Między Śródziemiem a Ewangelią. Ks. Stanisław Adamiak

Kiedyś zafascynowany światem Śródziemia młodzieniec. Dziś ksiądz, teolog, rektor toruńskiego seminarium i profesor UMK, a także twórca "Teologii Tolkiena". Wchodzących do jego gabinetu wita figurka Gimlego, podarowana przez kleryków. Ale pierwszą wyprawę do Śródziemia zawdzięcza szkole podstawowej.

Weronika Kostrzewa
Weronika
Kostrzewa
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Od początku

Najpierw były małe, nieilustrowane książki. „Władcę Pierścieni” ksiądz Stanisław dostał jako nagrodę na zakończenie roku w siódmej klasie. Tak zaczęła się jego fascynacja Drużyną Pierścienia. Świat stworzony przez J.R.R. Tolkiena zachwycił go bogactwem, spójnością i rozmachem. Jakby wszystkie te wydarzenia były fragmentem prawdziwej historii. Światotwórstwo perfekcyjne.

Młody Staszek szybko sięgnął po „Silmarillion”, potem był „The Lord Of The Rings” już w ojczystym języku pisarza, podarowany przez rodziców z okazji imienin. Piękny angielski jeszcze lepiej odsłaniał przed czytelnikiem wizję świata i głębię wartości, które za nim stoją.

 

Dobry film nie jest zły

Twórca „Teologii Tolkiena” dokładnie pamięta Toruń oblepiony plakatami, z których Frodo i jego towarzysze zapraszali na super produkcje do kin. Oczywiście miał obawy przed ekranizacją. W końcu tak wiele można było zepsuć. Na szczęście rozczarowania nie było. Co prawda inaczej wyobrażał sobie elfy i orków, uważa też, że nie oddano wielkości najszlachetniejszej postaci, jaką jest Faramir.

Do tego – jak wylicza z uśmiechem pasjonata – zbyt rozbudowana była bitwa w Helmowym Jarze, zabrakło oczyszczenia Shire i przesadzili z dosłownością pokazywania magii, czego u Tolkiena nie znajdziemy. Film ocenia jednak jako dobry i to dzięki produkcji Petera Jacksona, „Władca pierścieni” stał się tak powszechnie znany i można było wykorzystać go do głoszenia.

 

SPRAWDŹ: Hobbici i prawdy wiary. Teologia Tolkiena 

 

Ewangelia w praktyce

Przykłady homiletyczne powinny być z życia, z literatury czy sztuki. Oczywiście nie wszystko ma tło chrześcijańskie. Jeśli ludzie coś znają, to słuchają, to przekaz do nich trafia. A skoro ksiądz mam mówić do szerokiego grona, musi nawiązywać do tego, co wszyscy rozumieją.

Ewangelię – co ks. Stanisław podkreśla i realizuje w praktyce – musimy próbować wyjaśnić przy pomocy tego, co jest ludziom bliskie. Jezus robił to mówiąc o rolnictwie. Przykłady homiletyczne powinny być z życia, z literatury czy sztuki. Oczywiście nie wszystko ma tło chrześcijańskie. Jeśli ludzie coś znają, to słuchają, to przekaz do nich trafia. A skoro ksiądz mam mówić do szerokiego grona, musi nawiązywać do tego, co wszyscy rozumieją, tak jak we Włoszech gdzie kaznodzieje odwołują się do powieści Alessandro Manzoniego “Narzeczeni”,  takiego włoskiego Sienkiewicza, tworzącego nawet w tym samym czasie. 

U nas jeszcze niedawno – co ks. Adamiak wciąż sam czasem praktykuje – chętnie sięgano po Krzyżaków, Trylogię, czy Pana Tadeusza. Jeśli mówimy o nawróceniu grzesznika, to po co szukać daleko, mamy przecież ks. Robaka czy Kmicica. Wybaczenie ogromnych krzywd to historia Juranda ze Spychowa. Tyle, że te lektury idą dziś w zapomnienie. A o tym, że przebaczenie i litość mogą uratować świat – co jest najważniejszym przesłaniem u Tolkiena – dowiadujemy się z produkcji wyświetlanej na wielkich ekranach i w najlepszym czasie antenowym. Grzechem byłoby nie skorzystać.

Takich tematów jest jednak więcej. Na liście tytułów „Teologii Tolkiena” księdza Stanisława znajdziemy „Miłosierdzie”, „Narzędzia Łaski” czy „Cnotę roztropności”. Autora cyklu zachwyca też sposób poprowadzenia roli ludzkiej w dziele zbawienia i to jak Tolkien przedstawia świat, nad którym czuwa opatrzność, świat, który nie jest pozostawiony sam sobie. A w sytuacji tragicznej, rozwiązanie pojawia się dzięki temu, że ktoś umiał podjąć decyzję, która wtedy mogła wydawać się desperacka.

 

 

Nowa Ewangelia? 

Posługiwanie się na ambonie przykładami ze świata elfów, krasnoludów i czarodziejów czasem budzi też wątpliwości. Dla ks. Adamiaka to oczywiste, że „Władca Pierścieni” nie jest alegorią prawd biblijnych, autor książki nie próbował pisać Ewangelii na nowo. Powieści są dla rozrywki, ale mogą do Dobrej Nowiny prowadzić i pomagać ją zrozumieć.

Posługiwanie się na ambonie przykładami ze świata elfów, krasnoludów i czarodziejów czasem budzi też wątpliwości. Dla ks. Adamiaka to oczywiste, że „Władca Pierścieni” nie jest alegorią prawd biblijnych, autor książki nie próbował pisać Ewangelii na nowo. Powieści są dla rozrywki, ale mogą do Dobrej Nowiny prowadzić i pomagać ją zrozumieć.

Ten zarzut, o sięganie do świata poza sacrum, nie jest zresztą nowy. Rektor toruńskiego seminarium, naukowo specjalizujący się w starożytności chrześcijańskiej, od razu przytacza dyskusję o tym, czy należy czytać mity greckie i słynne słowa Tertuliana “cóż mają wspólnego Ateny i Jerozolima”. Zdaniem ks. Stanisława ten teolog doskonale odnalazłby się w krótkiej i ostrej formie Twittera. Na zarzut Tertuliana, Bazyli Wielki odpowiada, że można traktować mity jako przygotowanie pogan do Ewangelii. Jest tam mowa o cnotliwym życiu, jest Herakles na rozstaju dróg cnoty i występku.

W Odyseuszu, przywiązanym do masztu, możemy odnaleźć symbol człowieka trzymającego się krzyża, by nie poddać się grzechowi. Tolkien nigdy nie miał ambicji by zastępować Ewangelię. A Ojcowie Kościoła korzystali z przykładów z literatury greckiej i rzymskiej. Ksiądz, tak całkiem na marginesie przypomina jeszcze, że to Bazyli jest świętym, a dla Tertuliana Kościół okazał się „za mało radykalny” i zmarł poza nim.

 

 

Ksiądz od Tolkiena 

Jak na „Księdza od Tolkiena” – jak nazywają go niektórzy – przystało, ks. Adamiak chętnie wziąłby udział w teleturnieju z znajomości Śródziemia, takim jak kultowa w latach 90tych Wielka Gra. Zresztą takie testy już rozwiązywał w liceum, pytania wymyślali z kolegami. Z uśmiechem jednak dodaje, że na pewno byłoby wielu lepszych, a on znacznie pewniej czuje się w historii powszechnej i – jak na księdza przystało – w Piśmie Świętym.

Z komentarzy pod jego podcastami widać, że ludzie znają twórczość Tolkiena na wielkim poziomie szczegółowości, także notatki i tomy dodatkowe. Tu zresztą wymienia ks. Michała Kossowskiego, który jako młody chłopak przetłumaczył Litanię Loretańską na język quenya, czyli elficką łacinę. Właściwie dokończył przekład, bo zaczął go sam J.R.R. Tolkien.

 

SPRAWDŹ: Nie tylko Narnia. Nowy podcast Stacji 7

 

Weronika Kostrzewa

Weronika Kostrzewa

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

Weronika Kostrzewa
Weronika
Kostrzewa
zobacz artykuly tego autora >

Trads-alpinista, który gdy trzeba – chwyta za gitarę. Ks. Kacper Nawrot

Namiot, raki, czekany i cały sprzęt, jakiego nie powstydziłby się zawodowy alpinista. Innego wyposażenia na wakacje ks. Kacper sobie nie wyobraża. Nie wyobraża sobie także życia bez liturgii, której przedsoborowe tajemnice zgłębia do dziś. Wydawać by się mogło, że zamiłowanie do Mszy Świętej i górskich wspinaczek nie idzie w parze, tak Ksiądz Kacper Nawrot udowadnia, że jemu połączenie to towarzyszy już od kilkunastu lat.

Weronika Kostrzewa
Weronika
Kostrzewa
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Miłość do gór pojawiła się przypadkiem. Brakło miejsc na rekolekcjach muzycznych, pojechał tam, gdzie się dało, czyli na rekolekcje turystyczne i tak zaczął chodzić po górskich szlakach. Gdy Tatry praktycznie “się skończyły”, ruszyli wraz z kolegą do Santiago de Compostela. Tam zrodziła się myśl, że „horyzontalnie już było, czas iść wertykalnie”. Na Rysach – szczycie, którego zdobycie odkładali ze względu na tłumy – postanowili porwać się na Mont Blanc.

O krok od Mont Blanc

Przewodnik, którego chcieli wynająć, sprowadził obu panów na ziemię, sugerując im, że bez przeszkolenia, na dach Europy się raczej nie idzie. A oni żadnego doświadczenia górskiego zimą nie mieli. Ostatecznie trafili do szkoły wspinania, organizującej kursy zimowej turystyki wysokogórskiej. I co ciekawe, nie byli tam jedynymi księżmi. Na miejscu okazało się, że w wyprawie na Mont Blanc przewodnik nie jest niezbędny, że posiadając odpowiednie doświadczenie można to zorganizować samodzielnie. Wejście na szczyt jest wówczas bardziej satysfakcjonujące. Pieniądze, które miały być zapłatą za przewodnika, poszły na zakup sprzętu wspinaczkowego. Temat zdobywania Mont Blanc jednak zniknął z horyzontu, bo ks. Kacper ze swoimi planami został sam, ale był już przeszkolony.

 

 

Jak sie nie ma, co się lubi…

Wertykalne chodzenie wróciło do niego kilka miesięcy później przez kinowy repertuar, w który nie było nic do obejrzenia. Z nudów i braku pomysłu, w wolnym czasie poszli z kolegą na ściankę wspinaczkową. Dziś ze śmiechem wspomina, że nikt go nie uprzedził, że trzeba robić przerwy. Wspinał się przez 30 dni codziennie, a po miesiącu przez kilka dni nie mógł ruszać rękami, ale po chwilowej niedyspozycji, na ściankę wrócił. Wraz z innymi pasjonatami zaczął wyjeżdżać, by sprawdzić i rozwijać swoje umiejętności w terenie i…ewangelizować. Miał wokół siebie ludzi, którzy księdza ostatni raz widzieli wybierając zaświadczenie “na rodziców chrzestnych” czy przyjmując bierzmowanie. Koloratka ich nie raziła, a zachęcała do rozmów na tematy najważniejsze. Niektórzy uznali, że obecność księdza, to znak, że czas na spowiedź.

 

 

Sztuka odpuszczania 

Jego górskie historie to nie jest pasmo sukcesów, a zmagań z przyrodą, z samym sobą i wielka lekcja pokory. Do dziś pamięta Mszę św. sprawowaną na 4300 m.n.p.m. z widokiem na Elbrus – górę zwaną dachem Kaukazu. Jedyny jej uczestnik, jego partner wspinaczkowy, ubrany niezwykle ciepło, na pewno wspomina to inaczej niż ks. Kacper, któremu palce odmawiały posłuszeństwa zamarzając na mrozie. I właśnie tam 300 metrów przed szczytem Elbrusa, trzeba było powiedzieć “dalej nie idę, nie wolno nam narażać życia”, wysokość ponad 5300 m.n.p.m. dała o sobie znać.

Tej umiejętności odpuszczania góry uczą go nieustannie, m.in. z pięciu zaplanowanych wypraw na najpiękniejsza górę świata – Matterhorn, cztery nie wyszły poza granice Krakowa. Aż w końcu dość niespodziewanie wyprawa stała się faktem i zakończyła sukcesem 21 lipca 2020 r. Dzień ten na pewno zostanie zapamiętany przez niego na długo. Wtedy właśnie zrealizowało się jego dziecięce marzenie, które przez lata wydawało się niemożliwe do spełnienia. W sumie wszystko zaczęło się od Mont Blanc, ale koniec końców jeszcze na nim nie stanął obierając sobie cele piękniejsze i trudniejsze.

