Nasze projekty

Przyjaźnie, które zmieniły świat

Siła ich przyjaźni inspirowała innych do dobra. Te wyjątkowe przyjaźnie zapisały się na kartach historii i są dla nas wyzwaniem i zadaniem do tworzenia więzi, które zmieniają świat!

Reklama

Ilza i Julia Ledóchowska 

Urszulę Ledóchowską znamy jako kobietę sukcesu, która nie bała się wyzwań i była przekonana o właściwym wyborze swojej drogi życiowej. Tymczasem jest to także postać, która nie kryła swojego zainteresowania drugim człowiekiem…Tak też zrodziła się przyjaźń Julii (młodej Urszuli Ledóchowskiej) z Ilzą – protestantką. 

Czy jest możliwa przyjaźń praktykującej, zaangażowanej katoliczki i protestantki? Tak się składa, że owszem! Tak było w przypadku Ledóchowskiej i jej przyjaciółki Ilzy. Urszula, a właściwie Julia, w młodości pisała do niej listy, w których wyrażała, jak niezwykle ważna w jej życiu jest przyjaciółka. Podkreślała, że przyjaźń to coś, co ją ubogaca…

W liście z 1886 r. napisała: Zawsze będę się za Ciebie modlić, zawsze będę Cię kochać w miłości naszego Pana. Ufam, że dzięki Jego łasce odnajdziemy się tam w górze, w tym pięknym niebie. Dla Ledóchowskiej najważniejszym było, aby Ilza znalazła w Bogu ukojenie, nie zmuszała jej wszelkimi sposobami, ale dbała o wolność. Było to tak niezwykłe, niewymuszone, że sama Ilza wkrótce znalazła w Kościele swój dom. 

Reklama
Reklama

Ledóchowska i Ilza to nie tylko przyjaciółki, to siostrzane dusze, które pomimo różnic, potrafią zrozumieć swoje pragnienia, potrzeby, nadzieje. Dla obu ważne było, aby odkrywać prawdę o Nim – o tym, który pomaga odkrywać im ich kobiecość. Jak przyjaciółki z prawdziwego zdarzenia powierzały sobie tajemnice, nawet te najbardziej intymne…

Ach Ilzo, gdybyś wiedziała, jak często trawi mnie tęsknota, by całkowicie do Niego należeć. Jedynie On może mnie uszczęśliwić. Tobie tylko mogę o tym mówić, Ty przecież także znasz ten wewnętrzny żar! Czyż może istnieć większe szczęście, niż złożyć siebie Jemu w ofierze i już nie do siebie, ale jedynie do Niego należeć? – pisała Ledóchowska.  

Czytaj więcej: Święta kobieta sukcesu. Matka Urszula Ledóchowska

Reklama
Reklama

Alek, Rudy i Zośka 

A właściwie: Maciej Aleksy Dawidowski, Jan Bytnar i Tadeusz Zawadzki. Ich losy znamy doskonale z książki “Kamienie na szaniec”. Ta przyjaźń przekroczyła wszelkie granice, nawet granicę aresztowania przez służby Gestapo! To historia o bohaterach, którzy będąc Pokoleniem Kolumbów, ofiarowali swoje życie na szalę miłości do Ojczyzny. Dwudziestolatkowie stanęli w imię prawdziwej przyjaźni! 

Wszystko zaczęło się niewinnie, od znajomości w szkole średniej. Młodzieńczą sielankę przerwała wojna. Przerwała nie tylko marzenia, ale jak się potem okazało także życie i wszystkie plany Alka, Rudego i Zośki…

Najpierw przyjaciele dołączyli do Szarych Szeregów, by podczas akcji dywersyjnych ucierać Niemcom nosa. Drobne działania takie jak wieszanie polskiej flagi, czy plakatów, malowanie symbolu “Polski Walczącej” na warszawskich murach, nie zaspokoiły jednak walecznych serc młodzieńców, którzy pragnęli solidarnie walczyć o obronę swojej Ojczyzny. Wstąpili do Grup Szturmowych, by móc w pełni poświęcić się działaniom ofensywnym. W marcu 1934 r. wydarzyło się coś, czego każdy z bohaterów obawiał się najbardziej: aresztowanie. 

Reklama

Jan Bytnar “Rudy” został pojmany przez Gestapo, a następnie był brutalnie przesłuchiwany na Pawiaku, a później przy Alejach Szucha. Zośka i Alek nie mogli pogodzić się z myślą, że ich przyjaciel jest sam – wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, co dzieje się podczas przesłuchiwań. Tak zrodził się pomysł na “Akcję pod Arsenałem”, która pokazała czym jest prawdziwa przyjaźń…

Ryzykowali swoim życiem, by ocalić życie Janka. Chyba właśnie dlatego akcja zakończyła się – można powiedzieć – powodzeniem. Przyjaźń tych młodzieńców nie mogła pozostać bez echa. Niestety, tuż po akcji, Rudy umiera z wycieńczenia, a Alek poprzez postrzał umiera tuż po Janku. Po tej sytuacji Zośka nie mógł sobie znaleźć miejsca i nie mógł pogodzić się ze stratą przyjaciół. Dołączył do nich niedługo później, bo w sierpniu 1943 r. Zginął w Sieczychach po ataku na strażnicę Grenzschutzpolize. To była prawdziwa przyjaźń: na śmierć i życie…

Święta Klara z Asyżu. Radykalna mistyczka

Święci Klara i Franciszek

Ich przyjaźń dała początek wielkiej rodzinie zakonu franciszkańskiego. Oboje byli niezrównanym przykładem duchowej przyjaźni i radykalnie ewangelicznego życia. 

Tomasz z Celano w „Żywocie św. Klary z Asyżu” napisał, że zarówno Klara chciała poznać Franciszka, jak i Franciszek Klarę, słysząc o niej jako o „dziewczynie bardzo bogatej w łaskę”. Franciszek, jak czytamy chciał zobaczyć, „czy i w jaki sposób da się ją wyrwać z tego złego świata i jako szlachetną zdobycz ofiarować swemu Panu”.

“Spotyka się z nią, ale częściej ona z nim. Ułożyli częstotliwość swych spotkań w taki sposób, żeby te ich sprawy Boże nie mogły być dostrzeżone przez ludzi i nie wzbudziły publicznych podejrzeń. Mianowicie wychodząc z domu ojca, brała ze sobą jako towarzyszkę jedną ze swoich krewnych i udawała się niepostrzeżenie na spotkanie z mężem Bożym, którego słowa zdawały się płonąć ogniem, a czyny przewyższały wszystko to, co ludzkie” – czytamy w  „Żywocie św. Klary z Asyżu”.

Franciszek zachęcił Klarę do „wzgardzenia światem” i złożenia ślubów przed Panem Bogiem. Nie trzeba było jej długo namawiać, a jak pisze Tomasz z Celano „zapalona miłością nieba, tak głęboko wzgardza próżnością chwały ziemskiej, że już żaden przepych świata nie potrafi pociągnąć jej serca.” Dodatkowo św. Klara wybrała Franciszka na swojego przewodnika duchowego, często prosi go o rady i w wielkim zaufaniu pozwala mu się prowadzić.

Czytaj także: Św. Klara. Oglądała transmisje zanim istniała telewizja

Fot. „Stefan błogosławiony Wyszyński” dzięki uprzejmości wydawnictwa Fronda. (C) Instytut Prymasowski Stefana Kardynała Wyszyńskiego.

Jan Paweł II i Prymas Wyszyński

Nie byłoby na Stolicy Piotrowej tego Papieża-Polaka, który dziś pełen bojaźni Bożej, ale i pełen ufności rozpoczyna nowy pontyfikat, gdyby nie było Twojej wiary, niecofającej się przed więzieniem i cierpieniem, Twojej heroicznej nadziei, Twego zawierzenia bez reszty Matce Kościoła, gdyby nie było Jasnej Góry i tego całego okresu dziejów Kościoła w Ojczyźnie naszej, które związane są z Twoim biskupim i prymasowskim posługiwaniem…

Te słowa, zaraz po wyborze na papieża, wypowiedział w przemówieniu do Polaków kard. Karol Wojtyła. Przyjaźń i wzajemne zaufanie kard. Wojtyły i Prymasa Wyszyńskiego diametralnie odmieniło losy Polski, świata i Kościoła

Jan Paweł II miał ogromny szacunek dla prymasa, czego największym, symbolicznym znakiem był ten na placu św. Piotra w dniu inauguracji pontyfikatu, 22 października 1978 roku, gdy papież przyklęknął przed nim.

Także w życiu Prymasa Wyszyńskiego wszystko było ofiarowane za Jana Pawła II. Kiedy, sam śmiertelnie chory, dowiedział się o zamachu na życie Papieża, zwrócił się do wiernych z przyjmującym apelem: Proszę was, aby te heroiczne modlitwy, które zanosicie w mojej intencji (…), kierowali wraz ze mną ku Matce Chrystusowej o zdrowie i siły dla Ojca Świętego.

Zobacz: Kościół podzielony. Wyszyński kontra Wojtyła

Ich więź była odczuwalna w sposobie, o jakim mówili o sobie nawzajem. Podczas jednej z wizyt w Rzymie  kard. Wojtyła w rozmowie z dziennikarzami dziwił się, że włoscy kardynałowie nie jeżdżą na nartach. W Polsce, zauważył, czterdzieści procent kardynałów, to narciarze. I wtedy na czyjąś uwagę, że w Polsce jest przecież tylko dwóch kardynałów, odparł: „Tak, ale kard. Wyszyński liczy się jako sześćdziesiąt procent”.

Obaj kardynałowie utrzymywali także kontakty na gruncie prywatnym, w czasie wakacji. Te spotkania na pewno budowały między nimi więź. Kard. Wojtyła dbał o to, aby przed 3 sierpnia, gdy prymas obchodził dzień urodzin, imienin i święceń kapłańskich, osobiście złożyć mu życzenia. Był to już czas wakacji, więc Wojtyła odwiedzał Wyszyńskiego tam, gdzie odpoczywał: w Stryszawie, Bachledówce, w Zakopanem albo w Fiszorze, niedaleko Wyszkowa. Spędzali razem kilka dni. A wspólny czas wypełniały spacery, rozmowy i śpiewy przy ognisku.

Sprawdź: Prymas Wyszyński. Pokorna wielkość

C. S. Lewis i J.R.R. Tolkien

Lewisa i Tolkiena łączyło coś więcej niż tylko fantastyka… narodowość, zawód, czas i wiara chrześcijańska, ale łączyła ich przede wszystkim PRZYJAŹŃ. 

To właśnie Tolkien doprowadził Lewisa do Boga – o niejednokrotnie wspominał sam Lewis. Na pierwszy rzut oka ich twórczość jest podobna, z drugiej strony można dostrzec także wiele różnic. Tolkien słynął nie tylko z fantastyki, ale także ze swojej filologicznej pracy naukowej. Tymczasem Lewis napisał więcej książek, które do dziś cieszą się ogromną popularnością. Lewis był anglikaninem, a Tolkien – katolikiem.

Lewis w swojej twórczości wiele uwagi poświęcił przyjaźni. Sam uważał, że jest ona bardzo ważna. Miał grono przyjaciół, z którymi bardzo często się spotykał, a wśród nich był Tolkien. Lewis pochodził z Irlandii Północnej z rodziny protestanckiej, wiele razy wspominał, że ostrzegano go, aby nie przyjaźnić się z filologami i z “papistami” (pogardliwe określenie katolików). Tymczasem Tolkien był jednym i drugim – filologiem i papistą. Jednak Lewis podjął wyzwanie i zaprzyjaźnił się z nim, pomimo różnic. I właśnie ta przyjaźń okazała się dla niego ścieżką prowadzącą do zbawienia.

kw,zś/Stacja7

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę