Bp Mastalski: Możesz więcej, niż ci się wydaje

O wychowaniu do dojrzałości, towarzyszeniu młodzieży oraz wyzwaniach, przed którymi stoją wychowawcy i rodzice, rozmawiamy z bp Januszem Mastalskim, biskupem pomocniczym archidiecezji krakowskiej.

bp Janusz
Mastalski
zobacz artykuly tego autora >
Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Bp Mastalski: Możesz więcej, niż ci się wydaje
O wychowaniu do dojrzałości, towarzyszeniu młodzieży oraz wyzwaniach, przed którymi stoją wychowawcy i rodzice, rozmawiamy z bp Januszem Mastalskim, biskupem pomocniczym archidiecezji krakowskiej.

Przez lata pracował ksiądz biskup ze studentami i nastolatkami, poświęcił im nawet badania, które zawarł w książce profesorskiej. Co z nich wynika?

Zanegowałem kilka prawd, które są obecnie lansowane. Po pierwsze, że młodzież jest zła, nie ma żadnych ideałów. To nieprawda. Młodzież na pewno jest zagubiona, ale nie jest zła. Po drugie, nieprawdą jest, że młodzi wszystko sprowadzają do paru przyjemności: seksu, używek, portali społecznościowych. Jest wielu młodych ludzi, którzy mają pasję i szukają w tej pasji realizacji siebie. Na pewno nie jest też prawdą, że nie mają wewnętrznego imperatywu do uczenia się. To nie jest doświadczenie jednej czy pięciu rodzin, pięciu gimnazjalistów, tylko tysięcy, których spotkałem i z którymi rozmawiałem.

 

Do wspomnianego przez księdza biskupa zagubienia i samotności młodych ludzi coraz częściej przyczyniają się nowe technologie. Jak Kościół wychodzi lub powinien wychodzić do młodych poszukujących swojej drogi?

Kościół musi mieć przede wszystkim jakąś propozycję. I tu z pomocą przychodzi nam nowa ewangelizacja. To jest ciągłe poszukiwanie dotarcia do młodego człowieka, niekoniecznie tego blisko Kościoła – czyli np. służby liturgicznej. Oczywiście można wykorzystywać tradycyjne środki czy metody, takie jak rekolekcje, chociaż one muszą być w pewnym momencie zmodyfikowane. Nie wiem, czy szansa duszpasterska jest w pełni wykorzystana, jeśli takie zbiorowe spotkanie sprowadza się tylko do konferencji. Młodzież uległa cyfryzacji, dlatego różnego rodzaju media czy środki multimedialne, mogą być jednocześnie znakomitym sposobem dotarcia do tych ludzi. Jest w tej chwili moda na różnego rodzaju warsztaty, które otwierają człowieka, pobudzają go do twórczego myślenia. To też są niezwykle ważne rzeczy. Pracując przez lata z młodzieżą, pisząc o niej, czy badając środowisko młodzieżowe, wydaje mi się, że w niektórych środowiskach trzeba mimo wszystko zacząć nie od klasycznej ewangelizacji, ale od pre-ewangelizacji. Od pokazania pewnych wartości, bez których nie można żyć. Te wartości tak naprawdę prowadzą do Boga, do Kościoła. Młody człowiek, który jest zbuntowany i wszystko neguje, nagle zobaczy, że rzeczywiście, bez tych wartości się nie da żyć, a źródłem, które może sprawić, że te wartości będą trwałe jest Jezus. I może wtedy spróbuje bardziej świadomie i dojrzale „wejść” w Kościół.

 

Jest ksiądz biskup teologiem i pedagogiem, wieloletnim wychowawcą młodzieży a przez ostatnie 1,5 roku także wychowawcą kleryków w Wyższym Seminarium Duchownym w Krakowie. Co z doświadczenia księdza biskupa jest najważniejsze w pracy wychowawcy?

Po pierwsze kompetencje, a w tych kompetencjach – mądrość życiowa. Ważna jest także autentyczność. A więc tak naprawdę chodzi o to, by być człowiekiem jednoznacznym. Ważna jest również – mówiąc bardzo górnolotnie – osobowość, a więc takie cechy charakteru, które umożliwiają dobrą komunikację, otwierają drugiego człowieka, dają poczucie bezpieczeństwa.

 

Przed jakimi zagrożeniami i wyzwaniami obecnie stoją wychowawcy, pedagodzy, rodzice?

Wyzwaniem jest ogromny pośpiech, przez który budowanie relacji czy komunikacji, jest bardzo utrudnione. Nie mamy czasu dla siebie nawzajem.

Myślę, że przed wspomnianym już po części “niewidocznym wrogiem”, który nazywa się gadżety cywilizacyjne. Bardzo często rodzic czy wychowawca przegrywa z komórką. Ważniejsze jest to, czy jest zasięg, czy go nie ma, a nie to, czy z nim rozmawiam. Po drugie, wyzwaniem jest ogromny pośpiech, przez który budowanie relacji czy komunikacji, jest bardzo utrudnione. Dlatego, że nie mamy czasu dla siebie nawzajem, a jeśli już go mamy, to jesteśmy zmęczeni. Tak więc budowanie dojrzałych relacji to drugie ważne wyzwanie. Na pewno trzecim jest rodzina – jeżeli jestem wychowawcą czy pedagogiem w szkole, to ta relacja z rodziną układa się bardzo różnie. Jeśli jestem rodzicem, muszę wziąć pod uwagę, że nie tylko ja mam wpływ na swoje dziecko, ale także szkoła. A największy wpływ ma jednak grupa rówieśnicza.

 

W jednej z książek pisał ksiądz biskup, że “wychowawcy nie mogą dać się postawić pod ścianą, na której jest napisane: nie mogę, nie potrafię, nie mam już siły. Bo prawdziwy rodzic, wychowawca ostatni zamyka drzwi i nigdy się nie zniechęca.” Czy to klucz do dobrego wychowania?

Tak, na pewno. Wytrwałość, cierpliwość jest ważna, ale jest jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz. Proszę zobaczyć, że my generalnie w Polsce wychowujemy intuicyjnie. To znaczy tak: „moja mama mnie tak wychowywała, więc ja też będę tak wychowywać moje dziecko”; „tak wychował mnie tata, więc teraz ja będę takim ojcem”. Natomiast nie sięgamy po fachową literaturę. I nie mówię tu o amerykańskich poradnikach pseudonaukowych, gdzie specyfika dziecka w Stanach Zjednoczonych jest zupełnie inna, niż polskiego dziecka. Intuicyjne wychowanie sprawia, że jestem człowiekiem, który jako wychowawca nie do końca ma pomysł na wychowanka. Gdyby zapytać rodzica: „jakie ma być pani/pana 8-letnie dziecko?”, usłyszymy odpowiedź: „ma być grzeczny”. Ale pytanie brzmi – co to znaczy, że ma być grzeczny? Ma się nie odzywać, nie oddychać, ma być posłuszny? Na czym ma polegać grzeczność? Tak naprawdę nie wiemy czym jest grzeczność. Pomysł na wychowanka to jest nie tylko wskazanie tego jaki ma być, ale przy pomocy czego to u niego wykształtować. Jak pomóc mu to wykształtować. Dzieci i młodzież nie lubią, kiedy ktoś je kształtuje, prowadzi; lepiej jak wspomaga. Współczesny wychowawca musi być przede wszystkim cierpliwy. I nie oczekiwać efektów od razu. To nie jest tak, że przyciśnie się guzik i coś wyskoczy. Praca z młodzieżą to praca na jutro, nie na dziś.

 

Od młodych wymaga się „Bożego teraz”, co podkreślał Papież Franciszek podczas ŚDM w Panamie. Młodzi mają działać teraz, nie jutro.

Działanie teraz, ale owoce będą jutro. Jak „teraz” zaniedbamy, nie będzie jutra.

 

Podczas jednej z homilii powiedział ksiądz biskup, że istnieje konieczność wychowywania do „samowychowania”. Czym jest samowychowanie?

Nie ma żadnych wątpliwości, że wychowanie wcześniej czy później musi dotrzeć do takiego momentu, w którym o wielu rzeczach decyduję już ja. To ja rzeźbię siebie osobowościowo i ja tworzę czy modyfikuję hierarchię wartości. Proszę zobaczyć, co się dzieje, kiedy mamy przykładowo mężczyznę 25. czy 35-letniego, który nie jest w stanie podjąć żadnej decyzji bez konsultacji z rodzicami. Gdzieś ta pępowina jest dalej nie odcięta. I oczywiście mama doradzi fantastycznie, ale co będzie, kiedy jej zabraknie? W związku z tym jest potrzeba samokierowania sobą. Szczególnie, że człowiek dorosły to jest człowiek, który nie jest skłonny do tego, by ciągle być sterowanym z zewnątrz. Tak jak każdy chciałby być na swoim, tak każdy chciałby o sobie stanowić i preferować rzeczy, które według niego są ważne.

 

Czy istnieją metody wychowania do “samowychowania”?

Metodą samowychowania jest stawianie konkretnych wymagań. Ważne jest także, aby uczyć prostego podejścia do pewnych kwestii, np. że porażka wcale nie musi być końcem.

Wychowanie do samowychowania to temat rzeka. Natomiast na pewno niezwykle ważne jest, żeby po pierwsze wychowanka nie wyręczać. Po drugie, metodą samowychowania jest stawianie konkretnych wymagań. Po trzecie ważne jest, aby uczyć prostego podejścia do pewnych kwestii, np. że porażka wcale nie musi być końcem, lecz powinna mobilizować; że istnieją inne środki do celu, jeśli te założone okazały się nieskuteczne. O tym wielokrotnie mówił św. Jan Paweł II, to jest niesamowicie ważna sprawa. Mianowicie: możesz więcej, niż ci się wydaje. Kształtowanie prawidłowej samooceny, to jest podstawa. Mamy bardzo dużo dzieci i młodzieży, którzy mają zaniżoną samoocenę dlatego, że wychowywali się w fatalnej atmosferze w domu. I to dojście do samowychowania jest tak naprawdę leczeniem się z ran, które zostały zadane. W takich sytuacjach nie wiadomo czy to samowychowanie istnieje, czy to nie jest ciągle jakaś improwizacja. Najpierw trzeba zrobić jakiś detoks, zmienić sposób myślenia, patrzenia na siebie, a dopiero później stawiać sobie kolejne wymagania. Tak jak wychowanie, samowychowanie jest procesem, który trwa pewnie do końca życia.

 

Czyli „samowychowanie” to pewien etap dojrzałości człowieka?

Tak, na pewno. Czym bardziej skuteczne jest samowychowanie i czym bardziej tworzymy w sobie trwałe cechy osobowości, tym bardziej możemy mówić o wchodzeniu na drogę dojrzałości. Chociaż ciągle zastanawiam się nad tym, czy jest ktoś, kto jest absolutnie dojrzały. Kiedy dochodzi się do pewnego punktu dojrzałości, to ma się świadomość, że można iść dalej. I to jest piękne, bo to oznacza, że człowiek jest twórczy. Ciągle może mieć na siebie pomysł, nawet jak ma 80 lat.

Kiedy dochodzi się do pewnego punktu dojrzałości, to ma się świadomość, że można iść dalej. I to jest piękne, bo to oznacza, że człowiek jest twórczy. Ciągle może mieć na siebie pomysł, nawet jak ma 80 lat.

 

Czy istnieje dojrzałość duchowa?

Na pewno można nazwać dojrzałością duchową taką postawę, w której jesteśmy coraz bliżej Pana Boga; gdy integralnie rozwijamy naszą duchowość, czyli gdy są zaangażowane nie tylko wola i rozum, ale także i emocje. Dojrzałość duchowa jest wtedy, kiedy mam świadomość, że duchowość ma bardzo duży wpływ na moje wybory życiowe; kiedy wcześniej czy później, mam jakiś bardzo intymny kontakt z Panem Bogiem, chociażby na modlitwie, adoracji. Jako ksiądz spotkałem w swoim życiu wielu ludzi młodych, którzy nieraz zawstydzali mnie swoją dojrzałością duchową. Była w nich świeżość, entuzjazm. Była radość z tego, że jest się coraz bliżej Boga. I to jest niesamowicie piękne dla księdza, który „zawodowo” zajmuje się Panem Bogiem i prowadzeniem do Niego innych. Było to z jednej strony zawstydzające, z drugiej mobilizujące, ale przede wszystkim fascynujące, że można popatrzeć na człowieka, który jest 20 lat młodszy, a jest gorliwszy, piękniejszy wewnętrznie. To jest cudne.

 

Jak do tego dążyć?

To pewnie też temat na oddzielną rozmowę. Natomiast myślę, że wypadałoby zacząć od takiego środka, do którego coraz bardziej nie jest przekonany młody człowiek, ale chyba także i my wszyscy. Tym środkiem jest… cisza. Proszę zauważyć, że współczesna cywilizacja zabiła ciszę. Cisza jest przestrzenią, w której – jeśli człowiek się jej nie boi – ma czas na refleksję, warunki do tego, żeby dotrzeć do sacrum i pochylić się nad swoim życiem. Nie chodzi o ciszę rozumianą jako brak dźwięku, bo to można sobie łatwo zapewnić, ale ciszę będącą uspokojeniem swoich emocji. Jeśli docenimy tę ciszę, wtedy jest to czas dla Pana Boga, jest to też czas dla mnie. Czas, aby usiąść, dokonać bilansu: dnia, tygodnia, miesiąca. To jest dobre meblowanie pokoju pod tytułem „duchowość’. W tej ciszy można odnaleźć wiele kwestii, które należy poprawić. Tam jest też miejsce na rachunek sumienia, piękną, gorliwą modlitwę. To jest też miejsce, żeby się wypłakać, jeśli trzeba. We współczesnej pedagogice mówi się też o terapii ciszą, która nie zabija a buduje, uspokaja, wskazuje pewne kierunki. To czas, kiedy człowiek może pomyśleć: mam pomysł na następny miesiąc, czy go nie mam? Na moje bycie mężczyzną, kobietą, mężem, żoną, córką, synem?

 

Zawołanie księdza biskupa brzmi: „Dominus spes mea”, czyli „Pan moją nadzieją”. Nadzieja jest wpisana w “meblowanie” przyszłości człowieka?

Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że nadzieja umiera ostatnia, bo nadzieja w ogóle nie umiera. Zawsze jest coś więcej za wydarzeniem, które miałoby tę nadzieję zabić. Nadzieja jest czymś, bez czego się nie da żyć. Dlatego, że po pierwsze pochodzi od Boga, który często przychodzi z tą nadzieją przez drugiego człowieka. Po drugie, nadzieja jest motywacją do tego, żeby ciągle walczyć, zwyciężać, cieszyć się “pomimo”. Chcieć żyć i najlepiej wykorzystać to życie. Dla mnie nadzieja, mówiąc językiem młodzieżowym, to jest “power”.

 

Rozmawiała Zofia Świerczyńska

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



bp Janusz Mastalski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Zofia Świerczyńska

Zofia Świerczyńska

Dziennikarz, sekretarz redakcji portalu Stacja7. Pracowała w Sekcji Komunikacji Komitetu Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, agencji kreatywnej, swoje teksty publikowała także na łamach tygodników katolickich. Odpowiedzialna za projekty medialne i marketingowe.

Zobacz inne artykuły tego autora >
bp Janusz
Mastalski
zobacz artykuly tego autora >
Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >
ROZMOWY

Wytańczyć cud

O tańcu z Panem Bogiem i sile modlitwy rozmawiamy z twórcami spektaklu tanecznego „Lilia”.

Ks. Marcin
Godawa
zobacz artykuly tego autora >
Teresa
Markiewska
zobacz artykuly tego autora >
Agata
Stodolska
zobacz artykuly tego autora >
Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Wytańczyć cud
O tańcu z Panem Bogiem i sile modlitwy rozmawiamy z twórcami spektaklu tanecznego „Lilia”.

Zadanie było proste: stworzyć niewielki spektakl taneczny o Matce Bożej. Z małego przedstawienia powstało dzieło, które nie tylko zachwyca, ale sprawia, że zarówno scena jak i widownia zamienia się we wspólną przestrzeń modlitwy, która czyni cuda.

 

Modlitwa i taniec. Okazuje się, że połączenie tych dwóch aktywności może przynieść niezwykłe efekty.

Teresa Markiewska: Taniec jest jedną z najbardziej naturalnych form ludzkiej ekspresji, który jednoczy sferę emocjonalną, cielesną i duchową człowieka. W samej Biblii jest mnóstwo zachęt, aby wielbić Boga tańcem. Przykładem może być Dawid, który nie wahał się tańczyć przed Arką Przymierza. Dla mnie osobiście, taniec jest jedną z najbliższych form uwielbienia, ale też wołania do Boga we wszelkich innych duchowych okolicznościach. W tym jak się poruszamy jest prawda. Czasem słowa nie są w stanie wyrazić tego, co potrafi powiedzieć ciało.

 

Spektakl „Lilia” przedstawia historię Maryi opartą na tajemnicach różańca. Skąd wziął się pomysł na taką formę spektaklu?

Agata Stodolska: Pomysł od początku wiązał się z obchodami 100. rocznicy objawień w Fatimie. Z tej okazji miałam przygotować „mini–spektakl” o życiu Maryi. Osoba, która mnie o to poprosiła, nie miała żadnej wizji i pomysłu jak miałoby to wyglądać. Zostawiła mi całkowicie wolną rękę. Ja także nie myślałam od razu o tym, że spektakl będzie w jakiś sposób związany z różańcem. Jednak sceny z życia Maryi są tak spójne z tajemnicami różańca, że same zaczęły się w nie układać. Zależało mi na tym, żeby nie przedstawiać wyłącznie zewnętrznych obrazów czy faktów – takich przedstawień było już mnóstwo. W moim sercu było pragnienie pokazania przede wszystkim tego jak Maryja dała mi się poznać jako matka i kobieta, jak kochała, jak przeżywała wydarzenia ze swojego życia, którym towarzyszyły zarówno radość jak i ból. Niewątpliwie źródłem inspiracji było głębokie rozważanie i kontemplacja tajemnic różańca oraz Ewangelii.

 

Czy spektakl można potraktować jako formę indywidualnej modlitwy?

Ks. Marcin Godawa: Oczywiście. Zwłaszcza jeśli rozumiemy modlitwę jako świadome bycie przed Bogiem, całościową postawę rozciągającą się poza brzmienie wypowiadanych słów. Nieprzypadkowo taniec rozpoczyna się u nas od skupienia i modlitwy, ponieważ intymne spotkanie ducha tancerki i tancerza z Duchem Świętym wyraża się poprzez ciało i w ten sposób staje się znakiem dla widzów. Wymaga to radosnej pokory i otwarcia na miłość. Taniec jest więc szczególnie sugestywną modlitwą, „tańczonym Różańcem”. Każdy odbiorca zajmujący fotel na widowni zostaje do tego tańca zaproszony. Zatańczyć ma jego serce, umysł, emocje – zgodnie z tym, na ile sam chce i potrafi. Język baletu nie ucieka w abstrakcję, ale pragnie wprowadzać w głębię słowa Bożego, odsłonić te przestrzenie, które nie zawsze bywały dostrzegalne. Taka jest przykładowo wymowa scen „paralelnego” cierpienia Syna i Matki czy seria uzdrowień. Jest to próba ukazania, jak wiele się wtedy dokonało w Chrystusie, w Maryi, w człowieku. Objawienie staje się dzięki temu bliższe, bo przeniesione poprzez współodczuwanie w świat wewnętrzny widza, który właśnie przestaje być jedynie widzem.

 

 

Spektakl „Lilia” powoli zapraszał was do czegoś większego – zbudowania wspólnoty. Jakie były początki Waszej działalności?

Agata Stodolska: Na początku nie myśleliśmy o tworzeniu wspólnoty. Jednak już wtedy bardzo zawierzyliśmy Jezusowi i Maryi całe przedsięwzięcie, prosząc o Boże prowadzenie. Modliliśmy się przed i po każdej próbie, wspieraliśmy się także jako przyjaciele, bo wspólne spędzanie czasu i modlitwa budowały między nami więzi. Od czasu do czasu spotykaliśmy się także na spontanicznym uwielbieniu Pana Boga tańcem (tzw. sacro jams). Z czasem pojawiło się więcej osób, co wcale nie rozpraszało relacji, lecz je rozwijało.

Dopiero po premierze i jeszcze kilku występach, kiedy zaczęliśmy rozeznawać duchowe owoce naszej działalności, zbudowała się w nas wiara potrzebna do silniejszego rozwoju dzieła.

Ważnym momentem było dołączenie do nas księdza Marcina Godawy, który miał sprawować nad nami „pieczę duchową”. Zaczęliśmy wtedy uczestniczyć we wspólnych Mszach świętych, więcej rozmawiać o sprawach duchowych. Nasze spotkania nabrały wtedy jeszcze większego charakteru duchowego. Jednak tak naprawdę dopiero po premierze i jeszcze kilku występach, kiedy zaczęliśmy rozeznawać duchowe owoce naszej działalności, zbudowała się w nas wiara potrzebna do silniejszego rozwoju dzieła w kierunku duchowym. Wspólnota wyrosła więc z budowania jedności w trakcie naszego działania. To potwierdza nasze przekonanie, że inicjatywa leżała od początku po stronie Pana Boga, a następnie Maryi, która pragnęła utworzyć z nas bukiet kwiatów dla Jezusa – pięknych nie tylko zewnętrznie, ale i duchowo. Datę formalnego początku funkcjonowania zespołu jako wspólnoty także wybrała Ona – było to święto Zwiastowania Pańskiego.

 

Czy łatwo jest grać rolę Maryi? Co jest najważniejsze w tym zadaniu?

Agata Stodolska: Nigdy nie myślałam o tym, czy jest to trudne. Faktem jest, że zastanawiałam się nad tym, czy w ogóle przyjąć tę rolę, ale nie ze względu na to, że była ona trudna do zagrania, ale dlatego, że bałam się pychy. Po części miałam też wątpliwości czy jestem odpowiednią osobą do tej roli. Ostatecznie to ja musiałam podjąć decyzję, jednak gdyby nie potwierdzenia przychodzące zarówno od osób mi bliskich jak i zupełnie postronnych, byłoby mi trudno to zrobić, choć początkowo spektakl nie był tworzony na dużą skalę. Kiedy ostatecznie przyjęłam rolę, nie uzbrajałam się w szereg kompetencji teatralnych, raczej zdałam się na swoją intuicję i to, co podpowiadało mi serce. Dużo się modliłam. Modlitwa mnie poprowadziła. To była prośba o to, by Maryja dała mi swoje serce, żeby to Ona była na scenie. To zawierzenie i oddanie siebie było dla mnie najważniejsze. Natomiast to, co jest najtrudniejsze, ale też najpiękniejsze w roli Maryi, to naśladowanie Jej na co dzień.

 

Od premiery spektaklu mija 1,5 roku. Takich spotkań z widzami jest coraz więcej. Jaki jest odbiór spektaklu?

Ks. Marcin Godawa: Dziękujemy Bogu za te piękne chwile, gdy na zakończenie stajemy wszyscy razem na scenie. Żywa reakcja publiczności jest naszą radością, nagrodą za naszą pracę. Chcemy jednak, by oklaski, a nieraz i dłuższe owacje wznosiły się poprzez Maryję ku Temu, bez którego „nic uczynić nie możemy”. Chętnie wracamy choćby do spektaklu dla osób ubogich w ramach Światowego Dnia Ubogich w listopadzie 2018.

 

Podczas sceny uzdrawiania przez Jezusa, w namiocie słychać było płacz…

Nastąpiła prawdziwa wymiana dobra. Od pierwszych kroków na namiotowej scenie towarzyszyły nam brawa i jeśli mogłoby się komuś wydawać, że bezdomni najmniej na świecie potrzebują baletu, to jest odwrotnie. Mieliśmy bardzo wrażliwą publiczność, a uściski ich dłoni po zakończeniu stały się dla nas umocnieniem. Podobnie chcemy służyć ludziom chorym, tańcząc o miłości Boga do każdego człowieka. Cieszymy się każdym świadectwem, które do nas dociera. A bywa, że pochodzą od naszych braci protestantów, a nawet od niewierzących.

 

Wzruszeniu nie ma końca! Piękny moment podczas ŚDU – spektakl o Matce Bożej przyniósł wiele łez wzruszenia! Dziękujemy Spektakl Lilia ❤️

Opublikowany przez Światowy Dzień Ubogich – Archidiecezja Krakowska Sobota, 17 listopada 2018

 

Macie poczucie, że to co pokazujecie innym, zmienia ich życie?

Teresa Markiewska: Mam wielką nadzieję, że Duch Święty przez to co pokazujemy może zmieniać czyjeś życie. Jest to tajemnica jak i kiedy to robi. Czasem przez wzruszenie, czasem przez doświadczenie zobaczenia czegoś pięknego, a czasem przez przypomnienie, że Jezus żyje i mnie kocha. Dla mnie najbardziej poruszającym momentem spośród wszystkich naszych występów, było kiedy po zakończeniu zobaczyłam wśród widzów człowieka bezdomnego, który wyraźnie poruszony przyglądał się nam. Trwało wspólne wielbienie, zapytałam, czy ze mną zatańczy. Tańczyliśmy, w pewnym momencie ten pan zaczął płakać. Powiedział, że to, co zobaczył było jedną z najpiękniejszych rzeczy w jego życiu, a to że mógł zatańczyć z nami, sprawiło, że pojawiła się w nim nadzieja, że i dla niego jeszcze jest szansa. To było bardzo mocne doświadczenie, które na pewno coś we mnie zmieniło.

 

Oprócz licznych występów w Polsce, mieliście okazję wystąpić w Lourdes, a ostatnio podczas ŚDM w Panamie. Jak wspominacie udział w Festiwalu Młodych?

Agata Stodolska: Odbiór spektaklu jest zawsze bardzo pozytywny. Na Festiwalu Młodych widzowie też byli bardzo wzruszeni i przejęci, długo dawali nam owacje na stojąco. Podobnie po naszym późniejszym występie w panamskiej parafii, która nas gościła. Patrząc na łzy w oczach osób, które obejrzały spektakl, odczuwam ogromną wdzięczność, bo mogę zobaczyć jak Bóg dotyka ich serc posługując się nami. Występ na drugim końcu świata w Panamie, czy w ubiegłym roku we Francji, dla ludzi mówiących obcym językiem, o zupełnie innej kulturze i być może religijności, pokazał nam, że „Lilia” jest dziełem uniwersalnym, które tak samo porusza i budzi do wiary w Polsce, jak w innych krajach. Dla Ducha nie ma barier. Wystarczy kontemplacja, która otwiera serce na łaskę.

 

 

Jakie są Wasze plany na przyszłość?

Agata Stodolska: Na razie lądujemy po wrażeniach ŚDM. Ale oczywiście myślimy także o przyszłości. Planujemy dalej wystawiać „Lilię” w różnych miastach w Polsce, m.in. w Krakowie, Myślenicach, Kalwarii Zebrzydowskiej, Siemianowicach Śląskich, Gdańsku czy Częstochowie, a także za granicą – we Francji i Ukrainie. Jak tylko uda nam się zorganizować odpowiednią salę, chcielibyśmy otworzyć grupę dla osób pragnących do nas dołączyć. Mamy też w planach dalszy rozwój taneczny i duchowy, a także zorganizowanie szeregu warsztatów w duchu uwielbienia Pana Boga tańcem, które już w ubiegłym roku przynosiły wspaniałe owoce. Pojawiają się też nowe pomysły i projekty. Nie wszystkie mogę zdradzić, ale zapewniam, że będzie działo się wiele!

 

Rozmawiała Zofia Świerczyńska

 


Zespół tworzący spektakl i wspólnotę „Lilia” to ludzie młodzi, pasjonujący się tańcem, działający w ramach Duszpasterstwa Akademickiego PATMOS Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. Wspólnota spotyka się na formacji tanecznej, posiada również formację duchową, za którą odpowiedzialny jest opiekun wspólnoty – ks. Marcin Godawa. Oprócz przedstawień tancerze prowadzą także warsztaty modlitwy i uwielbienia tańcem, które są otwarte dla wszystkich.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Ks. Marcin Godawa

Zobacz inne artykuły tego autora >

Teresa Markiewska

Zobacz inne artykuły tego autora >

Agata Stodolska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Zofia Świerczyńska

Zofia Świerczyńska

Dziennikarz, sekretarz redakcji portalu Stacja7. Pracowała w Sekcji Komunikacji Komitetu Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, agencji kreatywnej, swoje teksty publikowała także na łamach tygodników katolickich. Odpowiedzialna za projekty medialne i marketingowe.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ks. Marcin
Godawa
zobacz artykuly tego autora >
Teresa
Markiewska
zobacz artykuly tego autora >
Agata
Stodolska
zobacz artykuly tego autora >
Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >