“Musimy pokazywać wartości kulturą na wysokim poziomie”. Rozmowa z Piotrem Cyrwusem

Musimy uczyć się docierać do ludzi, pokazywać wartości kulturą na wysokim poziomie, ale też kształtować wrażliwość widzów, podnosić poprzeczkę. To jest możliwe - mówi w rozmowie z KAI Piotr Cyrwus. Aktor opowiada m.in. o serialu "Jonasz z 2 B" publikowanym na kanale Langusta na Palmie, komentuje także aktualną sytuację związaną z pandemią koronawirusa.

Polub nas na Facebooku!

Dawid Gospodarek (KAI): Jestem ciekawy Pana pierwszej reakcji na to, jak usłyszał Pan o projekcie serialu „Jonasz z 2 B” – że na YouTube ma powstać serial z krótkimi odcinkami, wprost ewangelizacyjny…

Piotr Cyrwus: Od razu przyznam, że jestem słuchaczem o. Adama Szustaka OP i fanem tego, co robi w mediach. Kiedy o. Szustak pokazywał nowe studio, zapowiadał „katolicki Netflix”, mówiąc że będzie tam realizował różne katolickie i filmy i programy, pomyślałem sobie, że może i sam się tam znajdę. Taka myśl. I nagle dostaję propozycję. Gdy przeczytałem scenariusz serialu, po prostu byłem pewny, że ma to sens, jest ciekawe i inne niż dotychczasowe znane mi próby takich ewangelizacyjnych filmowych projektów. A od zawsze mnie to interesowało.

Sam Pan też już od dawna angażuje się w filmy z wartościami, ewangelizacyjne czy kościelne…

Teraz wydaje się, że jest większe zainteresowanie takimi treściami. Lata temu, kiedy w Krakowie założyliśmy z żoną i z ks. Kosowskim Teatr „Rafael”, który miał propagować właśnie wartości i być taką kulturalną propozycją ewangelizacyjną, jeszcze się to nie przebiło. Fakt, że np. z całego dekanatu krakowskiego tylko jeden ksiądz był zainteresowany, gdy zrobiliśmy piękny spektakl o św. Joannie Beretta Molla, dużo mówił. Byliśmy z naszą inicjatywą nawet na festiwalu w Łodzi.

Czasem mnie to dziwi, że my, katolicy, często mówimy, że coś złego nas zalewa z każdej strony, zepsuty Zachód, jakieś ideologie, a poza tymi lękami i straszeniem nie ma żadnej konstruktywnej, pozytywnej propozycji. Kiedy trzeba coś sensownego zrealizować, na dobrym poziomie, wiadomo że potrzebne są konkretne fundusze, jednak tych na takie projekty często brakuje.

Ten brak wrażliwości na potrzeby kultury może dziwić, bo przecież Kościół był zawsze ważnym mecenasem, inspirował…

Dokładnie, od wieków. Popatrzmy na średniowiecze, które wskrzesiło na nowo teatr przez swoje misteria wielkanocne czy bożonarodzeniowe. I ewangelizacja odbywała się też tak, przez sztukę. Kościół, papieże i kardynałowie sponsorowali sztukę i wielkich twórców – to też była ewangelizacja, realizowanie misji Kościoła, wypływające ze świadomości, że człowiek jest wrażliwy na piękno i go potrzebuje.
Dziś mamy nowe medium, jakim jest Internet. I mamy tę szansę, aby w przestrzeni jaką daje, dzielić się swoją wrażliwością, swoją wiarą. To jest naturalne.

Zwłaszcza teraz doświadczamy, jak ważny dla nas jest Internet…

Tak, właśnie, kiedy jesteśmy w tych ciężkich czasach… To jest niesamowite. Tyle psioczyliśmy na te „internety”, że nas dzielą, że czyhają w nich niebezpieczeństwa. A dziś doświadczam jakie to jest piękne, że mogę codziennie rano uczestniczyć we Mszy św. z abp. Rysiem, wieczorem odmawiać z o. Szustakiem różaniec. Ja akurat jestem w takim kręgu kościelnym, ale propozycji z różną duchowością i wrażliwością jest pełno i każdy z nas może doświadczyć za pośrednictwem tego medium wspólnotowej modlitwy, tego że wciąż jesteśmy razem Kościołem.

To docenienie Internetu może być rzeczywiście dobrym owocem tego trudnego czasu. O Internecie już dawno się mówi w Kościele, że to jest jakby nowy kontynent do ewangelizacji.

Zdecydowanie te możliwości, jakie daje Internet, możemy i powinniśmy też wykorzystać do promowania dobra, do ewangelizacji. Ułożyłem kiedyś takie góralskie powiedzenie: „człowiek na tej ziemi zawsze, jak mu gdzieś wklęśnie, to gdzieś wypuczy”. My nie mamy takiej wszechmocy Boskiej, że naciśniemy coś i wychodzi efekt jednoznacznie dobry. Zawsze nam coś gdzieś ucieknie, wyjdzie w nieodpowiednią stronę, taka już nasza ułomność. Ale mamy tę moc sprawczą, że możemy przekuwać te różne narzędzia w dobro, żeby przynosiły dobre owoce.

Bardzo ważna jest jakość. Niestety bywa tak, że taka katolicka, chrześcijańska twórczość, nie kojarzy się dzisiaj z dobrą jakością. Przy serialu „Jonasz z 2B” chociażby liczby świadczą o tym, że o jakość udało się zatroszczyć – pierwszy odcinek ma już ponad 196 tysięcy wyświetleń…

Staraliśmy się, żeby ta jakość była dobra na tyle, na ile pozwolił czas i pieniądze. Niestety media mają to do siebie, że finanse są bardzo potrzebne, bo za nimi stoi wykonywana praca, sprzęt, to wszystko kosztuje. Nie można tego zrobić prowizorycznie sznurkiem i gwoździem, muszą być odpowiednie kamery, światło, dźwięk, świetni fachowcy.

Mógłby Pan podać przykłady swoich ulubionych chrześcijańskich filmów, które są naprawdę dobre?

Pierwszy, który przychodzi mi do głowy, to „Misja”. Dla mnie to film niesamowicie chrześcijański. Dużo jest takich filmów ostatnio. „Chata” na przykład, stawiający ważne pytania, jest zrobiony świetnie po prostu w każdym calu, od scenariusza po realizację. Kiedyś na katolickim festiwalu filmów zaproponowałem, pokazanie „Chaty” i widzowie byli pod dużym wrażeniem, rozdyskutowani, nawet ludzie którzy trafili na seans z ulicy pytali zaskoczeni że takie filmy się robi.

Musimy uczyć się docierać do ludzi, pokazywać wartości kulturą na wysokim poziomie, ale też kształtować wrażliwość widzów, podnosić poprzeczkę. To jest możliwe. Wystarczający sprzęt jest coraz bardziej dostępny, trzeba się tego wszystkiego uczyć, rozwijać się.

Myśli Pan, że aktualna sytuacja otwiera ludzi na głębokie, egzystencjalne pytania?

To z pewnością, jak każdy dramat. Jednak różnie takie sytuacje mogą być przeżywane. Pamiętamy nadzieje, jakie dla jedności narodu pokładano w śmierci Jana Pawła II, albo ostatnio podobne komentarze np. po tragedii smoleńskiej. Ja też byłem pełen optymizmu, ale bardzo szybko się podzieliliśmy…
Dzisiaj zatrzymaliśmy się z całym światem. Okazało się, że jesteśmy naprawdę globalną wioską. Ta sytuacja nas jeszcze dotknie ekonomicznie, ale myślę, że ten świat sięgnie po duchowość. Mamy teraz taki czas, gdy możemy sięgać po książki, możemy się dokształcić, ale mamy też wspaniały czas przebywania ze swoimi bliźnimi. To jest dopiero nauka, ponowne odkrywanie siebie w tym wszystkim. I to jest dobry czas na pytania o potrzeby ducha.

Gdy aktualnie obserwuję, co się dzieje w sieci, widać wyraźnie duży wzrost zainteresowania treściami religijnymi, transmisjami nabożeństw, kazaniami…

Widzę również na Facebooku, że nie tylko ludzie zawsze deklarujący się jako wierzący nagle zaczynają dyskutować na temat duchowości, poszukują, sięgają po takie treści. To jest wielka szansa i Kościół nie może jej zmarnować.
Trzy lata temu byłem z żoną na Camino, przeszliśmy 130 km. Te szlaki są coraz bardziej zeświecczone. Pomyślałem sobie, że szkoda, że nie ma tutaj żadnych księży czy zakonników, bo tam jest naprawdę bardzo dużo właśnie ludzi młodych, którzy idą i szukają, bo coś czują, ale może nie wiedzą co, nie potrafią ponazywać.
Internet to też jest takie medium, gdzie wielu ludzi szuka. I trzeba tam być, być gotowym do pomocy, towarzyszenia, może zainspirowania.

Wróćmy jeszcze do samego serialu „Jonasz z 2 B”. Dla kogo on jest? Bo wydaje się, że dla młodych, ale czy osoby starsze również odnajdą się w tych treściach, problemach które są poruszane?

Ja jestem osobą starszą w tym serialu… Nawet sam przerabiałem z moimi dziećmi te pokazane w serialu pytania, te obserwacje. I przypomniałem sobie emocjonalnie te rozmowy np. na temat seksu. Naszą rodzicielską niewiedzę – to jest bardzo ładnie tam pokazane. Bo nam się wydaje, że wszystko wiemy o naszych dzieciach, bardzo szybko chcemy załatwić te sprawy. W serialu wskazano na czas, który musimy sobie nawzajem dać. To jest adresowane zarówno do dzieci i rodziców, że musimy sobie nawzajem poświęcić ten czas. Bo rodzice mogą wychodzić do dzieci, a dzieci mogą mieć już nas dosyć, nie mają już dla nas czasu. Tam jest ładnie pokazane, że czas jest potrzeby, nawet w tych punktach z zadaniami, które tam sobie serialowy bohater wyznaczył – każdy punkt to jest konkretny czas dla bliźniego. Bo trzeba jednak wykonać akt, iść do niego, pogadać… Oczywiście to jest film, w życiu to jest bardziej skomplikowane. Tu to ładnie pokazano, bo mi brakuje w serialach, nawet w których sam gram, pokazania prawdziwych, autentycznych relacji. A tu chyba trochę o to zahaczamy, chcemy, żeby te relacje były pokazane prawdziwie.

A jak to jest z tą prawdą w filmie, w serialach? Na ile udaje się jakoś zachować autentyczność, też jeśli chodzi też o wiarę, duchowość? Tu w serialu są sceny z kościoła, gdzie np. o. Szustak prowadzi rekolekcje. Jak to wygląda od środka? Czy to nie jest po prostu sztuczne granie?

Autentyczność jest w naszym kunszcie aktorskim, czy w kunszcie tworzenia takiego dzieła. Sztuka jest zawsze sztuczna. Nawet w polskim słowie „sztuka” jest widoczna ta sztuczność. My to musimy zrobić tak, że człowiek nie ma nas naśladować, tylko musimy go na tyle zainteresować tematem, żeby sobie go przemyślał, żeby go to ruszyło.

Ja zawsze wracam do teatru, gdzie jest ważny temat katharsis. Po prostu my, obcując ze sztuką w bezpiecznych warunkach, przeżywamy i komedię i tragedię, ale możemy po prostu wyciągnąć wnioski i stać się lepsi. To jest taka najprostsza wykładnia tego „katharsis”.

Żeby zachować czy ukazać tę autentyczność musi być oczywiście świetny scenariusz, który przedstawia różne aspekty. Tu mamy nadrzędny cel ewangelizacji. Pokazujemy człowieka, który nagle ma przeczucie, że Jezus skierował na niego swoją łaskę i chce w tej łasce trwać, ale boryka się z różnymi trudnościami. I każdy z nas może przejrzeć się jak w lustrze – o, to mi się też zdarzyło, tak sobie pomyślałem… I to jest ta autentyczność, tu gdzieś się jej szuka.

Ten serial ma też do siebie, że nie „cukierkuje” rzeczywistości. Ja jestem po ruchu oazowym, skąd później na kilka lat odrzuciła mnie ta rzeczywistość, właśnie przez „cukierkowanie” śpiewów, treści itd. Tak to ja to odczułem. Oczywiście, nie osądzam nikogo, komu to odpowiada, ludzie mają różne potrzeby i wrażliwość. Tu, w wierze, jest miejsce na naszą indywidualność. Co mam do tego, że ktoś ma inne poglądy, czy inaczej dochodzi do Boga, inaczej realizuje swoją duchowość. Bóg stworzył nas różnymi i pozwala dochodzić do siebie na różne sposoby.

Przyznam, że mi bardzo ulżyło, gdy oglądałem serial, że nie zastałem takiego sztucznego przesłodzenia. Dialogi wydają autentyczne i życiowe, po prostu znane z relacji z różnymi ludźmi. Urzekła mnie np. przeurocza scena z babcią bohatera, która wyraża prosto z mostu swój sceptycyzm do Kościoła…

Ile razy w domu słyszałem, jak ojciec żartował z Kościoła, czy przychodził wkurzony po kościele. Albo sam znam swoje emocje i pamiętam czasem burzliwe dyskusje po spotykaniu księdza, który na Kościół czy może politykę patrzy inaczej niż ja… I nie ma w tym oczywiście żadnego braku szacunku do Kościoła. Ta wiara jest po prostu żywa, tak to się przejawia.

Zawsze mnie ciekawi, jeśli chodzi o aktorstwo, jak to jest z granicami. Grał Pan w produkcjach z wartościami, wprost chrześcijańskich, grywał Pan też dobrych księży. Ale np. w najnowszym filmie „W lesie dziś nie zaśnie nikt” wciela się Pan w rolę księdza, cóż, niezbyt pozytywnego…

Rzeczywiście, zdarzyło mi się zagrać trzech dobrych księży i ostatnio właśnie jednego złego. Musi się to jakoś wyrównywać… W swoim życiu spotkałem samych wspaniałych księży.

Zazdroszczę.

Naprawdę. Moich proboszczów w Waksmundzie, ks. prof. Józefa Tischnera, o. Jana Górę, abp. Grzegorza Rysia. Mógłbym wymieniać i wymieniać znanych i mniej znanych.

Kiedy Bartek Kowalski, reżyser filmu „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, dał mi to zadanie, nawet dwa razy odmówiłem. Wydawało mi się, że to jest zbyt wprost, za mocne. Bardzo jest mi ciężko, jeszcze w tych czasach, kiedy ludzie mylą filmy z rzeczywistością. Ja sam przez to przeszedłem, przez mój pierwszy serial, że ludzie już nie wiedzieli, czy jestem aktorem, czy tą postacią. Tak więc sam też „zwariowałem” na tym punkcie. Ale to jest gra. To powiedział mi też Bartek –ty będziesz grał.
Dla mnie ważne jest, żeby sztuka niosła nadzieję. Film musi być „nadziejny”. Tak samo Ewangelia jest Dobrą Nowiną. Kiedyś poznałem kolegę, który sobie wypisywał z Pisma Świętego wszystko, co w jego rozumieniu Pan Bóg źle zrobił. Można i tak podchodzić do nawet świętych tekstów. I wracając do tego filmu – jeżeli tak to sobie odczytamy, jeżeli wyjmiemy z kontekstu moją rolę, to też można powiedzieć, że ten Cyrwus teraz w księży uderza. Nie – ten ksiądz, jako człowiek, postąpił źle. Zresztą bardzo szybko wymierzona mu została całkiem dotkliwa kara… Także jakby od razu jest to zło widoczne, wprost.
Bartek, kształcony we Francji, bardzo zdolny młody twórca, słusznie się wkurza, że nie potrafimy zrozumieć pewnych symboli, gry znaczeń, tylko wszystko tak łopatologicznie interpretujemy, nie szukając konwencji filmu, nie zastanawiając się, czy coś więcej ten obraz do nas może powiedzieć… A przede wszystkim nie potrafimy rozmawiać, słuchać się, zakładamy złą wolę drugiego. Bardzo boli jak widzę, że potrafimy szykanować się wzajemnie nawet jako bracia w wierze – kto ma lepszą pobożność, prawdziwszą naukę… Modlę się, żebym sam tego nie robił, bo też mi się zdarza.

Aktualnie jesteśmy trochę uziemieni w swoich mieszkaniach. Co by Pan radził robić z czasem, żeby nie zwariować w czterech ścianach?

Jako katolik mam prostą odpowiedź – modlitwa. Mogę się modlić, to jest nadziejne, daje wiarę, nadzieję. Nie szukajmy w tym wszystkim jakiejś kary Boskiej, bo to jest beznadziejne. Skupmy się na pozytywach. Mamy co jeść. Jest to też wielka szansa spojrzeć na żonę, dziecko, teściową, teścia… Próbować cieszyć się drobnymi rzeczami. Żona mi dała np. taką radę, żeby zacząć dzień tak, by dla każdego był dobry, można zrobić coś miłego czy fajnego, co ucieszy domowników. Może wydaje się proste, ale proszę próbować, to się okaże wyzwaniem. Jako ludzie inteligentni nie tylko mamy „internety” i „netflixy”, ale mamy książki, przypomnijmy sobie o nich. Teraz mamy piękny czas przedświąteczny. Jest tyle fajnych książek np. na temat życia Jezusa, np. pięknie opisane przez Brandstaettera. Teraz czytam bardzo dobrą książkę amerykańskiego jezuity Jamesa Martina „Jezus”. Róbmy rzeczy nadziejne. Bo przyjdzie czas, Pan Bóg da, że to wszystko minie i będziemy musieli się spotkać. I myślę, że będziemy dla siebie lepsi. Polecimy też do kościołów z wielką radością, żeby spotkać tych naszych proboszczów, wikarych, o których może wcześniej różne rzeczy się myślało. I to będzie takie dobro z bieżącej smutnej sytuacji. Po prostu szukajmy teraz wokół możliwości robienia rzeczy dających nadzieję.

 


Piotr Cyrwus – aktor filmowy i teatralny. Związany od 1992 roku z Teatrem Starym w Krakowie. Grał w wielu serialach i filmach, m.in.: “Pan Tadeusz”, “Karolina”, “Bóg w Krakowie”, “Legiony”, “W lesie dziś nie zaśnie nikt”.


KAI

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Karol Sobczyk: To jest czas wyostrzania duchowego wzroku

To czas, aby przepracować coś w sobie. Aby pozwolić Bogu złamać nasze serce, naszą wyniosłość, naszą chęć kontroli - mówi Karol Sobczyk, lider wspólnoty Głos na Pustyni, psycholog, działacz społeczny. W rozmowie z KAI wskazuje, jakie wyzwania obecna sytuacja stawia wspólnotom, jak radzić sobie z lękiem i emocjami oraz zastanawia się, co dobrego przynieść może aktualny kryzys.

Polub nas na Facebooku!

Dawid Gospodarek (KAI): Jesteś liderem sporej i prężnej wspólnoty. Jak sobie radzicie w aktualnej sytuacji, kiedy każdy powinien siedzieć w swoim domu?

Karol Sobczyk: To prawda, sytuacja jest bardzo szczególna. W ciągu krótkiej chwili zamknął się za nami świat, który dotychczas znaliśmy. Wszyscy zostali umieszczeni w zupełnie nowych, nieznanych i ciągle nieprzewidywalnych okolicznościach. My jako wspólnota także. W takich chwilach pierwsze z czym musisz sobie poradzić, to atakujący Cię zewsząd lęk. Panuje sztorm, więc potrzebujesz szybko znaleźć gdzieś bezpieczną przystań.

Wierzącym w tym czasie jest dużo prościej, ponieważ w swoim życiu położyli fundament, który jest nienaruszalny przez obecny kryzys i burze. Ten czas jest dla nas, jako wspólnoty, czasem testów, jak mocno został on położony. To test naszej ufności, naszej nadziei, naszej wiary. Obecnie we wspólnocie wszyscy zakotwiczamy jeszcze mocniej nasze życie w słowach Pisma Świętego. Każdego wieczora spotykamy się razem na modlitwie dzięki transmisjom internetowym. Dzielimy się tym, co Bóg do nas mówi i tym, czego się obawiamy, tak aby móc nawzajem być w tym czasie dla siebie wsparciem. W przyszłym tygodniu – również zdalnie – będziemy zgodnie z planem kontynuować spotkania w małych grupach domowych.

Nieraz zdarza się nam, że dopiero gdy nagle i zaskakująco czegoś nam zabraknie, uświadamiamy sobie, jak rzeczy te są dla nas bardzo ważne i jak bardzo ich potrzebujemy. Myślę, że wielu z nas uświadamia sobie teraz jak nigdy wcześniej, jak wiele jako rodzina – Boża rodzina – dla siebie nawzajem znaczymy.

 

Nowa sytuacja sprawia, że uczymy się nowych rzeczy, szukamy nowych rozwiązań. To pokazuje, że kryzys można wykorzystać rozwojowo. Musieliście we wspólnocie zacząć intensywniej korzystać z internetowych możliwości…

W ostatnią środę przeprowadziliśmy pierwsze spotkanie on-line dla wszystkich. Poszerzyliśmy swoje granice, ponieważ dotąd nie rozwijaliśmy się w prowadzeniu transmisji. I zdaliśmy sobie sprawę, jak ludzie są dziś głodni Boga. Okazało się, że przez transmisję przewinęło się kilka tysięcy ludzi. Dostajemy szereg zapytań o naszą wiarę, prośby o modlitwę. Dziś głosy ludzi walczących z Bogiem i Kościołem nagle przestały być wyraźne. W sercach ludzi pojawiły się zupełnie nowe pytania, na które my, jako wierzący w Chrystusa, mamy odpowiedzi. Wierzę, że niedługo dostrzeżemy, że Kościół poprzez inicjatywy nowej ewangelizacji przygotowywał się przez dziesięć ostatnich lat na ten właśnie czas.

Jeszcze miesiąc temu spotykaliśmy się w zgromadzeniach, które prowadziło kilka, kilkanaście osób. Łatwo było schować się za filarami lub za kimś – wydawałoby się – bardziej znaczącym. Dziś w obliczu tej sytuacji nie ma ambon, nie ma scen, nie ma gwiazd. Jesteś tylko Ty i Bóg. I sam osobiście każdy z nas zdaje dziś przed samym sobą sprawę z tego, na ile rzeczywiście był i jest wierzący. Wielu chrześcijan naprawdę w swoim życiu nigdy nikomu nie dało jeszcze żadnego świadectwa i nikomu nie głosiło Ewangelii, ponieważ inni robili to za nich. Ale ten czas właśnie się skończył. Dziś – kiedy nie ma nabożeństw i spotkań, rodzi się w nas pytanie: „co tak naprawdę świadczy dziś o tym, że jestem wierzącym w Boga”?

Wielu ludzi dawniej utożsamiało bycie wierzącym z chodzeniem co niedzielę do Kościoła, czy pozostawianiem dziesięciny we wspólnocie. W tym nowym dla nas kontekście życia, kiedy publiczne praktyki religijne zostały wstrzymane, zaczynamy rozumieć, że jeśli nie jesteśmy teraz gotowi złożyć przed światem swojego świadectwa, nasze chrześcijaństwo przestaje być chrześcijaństwem. To jest moment dla nas, żeby upewnić się na ile rzeczywiście umarliśmy dla tego świata. Na ile jesteśmy gotowi być dziś świecącymi pośród ciemności świadkami wiary i Ewangelii. Zapewne dla wielu z nas są to rekolekcje życia. We wspólnocie zachęcamy ludzi, aby w tym czasie pobyć sam na sam z Bogiem, odciąć rzeczy, które dotychczas były zbędne, niepotrzebne. Zostawić to, co okazało się teraz zbyt kruche, aby poświęcać temu tak wiele uwagi. To moment, aby zbadać swoje serce.

 

Co doradziłbyś na ten czas osobom, które nie mają wspólnot? Jak dobrze przeżyć ten czas wymuszonej samotności? Co robić z czasem, gdy się jest np. singlem?

Bożym planem dla wierzących było to, aby Kościół był rodziną, która jest ze sobą, jest razem, jest blisko. To właśnie odzwierciedlają choćby zgromadzenia zakonne, które decydują się z uwagi na Ewangelię przyjąć wspólnie określony przez nią styl życia, wejść razem na wspólną drogę i być na niej dla siebie wsparciem. Zachęcałbym każdą osobę, która nie ma dziś swojej wspólnoty, aby pozostała w kontakcie z ludźmi wiary. Aby razem z nimi się modlić. Aby zachęcać się wzajemnie, pisać do siebie, telefonować. Dzielić się tym, co nas dotyka, z czym nam trudno i tym, co daje nam nadzieję.

Izolacja i samotność – nie tylko w kontekście przeżywania wiary – sprawia, że jesteśmy coraz słabsi. Bóg chciał, żebyśmy jako wierzący, trwali razem. Nawet kiedy posyłał swoich uczniów, posyłał ich nie samych, ale dwójkami. Potrzebujemy siebie nawzajem zarówno w duchowym wzroście wiary, jak i w bardzo praktycznym wymiarze: codziennej pomocy czy wzajemnym wsparciu finansowym.

 

Czy w aktualnej sytuacji widzisz jakieś możliwości zaangażowania w ewangelizację? Jak ewangelizować siedząc w mieszkaniu?

Osobiście sądzę, że ten czas jest przede wszystkim czasem naszej izdebki i przygotowania. To czas, aby przepracować coś w sobie. Aby pozwolić Bogu złamać nasze serce, naszą wyniosłość, naszą chęć kontroli. Wszystkie nasze bożki, czymkolwiek one były: pogonią za komfortem, konsumpcjonizm, chęć wzbogacania, kult ciała, budowanie bezpieczeństwa w oderwaniu od Boga, oglądanie sportu czy imprezy, one wszystkie zeszły teraz ze sceny. Ludzcy idole i celebryci znaleźli się dziś dokładnie w tej samej sytuacji, co każdy z nas. Stoimy razem poddani dużo większej rzeczywistości, niż my sami. Zostały od nas odsunięte rzeczy, które dotychczas każdego dnia okradały coś z naszego serca. Pochłaniały naszą uwagę.

Z dnia na dzień dostaliśmy możliwość słuchania Boga w tak szeroki i głęboki sposób, jak prawdopodobnie w naszym życiu nigdy dotąd. To jest dla nas wielki przywilej żyć w czasie, w którym jedyną opcją dla nas stał się Bóg.

Dlatego we wspólnocie zachęcamy się nawzajem, aby nie pozwolić na to, by ten dany nam czas spędzić na oglądaniu seriali na Netflixie czy całodziennym dzwonieniu od znajomych do znajomych. Nie chcemy przespać czasu łaski. To jest czas wyostrzania duchowego wzroku. Czas przygotowania na to, co przed nami.

 

Co zrobić, gdy przytłacza nas lęk przed zagrożeniem chorobą, gdy nie radzimy sobie z emocjami?

Prawdopodobnie tak samo jak ja, mierzysz się z lękiem. Strach to jest taka negatywna wiara. Ona zawsze spodziewa się najgorszego. Oczekuje trudnych okoliczności i zakłada czarne scenariusze. Co ja robię z lękiem? Przychodzę z Nim do Boga. Otwieram Słowo, które mówi o życiu z Bogiem. Chcę wiedzieć, co mój Bóg myśli na ten temat. Lata chodzenia z Bogiem nauczyły mnie tego, że całkowicie mogę Mu ufać, mogę na Nim polegać. I to nie oznacza, że nie będzie trudnych okoliczności. Ale wiem, że On jest ze mną. Zostałem przez Niego powołany na tym świecie dla jakiegoś konkretnego celu, i z tej perspektywy – perspektywy wiary i relacji z Nim, potrzebuję odczytać obecny czas.

Na świecie pojawił się koronawirus, który sparaliżował nasz świat, ale osobiście myślę, że to nie ten wirus jest najgorszy. Pojawiło się w świecie coś jeszcze. Wirus lęku. On próbuje wpływać na narody i miasta. Próbuje wpływać na nasze życie. Dlatego potrzebujemy dziś regularnie słuchać Bożego głosu, aby nie stać się zarażonymi przez lęk.

Dziś nawet w środowiskach Kościoła są ludzie, którzy tak mocno cenią swoje życie, że ich główny fokus działania jest skoncentrowany na tym, co zrobić aby przeżyć, aby przetrwać ten czas, aby się zabezpieczyć, aby się uchronić przed śmiercią. I to prawda, że mamy zwariowany czas, że mamy czas sztormu, ale nasz Bóg, Jezus Chrystus, ma władzę nad wzburzonymi falami i absolutne panowanie nad sytuacją. Jego Korona jest nieporównywalna z koroną tego wirusa. A to wszystko co się dzieje, nie wymyka Mu się spod kontroli.

 

Ta sytuacja wymusza zatrzymanie się, zastanowienie się nad celem, szukanie nowej perspektywy, również w życiu duchowym…

Musisz dziś odpowiedzieć sobie na pytania, na które możliwe, że było Ci dużo łatwiej odpowiedzieć kilka miesięcy temu. „Czy pamiętasz kim jesteś?”, „Czy wiesz co otrzymałeś?”, „Dlaczego jesteś wierzący?”. Dlaczego? Bo coś otrzymałeś. Otrzymałeś pewien dar – dar wiary. Wiarę, z której – jak mówi Pismo Święte – żyje sprawiedliwy. Wiarę, która zwyciężyła ten świat.

W obliczu napadającego Cię lęku jest jedna rzecz, z której potrzebujesz pilnie skorzystać. Moim marzeniem jest, aby zagubieni dziś chrześcijanie przypomnieli sobie o tym: jesteśmy jedynymi ludźmi na ziemi, którzy – dzięki wierze – słyszą Boży głos! Nasz Pan, Jezus Chrystus powiedział, że Jego owce znają Jego głos. Dlatego jako ludzie Kościoła musimy dziś zostawić te wszystkie rzeczy, które nas rozpraszają i zastraszają, i sięgnąć do Słowa Bożego. Zadać sobie pytanie: co Bóg mówi swoim dzieciom o tym kryzysie? Co Bóg powiedział konkretnie Tobie o tej sytuacji? Co mówi na temat koronawirusa w kontekście Twojego życia?

Musisz zdecydować́, co w obecnym czasie zawirowań będzie kształtować́ Twoje myślenie. Sytuacja wymaga od Ciebie dostosowania się do właściwego źródła, z którego będziesz czerpać́. Innymi słowy, po prostu zamknij media i otwórz Biblię. Nie masz na to wiele czasu. Jeśli w obecnym czasie będziesz czerpać więcej inspiracji z tego, co mówią media, niż z tego co Bóg pozostawił w Słowie, będziesz mierzyć się z lękiem i atakującą Cię depresją.

Nasze życie jako wierzących, w każdym jego aspekcie – w naszych decyzjach, w naszym sposobie myślenia i działania, w kontekście naszej rodziny, pracy i otaczających nas okoliczności musi być poddane i oparte na wierze. Dlatego myślę, że potrzebujemy ukierunkować nasze myślenie, nasze perspektywy, nasze oczekiwania, nasze modlitwy – wszystko to, czym żyjemy, aby było zgodne ze stylem życia, które zostało nam powierzone. To, w jaki sposób Bóg myśli, w jaki sposób On patrzy, jest naszym sposobem życia.

 

Czyli cały czas patrzeć w niebo? Tam gdzie nasza ojczyzna, jak mówił św. Paweł?

Sądzę, że jako chrześcijanie, zostaliśmy umieszczeni na tym świecie nie po to, aby tak po prostu przetrwać i pójść do Nieba. Jeśli takie byłoby pragnienie Boga, już w momencie chrztu zabrałby nas z tego świata. Po coś nas tutaj pozostawił. Jesteśmy tu, aby zanieść temu światu przesłanie. Niesiemy je swoim życiem. Ono w niczym się nie zmieniło. Miesiąc temu i sto lat temu również było dokładnie takie same. Niesiemy nadal tę samą, Dobrą Nowinę. I wciąż, z Bożej woli, jesteśmy na misji.

To, co się zmieniło, to okoliczności tej misji, które – jak pokazuje historia – im są trudniejsze dla nas, tym lepsze dla Ewangelii. Dlatego jeśli ten wirus przyszedł do nas z piekła, diabeł na tym stracił. Bo możliwe, że Kościół w niedługim czasie będzie mniej zasobny, ale wyjdzie z tego kryzysu dużo silniejszy.

 


Karol Sobczyk wraz z żoną Małgorzatą prowadzi krakowską ekumeniczną wspólnotę Głos na Pustyni (www.glosnapustyni.pl), która służy na rzecz jedności, wzrostu i charyzmatycznej odnowy Kościoła. Psycholog, mówca konferencyjny, działacz społeczny, sekretarz Sekretariatu ds. Nowej Ewangelizacji Archidiecezji Krakowskiej. W latach 2012-2017, również w ramach Sekretariatu, ściśle współpracował z abp. Grzegorzem Rysiem. Od 2018 roku jest członkiem Rady ds. Dialogu Ekumenicznego i Międzyreligijnego Archidiecezji Krakowskiej, a także członkiem rady koordynującej Forum Wspólnot przy Zespole Konferencji Episkopatu Polski ds. Nowej Ewangelizacji.

 

KAI, zś/Stacja7

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Copy link
Powered by Social Snap