 

Pytany, czego nie ma w górach, od czego odpoczywa, odpowiada wprost: ludzi i zasięgu. Nie jest samotnikiem, a wręcz społecznikiem. Codziennie jest do dyspozycji, pomaga, angażuje się, służy. Ewangelicznie możemy powiedzieć, że daje się połamać drugiemu człowiekowi. By być dla innych, potrzebuje jednak resetu. A to zapewniają góry.

 

 

Góry i liturgia mogą iść w parze  

Gdy pojawia się dyskusja, o sensie wspinania, o tym czy kapłanowi wypada, opowiada historią księdza Achille Rattiego, który zanim został biskupem Rzymu, wytyczył drogę na Mont Blanc, zwaną do dzisiaj „papieską”. Skoro Pius XI 100 lat temu nie miał wątpliwości, nie ma ich i ks. Kacper. Choć trzeba przyznać, że dziś połączenie: raki, czekany i Msza św. w języku łacińskim mogą wydawać się zaskakujące. Zamiłowanie do gór i do liturgii jednak idzie w parze już od kilkunastu lat. To drugie pojawiło się w seminarium.

 

Trads z gitarą

W 2007 roku papież Benedykt XVI zezwolił na sprawowanie Mszy św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego, potocznie nazywanej trydencką. Ksiądz Kacper do dziś pamięta, że gdy zaczął szukać informacji w internecie, odkrywać formę przed soborową, zachwyt zapierał mu oddech. Najpierw była nauka Pater Noster, a potem kurs liturgii. Nie oznacza to jednak, że nie odprawia Mszy św. dla dzieci. A gdy wymagają tego okoliczności, zagra też na gitarze. Z rozbawieniem mówi, że nie będzie od maluchów wymagał znajomości Chorału Gregoriańskiego.

Sam doskonale odnajduje się na Europejskich Spotkaniach Młodych Taize, na które jeździ prawie bez przerwy od 2005 r. Nie ma tam rockowych śpiewów, tańczących tłumów. Wypełniona tysiącami ludzi hala sportowa modli się w ciszy. A jeśli pojawia się muzyka i śpiewa, to mają one prowadzić, a nie rozbudzać. Gdy tradycyjne środowisko zarzuca mu, że po łacinie Msza św. jest tylko raz w miesiącu, ks. Kacper z uśmiechem wyjaśnia, że jako kapłan archidiecezji krakowskiej zobowiązany jest sprawować liturgię uznawaną w niej za obowiązującą, czyli posoborową.

 

 

Lampa rozświetlająca ciemności

Obok tych dwóch pasji, jest jeszcze kobieta. Jej historia też zaparła mu dech w piersiach, dlatego tak zaangażował się w szerzenie kultu Chiary Corbelli Petrillo w Polsce. W 2019 roku oprowadzał grupę znajomych po Rzymie i szukał świętych naszych czasów. Wtedy pierwszy raz trafił na historię młodej Włoszki. Google Maps wskazał miejsce jej pochówku. Poszli, pomodlili się, a gdy wrócili  do kraju, okazało się, że nie ma po polsku ani jednej modlitwy o jej beatyfikację, nie ma nawet obrazka z jej wizerunkiem. Dla ks. Kacpra było jasne, że ona – zgodnie ze znaczeniem swojego imienia – jest jak lampa rozświetlającą ciemności. Jej historia przygotowania do małżeństwa, te motyle w brzuchu, sprzeczki, rozchodzenie się i godzenie. Jak u większości par. Tyle, że z Chiara i Enrico do tego wszystkiego zawsze zapraszali Boga. Nie było na co czekać, trzeba było działać!

 

Święta z sąsiedztwa 

Ks. Kacper założył stronę na Facebooku “Chiara Corbella Petrillo – święta z sąsiedztwa”, przetłumaczył modlitwę z włoskiego, zdobył imprimatur, na komputerze miał już też gotowy projekt obrazków, wystarczyło wysłać do druku. Wtedy przyszedł COVID-19, wszystko zamarło w narodowej kwarantannie. Gdy w końcu można było ruszyć z szerzeniem kultu Chiary, przez Polskę przetaczała się fala protestów, a ludzie na ulicach domagali się prawa do decydowaniu o życiu poczętym. Ks. Kacper nie chciał mówić o Chiarze w kontrze do czegoś takiego. Znak, że czas działać, pojawił się zupełnie niezależnie.

