczajnych nastolatków – uwielbiali wymyślać żarty, „urywali się” z lekcji, nauka nie zawsze przychodziła im z łatwością. To był też czas pierwszych miłości i konieczności dokonywania niełatwych wyborów.

„Widać, że zbliża się wiosna, bo moje serce zaczyna na całego wariować. Dotąd królowała w nim niepodzielnie Henia, a teraz zakradła się do niego Loda. Spokoju mi nie daje myśl o dziewczynkach. Czuję się tak, jakbym stał przed oknem wystawowym ze słodyczami. Wszystkie nęcą, a ja nie wiem, co wybrać. Mam ochotę wyciągnąć rękę po wszystkie. Henia mi się podoba, Loda mi się podoba, pewna Żydóweczka, którą niedawno poznałem – też mi się podoba, ale żadnej nie mam odwagi tego powiedzieć. Na razie wypowiadam swoje uczucia grą na skrzypcach. Na ostatniej lekcji ks. Piechura pochwalił mnie za postępy. Najgorsze, że na Heni i Lodzie się nie kończy. 21 maja, w czwartek, poszedłem na 600 na mszę, a potem pojechałem z Helą, Kaziem i Szypami do Gądek. Tam, w lesie, w czasie zabawy w „walkę narodów”, poznałem Zosię – uroczą blondynkę o niebieskich oczach” – czytamy w Edkowych zapiskach.

„Duch mój jest silny, nic go już nie złamie”

W radosną młodość brutalnie wkroczyła wojna. O takich, jak oni, mówi się dziś: Kolumbowie. Zamiast umawiać się na pierwsze randki i martwić się, jak powiedzieć rodzicom o dwójce z polskiego, musieli uczyć się ukrywania przed niemieckimi łapankami i stawiania oporu okupantom, działając w konspiracji. Przez rok służyli w szeregach Narodowej Organizacji Bojowej, ale we wrześniu 1940 roku zostali zadenuncjowani i oskarżeni o zdradę stanu. Więzieni i torturowani, nie stracili młodzieńczej pogody ducha. Franek Kaźmierski w jednym z grypsów do Edka pisał:

Reklama
Reklama

„Ja się mego humoru jeszcze nie pozbyłem, jeszcze figle płatam. Raz Jantyszkowi schowałem łyżkę i jedli ze Stefanem jedną. Ponieważ była dolewka, jedli bardzo długo. Edziowi „Bebisiowi” [Klinikowi] poprzestawiałem raz meble i na pokrywie kibla napisałem: „Achtung. Giftgas!” [Uwaga, gaz trujący!] i namalowałem trupią czaszkę”.

Ale to, co najważniejsze, działo się w ich sercach. Dojrzewali, zbliżając się coraz bardziej do Tego, który już na wolności pociągnął ich do Siebie. Jeszcze w okrytym złą sławą Forcie VII w Poznaniu, gdzie trafili zaraz po aresztowaniu i gdzie spotkały ich najstraszliwsze tortury, udało im się niepostrzeżenie wyciągnąć z kosza na śmieci zabrane im podczas rewizji różańce. Modlitwa dodawała im sił. Kiedy tylko mogli, modlili się wspólnie, narażając się na kpiny współosadzonych. W jednym z listów do rodziny Eda Kazimierski napisał:

„Jakaż to siła, ta nasza wiara. Są także tacy tutaj, którzy w nic nie wierzą. Jaka dla nich straszna ta niewola. Słychać tam tylko przekleństwa i złorzeczenia. A u tych, co mają silną wiarę spokój, a zamiast przekleństw sama radość. Duch mój jest silny i coraz silniejszy się staje. Nic go już nie załamie, bo go Bóg umocnił. Jestem na wszystko przygotowany, bo wiem, że wszystkim Bóg kieruje, dlatego we wszystkim widzę niepojęte myśli Boże”.

Reklama

A Edek Klinik w liście do siostry zwierzył się:

„Dzisiaj, mając już za sobą duży okres szkoły życiowej, patrzę inaczej na świat, gdyż więzienie bardzo zmienia człowieka. Dla niejednych staje się szkodliwym, dla innych zbawiennym. Ja i moi koledzy możemy powiedzieć, że dla nas jest i będzie tym drugim”.

„Do zobaczenia w Niebie”

Cierpienie ofiarowali za swoich prześladowców, a wyrok skazujący na śmierć za „przygotowanie do zdrady stanu” przyjęli ze spokojem. Z listów, pisanych na kilka chwil przed śmiercią, przebija pełna zgoda na Bożą wolę i radość z bliskiego spotkania z Panem.

„Jest 7.45 wieczorem. O godz. 8.30, tj. pół do dziewiątej zejdę z tego świata. Proszę was, tylko nie płaczcie, nie rozpaczajcie, nie przejmujcie się, Bóg tak chciał. Szczególnie zwracam się do Ciebie, Matusiu kochana, ofiaruj swój ból Matce Bożej Bolesnej, a Ona ukoi Twe zbolałe serce” – pisał Czesław Jóźwiak.

Edward Kaźmierski zwracał się do najbliższych: „O dziękujcie Najłaskawszemu Zbawcy, że nie wziął nas nieprzygotowanych z tego świata, lecz po pokucie, zaopatrzonych Ciałem Jezusa w dzień Marii W.W. O dziękujcie Bogu za Jego niepojęte miłosierdzie. Dał mi spokój. Pogodzony z Jego Przen. Wolą schodzę za chwilę z tego świata. Wszak On tak dobry, przebaczy nam. (…) Do upragnionego zobaczenia w niebie”.

A Franciszek Kęsy wprost zastanawiał się, czy gdyby umarł później byłby wciąż wierny Bogu: „Bóg Dobry bierze mnie do siebie. Nie żałuję, że w tak młodym wieku schodzę z tego świata. Teraz jestem w stanie łaski a nie wiem czy później byłbym wiernym mym przyrzeczeniom Bogu oddanym”.  

Jarogniew jako jedyny pisał list pożegnalny do siostry, a nie do rodziców, bo kiedy był w więzieniu zmarła jego mama: „Poznałem i przejrzałem dokładnie życie Matusi, Ojca, Twoje i swoje i dlatego jestem pewny, że będziesz się raczej ze mną cieszyć, a nie rozpaczać, bo dostępuję nadzwyczajnej łaski Bożej i odchodzę poznawszy gruntownie moją przeszłość, bez najmniejszego żalu”.

Kilka chwil po napisaniu tych listów, zaopatrzeni sakramentami, zostali kolejno wyprowadzeni na dziedziniec drezdeńskiego więzienia, gdzie czekała już gilotyna. Umierali, patrząc na krzyż. 

Kościół oficjalnie potwierdził ich świętość 13 czerwca 1999 roku, kiedy to Jan Paweł II na placu Zamkowym w Warszawie ogłosił ich błogosławionymi wśród 108 męczenników II wojny światowej.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę