STYL ŻYCIA

Boski „Mam talent”. Tu wygrywa każdy

Talent to nie tylko piękny śpiew czy taniec. Często zakopujemy powierzony nam dar myśląc, że nie ma w nim nic nadzwyczajnego. Jak „odkopać” zasiane w nas talenty? A jeśli już nam się uda – jak je dobrze wykorzystać?

Maria Górczyńska
Maria
Górczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Boski „Mam talent”. Tu wygrywa każdy
Talent to nie tylko piękny śpiew czy taniec. Często zakopujemy powierzony nam dar myśląc, że nie ma w nim nic nadzwyczajnego. Jak „odkopać” zasiane w nas talenty? A jeśli już nam się uda – jak je dobrze wykorzystać?

TGD w języku migowym

Justyna Przybyszewska  studiowała logopedię, ale na jednej z uczelnianych grup pojawiło się ogłoszenie dotyczące kursu nauki języka migowego. Wiedziała, że w toku studiów będzie musiała zaliczyć ten przedmiot, więc tym bardziej chciała poznać go wcześniej, aby potem było jej łatwiej zdobyć nowe umiejętności. Na zajęcia zapisała się z siostrą i przyjaciółką.  – Od pierwszych zajęć nauka tego języka zachwyciła mnie, a nowe znaki przyswajałam w ekspresowym  tempie – opowiada – Gdy przeglądałam Internet, znalazłam wiele filmików z piosenkami przetłumaczonymi na język migowy. Potrafiłam godzinami siedzieć i odtwarzać teledyski, ucząc się miganej wersji znanych mi utworów. Zaproszone na zajęcia osoby głuche mówiły, że bardzo ładnie migam. Kiedy przyszedł czas zajęć na studiach, nawet wykładowca (będący osobą CODA tzn. słyszącym dzieckiem niesłyszących rodziców) zauważył, że mam talent i nie powinnam go zmarnować.

Na zaliczenie przedmiotu wraz z koleżanką wybrała dwa utwory do opracowania na język migowy. Jednym z nich była piosenka „Nadejdzie dzień” chrześcijańskiego zespołu TGD, czyli Trzecia Godzina Dnia – Przetłumaczyłyśmy ją same po kilku konsultacjach z wykładowcą. Jego mina była bezcenna! (śmiech)

 

Nie zakopuję talentu

Justyna w międzyczasie skończyła liczne kursy, co sprawiło, że zaczęła posługiwać się tym językiem w stopniu zaawansowanym. – Z tyłu głowy miałam myśl, że chciałabym pracować z osobami głuchymi, używać języka migowego, ale pozostawało to raczej w sferze marzeń niż planów do realizacji. Podczas pisania pracy magisterskiej nawiązałam kontakt ze stowarzyszeniem pomagającym osobom niesłyszącym, aby zebrać ankiety do mojej magisterki – wyjaśnia.

Wkrótce zaczęła pracować jako logopeda w szkole oraz przedszkolu. Lubiła swoją pracę i nic nie wskazywało, że Bóg będzie chciał ją zaskoczyć. – Pojechałam na weekendowe rekolekcje mojej wspólnoty. Podczas modlitwy wstawienniczej Bóg zwrócił się do mnie poprzez Słowo z Ewangelii według świętego Jana: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał, aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje.” (J 15, 16)

Trzy dni później Justyna odebrała telefon z informacją, że w zaprzyjaźnionym stowarzyszeniu jest wolny etat do pracy z osobami głuchymi. Mimo, że miała duży dylemat, to odważyła się zaryzykować. – Pierwsze miesiące były dla mnie bardzo trudne. Bariera językowa była większa, niż przypuszczałam. Co z tego, że znałam znaki i wiedziałam, co chcę powiedzieć, jeśli nie rozumiałam tego, co druga osoba chce mi przekazać. Modliłam się przed każdym tłumaczeniem, a przy każdej trudnej sytuacji wołałam w myślach: Boże, ratuj, nie rozumiem! Musiałam przełamać barierę wstydu, że czegoś nie wiem i nauczyć się pokory, gdyż nie zawsze wszystko jest tak, jak ja to sobie wyobrażam. Zdarzają się osoby, którym pomoc sprawia duże problemy. Dzięki łasce Bożej po roku pracy widzę, że pokonałam wiele przeszkód i przestałam się stresować, jeśli muszę gdzieś pójść z osobą, której nie znam. Zawsze proszę Boga, aby pomógł mi dobrze zrozumieć drugiego człowieka. Pracuję głównie z osobami starszymi, których raczej nie interesują moje tłumaczenia piosenek, a na tematy dotyczące wiary nie wszyscy lubią rozmawiać, głównie dlatego, że mają własną historię, często trudną i bolesną – wyjaśnia.

Mimo trudności Justyna ufa, że Bóg miał w tym swój zamysł, aby postawić ją wśród tych ludzi. Mówi, że nie wiadomo, co On jeszcze wymyśli i w jaki sposób posłuży się jej osobą do realizacji swoich planów. – Cieszę się, że mam tę pracę i nie zakopuję talentu, którym obdarzył mnie Bóg, a staram się pomnażać go w służbie drugiemu człowiekowi. To daje mi radość serca i poczucie spełnienia!

 

Pasażerowie są kochani

Paweł Czyżniewski prowadzi warszawskie autobusy. Jego zamiłowanie do komunikacji miejskiej narodziło się już w dzieciństwie. – Już jako mały chłopiec studiowałem mapy stolicy i poszerzałem swoją wiedzę na temat ulic oraz tras linii autobusowych. Potrafiłem godzinami wpatrywać się w mknące pojazdy i przepisywać rozkłady. Internet nie był wtedy jeszcze tak rozpowszechniony, więc trzeba było sobie jakoś radzić – opowiada.

Jego wielkie marzenie spełniło się –  od dwóch lat wozi pasażerów ulicami stolicy. Może się wydawać, że to nic szczególnego, ale Paweł swoją pracę traktuje jako misję. Pragnie służyć ludziom, a także chce „zarażać” ich życzliwością i uśmiechem. – Wiadomo, że pasażerowie są różni. Czasem też mają gorsze dni,  jak wszyscy. Jednak dla mnie oni są przede wszystkim… kochani! (śmiech) Kiedyś staruszka, uśmiechając się powiedziała mi, że „mądry kierowca to wie, jak pomóc starszej pani”. Bardzo ucieszyło mnie to, bo staram się być uczynny i szanować każdego człowieka. Tego uczy mnie również wiara.

„Zmartwychwstały Pan” w zajezdni

Paweł w pracy nie wstydzi się swojej relacji z Bogiem. Wspomina, jak któregoś dnia przyszedł do zajezdni o 3:00 rano, przywitał się z innymi kierowcami, którzy przygotowywali się do wyjazdu. Sam ruszył do swojego autobusu i… zaczął śpiewać. – Uruchomiłem pojazd  i niedługo potem wyjechałem z zakładu, śpiewając na cały głos pieśń „Zmartwychwstały Pan jest pośród nas” zespołu Mocni w Duchu. Istne szaleństwo!

O swoich przygodach za kierownicą i spotkaniach z pasażerami Paweł pisze na fanpage „BUSdziennik”. Ma nadzieję, że jego działalność pomoże użytkownikom komunikacji miejskiej zrozumieć pewne sytuacje od drugiej strony, od kółka. – Zza kierownicy świat wygląda zupełnie inaczej. Wielu decyzji, my kierowcy, nie podejmujemy na złość. Oczywiście i wśród nas zdarzają się „czarne owce”, ale to chyba jak w każdym fachu. Staram się widzieć w pasażerach dobro, a na złe słowa odpowiadać spokojnie i z szacunkiem.

 

Światełko w tunelu

Julia Jasnoch odkąd pamięta interesuje się malarstwem. Jej mama często mówiła, że córka urodziła się z pędzlem w dłoni. Gdy dziewczyna tworzy obraz, zawsze myśli o drugiej osobie, która później go dostanie. – Moje obrazy zawsze są tworzone pod konkretne osoby, które je otrzymają. Oczywiście piękny jest sam proces tworzenia, ale cudowne jest obdarowywanie kogoś małą cząstką siebie. Gdy widzę  radość, wzruszenie czy euforię w oczach tych osób, to serce samo rośnie i wiem, że to co robię pochodzi od Niego. To dla mnie największe szczęście. Myślę, że pasja ściśle łączy się z talentem, którym obdarzył mnie Pan Bóg.

Julii zależy również, aby jej sztuka miała charakter terapeutyczny. Ma nadzieję, że gdy ktoś spojrzy na jej obrazy, to choć na chwilę uśmiechnie się i zapomni o trudnościach, a może spojrzy na życie z nadzieją. – Staram się zarażać dziecięcą radością innych i pokazywać, że ze wszystkiego Tata wyciągnie ogromne dobro. Tylko trzeba Mu zaufać.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


🔷 Jej bajka urzekła o. Adama Szustaka. Obejrzyj odcinek "Piernikowych Bajek"! ⤵️


 

 

Maria Górczyńska

Maria Górczyńska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Maria Górczyńska
Maria
Górczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Jak wrócić do codzienności po urlopie?

W luźnych rozmowach powakacyjnych często pojawia się stwierdzenie “a teraz przydałby się urlop, żeby odpocząć po wyjeździe”.

Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jak wrócić do codzienności po urlopie?
W luźnych rozmowach powakacyjnych często pojawia się stwierdzenie “a teraz przydałby się urlop, żeby odpocząć po wyjeździe”.

Coś w tym jest, przeskok z plaży prosto w służbowe krawaty (prawdziwe albo metaforyczne) bywa morderczy. Dzieci, mam wrażenie, adaptują się łatwiej – fakt, że nasze w ogóle mają duże zdolności przystosowawcze – i szybko łapią, że niektóre zasady zmieniają się w zależności od miejsca i sytuacji.

Bardzo lubię różnorodność wyjazdów: podróże dalekie i bliskie, leżenie do góry podwoziem nad wodą i obozy wędrowne, miasto i głusza, dni zapełnione szczegółowym planem albo zupełnie luźne – ogólny pomysł jest taki, żeby każdy miał szansę porobić coś ulubionego, a po drugie – żebyśmy my, dorośli, mogli pobyć więcej – z dziećmi i sobą. To jest ogromnie ważne – nareszcie mieć czas, nadgonić te wszystkie niedoczytane im książki, niezdobyte wcześniej góry i nieodwiedzone miejsca. Ale też – przypomniałam sobie podczas idyllicznego tygodnia na głębokiej mazowieckiej wsi – cudownie jest nie mieć imperatywu nadgonienia czegokolwiek. Bo nic nie ma, tylko miedza, wrotycz i jaskółki. I po prostu się spaceruje albo leży na kocyku, pogadując leniwie. 

No i nieuchronnie trzeba wracać, chociaż uroda miejsca, w którym mieszkamy, daje wrażenie ciągłego urlopu. Ale jednak leżenia na kocyku jakby mniej, a więcej spotkań, szkoleń, żmudnego układania grafików, kompletowania jesiennej garderoby i tak dalej. Część składu idzie do szkoły i przedszkola, niektórzy debiutują – nowe kapcie, szczoteczki do zębów, nieodzowne w leśnej klasie gumowe spodnie, lista dla pięciu sztuk jest spora.

Mimo to – nie mogę powiedzieć, że czas początku roku jest dla naszej rodziny jakoś szczególnie trudny. Najgorzej idzie oczywiście z porannym wstawaniem, bo większość dziatek nie raczyła być po tatusiu skowronkami. Z upodobaniem buszują wieczorami i najchętniej wstają po dziewiątej, dlatego konieczne jest wymuszanie wcześniejszego kładzenia się i budzenia. Staramy się przeprowadzać to stopniowo, prawie niezauważenie – w ostatnim tygodniu wakacji ogłaszamy ciszę nocną codziennie o kwadrans wcześniej, a rano hałasujemy od ósmej albo wyjeżdżamy do miasta na przedpołudniowe zakupy, żeby przypomnieć sobie o idei zbierania się na określoną (a wczesną) godzinę. Cierpię w tym samym stopniu co nieletni, tylko oni jeszcze nie piją kawy, więc zrzędzą okrutnie. 

Staramy się też zawczasu przygotować wytworne ciuchy na rozpoczęcie roku, żeby się nie miotać z żelazkiem na pięć minut przed wyjściem. I rozmawiamy o celach i nadziejach, z którymi idziemy w nowy etap. Od-poczęliśmy, czyli możemy zacząć od-początku, spojrzeć świeżym okiem na te niewątpliwie korzystne okoliczności, w których przyszło nam żyć na co dzień. 

Poranne wstawanie i popołudniowy truchcik między pracą, szkołą, treningami też mają sens.

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


🔷 Jej bajka urzekła o. Adama Szustaka. Obejrzyj odcinek "Piernikowych Bajek"! ⤵️


 

 

Marcelina Metera

Marcelina Metera

Żona, matka pięciorga, po godzinach tłumaczka i redaktorka. Nieuleczalna entuzjastka pracy społecznej, dużo gada i szybko czyta

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >