video-jav.net

4 największe dolegliwości. Jak im zaradzić?

Brak akceptacji i zrozumienia, ciągłe ocenianie, egocentryzm... Jak uleczyć to, co nas najbardziej boli?

Agnieszka
Kozak
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

1. Brak akceptacji

Jak bardzo nasze serca tęsknią za byciem przyjętym! Acceptatio z łaciny to dosłownie przyjmowanie. Oznacza więc zgadzanie się na to, „co jest”, zamiast ciągłego żądania „by było inaczej”. Jako rodzice oczekujemy od dzieci najczęściej jednego, czyli posłuszeństwa – dziecko ma być posłuszne, czyli robić to, „co jest słuszne”, czyli po naszemu, bo tylko nasze jest ważne, prawdziwe, mądre, dobre i słuszne…

W praktyce oznacza to sytuację, w której nasze zawsze jest słuszne w tu i teraz, a jeśli druga osoba postępuje inaczej to, jest: niegrzeczna, egoistyczna, roszczeniowa, arogancka – można by mnożyć etykiety wynikające z bezradności bez końca. Wygląda na to, że akceptacja kończy się tam, gdzie zaczyna się inność – w zachowaniu, przeżywaniu, rozumieniu, czy chociażby funkcjonowaniu w relacjach. Bardzo trudno jest nam zaakceptować wolność drugiej osoby, czyli to, że ona w danym momencie wybiera coś innego, bo coś innego jest dla niej ważne niż aktualnie jest ważne dla nas. Nie akceptujemy zachowań odbiegających od normy społecznej.

Deklarujemy bezinteresowną i akceptującą miłość, ale ciągle chcemy, by inni robili to, co w danym momencie zaspokaja nasze potrzeby i tylko w sposób, który mamy aktualnie w głowie. Dziecko ma posprzątać w pokoju teraz, córka powinna być wdzięczna matce, mąż powinien rozmawiać o uczuciach i pytać żonę jak się czuje, rodzicami należy się opiekować – jeśli ktoś robi inaczej niż głosi przekonanie tkwiące w naszej głowie, będziemy starali się go zmienić. Zaczyna się wtedy rzeźbienie drugiego człowieka na nasz obraz, a brakuje przyjęcia tego, jaki obraz złożył w nim Bóg.

Od czego zacząć pracę nad akceptacją drugiego człowieka?

Pierwszy krok to dostrzeżenie, że jest odrębnym, wyjątkowym i pięknym człowiekiem i że ma inne niż my potrzeby i sposoby ich realizacji. W odmienności zachowań warto dostrzec fakt, że ma on w sobie siłę i odwagę do tego, by w wolności realizować swój własny scenariusz na bycie szczęśliwym.

 

2. Oceny i osądy moralne

Patrząc na drugiego człowieka i widząc jego zachowanie bardzo szybko wystawiamy mu ocenę. Patrząc na człowieka już po kilku minutach jesteśmy w stanie powiedzieć, czy jest: mądry, głupi, pracowity, leniwy, niepewny, słaby itd… Co gorsza wypowiadamy te oceny wobec innych w pewien sposób programując ich sposób widzenia danej osoby. Jeśli jest to zachowanie niezgodne z naszym oczekiwaniem nadajemy negatywną etykietę. Ocena jest zwykle porównaniem z jakąś normą, która aktualnie jest dostępna i zwykle niedościgniona dla danej osoby. Uderza więc w jej poczucie własnej wartości i rodzi przekonanie o tym, że wszystko podlega ocenie i że na pozytywną ocenę trzeba zasłużyć.

Patrzymy, oceniamy i nie podejmujemy trudu sprawdzenia, czy nasza ocena jest słuszna. Zupełnie nie jesteśmy zainteresowani historią, która doprowadziła do danego zachowania, nie ma w nas zaciekawienia tym, dlaczego ktoś robi to, co aktualnie obserwujemy. Zupełnie nie interesuje nas jaka za tym stoi historia.

Wydajemy osąd będąc jednocześnie prokuratorem i sędzią, przy czym osądzony nie dostaje prawa do adwokata ani nie ma szans na przedstawienie swojej perspektywy. Ponieważ sami oceniamy zaczynamy bać się oceny innych i rośnie w nas lęk przed odrzuceniem. Błędne koło zaczyna toczyć się coraz szybciej. Lęk, który w nas rośnie popycha nas do negatywnej oceny innych, by wypaść choć trochę lepiej na jej tle. Nie robimy tego oczywiście specjalnie, jest to mechanizm, z którego nie zdajemy sobie najczęściej sprawy.

Jak można wyjść z pułapki oceniania?

Zacznijmy zadawać pytania: dlaczego to robisz? Co jest w tym dla Ciebie ważne? Czego potrzebujesz?

 

 

3. Egocentryzm

Przestajemy widzieć ludzi dookoła nas i nie wyrażamy wobec nich wdzięczności, ponieważ uznajemy za oczywiste, że mają być, bo ich obecność nam się należy. Mało doceniamy, rzadko dziękujemy, prawie zupełnie nie wyrażamy wdzięczności. Jesteśmy skoncentrowani na sobie, własnych trudnościach i potrzebach i bardzo trudno przychodzi nam pozytywna informacja zwrotna do innych. Stajemy się przez to roszczeniowi i porzucamy potrzeby ważnych dla nas ludzi. W rozmowach z innymi nieustannie narzekamy, mówimy źle o innych, przez co oni faktycznie w naszych głowach stają się źli i nie można na nich liczyć.

Jak pozbyć się egocentryzmu?

Zacznijmy od zrobienia listy osób, którym możemy być za coś wdzięczni – rodzicom, nauczycielom, dzieciom, znajomym i przyjaciołom i każdego dnia wypowiedzmy komunikat wdzięczności.  

 

4. Brak zrozumienia

Mówimy, opowiadamy, wymieniamy opinie, ale rzadko zastanawiamy się, jakie potrzeby stoją za słowami, które wypowiadamy. Trudno jest nam zrozumieć drugiego człowieka, ponieważ mało rozumiemy siebie samych. Mamy głód w środku, ale nie wiemy co mogłoby go zaspokoić, więc uciekamy od tego, co ważne a biegniemy ku czemuś nieokreślonemu, gubiąc ludzi i relacje. Zabiegani, zmęczeni, przestajemy mieć czas na słuchanie, ponieważ ciągle coś trzeba załatwić, kupić, odebrać. Zamiast słuchać dajemy innym rady jak mają żyć i co powinni zrobić, ponieważ doskonale wiemy, co my zrobilibyśmy na ich miejscu, zapominamy jednak, że nie jesteśmy na ich miejscu. Ludzie kupują godziny w gabinecie terapeutycznym, ponieważ potrzebują, żeby ktoś ich wysłuchał i zrozumiał o co im chodzi, potrzebują uważności drugiego człowieka, bliskości i zrozumienia, czyli zatrzymania się nad tym co aktualnie jest dla nich ważne.

Od czego zacząć, by zrozumieć siebie i innych?

Najlepszym sposobem jest poznanie siebie i swoich motywów działania poprzez psychoterapię. Zrozumienie siebie stanowi punkt wyjścia do zrozumienia drugiego człowieka. Empatia dla innych zaczyna się od empatii dla siebie.

Agnieszka Kozak

Zobacz inne artykuły tego autora >
Agnieszka
Kozak
zobacz artykuly tego autora >

Dlaczego Polacy noszą obrączki na prawej ręce?

– Jeszcze w średniowieczu ślubny pierścień nakładał wyłącznie mężczyzna swojej współmałżonce na znak wzięcia opieki nad nią. Ręka lewa lub prawa do kwestia tradycji rzymskiej lub egipskiej – wyjaśnia ks. dr hab. Dominik Ostrowski, liturgista, wykładowca akademicki i konsultor Komisji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Konferencji Episkopatu Polski.

ks. Dominik Ostrowski
ks. Dominik
Ostrowski
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dlaczego tylko Polacy, w przeciwieństwie do innych narodowości, np. Francuzów czy Włochów, noszą obrączki ślubne na prawej dłoni?
Przede wszystkim nie tylko Polacy tak robią. Na prawej ręce obrączki na ile mi wiadomo noszą również Rosjanie, Niemcy, Hiszpanie i Grecy. Przekonanie, że to nasza cecha narodowa jest jednym z mitów, w które obrosła ta tradycja. Takim mitem może być również wyjaśnienie jej za pomocą historii powstania styczniowego.

 

Powstania styczniowego?
Według tej teorii Polki do wybuchu powstania w 1861 r. nosiły obrączki na lewej dłoni, podobnie jak Angielki czy Francuzki przekładając je na prawą po śmierci współmałżonka. Po upadku powstania owo przekładanie miało się stać niemal masowym zjawiskiem, ponieważ wiele pań straciło mężów właśnie wskutek zaangażowania w walkę o wolną Polskę. Te, których mężowie przeżyli miały zacząć również przekładać obrączki na prawą rękę na znak solidarności oraz ogólnej żałoby narodowej. Według tej interpretacji zwyczaj miał po prostu pozostać i przetrwać do naszych czasów.

 

Brzmi przekonująco, czemu więc to mit?
Bo zwyczaj noszenia obrączki na prawej dłoni to stara rzymska tradycja, upowszechniona w całej Europie. Początkowo zresztą zupełnie niezwiązana z liturgią sakramentu małżeństwa. Przypomnę tu, że śluby pierwotnie zawierano głównie w domach. Na dziedzińce kościołów zaczęto je przenosić we wczesnym średniowieczu aby zapobiec praktykom zmuszania kobiet do małżeństwa poprzez „sprzedaż” praw do nich przez rodziców. Liczono wtedy, że zarówno bliskość świątyni jak i publiczny charakter uroczystości zapewni pannie młodej bezpieczeństwo, gdyby okazała się zmuszona do zamążpójścia. W niektórych świątyniach budowano nawet specjalne drzwi ślubne, przy których odbywał się rytuał małżeński.

 

Czyli śluby nie odbywały się w kościołach?!
Na początku nie, ponieważ małżeństwo było ściśle świeckim obrzędem, jak zresztą zwyczaj nakładania pierścienia jako znaku przynależności, bycia dziedzicem, bycia kimś ważnym i objętym opieką. Pamiętajmy, że przez wiele wieków to nie były obrączki we współczesnym rozumieniu, ale właśnie pierścienie. I nie wymieniano ich wzajemnie, a jedynie mąż nakładał żonie. Mężczyźni zresztą i tak nosili je na palcach niezależnie od stanu cywilnego bo sygnety czy pierścienie oznaczały pozycję społeczną. Nakładanie obrączki żonie – znak wzięcia jej pod opiekę – nie był elementem liturgii, ale świeckim zwyczajem, któremu Kościół się po prostu nie sprzeciwiał. Liturgicznym elementem ślubu było początkowo tylko nakrycie głowy welonem.

 

Chodziło o znak ukrycia małżonki przed innymi mężczyznami i światem?
Nie, chodziło o obłok.

 

Obłok?!
Nakrywanie głowy już w obrzędowości żydowskiej oznaczało pozostawanie pod „obłokiem Bożym” – obłokiem symbolizującym Bożą opiekę i opatrzność. Obrzęd ten wprowadzony do liturgii ślubnej oznaczał bycie dwojga pod jednym obłokiem Bożej obecności i opieki. Echo tego znaczenia widzimy nawet we włoskim słowie „małżeństwo” – connubio, którego źródłosłów to con nubi – „razem pod jednym obłokiem, pod jednym namiotem”.

 

Wróćmy do prawej i lewej dłoni jako miejsca noszenia obrączki. Powiedział ksiądz, że stara rzymska tradycja, dominująca od średniowiecza w Europie kazała nakładać ją na prawą rękę….
Dokładnie, prawa ręka miała tam szczególne znaczenie: władzy, wolności, decyzyjności…

 

Czemu więc kraje romańskie, takie jak Francja czy Włochy, nakładają dziś obrączki na lewą rękę, a na prawą – dopiero na znak wdowieństwa?
Źródła podają, że to rozróżnienie zwyczajów pojawiło się najpierw we Francji w XIV w., a potem od XVII w. zaczęło się upowszechniać w innych krajach: Anglii, Irlandii, Włoszech, Szwecji, Czechach, na Słowacji, jeszcze później w USA, Kanadzie, Meksyku. Nie wiemy na pewno z czego wynikło, ale znaczenie mogły mieć starożytne zwyczaje egipskie, odkryte ponownie w epoce renesansu. Już 6 tys. lat przed Chrystusem Egipcjanie nosili pierścienie na czwartym palcu lewej dłoni bo według nich to tam biegła tzw. vena amoris – żyła miłości, bezpośrednio połączona z sercem.

 

ks. Dominik Ostrowski

ks. Dominik Ostrowski

liturgista, wykładowca akademicki i konsultor Komisji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Konferencji Episkopatu Polski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Dominik Ostrowski
ks. Dominik
Ostrowski
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >