Nasze projekty

Ciemny las, mgła. O żałobie

Czytania przełomu między jednym a drugim rokiem liturgicznym przynoszą kolejne wizje końca świata: zmiany jakości, wyjaśnienia tajemnic, nowej i nieskończonej rzeczywistości. Słuchając ich czułam, że bardzo dotykają tego, co noszę w sobie od prawie dwóch miesięcy.

Reklama

Prawie dwa miesiące temu moja siostra, moja towarzyszka przygód, przewodniczka, Ta, Która Rozumiała Żarty odeszła, żeby poznać odpowiedzi na wszystkie pytania. W jednej minucie stała się mądrzejsza od wszystkich żyjących. Przez ostatnie dni wędrowałyśmy dłoń w dłoni, we mgle, w niepewności – ale razem. I potem, w jednej chwili – zostałam sama. Nie tylko ja, oczywiście, bo i cała jej rodzina, i przyjaciele, ale tutaj chcę opowiedzieć o moim osobistym doświadczeniu i emocjach.

No więc – zostałam. Jeszcze parę drobiazgów do zrobienia, ostatnich przysług do oddania i zniknęło z pola widzenia także jej ciało, znane przecież od zawsze, kształt dłoni i stóp, i smukłe nogi, których jej zawsze zazdrościłam.

Przez wiele dni robiłam różne rzeczy – jeździłam na spore odległości, ogarniałam obowiązki codzienne, przyjmowałam kondolencje, odpowiadałam na pytania – w rzeczywistości stojąc nadal w tym zamglonym lesie, gdzie ostatnio przebywałyśmy razem. Ona poszła i już wszystko wie, ja nie wiem nadal nic, i jeszcze nie mam kogo złapać za rękę. W tym nie da się szczególnie towarzyszyć, może gdybyśmy miały jeszcze jedną siostrę, to ktoś byłby w stanie wejść w sedno takiej relacji i takiej straty. A my byłyśmy tylko dwie, i do dziś czasem wybucham płaczem uświadamiając sobie, że razem z nią umarł cały gatunek humoru – nasze wewnętrzne żarty i grepsy, cytaciki i neologizmy. Umarł także gatunek literacki – nasze listy, papierowe i elektroniczne. Złapałam się na układaniu najtrafniejszych sformułowań, którymi mogłabym jej opisać – jej własny pogrzeb. Zapomniałam, stojąc nad jej grobem, że nie przeczyta maila, i składałam w myśli barwny a nieco zgryźliwy esej o kurach przy kaplicy pogrzebowej.

Reklama
Reklama

Mijają kolejne tygodnie, robię co do mnie należy, drepczę z godnością przez rzeczywistość i nagle zgina mnie wpół na wspomnienie jej chudziutkiej już dłoni trzymającej telefon, z którego odtwarzała sobie ukochane francuskie piosenki, i w jednym ciągu – głosu z prześlicznym akcentem, kiedy ze swadą rozprawiała albo cytowała wiersze. I potem już idzie, kolejne podróże, lotniska, komiczne zbiegi okoliczności, które nam się bezustannie przydarzały. Jej maleńkie dzieci w moich ramionach. My dwie odprowadzające ku Wieczności naszą Mamę, potem Babcię. I tak siedzę, tracąc poczucie czasu, wspominając. Potem oczywiście muszę się wyzbierać, przecież liczy na mnie i moją przytomność umysłu ileś osób, dorosłych i nie, moich dzieci, jej dzieci, naszego Taty. Sami obolali, szukają u mnie pociechy. Czekają, aż nazwę ich uczucia, znajdę właściwe sformułowanie, wzmocnię ich i powiem coś podobnego do tego, co powiedziałaby ona. Głosem, który przez telefon jest nie do odróżnienia.

A tymczasem ja idę przez las, krok za krokiem, powoli, nasłuchując. Dolatują słowa przełomu. Końca jednego roku liturgicznego i początku drugiego. O Pierworodnym spośród umarłych.

Reklama
Reklama

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę