ŚWIĘCI

Błogosławieni “na piatkę”

„Bóg Dobry bierze mnie do siebie. Nie żałuję, że w tak młodym wieku schodzę z tego świata. Teraz jestem w stanie łaski, a nie wiem czy później byłbym wiernym mym przyrzeczeniom Bogu oddanym” - pisał Franciszek Kęsy. Chwilę później położył głowę pod gilotyną.

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

24 sierpnia 1942 roku, więzienie w Dreźnie. Ojciec Franz Bänsch OMI, oblat, w swojej niełatwej posłudze więziennego kapelana w gestapowskim więzieniu wiele już razy towarzyszył idącym na śmierć. Tym razem jednak wiedział, że uczestniczy w czymś wyjątkowym. Na wyraźną prośbę skazańców stał nieopodal gilotyny, trzymając we wzniesionej dłoni swój oblacki krzyż. Dzięki temu prowadzeni na stracenie więźniowie mogli ostanie spojrzenie na tym świecie posłać ku Temu, który był centrum ich – krótkiego jeszcze przecież – życia. Najmłodszy miał 19 lat, najstarszy – 23… I choć kapłan wiedział, że za robienie notatek o tym, czego świadkiem był za więziennym murem, groziło mu podzielenie losu skazańców, to zaryzykował, wpisując w parafialną księgę zgonów nazwiska zamordowanych: Czesław Jóźwiak, Edward Kaźmierski, Franciszek Kęsy, Edward Klinik, Jarogniew Wojciechowski. A na odwrotnej stronie wezwania do więzienia zanotował: „Dziś przeszli do wieczności ludzie święci”.

 

“Henia mi się podoba, Loda mi się podoba…”

Święci? Zwyczajni, młodzi ludzie. Czesiek, Franek, dwóch Edków i Jarogniew, zwany Jaroszem poznali się w salezjańskim oratorium w Poznaniu – tam razem bawili się, uczyli i modlili.

„Właściwie to mam dwa domy jeden na Łąkowej, drugi przy Wronieckiej 9. Nawet trudno powiedzieć, w którym spędzam więcej czasu. Dziś, na przykład, byłem na Wronieckiej trzy razy: przed południem, po południu u spowiedzi i wieczorem na zebraniu Towarzystwa św. Jana Bosko”.

– zanotował w swoim dzienniczku Edek Kaźmierski.

Myliłby się jednak ten, kto pomyślałby, że świętość od najmłodszych lat wypisana była na ich twarzach. Wiedli życie zwyczajnych nastolatków – uwielbiali wymyślać żarty, „urywali się” z lekcji, nauka nie zawsze przychodziła im z łatwością. To był też czas pierwszych miłości i konieczności dokonywania niełatwych wyborów.

„Widać, że zbliża się wiosna, bo moje serce zaczyna na całego wariować. Dotąd królowała w nim niepodzielnie Henia, a teraz zakradła się do niego Loda. Spokoju mi nie daje myśl o dziewczynkach. Czuję się tak, jakbym stał przed oknem wystawowym ze słodyczami. Wszystkie nęcą, a ja nie wiem, co wybrać. Mam ochotę wyciągnąć rękę po wszystkie. Henia mi się podoba, Loda mi się podoba, pewna Żydóweczka, którą niedawno poznałem – też mi się podoba, ale żadnej nie mam odwagi tego powiedzieć. Na razie wypowiadam swoje uczucia grą na skrzypcach. Na ostatniej lekcji ks. Piechura pochwalił mnie za postępy. Najgorsze, że na Heni i Lodzie się nie kończy. 21 maja, w czwartek, poszedłem na 600 na mszę, a potem pojechałem z Helą, Kaziem i Szypami do Gądek. Tam, w lesie, w czasie zabawy w „walkę narodów”, poznałem Zosię – uroczą blondynkę o niebieskich oczach”

– czytamy w Edkowych zapiskach.

