Nasze projekty
Dawid Gospodarek

Już nic nie muszę!

Mam TERAZ, a teraz dzieją się rzeczy piękne. Dlaczego ja? Bo jestem gotowy.

Reklama

Wystarczyło spojrzeć w oczy lekarza, żebym widział, że to poważna sprawa. W Centrum Onkologii z pewnością już setki razy przekazywał pacjentom takie informacje, ale i tak sprawiał wrażenie, jakby robił to pierwszy raz. Na twarzy powaga, przebijająca się troska, może trochę zakłopotania. Wszystko w jakiejś aurze tajemniczości, to miało w sobie coś z misterium. Niby nie wyrok, ale trochę tak. Rzecz niezawiniona przecież. A ja – pacjent młody, lekko ponad 20 lat. Z widocznym chyba optymizmem życiowym, pełen zapału, ale teraz też niepewności.

Lekarz profesjonalnie, niczego nie kolorując, zaczął opowiadać. Że nowotwory, że złośliwe i agresywne, że już na szczęście przypadkiem wykryte. Ale i tak nie jest w stanie zapewnić, czy po wycięciu guzów, zalewaniu chemią i innych naświetlaniach dojdę do pełni zdrowia. No, po prostu, czy to wszystko przeżyję. Opowiedział o kilku przypadkach, w których terapia skończyła się sukcesem, ale też o takich, które za dużo nie dały, albo tylko, delikatnie mówiąc, uprzykrzyły ostatnie tygodnie życia. Zarysował różne możliwości mojego leczenia, opowiedział o możliwych przykrych skutkach chemioterapii, zaproponował kilka lektur, dał namiary na psychiatrę, psychoterapeutę i onkologiczne grupy wsparcia. Wiedząc, że studiuję teologię, śmiało wspomniał o kapucynach, którzy duszpasterzują w Centrum.

Nie wiem, czy pozachodziły u mnie jakieś mechanizmy wyparcia czy inne obronne, ale pamiętam, że od początku byłem w tym wszystkim spokojny i miałem w sobie zgodę. I na chorobę i na śmierć. Wydaje mi się, że o wiele trudniej z moją chorobą radzili sobie moi bliscy. Ja miałem dużo wsparcia – i od nich, i od kierownika duchowego, i z modlitwy, lectio divina. Męczyła mnie, co prawda, świadomość totalnej bezsilności i mocne doświadczenie braku samowystarczalności, ale to była raczej kwestia mojej niedojrzałości, którą te przeżycia zmusiły do intensywnego rozwoju.

Reklama
Reklama

Miałem oczywiście dużo marzeń i planów, było we mnie sporo żalu, że może nigdy nie będę mógł ich zrealizować. Z czasem jednak doszło duże poczucie wolności – że przecież nic nie muszę. Że mam TERAZ, a teraz dzieją się rzeczy piękne. I rzeczywiście – długie rozmowy z innymi pacjentami o sensie życia, chorobie, obecności Boga w tym wszystkim. Towarzyszenie, obserwowanie tego, jak sobie radzą inni. Bycie świadkiem pięknych nawróceń, dochodzenia do zdrowia i śmierci.

Przewinęło się oczywiście – jakoś na początku świadomego zmagania z nowotworem – pełne żalu pytanie do Boga „dlaczego ja”. Ale bardzo szybko przyszła też odpowiedź – bo jestem gotowy. Bo to teraz dla mnie, i może też innych jest dobre. Po prostu tak tego doświadczałem. Nie miałem w sobie buntu wobec aktualnego stanu, nie wykrzykiwałem Bogu jakichś pretensji. Bo jak nie ja, to kto? A naprawdę czułem się gotowy na dobre przeżycie tego wszystkiego i świadomy, że nawet jeśli w niedługim czasie mam umrzeć, to ten czas jest pięknym darem umożliwiającym dobre przygotowanie się do śmierci.

Reklama
Reklama

pexels-photo-196988

Gdyby mnie ktoś zapytał, jak rozmawiać z osobami zmagającymi się z rakiem, z tymi, które może spodziewają się śmierci, nie umiałbym odpowiedzieć. Każdy jest inny, każdy ma inną wrażliwość, inną historię, każdy jest na innym etapie rozwoju i życia.

Wiem, że mi w dobrym przeżyciu tego czasu pomogła po pierwsze dobra relacja z Bogiem. Bogiem, którego z teologii i doświadczenia znałem jako Tego, w którym nie ma idei zła, jest po prostu dobry. Skoro jest dobry, a dzieją się ze mną rzeczy, których nie rozumiem, to nawet bez zrozumienia (chociaż to czasem boli), mogę przeżyć je dobrze i z Nim. W Jego miłości i łasce. I wdzięczności, że to moje cierpienie, zmaganie, jest kolejną rzeczą, która upodabnia mnie do Boskiego Mistrza, która pomaga mi się z Nim zjednoczyć i do Niego przylgnąć.

Reklama

Po drugie – mocne doświadczenie tego, że cokolwiek by się działo – nie jestem sam. Że zawsze mam do kogo się odezwać, kogo poprosić o pomoc. Że moja Rodzina i bliscy naprawdę stanęli na wysokości zadania, wykazując się ogromnym wyczuciem, troską, zaangażowaniem. Świadomość, jak wiele osób na całym świecie modli się za mnie, naprawdę mnie niosła.

Już w czasie choroby i leczenia (co, zapewniam, nie jest ani trochę przyjemne, ani łatwe), mogłem szczerze dziękować Bogu za raka. Za to doświadczenie skończoności, śmiertelności, trudu i zmagania. Za świetną przestrzeń do lepszego poznania siebie i okazję do rozwoju. Z perspektywy kilku lat ta wdzięczność naprawdę wzrasta. Nie tylko dlatego, że wyzdrowiałem, ale przede wszystkim widzę lepiej ogrom dobra, jaki dokonał się we mnie i dookoła mnie.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite