video-jav.net

Ojcostwo z pierwszych stron gazet

- Nie ma ojców idealnych, ale są ojcowie, którzy mogą być wzorami - mówi ks. Piotr Studnicki w wywiadzie o medialnym obrazie ojcostwa.

Ks. Piotr Studnicki
Ks. Piotr
Studnicki
zobacz artykuly tego autora >
Otylia Sałek
otylia
sałek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Gościem rozmowy jest ks. Piotr Studnicki, były rzecznik Kurii Archidiecezji Krakowskiej, który w 2015 r. na Uniwersytecie Świętego Krzyża w Rzymie obronił pracę doktorską pod tytułem “Obraz ojca rodziny w prasie. Analiza ‘powiedzianego’ i ‘nie powiedzianego’ w The New York Times, Corriere della Sera, Gazecie Wyborczej i Rzeczpospolitej”.


Jakiś czas temu w wywiadzie udzielonym dla Katolickiej Agencji Informacyjnej opowiadał Ksiądz o swojej pracy doktorskiej, do napisania której badał Ksiądz obraz ojcostwa w prasie. W wywiadzie padło stwierdzenie, że media deformują ojcostwo.

Ks. Piotr Studnicki: Z badań, które przeprowadziłem, wynika, że we wszystkich czasopismach które przebadałem (czyli The New York Times, Coriere della Sera, Gazeta Wyborcza i Rzeczpospolita), przeważa ilość artykułów pozytywnych o ojcostwie. Problem polega jednak na tym, że przykłady negatywne ojcostwa są bardziej eksponowane. Widać je już po tytułach czy leadach. Jeśli ojciec jest postacią pozytywną, to najczęściej jest to wątek drugorzędny, a wiadomo jak wygląda nasza lektura tekstów prasowych – rzadko czytamy je w całości i mocniej zapamiętujemy to, co zostało wyeksponowane.

Jeśli dla przykładu spojrzymy na New York Times, to ponad 60% artykułów ukazuje ojca jako postać pozytywną i dobry przykład dla dziecka. Ale jeśli przeanalizujemy same tytuły, w których pojawia się słowo “ojciec” lub “tata”, to w 80% są to one negatywne, ukazując rodzica jako antywzór lub zagrożenie dla dziecka. To powoduje, że pozytywne przykłady – mimo że jest ich więcej – nie wybrzmiewają i nie zostają w pamięci czytelników. Można powiedzieć, że dobra jest więcej niż zła, ale zło jest bardziej krzykliwe i wydaje się wszechobecne. W tym sensie można mówić o deformacji obrazu ojca.

 

Tytuł to pierwsza rzecz, na którą zwracamy uwagę, a rola ojca w rodzinie kojarzy się z autorytetem i może dlatego takie przykre wydarzenia najbardziej przykuwają uwagę.

Łatwo zrzucić winę na dziennikarzy. Oczywiście, oni nie przez przypadek eksponują negatywne historie. Wyczuwają po prostu, że szybciej złapią na nie czytelników. Warto więc uderzyć się we własną pierś i zapytać: dlaczego łatwiej zainteresować mnie negatywną historią niż pozytywnym przykładem? Warto też zastanowić się, co mogę zrobić, żeby zainteresować ludzi dobrą historią, a nie antyprzykładem. To jest wyzwanie dla nas wszystkich – nauczyć się opowiadać dobre historie, aby umieć nie tylko o nich pisać w prasie, ale dzielić się w codziennych rozmowach. Dobro – chociaż jest go więcej – potrzebuje dobrej strategii promocji.

 

Pojawia się takich miejsc w mediach coraz więcej – blogów, stron, nie tylko ojcowskich, ale dotyczących odkrywania męskości w małżeństwie i rodzinie w ogóle.

I bardzo dobrze, że takie inicjatywy powstają, bo to oznacza, że ojcom zależy na promowaniu ojcostwa i chcą się dzielić dobrym przykładem. Myślę, że te inicjatywy – także w Polsce – mają ogromne znaczenie i są przejawem budzenia się świadomej odpowiedzialności za sposób przeżywania ojcostwo wśród samych ojców.

To potwierdza tezę Massimo Recalcatio, włoskiego psychologa, który na podstawie swoich studiów, spotkań i terapii mówi o przemijaniu społeczeństwa, które opisywał mit o Edypie, zabójcy własnego ojca. To społeczeństwo, którego symbolem jest “rewolucja ‘68”, charakteryzowało otwarte odrzucenie autorytetów i  wzorców, w tym tego najważniejszego – ojcowskiego. Recalcatio twierdzi, że dziś społeczeństwo można opisać odwołując się do innego mitu, historii Telemacha, syna, który z tęsknotą szuka ojca, ponieważ jest przekonany, że bez ojca nie da się żyć.

 

 

Jesteśmy świadkami jakiegoś progresu, jeśli chodzi o postrzeganie roli ojca?

Z pewnością widać bardzo duże zmiany. Przykładem mogą być Włochy, gdzie kiedyś funkcjonował mocno obraz ojca jako “padre padrone” – dalekiego, niedostępnego pana. To się zmieniło. W Polsce też mamy za sobą jakiś etap ojców nieobecnych w rodzinie, w domu; ojca zaangażowanego w walkę o wolność i niepodległość Polski w czasie zaborów lub wojen, czy zaangażowanych jedynie w pracę w czasie komunizmu. Dzisiaj w polskiej prasie jednym z tematów dominujących dotyczących ojcostwa jest kwestia godzenia życia zawodowego z rodzinnym. Co ciekawe, to zagadnienie nie jest aż tak widoczne w prasie włoskiej czy amerykańskiej i na pewno wiąże się to jakoś z historią naszego kraju czy sytuacją ekonomiczną. W ogóle w polskiej prasie obraz ojca zazwyczaj traktowany jest w odniesieniu do kwestii zewnętrznych – relacji ojca do pracy, do prawa, do finansów. W prasie włoskiej i amerykańskiej tematy artykułów o ojcach raczej skupiają się na aspektach wewnętrznych rodziny – wychowania, odpowiedzialności, cierpienia rodziny i honoru ojca.

 

Ojciec, który godzi obowiązki zawodowe z rodzinnymi i jeszcze nie zaniedbuje własnego rozwoju – czy to w kwestii odpowiedzialności czy radzenia sobie z trudnościami to ojciec chyba idealny. Jesteśmy w stanie taki ideał znaleźć?

Nie ma ojców idealnych, ale są ojcowie, którzy mogą być wzorami. Gdy myślę o moim tacie, mogę powiedzieć, że nie jest idealnym człowiekiem, ale był i jest dobrym ojcem. Swoim życiem i postępowaniem pokazał mi, co oznacza wierność sumieniu. Nie dlatego, że o tym wiele mówił, ale dlatego że taki po prostu był i jest – wierny swoim przekonaniom, swojej wierze, którą potwierdza w swoich codziennych wyborach i życiu.

Życie jest o wiele bogatsze niż to, co możemy o ojcostwie przeczytać w prasie. Historie z codziennego życia, zwyczajna kronika wydarzeń, mogą pokazują wiele dobrych przykładów ojcostwa. Fakt, nieraz są to historie dramatyczne, pełne ludzkich łez, cierpienia czy ludzkiego zmagania, ale nawet często ostatecznie są bardzo pozytywne.

 

Mogłoby się wydawać, że takie przeżywanie emocji to raczej domena kobiet. Dzisiaj coraz trudniej chyba o takie kategoryczne rozróżnienie roli matki i ojca, zdarza się niejednokrotnie, że matka przejmuje całkowicie inicjatywę, wchodząc w rolę ojca.

We włoskiej prasie można zauważyć odwrotne zjawisko. Dominuje tam model “ojca-maskotki”, przytulanki, który jest tak dobry, ciepły i kochany, że aż staje się drugą matką. Nie powinno tak być. Role ojca i matki są równie ważne, ale różne. Może niektóre problemy w naszych rodzinach wynikają właśnie z tego, że mężczyźni nie do końca rozumieją swoją rolę w rodzinie, nie do końca odkryli swoją siłę, siłę męskości – związaną z decyzyjnością, odpowiedzialnością.

 

 

Czego w takim razie brakuje w medialnym przekazie o ojcostwie?

To, co najbardziej rzuca się w oczy, to brak przykładu ojca odpowiedzialnego za wychowanie swoich dzieci, także za wprowadzenie ich w świat wiary. W prasie włoskiej i amerykańskiej przykład ojca wychowawcy jest bardzo mocno akcentowany, ale nawet tam nie odnosi się do wychowania religijnego. Myślę, że wynika z to z silnie zakorzenionego przekonania, że za przekazanie wiary jest odpowiedzialny Kościół rozumiany jako duchowni, zakonnice, katechetki i katecheci. Tymczasem to rodzice są pierwszymi wychowawcami wiary dla swoich dzieci, a katecheza szkolna i parafialna nie ma ich w tym wyręczyć, ale pomóc.

Ten problem bardzo jasno widzi papież Franciszek, który mówi o zarzuceniu przekazywania wiary w kontekście rodzinnym. Lekarstwo nie polega na przerzucaniu odpowiedzialności z rodziców na parafię lub z parafii na rodziców, ale na ścisłej współpracy rodziny i wspólnoty parafialnej.

 

Niemniej jednak pierwszy przykład idzie od rodziców.

Tak, rodzice są pierwsi i to wynika z natury. Ich przykład jest ogromnie ważny, choć oczywiście nie ma tu mowy o determinizmie. Nie ma pewności, że jeśli rodzic był blisko Kościoła, to i dziecko też będzie. Dochodzi do tego świadomy wybór i wpływ otoczenia, tego wszystkiego, co się dzieje poza domem.

 

A jeśli chodzi o bycie ojcem i postrzeganie roli ojca – ogromny wpływ mają także media. W jaki sposób zatem przekazywać obraz ojca?

Przede wszystkim uczciwie i rzetelnie. Myślę w tym miejscu o właściwej proporcji w ukazywaniu dobrych i złych przykładów. Oczywiście rola mediów polega również na ukazywanie problemów i konfrontację z nimi, ale to wcale nie musi oznaczać wyolbrzymiania zła. Ważne też, aby w interpretacji poszczególnych zdarzeń, dziennikarze przekazywali komunikat, który służy umacnianiu rodziny, a nie usprawiedliwiali jej dysfunkcję ukazując je jako normę. Pokazujmy historie rodzinne według właściwej miary dobra i zła i świadomie opowiadamy się za dobrem.

 

Tekst pierwotnie został opublikowany 25 października 2017 roku. 

Ks. Piotr Studnicki

Ks. Piotr Studnicki

Urodził się i wychował w Makowie Podhalańskim. W 2006 r. przyjął święcenia kapłańśkie. Po 2 latach pracy na parafii studiował na Uniwersytecie Świętego Krzyża w Rzymie, gdzie obronił pracę doktorską pod tytułem "Obraz ojca rodziny w prasie. Analiza 'powiedzianego' i 'nie powiedzianego' w The New York Times, Corriere della Sera, Gazecie Wyborczej i Rzeczpospolitej". Studiował także w Szkole Dziennikarstwa na Uniwersytecie Missouri w Columbia w USA (styczeń-maj 2012). Od 2016 pełnił funkcję rzecznika Kurii Archidiecezji Krakowskiej. Jest aktywnym użytkownikiem Twittera, współtwórcą profilu @duchowni oraz współorganizatorem akcji ewangelizacyjnych w mediach społecznościowych.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Otylia Sałek

otylia sałek

Z wykształcenia psycholog, z zamiłowania śpiewaczka, z Bożego (jak ufa) zamierzenia redaktor portalu Stacja7.pl. Wielbicielka muzyki liturgicznej, kawy i "Przyjaciół" oraz żywy dowód na to, że da się lubić Warszawę i Kraków jednocześnie.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ks. Piotr Studnicki
Ks. Piotr
Studnicki
zobacz artykuly tego autora >
Otylia Sałek
otylia
sałek
zobacz artykuly tego autora >

Czułość wśród kotletów

Kiedy nasze życie erotyczne obumiera, nie uczmy się nowych technik miłosnych, nie czytajmy poradników spod znaku „Jak podkręcić atmosferę w sypialni”, ale inwestujmy w nieśmiertelność, inwestujmy w odwieczną miłość, a nasza sypialnia zapłonie ogniem, o jakim nam się nie śniło.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ojciec bierze trzech dorastających synów w góry. Podczas wędrówki wypowiada niespodziewanie kilka zdań, które synowie zapamiętają do końca życia: „Wiecie chłopaki czego najbardziej żałuję? Że nie przeżyjecie tego, co ja. Bo ja w noc poślubną naprawdę zobaczyłem po raz pierwszy nagie ciało kobiety. Zobaczyłem i umarłem z zachwytu”.

Niewinność, niepewność, pragnienie, tęsknota, wielka niewiadoma. Ilu z nas chciałoby wejść do małżeńskiej sypialni tylko z takim posagiem? Ile byśmy oddali za to, by nie mieć nadmiernych, często kompletnie nieprawdziwych oczekiwań i wyobrażeń którymi, w czasach pornokultury, chcąc nie chcąc, przesiąkamy? Siadamy w końcu zdumieni i rozczarowani na skraju łóżka, patrzymy na śpiącego (lub udającego sen) współmałżonka, a przez głowę przebiega nam tylko jedno pytanie: „JAK TO „COŚ” MA NAS ZBLIŻAĆ?!”.

Często zostajemy z tym bolesnym pytaniem sami. Jeszcze nie umiemy rozmawiać ze współmałżonkiem o naszych zbliżeniach, zwierzanie się spowiednikowi jakoś nie mieści się nam w głowach, a już tym bardziej telefon do znajomego. A miało być tak pięknie, przecież tak czekaliśmy, tak walczyliśmy…

Gdybym miała napisać tekst pt. „10 rzeczy, których nie usłyszysz na kursie przedmałżeńskim, a które prawdopodobnie uratują ci małżeństwo”, to pierwsze miejsce bezapelacyjnie zajęłoby zdanie, jakie przed ślubem usłyszałam od śp. o. Karola Meissnera OSB. Taka scenka: młoda, naiwna istota prosi benedyktyńskiego mnicha o najważniejszą radę dla małżeństwa. Ojciec Karol bez chwili zastanowienia mówi: „Nie ma na ziemi małżeństwa, które na jakimś etapie swojej drogi nie przeżywałoby trudności w sferze seksualnej”. Wyraźnie zmieszana odpowiadam półgłosem: „Ojcze, przecież to tylko seks”, a Ojciec kręci wymownie głową i odpowiada stanowczo: „To nigdy nie jest „tylko” seks”.

 

 

„Nie ma na ziemi małżeństwa, które na jakimś etapie swojej drogi, nie przeżywałoby trudności w sferze seksualnej”. Kochany ojciec Karol! Tylko człowiek, który przez ponad 50 lat towarzyszył – jako lekarz seksuolog – tysiącom par, mógł wypowiedzieć takie zdanie. Wcale nie jest w naszej sypialni tak wzniośle, intensywnie i bajkowo jak w kultowej scenie z Titanica? Czasem jest wspaniale, a czasem tak nie do końca? Albo w ogóle nie jest wspaniale, bo działa paskudna pamięć pierwszego – pozamałżeńskiego – razu i chociaż bardzo chcielibyśmy czuć dotyk współmałżonka nie jesteśmy do tego zdolni? I jeszcze nagość nas zaskakująco deprymuje i chociaż wciągamy mocno brzuchy, nie możemy uwolnić myśli od tych części ciała, których niestety nijak wciągnąć nie możemy… Nim zaczniemy na serio wątpić w sens czystości przedmałżeńskiej, nim zaleje nas gorycz zawodu, a przez nasze głowy będą coraz częściej przebiegać myśli o jakże bzdurnym „niedopasowaniu seksualnym”, weźmy głęboki oddech i jeszcze raz przeczytajmy na spokojnie zdanie ojca Karola. Nie ma małżeństwa, które nie musiałoby się zmagać! Spokojnie, naprawdę nie jesteśmy trefną parą! Szczyty przed nami! Jeszcze zrozumiemy o czym śpiewała Urszula siedząc w dmuchawcach.

W tym zdaniu o. Karola jest jedno słowo, które szczególnie lubię: DROGA. Często mówiąc o drodze, jaką rozpoczynają nowożeńcy w pierwszym odruchu myślimy o trudnej sztuce miłości, która ma wreszcie przestać już szukać swego, przestać oceniać, przestać wątpić. A przecież małżeńska bliskość nie powstanie na zawołanie, z mocy urzędu. Ona, jak wszystko, co cenne w naszym życiu, jest procesem. To przecież nie jest „tylko” seks, ale najprawdziwsze i najgłębsze wyznanie miłości, które – jako małżonkowie – składamy sobie nie tylko sercem, ale i ciałem. To jest urzekająca rzeczywistość nad którą trzeba pracować, która domaga się uzdrowienia, oczyszczenia, która potrzebuje zwyczajnie czasu, by dojrzewać, by stawać się autentycznym – nie, nie seksem – ale spotkaniem. Jak genialną intuicję miał Szekspir, kiedy pisał, że „kresem podróży jest spotkanie kochanków”. Kresem podróży, nie początkiem! Jakkolwiek to brzmi, nasza małżeńska sypialnia jest barometrem jakości naszej relacji. Jest jej uwieńczeniem, nie zaczynem! Świat stanął na głowie i macha zdziwiony nogami, kiedy kolejne związki wśród potężnego cierpienia rozpadają się, ale nie znajdzie się nikt, kto by powiedział: „Zostawcie wreszcie ten seks w spokoju! Skupcie się na sobie, na waszej zdolności do przekraczania własnego egoizmu, a sypialnia sama się wam ułoży”, ale jakież to mało hollywoodzkie…

Miłość afirmująca, taka, która kocha bez zastrzeżeń, kocha ze słabością i grzechem jest niezwykle trudna. Bądźmy szczerzy – po ludzku jest to miłość niemożliwa. Wymaga od nas odwagi krzyża i wiary, że jeśli uśmiercę moje ego, to nie stracę, a zmartwychwstanę. Ale to właśnie taka miłość, określana w Ewangeliach terminem AGAPE jest naszym chrześcijańskim powołaniem. Agape jest niezbędnym i nieodzownym krokiem ku prawdziwej bliskości. Jeszcze raz warto powtórzyć – kiedy nasze życie erotyczne obumiera, nie uczmy się nowych technik miłosnych, nie czytajmy poradników spod znaku „Jak podkręcić atmosferę w sypialni”, ale inwestujmy w nieśmiertelność, inwestujmy w miłość, a nasza sypialnia zapłonie ogniem, o jakim nam się nie śniło.

Ale to nie wystarczy! To tylko połowa sukcesu. Istnieje encyklika, którą wielu z nas czytało szczypiąc się raz po raz po rękach, lub przecierając oczy ze zdumienia. Bo wiele się można było spodziewać po papieżu Benedykcie, ale mało chyba kto wpadłby na to, że swoją pierwszą encyklikę były prefekt Kongregacji Nauki Wiary, wielki teolog naszych czasów poświęci miłości. Mało tego! „Deus caritas est” to wielkie upomnienie się papieża o… o erosa właśnie, o miłość erotyczną między małżonkami. I to jest druga połowa sukcesu. Papież Benedykt XVI pisze, że „Człowiek staje się naprawdę sobą, kiedy ciało i dusza odnajdują się w wewnętrznej jedności (…). Jeżeli człowiek dąży do tego, by być jedynie duchem i chce odrzucić ciało jako dziedzictwo tylko zwierzęce, wówczas duch i ciało tracą swoją godność”. Zatem nie tylko agape, nie tylko umieranie dla siebie, ale też oczyszczony i uzdrowiony eros! Dopiero kiedy spotkają się te dwa oblicza miłości, małżeństwo będzie mogło poczuć przedsmak Nieba. Tylko jak ujarzmić erosa?

 

 

Na naszej lodówce wisi już chyba dziesiąty rok krótka modlitwa z prawosławnego rytuału ślubnego. Wśród jej licznych, pięknych wezwań jest też takie: „Daj czułość wzajemną nam i naszym dzieciom”. Czułość wzajemna. Ta urzekająca prośba jest dla mnie kwintesencją miłości erotycznej, do której jako małżonkowie jesteśmy powołani. Jeżeli chcemy zabierać siebie w najwyższe szczyty, nie wolno nam więzić erosa tylko w sypialni. Prośba o wzajemną czułość, to wezwanie do tego, aby eros przeniknął także naszą codzienność.

Jacek Pulikowski mówi, że istnieją dwa warunki szczęśliwego małżeństwa: ona musi czuć, że jest kochana, a on musi wiedzieć, że jest podziwiany. I to jest właściwy poligon dla naszej pracy z erosem. Pieszczoty w sypialni przychodzą bez trudu, ale uśmiech po zbyt krótkiej nocy do żony, która z atawizmem na głowie szykuje dzieciakom śniadanie – już tak. Nikt nie musiał nas zachęcać do obdarowywania narzeczonego spojrzeniem pełnym podziwu, gdy zdobywał pierwszy etat, ale wyrażenie mężowi uznania, kiedy pokonuje swój gniew i nie wybucha na dzieci jest o wiele, wiele ważniejsze. Te wszystkie muśnięcia dłoni przy trzaskaniu kotletów, ta wspólnie załadowywana wśród żartów zmywarka, ta kochana kanapa po męczącym dniu i ukradkiem jedzone przed dziećmi resztki lodów w spiżarni. I jeszcze ten zwykły niezwykły telefon „Co u Ciebie?” i to brzmiące prawie jak przepustka do Nieba w środku nocy: „– Nie śpisz? – Nie… patrzę sobie na ciebie” – to  subtelna, czuła miłość, która jest tak naprawdę nieustanną i najpiękniejszą grą wstępną.

Szokuje mnie sakramentalna obecność Boga w małżeństwie. Jeśli sakrament jest widzialnym znakiem niewidzialnej łaski, to mój mąż i ja jesteśmy w jakiś przedziwny sposób żywą monstrancją, w której można ujrzeć twarz Boga. Jak bardzo do tego nie dorastamy! Ale kiedy tylko starcza nam sił, by walczyć o prawdziwą, kochaną codzienną miłość, jeżeli nie odpuszczamy sobie i zaciskając zęby przekraczamy nasze słabości i ograniczenia, wtedy zaczyna płonąć w nas i przez nas taki ogień przy którym ogrzewają się nie tylko nasze dzieci, ale i wszyscy, którzy przechodzą przez nasz dom. Dlatego ukradziona codzienności randka, kanapa, Netflix i dobre wino, kurs tańca w co drugi piątek – to nie tylko nasz przywilej, ale wręcz obowiązek. Miejmy odwagę trwonić na siebie czas! Nie bójmy się tego! To właśnie my – małżonkowie jesteśmy wielkim wybuchem, godziną zero naszej rodziny. To w nas jest początek, w nas jest źródło najpierw naszego szczęścia, a potem też szczęścia naszych dzieci. Tak wielu ludziom wydaje się, że po pewnym czasie życie małżeńskie jest tylko rutyną, zbiorem przyzwyczajeń. Nic nas już tu nie zaskoczy, nic nas tu już wielkiego nie czeka. Ale przecież każdy z nas jest utkany z nieskończoności Boga! Jeżeli tylko nauczymy się siebie naprawdę słuchać odkryjemy, że małżeństwo to nieustanna podróż ku sobie, która wcale nie skończy się ze śmiercią. Tam, gdzie głębia przyzywa głębię, miłość nie ma granic.

Na tej samej lodówce od kilku tygodni wisi nowa karta. Nabazgrana przeze mnie w pośpiechu z cytatem z „Amoris Laetitia” papieża Franciszka: „Wspólny taniec z energią młodej miłości, taniec z tymi oczarowanymi oczyma, ku nadziei, nie może ustawać”. Najpiękniejsza definicja małżeństwa, jaką kiedykolwiek czytałam.

Kochany, zatańczysz?

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa i autorka bloga budujemymosty.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >