video-jav.net

Pilecki. Śladami mojego taty

Witold Pilecki. Mój ojciec. Rozmowa z Andrzejem Pileckim, synem Witolda

Polub nas na Facebooku!

Fragmenty rozmów z Andrzejem Pileckim, synem Witolda Pileckiego, rotmistrzem kawalerii Wojska Polskiego, współzałożycielem Tajnej Armii Polskiej, żołnierzem Armii Krajowej, więźniem i organizatorem ruchu oporu w KL Auschwitz

 

To, co wydaje mi się dominujące u ojca, to właśnie fakt, że miał świadomość, iż nieustannie musi pracować nad sobą, wykuwać swój charakter. Tracenie czasu na czcze rozrywki, z których nic nie wynika, które nie rozwijają żadnych umiejętności, niczego nie uczą i nikomu nie służą, było według niego zwykłym marnowaniem czasu. Człowiek powinien starać się być użytecznym i pomocnym dla innych.

 

Ludzie, którzy pobieżnie zapoznali się z życiem Witolda Pileckiego, mówią czasem, że przypomina on bohatera powieści awanturniczej, poszukiwacza przygód…

 

To bardzo powierzchowna interpretacja losów ojca, jego postawy życiowej. Okres rodzinny, sukurczowski, to najlepszy czas jego życia, w którym znakomicie się odnajdował i w którym nie ma żadnych przygodowych elementów. Po prostu dla ojca wartością nadrzędną w życiu była niepodległa Polska, więc gdy ona wzywała, trzeba się było na jej wezwanie stawić, nawet rezygnując z osobistego szczęścia. Na jego pomniku w Grudziądzu, odsłoniętym w 2008 roku, napisano: „Wszystkich kochaj, wszystkim służ”. Żadne inne słowa, moim zdaniem, nie charakteryzują lepiej mojego ojca.

 

fot. archiwum prywatne Andrzeja Pileckiego

 

Czy w Sukurczach odczuwało się nadciągający kataklizm wojny?

 

Rodzice na pewno niepokoili się sytuacją w Europie, ale nam, dzieciom, nie dawali tego odczuć. My inaczej odbieraliśmy rzeczywistość, inne chyba wydarzenia zwiastowały koniec epoki, tego naszego znanego, bezpiecznego świata. (…)

 

fot. archiwum prywatne Andrzeja Pileckiego (30)

fot. archiwum prywatne Andrzeja Pileckiego

Myślisz, że wysłanie Twojego ojca przez jego dowódców do obozu koncentracyjnego, żeby zbadał, jak tam jest, i zorganizował ruch oporu, miało sens? Tajna Armia Polska postanowiła sprawdzić, co się dzieje w obozach, gdy okazało się, że wielu ze złapanych przez Niemców członków TAP trafiło do Auschwitz.

 

Przecież o obozach koncentracyjnych nie wiedziano praktycznie nic. Zastanawiano się, czym one w ogóle są. Może gdyby wiedza na ich temat była większa, nikt nie wyszedłby z pomysłem wysyłania do środka tego piekła jednego z oficerów? Może też wtedy ojciec nie przyjąłby takiej misji? Był moim zdaniem człowiekiem rozważnym, podejmującym decyzje dopiero po analizie okoliczności i szans powodzenia danego przedsięwzięcia. Przecież ojciec zgłaszał wątpliwości. Jak ma stworzyć katalog zadań dla obozu, skoro nie wiadomo, czy w warunkach obozowych możliwe będzie ich wykonanie? Skoro nie ma żadnego rozpoznania na temat obozu, brak przygotowanych kanałów łączności? To tak, jakby wysłać człowieka w czeluść bez żadnego wsparcia i powiedzieć mu: radź sobie sam. Ale chyba miało sens, właśnie dlatego, że nic nie wiedziano. Był przecież dopiero 1940 rok.

 

To major Jan Włodarkiewicz zasugerował, że jedynym oficerem, który mógłby przeniknąć do obozu z taką tajną misją, jest Twój ojciec. Miał dać się złapać Niemcom w łapance. Jak myślisz, dlaczego mimo wątpliwości zdecydował się?

 

Widocznie był przekonany, że jest to zadanie niezwykle ważne i że być może rzeczywiście tylko on jest mu w stanie podołać, bo jest do niego mentalnie przygotowany.

 

Wyjaśnijmy raz na zawsze jedną rzecz: to nie była samowolna misja, bo wtedy to byłaby głupota. Misję zleciło dowództwo Polskiego Państwa Podziemnego, a ojciec dobrowolnie się jej podjął. Nikt nie mógł wydać oficerowi rozkazu samobójstwa, a przecież była to misja niemal samobójcza. Ojciec sam musiał zdecydować, czy podejmie się tego zadania, czy też nie. I zdecydował się.

fot. archiwum prywatne Andrzeja Pileckiego

 

Sam moment zatrzymania Pileckiego przez żandarmów jest dobrze znany.

 

Tak, opisała to dokładnie wujenka Ostrowska, która była świadkiem aresztowania. 19 września 1940 roku we wczesnych godzinach rannych nastąpiła wielka obława niemiecka na mieszkańców Warszawy, naraz w kilku dzielnicach. Niemcy otaczali budynki i zatrzymywali znajdujących się w nich mężczyzn w wieku od osiemnastu do czterdziestu pięciu lat. Ojciec nocował w mieszkaniu wujenki przy alei Wojska Polskiego. Jak tylko zaczęła się łapanka, do mieszkania wujenki przybiegł dozorca Jan Kiliański, zaprzysiężony żołnierz TAP. Chciał ukryć tatę w kotłowni, ale ten odmówił. To ważne, bo często błędnie podaje się, że ojciec dołączył do ludzi zatrzymanych podczas łapanki. Nie dołączył, on czekał na żandarmów. Kiedy Niemcy stanęli w drzwiach, nie krył się, wyszedł im naprzeciw. Szepnął jeszcze wujence: „Zamelduj, gdzie trzeba, że rozkaz wykonałem”. Potem zresztą opisał to w raportach o Auschwitz – które ja wolę nazywać pamiętnikami.

 

Myślę, że legenda o ulicznej łapance była potrzebna tacie dla zapewnienia większego bezpieczeństwa i swojej misji, i najbliższym. Dzięki niej mógł uchodzić za przypadkową ofiarę represji.

 

fot. archiwum prywatne Andrzeja Pileckiego

fot. archiwum prywatne Andrzeja Pileckiego

W swoich raportach ojciec często pisze, że słabość fizyczna i utrata woli życia szybko doprowadzały inteligentów do śmierci. On sam otarł się o śmierć, chorując na zapalenie płuc, a później na tyfus. Jednak utrzymywało go przy życiu to, że był wysportowany, że w Sukurczach ciężko pracował, także fizycznie, był więc bardziej przyzwyczajony, że miał silny charakter. No i miał zadanie do wykonania. Już miesiąc po przybyciu do Auschwitz udało mu się – poprzez zwalnianego z obozu więźnia – wysłać na zewnątrz pierwszy meldunek.

 

Dotyczył życia w lagrze, traktowania więźniów, robót, do których ich przymuszano, stosowanych kar i wyżywienia. Ten meldunek dotarł do Londynu w marcu 1941 roku i był pierwszym dokumentem o Auschwitz, jaki znalazł się w posiadaniu aliantów.

 

Potem były następne, ale też nie na wiele się zdały. Alianci mało z tą wiedzą zrobili, pozostawali obojętni. Ojciec jednak robił swoje, zawiązywał w Auschwitz konspiracyjną organizację. Z czasem, gdy założony przez niego Związek Organizacji Wojskowej rozrósł się, przekazał dowództwo wyższym rangą oficerom, a sam zajmował się pracą organizacyjną.

 

Myślę, że największą jego zasługą jest to, co cechowało go już podczas tworzenia Tajnej Armii Polskiej: tacie udało się zjednoczyć w jednej organizacji i wokół jednego celu reprezentantów wszystkich grup politycznych, od Stronnictwa Narodowego po Polską Partię Socjalistyczną. Był państwowcem i uważał, że interes Polski stoi ponad interesami partyjnymi.

 

 

Jest takie zdjęcie z 1943 roku: trzech uciekinierów z obozu, Pilecki, Redzej i Ciesielski, sfotografowało się przed Koryznówką. Stoją w białych koszulach z krótkimi rękawami, uśmiechnięci, zadowoleni, jakby to było przed wojną, a oni gościli latem w dworku znajomych na wsi. Mieli fantazję.

 

fe92318493d1Trzeba przyznać, że fantazji im nie brakowało, zwłaszcza uwzględniając topografię miejsca. W czasie okupacji wokół Koryznówki nie było innych domów. Dwieście metrów poniżej dworu znajduje się piękny zamek Lubomirskich, a dwieście metrów powyżej – dawny klasztor karmelitów bosych, który od czasów austriackich był ciężkim więzieniem. Na drodze w pobliżu zamku Niemcy ustawili szlaban i urządzili punkt kontrolny. Każdy, kto szedł w stronę Koryznówki, był legitymowany i musiał wyjawić cel wizyty. Ojciec ukrywał się więc przez kilka miesięcy pod samym bokiem Niemców, tu również mieściła się placówka miejscowego AK. Na szczęście do dworu dało się też dojść od strony jaru.

 

 

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłeś ojca po jego ucieczce z Auschwitz?

 

Tato wyjechał z Nowego Wiśnicza do Warszawy w sierp-niu 1943 roku. Myśmy się z nim widywali, jednak szczegółów spotkań nie pamiętam, ale to wtedy wśród moich rzeczy znalazła się brązowa koszulka z dziurą po kuli, która trafiła ojca w trakcie ucieczki z Auschwitz w Puszczy Niepołomickiej. Niestety przez ciągłe prze-prowadzki naszej rodziny ta pamiątka mi zaginęła. Tato wrócił do Warszawy, kiedy AK zadecydowała, że ataku na obóz nie będzie. (…)

 

On nie mógł się pogodzić z faktem, że los tysięcy więźniów Auschwitz wydaje się obojętny dowódcom AK i aliantom. I nigdy się z tym nie pogodził. Przecież obiecał kolegom, że zrobi wszystko, by uwolnić więźniów obozu.

  

Krzyszkowski_Pilecki_popr_500pcx

 

Książka “Pilecki. Śladami mojego taty” autorstwa Mirosława Krzyszkowskiego i Bogdana Wasztyla którzy rozmawiali z Andrzejem Pileckim ukazała się nakładem wydawnictwa Znak.

 

 

Syn rotmistrza Pileckiego ma dziś 83 lata. Nie musi już i nie chce milczeć. Rusza śladami ojca. Trafia do miejsc, które pamiętają Witolda. I daje świadectwo o życiu jednego z największych polskich patriotów. Wszyscy powinniśmy towarzyszyć mu w tej podróży.

 

Feministyczna bomba

Książka Zuzanny Radzik miała być bombą, która wysadzi polski patriarchat

Dawid Gospodarek
Dawid
Gospodarek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Książka teolożki Zuzanny Radzik miała być bombą, która wysadzi polski patriarchat. Do dziś jednak więcej kontrowersji wzbudziła w środowisku Krytyki Politycznej, która pozycję wydała, niż wśród polskich katolików. Możliwe, że powoli trafi pod strzechy i powstaną u nas kręgi zaangażowanych kobiet, które często rzeczywiście mają się czym frustrować w Kościele.

kosciol_kobiet_okladka_druk_lakier-1Rzadko zdarza się, że praca teologa dotycząca Kościoła wydana jest przez „lewicowe” i całkiem krytyczne wobec Kościoła wydawnictwo. Po stronie katolickiej może to budzić podejrzliwość. Wydaje mi się jednak, że gdyby treść stanowił opis dziejów katolickich działaczek feministycznych, pozbawiony osobistych opinii, szczególnie tych uderzających w kwestie tak drażliwe jak kapłaństwo kobiet, oraz brak bardziej czy mniej subtelnej faworyzacji działaczek raczej balansujących na granicy ortodoksji lub będących poza nią, książka mogłaby zostać wydana przez jakieś kościelne wydawnictwo.

Skoro już jesteśmy przy wydawnictwie, redaktorom i korektorom nie udało się wyłapać wielu literówek, a nawet pewnych wpadek rzeczowych, np. pomylenia Wielkiego Piątku z Wielkim Czwartkiem, kiedy to właśnie podczas liturgii jest obrzęd mandatum (64 s.).

Książkę przeczytałem z dużym zainteresowaniem. Temat jest dla mnie raczej nowy, a feministki nie kojarzą mi się dobrze. Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy, sporo kwestii mnie zaskoczyło, niektóre rozśmieszały lub budziły politowanie.

Ważne było dla mnie dostrzeżenie całego wachlarza postaw i poglądów kryjącego się w szufladzie podpisanej „feminizm”. Pod wieloma z nich nieuprzedzony konserwatysta śmiało może się podpisać. Ja np. całkiem odnalazłem się w definicji feminizmu zaproponowanej przez Zuzannę Radzik we wstępie do książki: „Feminizm to budowanie lepszego świata dla kobiet, mężczyzn i ich dzieci, a nie rewanż za doznawane przez wieki krzywdy”.

Pierwszy rozdział poświęcony jest kwestiom władzy. Autorka słusznie dostrzega, że w Kościele jest ona związana z sakramentem święceń i siłą rzeczy nad całym Kościołem władzę sprawują  mężczyźni. Postulat odnalezienia w sakramencie kapłaństwa elementów władzy ściśle związanych z tym sakramentem, by do pozostałych przejawów władzy w Kościele dopuścić świeckich (w tym kobiety) wydaje mi się słuszny.

Rzeczywiście jest frustrujące, gdy o sprawach dotyczących świeckich decydują hierarchowie, nie uwzględniając głosu i wrażliwości zainteresowanych. Oburzający jest przywołany w książce obrazek z kulis ostatniego soboru, kiedy to mimo iż do komisji zajmującej się kwestią antykoncepcji zaproszono cztery kobiety, Paweł VI wysłał list, w którym poprosił by świeccy nie zabierali tam głosu, bo to trudny temat…

Analiza wpływu świeckich na ostatni sobór, mimo że był on minimalny, wskazuje, że warto być otwartym na wrażliwość tej miażdżącej większości przedstawicieli Kościoła żyjącej w świecie, na którym Kościół ma budować Królestwo Boże. Pozytywny i jakże oczywisty przykład tego wpływu dostrzec można chociażby w języku dokumentów, usiłującym nie traktować np. relacji małżeńskich „technicznie”, utartym slangiem moralistów.

Szkodliwe jest również według mnie sklerykalizowanie kościelnych struktur tam, gdzie święcenia nie są potrzebne. Niezdrowe jest to tak dla kapłanów jak i świeckich (często po prostu pewnymi praktykami zgorszonych). Czy dyrektorami ośrodków Caritas, dzieł pomocy, większości kościelnych mediów, archiwów czy innych instytucji muszą być księża? Czy na katolickich uczelniach nie można robić uczciwych konkursów na rektorów i wykładowców, nie dodając dodatkowych punktów za koloratkę?

Bardzo ciekawe było dla mnie zrelacjonowanie sytuacji w Indiach, gdzie w 2010 r. episkopat przyjął dokument o polityce genderowej, który w Polsce nawet przez najbardziej otwartych biskupów zostałby pewnie okrzyknięty jako heretycki, niszczący rodzinę i tradycję.

Kolejny rozdział rozdział jest poświęcony obecności kobiet „przy ołtarzu i w parafii”. Jeśli chodzi o liturgię, oczywiście jako „liturgicznemu terroryście” ciężko było mi przebrnąć przez feministyczne postulaty. Natomiast służba kobiet w parafii i Kościele to wątek dotyczący ogólnie otwartości na udział świeckich w posłannictwie Kościoła. O ile nie zachodzi na kwestie z racji święceń przypisane duchowieństwu, jak najbardziej powinna być popierana i promowana. Często nieewangeliczne i skandaliczne jest traktowanie świeckich zatrudnionych w kościelnych instytucjach, jak wynika z badań przeprowadzonych na Zachodzie czy w Polsce przez krakowską socjolog z AGH, dr Katarzynę Leszczyńską, zarówno jeśli chodzi o płacę, umowy czy po prostu traktowanie i podstawową kulturę.

Warte uwagi są rozważania o nadzwyczajnych szafarzach Komunii świętej. Sam, poza pewnymi szczególnymi przypadkami (np. brak szafarza mogącego roznosić Komunię chorym) jestem sceptyczny wobec tej posługi. Bardziej logiczne wydaje mi się promowanie stałych akolitów, którzy mogą np. sami otworzyć tabernakulum. Ciekawe wydaje się pytanie Zuzanny Radzik, czy nadzwyczajnych szafarzy nie wprowadzono właśnie po to, żeby jakąś przestrzeń znalazły tu dla siebie kobiety (które akolitami zostać nie mogą).

Jestem przeciwnikiem „inkluzywnego języka w liturgii”. Nie rozumiem, dlaczego kobietom tak ciężko mówić np. „Panie, nie jestem godzien”. Pamiętam, jak proboszcz tłumaczył moim pierowszokomunijnym koleżankom dającym tu upust swoim feministycznym intuicjom, że tu chodzi o to, iż ja, człowiek, nie jestem godzien. Podobnie w drugą stronę – jestem członkiem Arcybractwa Straży Honorowej Najświętszego Serca Pana Jezusa. Raz w miesiącu dostaje się bilety z rozważaniami pisanymi w rodzaju żeńskim. Nie odczuwałem nigdy dyskomfortu genderowego, bo wystarczyło uświadomić sobie, że moja dusza jest rodzaju żeńskiego: jedność w modlitwie zachowana i męskie ego nienaruszone.

Potrzeba rytuału i sakralizowania przez niego rzeczywistości jest naturalna, jednak wywoływały u mnie uśmiech lub zażenowanie błogosławieństwa tworzone przez byłą zakonnicę Diann Neu, np. z okazji menstruacji czy menopauzy. Ciekaw jestem, czy jacyś mężczyźni wpadli na pomysł tworzenia rytuałów dookoła np. polucji. Swoją drogą może warto to rozważyć, również jako motyw walki z masturbacją ;)

Kolejny rozdział poświęcony jest zakonnicom. Opisywane czasy posoborowych zmian były dla mnie jednymi z najsmutniejszych fragmentów książki. Rewolucje w charyzmatach, zrzucanie habitów, popieranie antykoncepcji, kontrowersyjne duszpasterstwo LGBTQ… Na przykład obrazek benedyktynek jadących na feministyczną wystawę z waginami w roli głównej, pod której wpływem zachwycone zakonnice przeprowadziły dyskusję o waginie jako budującym symbolu, prezentując własną wizualizację zainspirowaną tą wystawą…

Pozytywnie spojrzeć można na śmiałe zaangażowanie w rozwiązywanie niektórych problemów społeczno-politycznych.

Ważną częścią książki są rozdziały poświęcone teologii feministycznej i ostatni – „Kobieta, dusza, ciało i gender”. Szczególnie że w Polsce wciąż zbyt wiele nie można o tych kwestiach przeczytać. To problemy często bardzo kontrowersyjne, ale warte uwagi, a na pytania i kwestie przez feministki poruszane trzeba szukać sensownych odpowiedzi. Zabrakło mi tylko szerszej prezentacji i ewentualnie krytyki nowego feminizmu Jana Pawła II.

Gorące spory budzi wątek kapłaństwa kobiet, któremu poświęcony jest przedostatni rozdział. Temu tematowi poświęciłem dwie polemiki:

Kapłaństwo kobiet. Czemu nie?

Kapłaństwo tylko dla mężczyzn to nie dyskryminacja kobiet

Książka Zuzanny Radzik nie powinna zostać zignorowana przez zaangażowanych chrześcijan, kapłanów i teologów. Warto znać feministyczny punkt widzenia, uwzględniać kobiecą wrażliwość i być gotowym na konstruktywny dialog.

Dawid Gospodarek

Dawid Gospodarek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dawid Gospodarek
Dawid
Gospodarek
zobacz artykuly tego autora >