 

“Duch mój jest silny, nic go już nie złamie”

W radosną młodość brutalnie wkroczyła wojna. O takich, jak oni, mówi się dziś: Kolumbowie. Zamiast umawiać się na pierwsze randki i martwić się, jak powiedzieć rodzicom o dwójce z polskiego, musieli uczyć się ukrywania przed niemieckimi łapankami i stawiania oporu okupantom, działając w konspiracji. Przez rok służyli w szeregach Narodowej Organizacji Bojowej, ale we wrześniu 1940 roku zostali zadenuncjowani i oskarżeni o zdradę stanu. Więzieni i torturowani, nie stracili młodzieńczej pogody ducha. Franek Kaźmierski w jednym z grypsów do Edka pisał:

„Ja się mego humoru jeszcze nie pozbyłem, jeszcze figle płatam. Raz Jantyszkowi schowałem łyżkę i jedli ze Stefanem jedną. Ponieważ była dolewka, jedli bardzo długo. Edziowi “Bebisiowi” [Klinikowi] poprzestawiałem raz meble i na pokrywie kibla napisałem: “Achtung. Giftgas!” [Uwaga, gaz trujący!] i namalowałem trupią czaszkę”.

Ale to, co najważniejsze, działo się w ich sercach. Dojrzewali, zbliżając się coraz bardziej do Tego, który już na wolności pociągnął ich do Siebie. Jeszcze w okrytym złą sławą Forcie VII w Poznaniu, gdzie trafili zaraz po aresztowaniu i gdzie spotkały ich najstraszliwsze tortury, udało im się niepostrzeżenie wyciągnąć z kosza na śmieci zabrane im podczas rewizji różańce. Modlitwa dodawała im sił. Kiedy tylko mogli, modlili się wspólnie, narażając się na kpiny współosadzonych. W jednym z listów do rodziny Eda Kazimierski napisał:

„Jakaż to siła, ta nasza wiara. Są także tacy tutaj, którzy w nic nie wierzą. Jaka dla nich straszna ta niewola. Słychać tam tylko przekleństwa i złorzeczenia. A u tych, co mają silną wiarę spokój, a zamiast przekleństw sama radość. Duch mój jest silny i coraz silniejszy się staje. Nic go już nie załamie, bo go Bóg umocnił. Jestem na wszystko przygotowany, bo wiem, że wszystkim Bóg kieruje, dlatego we wszystkim widzę niepojęte myśli Boże”.

A Edek Klinik w liście do siostry zwierzył się:

„Dzisiaj, mając już za sobą duży okres szkoły życiowej, patrzę inaczej na świat, gdyż więzienie bardzo zmienia człowieka. Dla niejednych staje się szkodliwym, dla innych zbawiennym. Ja i moi koledzy możemy powiedzieć, że dla nas jest i będzie tym drugim”.

 

“Do zobaczenia w Niebie”

Cierpienie ofiarowali za swoich prześladowców, a wyrok skazujący na śmierć za “przygotowanie do zdrady stanu” przyjęli ze spokojem. Z listów, pisanych na kilka chwil przed śmiercią, przebija pełna zgoda na Bożą wolę i radość z bliskiego spotkania z Panem.

„Jest 7.45 wieczorem. O godz. 8.30, tj. pół do dziewiątej zejdę z tego świata. Proszę was, tylko nie płaczcie, nie rozpaczajcie, nie przejmujcie się, Bóg tak chciał. Szczególnie zwracam się do Ciebie, Matusiu kochana, ofiaruj swój ból Matce Bożej Bolesnej, a Ona ukoi Twe zbolałe serce”.

– pisał Czesław Jóźwiak. Edward Kaźmierski zwracał się do najbliższych:

„O dziękujcie Najłaskawszemu Zbawcy, że nie wziął nas nieprzygotowanych z tego świata, lecz po pokucie, zaopatrzonych Ciałem Jezusa w dzień Marii W.W. O dziękujcie Bogu za Jego niepojęte miłosierdzie. Dał mi spokój. Pogodzony z Jego Przen. Wolą schodzę za chwilę z tego świata. Wszak On tak dobry, przebaczy nam. (…) Do upragnionego zobaczenia w niebie”.

A Franciszek Kęsy wprost zastanawiał się, czy gdyby umarł później byłby wciąż wierny Bogu:

„Bóg Dobry bierze mnie do siebie. Nie żałuję, że w tak młodym wieku schodzę z tego świata. Teraz jestem w stanie łaski a nie wiem czy później byłbym wiernym mym przyrzeczeniom Bogu oddanym”.  

Jarogniew jako jedyny pisał list pożegnalny do siostry, a nie do rodziców, bo kiedy był w więzieniu zmarła jego mama:

„Poznałem i przejrzałem dokładnie życie Matusi, Ojca, Twoje i swoje i dlatego jestem pewny, że będziesz się raczej ze mną cieszyć, a nie rozpaczać, bo dostępuję nadzwyczajnej łaski Bożej i odchodzę poznawszy gruntownie moją przeszłość, bez najmniejszego żalu”.

Kilka chwil po napisaniu tych listów, zaopatrzeni sakramentami, zostali kolejno wyprowadzeni na dziedziniec drezdeńskiego więzienia, gdzie czekała już gilotyna. Umierali, patrząc na krzyż. 

Kościół oficjalnie potwierdził ich świętość 13 czerwca 1999 roku, kiedy to Jan Paweł II na placu Zamkowym w Warszawie ogłosił ich błogosławionymi wśród 108 męczenników II wojny światowej.

 

Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >
ŚWIĘCI

Róża z Limy. Pierwsza święta z Ameryki

Od najmłodszych lat cechowała Różę szczególna pobożność, już jako dziecko złożyła Bogu ślub czystości. Jest jedną z najpopularniejszych świętych Ameryki. Wspominamy ją w Kościele 23 sierpnia.

Polub nas na Facebooku!

Urodzona 20 kwietnia 1586 r. w Limie Isabel Flores de Oliva pochodziła ze szlacheckiej rodziny, mającej swe korzenie w Hiszpanii. Wszyscy potocznie nazywali ją Różą ze względu na jej delikatną cerę. Rodzice dbali o jej dobre wykształcenie i wychowanie. Od najmłodszych lat cechowała Różę szczególna pobożność, już jako dziecko złożyła Bogu ślub czystości. Gdy rodzice chcieli wydać ją za bogatego mężczyznę, stanowczo się opierała, przez co była nękana przez matkę.

Róża inspirowała się przykładem św. Katarzyny ze Sieny, dlatego tak jak ona została tercjarką dominikańską. W domu rodzinnym założyła przytułek dla potrzebujących, w którym osobiście zajmowała się opuszczonymi dziećmi i starcami, zwłaszcza pochodzenia indiańskiego. W 1609 r. całkowicie poświęciła się modlitwie.

Żyła w celi liczącej dwa metry kwadratowe, zbudowanej w ogrodzie rodzinnego domu. Wychodziła z niej jedynie do kościoła. Żyła niezwykle surowo, w Wielkim Poście Róża zwykła jadać dziennie tylko 5 pestek cytryny. Przeżywała także duchowe ciemności, nie czując Bożej obecności przez kilkanaście lat.

Niektórzy, patrząc na ascetyczne życie, posty i gorliwą modlitwę Róży, uważali ją za obłąkaną. Oddając swoje cierpienia Chrystusowi znosiła wiele upokorzeń i obelg ze strony otoczenia. Wycieńczona umartwieniami zmarła 24 sierpnia 1617 r., dokładnie w dzień, który sama przepowiedziała na swoją śmierć.

Beatyfikował ją w 1668 r. papież Klemens IX, a kanonizował już trzy lata później Klemens X. Wspomnienie liturgiczne św. Róży obchodzone jest 23 sierpnia. Jest ona patronką Ameryki, a także Filipin. Patronuje kwiaciarkom i ogrodnikom. Przy jej relikwiach modlił się w 1988 r. papież Jan Paweł II, podczas swej wizyty w Peru.


KAI/ot

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Copy link
Powered by Social Snap