Dziesięcina XXI wieku

Wielokrotnie trafiłam na zdanie „portfel nawraca się ostatni”. To doświadczenie bliskie jest wielu osobom, które konkretnie zaprosiły Jezusa do swojego życia. Łatwo było powiedzieć: Panie, oddaję Ci WSZYSTKO! Ale kiedy to „wszystko” oznacza także: „oddaję Ci część moich pieniędzy”, to deklaracja przestaje być wzniośle brzmiącymi słowami, a staje się boleśnie rzeczywista.

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dziesięcina XXI wieku
Wielokrotnie trafiłam na zdanie „portfel nawraca się ostatni”. To doświadczenie bliskie jest wielu osobom, które konkretnie zaprosiły Jezusa do swojego życia. Łatwo było powiedzieć: Panie, oddaję Ci WSZYSTKO! Ale kiedy to „wszystko” oznacza także: „oddaję Ci część moich pieniędzy”, to deklaracja przestaje być wzniośle brzmiącymi słowami, a staje się boleśnie rzeczywista.

Dziesięcina – słowo, które wielu kojarzy się ze starotestamentalnymi zasadami. I słusznie – już od czasów Mojżesza oddawanie 10% swoich dóbr było wpisane w prawo Izraela. Chrześcijanie gdzieś zagubili ten zwyczaj, ale w ostatnich latach coraz częściej spotyka się ludzi, którzy każdego miesiąca 10% swoich dochodów dobrowolnie oddają na potrzeby Kościoła i bliźnich.

– Trzeba pamiętać, że dawanie dziesięciny to nie jest obowiązek – podkreśla Franciszek Kucharczak, redaktor Gościa Niedzielnego i lider Wspólnoty Jezusa Miłosiernego w Rybniku. – Dziesięcina to konkretny dowód na to, że ufamy Bogu. Dzięki niej mogę bardzo namacalnie samemu sobie pokazać, że wszystko co mam należy do Boga. A On jest tak łaskawy, że daje mi to wszystko – ja mu z tego tylko 10% odpalam. To nie jest wielki wyczyn ani łaska, którą robię Bogu! Traktuję te oddawane pieniądze jakby nie były moje – nie zarobiłbym ich gdyby nie łaska Boża. Więc gdybym zostawił je dla siebie, to czułbym się jak złodziej…

 

Co to znaczy „oddać wszystko”

Poszukując informacji o dziesięcinie, wielokrotnie trafiłam na zdanie „portfel nawraca się ostatni”. To doświadczenie bliskie jest wielu osobom, które konkretnie zaprosiły Jezusa do swojego życia. Łatwo było powiedzieć: Panie, oddaję Ci WSZYSTKO! Ale kiedy to „wszystko” oznacza także: „oddaję Ci część moich pieniędzy”, to deklaracja przestaje być wzniośle brzmiącymi słowami, a staje się boleśnie rzeczywista. Wielu przy pierwszych przelewach drży ręka…

W dziesięcinie nie chodzi o kwotę, ale o serce. Jeżeli oddawanie jednej dziesiątej dochodu wydaje się początkowo nie do przeskoczenia, można zacząć od mniejszych kwot. Ważna jest gotowość: Panie Boże, to są Twoje pieniądze, ja jestem tylko ich zarządcą. Sednem jest zaufanie, dlatego warto przekazywać pieniądze nie z tego, co zostanie na koncie po całym miesiącu, ale zaraz po wypłacie, kiedy nie wiem jeszcze, jakie wydatki czekają mnie w ciągu najbliższych tygodni.

 

To nie wymiana handlowa

Katarzyna Kuricka jest żoną, mamą dwóch kilkuletnich szkrabów i autorką bloga. Jej mąż – o którym pisze zawsze Mój Niezwykły Mąż (MNM) – od półtora roku choruje na agresywny nowotwór mózgu, obecnie jest w stanie paliatywnym. Kilka dni temu na swoim blogu podzieliła się swoim doświadczeniem dziesięciny:

W połowie 2017 r. zdecydowaliśmy się na oddawanie dziesięciny. Dla mnie było to trudne. Pieniądze traktowałam jako bezpieczne zaplecze. Trudno było mi się nimi dzielić. Nie mogłam się zdecydować ile, jak i gdzie je przekazywać. Dopiero później zrozumiałam, że chodzi o serce. Ale wszystko zaczęło się od zwykłej decyzji i przelewu wykonanego z nieco zaciśniętymi zębami. Poszło. To, co było później, jest świadectwem tego, że Bóg oddaje o wiele więcej. Nie tylko duchowo, ale także konkretnie materialnie. Kiedy w kwietniu 2018 r. okazało się, że MNM jest chory, dostaliśmy od znajomych zrzutkę pieniędzy. Wiecie ile tam było? Więcej niż przekazaliśmy w ramach dziesięciny do tej pory! Od tego czasu błogosławieństwo finansowe nas nie opuszcza. Przypadek? Nie brakuje nam niczego pomimo tego, że MNM ani ja nie pracujemy zawodowo.

W świadectwach wielu osób, składających dziesięcinę, powtarza się ten sam motyw: ja oddaję trochę, Pan Bóg daje mi o wiele więcej. Oczywiście nie może tu być mowy o wymianie handlowej – oddam, licząc na zysk! Ale Pan Bóg często odpowiada na ludzkie zaangażowanie swoim błogosławieństwem, nie tylko finansowym.

Ks. Łukasz Płaszewski, duszpasterz Wspólnoty Ewangelizacji „Rafael” z Rudy Śląskiej, na co dzień pracuje w kurii archidiecezjalnej i nie jest na stałe przypisany do żadnej z parafii. Jako, że podstawą osobistych dochodów kapłana są ofiary pochodzące ze sprawowanych mszy świętych, księża pracujący w kurii zazwyczaj pomagają w parafiach, w których brakuje duszpasterzy. – W pewnym momencie dojrzeliśmy we Wspólnocie do tego, żeby składać dziesięcinę na cele ewangelizacyjne. Jako duszpasterz wspólnoty wiedziałem, że muszę dać przykład, zawierzyłem więc swoje finanse Panu Bogu. Trzy miesiące później proboszcz, któremu pomagałem, poinformował mnie, że z końcem sierpnia do parafii przychodzi emerytowany kapłan, więc nie będzie już dla mnie intencji. Najpierw zacząłem szukać, kombinować, ale potem stanąłem przed Panem i powiedziałem: Ty zatroszcz się o moje utrzymanie. Długo nic się nie działo, aż w samej końcówce sierpnia spotkałem jednego z proboszczów, który akurat szukał kapłana do pomocy w odprawianiu mszy. Co więcej – chodziło wyłącznie o msze poranne, które łatwo było pogodzić z moimi obowiązkami. Dzięki temu uporządkował się mój dzień – codziennie wstaję o 5:00, odbywam medytację i jadę do parafii, gdzie posługuję w konfesjonale i odprawiam Eucharystię. Każdy dzień zaczynam od spraw najważniejszych, potem rzucam się w wir obowiązków. Dałem Panu Bogu cząstkę, a On zatroszczył się o znacznie więcej – cieszy się ks. Łukasz i dodaje – wierzę, że Bóg się troszczy o nasze życie. Z tej wiary wynika moje przekonanie, że wszystko  Mu zawdzięczam: moje umiejętności, moje studia, moją pracę, wspólnotę i  moje zarobki. Dzięki dziesięcinie uczę się wolności i zaufania Bogu.

 

Nie z tego świata

– Kiedyś staliśmy pod kościołem po jednym ze spotkań wspólnoty i zastanawialiśmy się, na co przeznaczyć dziesięcinę – wspomina Franciszek Kucharczak. – Wtedy dotarło do mnie, jak bardzo chrześcijaństwo nie jest z tego świata. Wszyscy wokół martwią się tym, skąd wytrzasnąć pieniądze, a tu stoi grupka wariatów i zastanawia się, komu je dać…

Na co przeznaczyć pieniądze z dziesięciny? Tak naprawdę nie ma żadnej reguły. Niektórzy wybierają stały cel – może nim być parafia, wspólnota w której się formują, fundacja czy stowarzyszenie działające na rzecz ubogich, pomoc misjonarzom… Inni mają uszy i oczy otwarte na pojawiające się obok nich potrzeby i każdego miesiąca wspierają kogoś innego. Bożena i Henryk Zimnol z Chybia uznali, że cel najlepiej skonsultować z Panem Bogiem. – Byliśmy w tym roku nad morzem – opowiada Henryk. – Akurat był czas, kiedy należało posłać dziesięcinę. Przyszło nam do głowy, żeby przeznaczyć ją na kościół w tej miejscowości. Podczas modlitwy wziąłem Pismo Święte, otwarła się księga Aggeusza. To tylko 2 rozdziały, więc trafić na nią jest po ludzku niezwykle trudno. Od razu wzrok padł na jeden z wersetów:
Czy to jest czas stosowny dla was, byście spoczywali w domach wyłożonych płytami, podczas gdy ten dom leży w gruzach? ( Ag 1, 4)
Nie bardzo to rozumiałem, bo kościół nie był zaniedbany. Poszliśmy do proboszcza i zapytałem czy jest jakaś potrzeba w jego parafii?
Proboszcz bardzo się ucieszył, bo właśnie rozpoczął zbiórkę na nowe tabernakulum do kościoła. A że parafia mała to każda ofiara jest potrzebna. Potem przypomniałem sobie, że Tabernaculum oznacza dom – dom Boży…

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Nowy Rok: sprawdź, jak się miewasz

Wiele osób przeżywa koniec starego roku i początek nowego jak deadline, na który trzeba być gotowym. Rozliczonym z czasem do 31 grudnia i uzbrojonym w postanowienia od 1 stycznia. Dla niektórych jednak te podsumowania są gorzkie, a widoki na przyszłość obciążone lękiem.

Małgorzata Rybak
Małgorzata
Rybak
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nowy Rok: sprawdź, jak się miewasz
Wiele osób przeżywa koniec starego roku i początek nowego jak deadline, na który trzeba być gotowym. Rozliczonym z czasem do 31 grudnia i uzbrojonym w postanowienia od 1 stycznia. Dla niektórych jednak te podsumowania są gorzkie, a widoki na przyszłość obciążone lękiem.

Na pewno odsłania to coś ze stosunku, jaki mamy do siebie samych: czy bardziej jest to życzliwość dla siebie i poszukiwanie wsparcia, czy krytyka i wyznaczanie sobie rygorystycznych celów. Myślenie o przełomie roku jak o zdawaniu do następnej klasy, ma też źródło we współczesnej kulturze, opartej na produktywności i ocenianiu, która wartość człowieka mierzy tym, co osiągnął i jak się zaprezentował.

Można jednak spróbować przywitać Nowy Rok inaczej. Zaprosić siebie na przyjazne, kameralne spotkanie z samym sobą. Warto na przełomie roku znaleźć czas, który poświęcimy tylko i wyłącznie sobie. Nie po to, by sobie dokopać, siebie ocenić i „wyznaczyć nowe cele”, ale po to, by sprawdzić, co u mnie słychać. Jak się miewam. Jak mi jest. I czego potrzebuję.

 

Bądź dla siebie przyjacielem

Nie wiem, co wam pomoże w takim spotkaniu – mi pomaga potraktowanie siebie z wielką życzliwością. Jak przyjaciółkę, siostrę albo małą dziewczynkę, dziecko. Ta perspektywa pozwala mi czerpać z innego miejsca w sobie niż „wymaganie od siebie” czy krytycyzm, którego odnośnie siebie ciągle mam zbyt wiele. I nie mam poczucia, że on mnie w życiu wspiera.

Jeśli zdecydujesz się umówić na takie spotkanie, zadbaj o to, by było ci wygodnie i dobrze. Niech to będzie bezpieczne i ulubione miejsce – obojętnie, czy to będzie kawiarnia na mieście czy stary fotel w domu z widokiem przez okno albo na kominek. Zrób sobie kubek herbaty i daj sobie więcej czasu niż pięć minut, w czasie których jedną ręką będziesz odpowiadać na sms-y, a drugą pisać listę zakupów. Przecież to spotkanie z kimś ważnym. Będziesz rozmawiać z wyjątkową osobą.

Może to będzie coś, co robisz często, a może spróbujesz po raz pierwszy – zapytać siebie, co u ciebie słychać. Jak się czujesz? Czy to bardziej spokój i pogoda, czy raczej niepokój albo irytacja? Warto sprawdzić, dlaczego.

I jeśli masz ochotę, możesz zaprosić siebie do takiego spojrzenia na miniony rok. Zacząć od opowieści o tym, co było dla ciebie najważniejsze. Co było przełomowe. Jakie rzeczy były trudne, a które napełniają cię wdzięcznością. Jakie sytuacje, wydarzenia i ludzie były szczególnym obdarowaniem.

 

Nie bój się pytać

W tym budowaniu bliskości ze sobą możesz spotkać się też z różnymi kawałkami siebie. Zaprosić do tej rozmowy swoje ciało. Możesz spojrzeć na nie jak na dziecko, które bez ciebie sobie nie poradzi – jeśli nie zatroszczysz się o nie, jest całkiem bezbronne. Może co najwyżej zastrajkować, gdy czuje się zapomniane. Zapytaj, co je boli, gdzie czuje się przeciążone, co dało mu najbardziej w kość. I sprawdź: „O co mnie prosisz?”. Ból pleców może prosić o więcej ruchu. Ból głowy o mniej stresu i mniej brania na siebie niemożliwych zadań. Ciało jest bardzo mądre. Może odpowie ci, że wcale nie chce biegać, ale prosi o zabranie go na spacer. Albo o więcej snu.

Gdy usłyszysz w tej rozmowie swoje ciało, możesz przywitać się z kolejną sferą, która jest z nim integralnie powiązana – z uczuciami. To może być jak spotkanie dobrze znających się przyjaciół, albo kogoś, kto z rzadka się widuje. Zależy od tego, czy zauważasz swoje uczucia, rozumiesz je i próbujesz je regulować. Możesz wziąć do rąk swój smutek i zapytać, jakie straty nie zostały jeszcze opłakane. I tam, gdzie czujesz się bezradny/a, sprawdzić, gdzie możesz poszukać wsparcia. Możesz posłuchać swojej złości, która sygnalizuje, że ważne potrzeby i granice zostały naruszone. I dlatego potrzeba potraktować siebie poważnie. Może coś zmienić – zamiast bezproduktywnego wkurzania się i trwania w tym, co nie służy. Możesz zapytać, jak się miewa twój lęk – czy jest jak anioł, który strzeże przed szkodą i nadmiernym ryzykiem, czy raczej już działa jak paralizator, który nie pozwala cieszyć się życiem i obecnością w nim innych ludzi.

Ma sens, by ten dialog z uczuciami prowadzić z wielką czułością i delikatnością – wszystko, co jest w nas, jest tam z jakiejś przyczyny i także czemuś służy oraz o coś dba. Dlatego też żadne decyzje, że „od dzisiaj nie będę się bać”, nie mają szans powodzenia. Mogę siebie zapytać: czego potrzebuję, by bać się mniej? Kogo mogę prosić o pomoc?

Podobnie możesz rozmawiać z własnym intelektem: czy prosi cię o nauczenie się czegoś nowego, czy przeciwnie – o redukcję ilości informacji? Możesz spojrzeć na swoją duchowość i sprawdzać, czy obraz Boga, jaki w sobie nosisz, pozwala ci patrzeć na siebie Jego oczami, pełnymi miłości i życzliwości.

Zawsze pomaga pytanie: „Czego potrzebuję najbardziej?”. Dzięki niemu można wychodzić z wiecznej spiny do takiego rodzaju życia, jakie bardziej sprzyja tworzeniu relacji i jest bardziej ludzkie niż niejeden wyścig, do jakiego zaprzęgamy siebie. A nie warto zaczynać nowego roku od wyścigu.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Małgorzata Rybak

Małgorzata Rybak

Od 2002 żona Andrzeja, mama trójki dzieci. Anglistka, certyfikowany trener pracy z grupą. Autorka książek: "Raz się żyje. Przewodnik po work-life balance" oraz "Wygrane małżeństwo. Jak ochronić miłość?". Prowadzi warsztaty rozwojowe oraz własnego bloga na stronie malgorzata-rybak.pl.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Małgorzata Rybak
Małgorzata
Rybak
zobacz artykuly tego autora >