 

I zdarzył się cud!

Pewnego dnia zadzwonił telefon. Jest cud! Maleństwu, które miało urodzić się z rozszczepem kręgosłupa i wodogłowiem, dodatkowo zdiagnozowano brak nerki. To był właściwie wyrok. Organ, którego nie było na żadnym badaniu USG, jednak jest. Czy Watykan to uzna? Nie wiem – odpowiada szczerze ksiądz, ale już tworzy dokumentacje i jest w kontakcie z postulatorem procesu beatyfikacyjnego Chiary. A obrazki z modlitwą tej niezwykłej Włoszki zamawiają ludzie z całej Polski. O spektakularnych cudach zawsze mówi się najwięcej, ale ks. Kacper pamięta wiadomość jaką dostał, na profil Świętej z sąsiedztwa. Młoda dziewczyna, której koń wybił oko napisała, że przeglądając media społecznościowe, zobaczyła nagle jakby swoje odbicie. Jej historia była pięknym świadectwem!

 

ZOBACZ TAKŻE: Chiara Petrillo. Gdzie znaleźć taką księżniczkę? 

 

 

Kult Chiary Corbello Peterillo na…Facebooku

Co ciekawe, do polskiej strony kultu Chiary na Facebooku, najtrudniej było przekonać jej męża. Gdy trafił na nią w interencie, zażądał natychmiastowego skasowania. Okazało się, że wizerunek jego żony oszuści wykorzystują do wyłudzania od ludzi pieniędzy. Znajomość języka nie pozwoliła Księdzu wyjaśnić wszystkiego, tak jakby tego chciał. Znajoma – płynnie mówiąca po włosku – zaoferowała pomoc. Miała opisać całą sytuację i argumentami przekonać Enrico Petrillo. Zdecydowała się jednak powiedzieć, dlaczego sł. Boża Chiara jest dla niej tak ważna i dlaczego ta strona powinna zostać. To wystarczyło.

 

Odkryć przyszłą błogosławioną 

I tak „Chiara Corbello Peterillo – święta z sąsiedztwa” ma formalne prawo do używania czterech zdjęć. Teraz pozostało tylko dać ludziom poznać tę niezwykłą dziewczynę. I choć ks. Kacper na beatyfikację do Rzymu się wybiera, to wolałby by nic nie działo się za szybko. Byśmy Chiarę zdążyli odkryć. Wierni z parafii św. Jana Kantego w Krakowie już nie tylko ją znają, ale o tę beatyfikację się modlą. Czekają też – może bardziej niż inni – na koniec pandemii. Poza wszystkimi działaniami duszpasterskimi ks. Kacper organizował dla swoich parafian również wypady w góry i wspólne wyjścia na ściankę wspinaczkową i inne formy aktywnego wypoczynku. Gdy tylko miną obostrzenia, wyruszają znów na szlak.

 

Fotografie pochodzą z prywatnego archiwum ks. Kacpra Nawrota. 

 


Cykl “O księdzu mowa”

stwarza przestrzeń, w której poznając lepiej naszych duszpasterzy, możemy stać się sobie nawzajem bardzo bliscy.
Mam nadzieję, że ten cykl zachęci nas do poznawania księży, których mamy wokół siebie – wskazuje Weronika Kostrzewa i dodaje: “ludzka relacja duchowny-świecki jest obu stronom – i Kościołowi – bardzo potrzebna”.


Czytaj pozostałe artykuły serii:

16 lat w sutannie i 35 za obiektywem. Ks. Mariusz Wedziuk

Biegający rektor. Ks. dr Przemysław Kwiatkowski

Modlitwa, ewangelia i bańki mydlane. Ks. Teodor Sawielewicz

Santiago de Łeba – by nie ustać w drodze. Ks. Zenon Myszk


 

Weronika Kostrzewa

Weronika Kostrzewa

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

Weronika Kostrzewa
Weronika
Kostrzewa
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap