Książkowe must have

Jeśli myślę o idealnym odpoczynku, wyobrażam sobie czas z dobrą książką. Lub z filmem, zwłaszcza teraz, gdy Akademia ogłosiła nominacje do Oskarów i trzeba nadrobić zaległości w tej dziedzinie.

Monika Bartys
Monika
Bartys
zobacz artykuly tego autora >

Książkowe must have

Nagrodzone Bookerem „Życie Pi” Yanna Martela to właściwie klasyka literatury. Kiedy książka ukazała się w Polsce po raz pierwszy w 2003 roku czytali ją wszyscy, dzieląc się wrażeniami i emocjami. Mnie polecił ją pewien śpiewak operowy i sąsiadka, księgowa. Oboje nie mogli się oderwać od historii Pi Patela, który 227 dni spędził z tygrysem w szalupie ratunkowej. Kiedy oni dryfują po Oceanie Spokojnym my myślimy o sile człowieka, granicach ludzkiej wytrzymałości, budzimy w sobie nadzieję, stajemy się silniejsi. Dla tych, którzy nie czytali jeszcze „Życia Pi” Wydawnictwo Albatros wznowiło książkę z filmową okładką. Film Anga Lee (11 nominacji do Oskarów) można oglądać w kinach od ostatniego weekendu. Jak donoszą media branżowe zaczyna on już prześcigać wyniki „Hobbita” Petera Jacksona.

Książkowe must have

„Hobbita” obejrzeliśmy już chyba wszyscy, ale czy czytaliśmy tę niewielką powieść Tolkiena, zresztą lekturę szkolną? W księgarniach znajdziemy zatrzęsienie różnych wersji tej książki. Iskry wznowiły powieść w klasycznym przekładzie Marii Skibniewskiej. Amber wydał wersję z ilustracjami Alana Lee, z kolei Bukowy Las „Hobbita z objaśnieniami”. Jeśli ktoś ma ochotę na „Gry i zabawy” z Hobbitami, również taką książkę znajdzie. Może, zanim druga część filmu zagości w kinach, warto sięgnąć właśnie po książkę (mój faworyt to wydanie Iskier) i nie bojąc się spojlerów przeżyć przygodę z Bilbo Baginsem od początku do końca? Bez przerw, bo historia rzeczywiście wciąga.

Książkowe must have

Dla wielbicieli literatury non-fiction styczeń przyniósł nie lada gratkę. „Miłość z kamienia” Grażyny Jagielskiej to wstrząsająca spowiedź żony Wojciecha Jagielskiego. Czytanie tej książki boli, wstrząsa, przewraca wnętrzności. To jedna z tych lektur, o których natychmiast trzeba komuś opowiedzieć. Może po to, aby pozbyć się emocji. Może jest to ten sam mechanizm, który rządził małżeństwem Jagielskich. On wracał z wojny i oddawał jej wszystkie swoje lęki, uczucia, a przede wszystkim obrazy i opowieści. Ona żyła tym tak intensywnie, że teraz leczy się w klinice stresu bojowego, choć nigdy nie była na wojnie. Niebywała książka. Styczniowe must have!

Książkowe must have

Jeśli ktoś – tak jak ja – raz do roku czyta „Mistrza i Małgorzatę” tej książki nie może ominąć! Ale ważna jest ona nie tylko dla fanatycznych fanów Bułhakowa. „Dziennik Mistrza i Małgorzaty” to bardzo pokaźny (688 stron), starannie wydany tom. Zawiera zapiski prowadzone przez pisarza od 1921 do 1926 roku, kiedy to OGPU je zarekwirowała. Bułhakow znakomicie oddał w nich klimat i wszelkie detale ówczesnego życia w Moskwie. Poza Dziennikiem książka obejmuje zapiski żony Bułhakowa Jeleny, prowadzone na życzenie pisarza, a czasem wręcz pod jego dyktando oraz listy. „Dziennik Mistrza i Małgorzaty” to kopalnia wiedzy o pisarzu i szczegółach jego życia. Ilość informacji, nazwisk, dat i innych szczegółów momentami może przytłaczać, ale komentarze Wiktora Łosiewa pomagają nie zgubić się w tym labiryncie informacji.

Książkowe must have

Profil „Książka twarzy” ma na Facebooku 35 znajomych i jest martwy. Książka Marka Bieńczyka nagrodzona Nike 2012 tętni życiem, a znajomych zbiera w sobie o wielu więcej. Bieńczyk jest mistrzem eseju. W jednym tekście łączy tenis z Barańczakiem i tanatosem. O wszystkim pisze pięknie, przejrzyście, łączy w jedno, jak posty na Tablicy Użytkownika. Najważniejsza jest dla Bieńczyka literatura. Na drugim miejscu stawia życie (sport, wino, podróże, przyjaźnie), które z powodzeniem zamienia w literaturę. Moje ulubione części tej książki to Picturesca, bo chętnie czytam o obrazach (dla Bieńczyka obraz to także twarz Leo Beenhakkera) i Geografica, bo podróżować lubię i chętnie o podróżach czytam, zwłaszcza tych nieoczywistych i absurdalnych. Ale są tu też eseje o sporcie, pisarzach, o mieście i perfumach, o dyskursie miłosnym i dzieciństwie. „Książka twarzy” pobudza zmysły i wyobraźnię. Lektura do powolnego smakowania.


Wesprzyj nas
Monika Bartys

Monika Bartys

Monika Bartys – zaczęła czytać w wieku trzech lat. Czytała wszystko: od książeczek o Misiu Uszatku po instrukcje obsługi. Rodzice trochę się o nią martwili i w efekcie zapisali na naukę gry na akordeonie. Oczywiście czytanie nut przegrało z czytaniem liter. Kiedy ukończyła polonistykę przez jakiś czas uczyła małe dzieci. Obecnie namawia wszystkich do czytania i kupowania książek. Prywatnie jest szczęśliwą mamą. W wolnych chwilach śpi lub… czyta.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Monika Bartys
Monika
Bartys
zobacz artykuly tego autora >

Bóg Prêt-à-porter

Po latach pogardy dla purytańskiego rygoru Kościoła, wielka moda coraz częściej sięga po sakralne wzory, religijne motywy i liturgiczne kroje. Nie dlatego, aby kogokolwiek szokować, obrażać czy nawracać, ale dlatego, że tak jest ŁADNIE

Dorota Paciorek
Dorota
Paciorek
zobacz artykuly tego autora >

Niech się święci!

Kiedy podczas New York Fashion Week prezentowano trendy na sezon jesień/zima 2012/2013, wybieg mody przypominał nawę kościoła, po której procesyjnie przesuwały się kolejne zdobne ornaty, buddyjskie kapy i szamańskie sukna. Najbardziej skłonny do hołdowania kapłańskiej funkcji mody okazał się Chado Raplph Rucci. Jego modelki niemal topiły się w obszernych albach i tunikach, a tajemnicze wzory i napisy układały się na szatach w magiczne rytuały rodem z brewiarza. Wśród rodzimych twórców warto przypomnieć ZuoCorp, które w ubiegłym roku wylansowało swoją markę poprzez zakapturzone, długie, ciemne habity, a także nowy duet projektantów Sacrum, którego kolekcja na zimę 2013 poprzez nawiązania do strojów liturgicznych i ornatów, niezaprzeczalnie współgra ze sprawdzonym kościelnym trendem. Proste, jednolite tuniki o bardzo luźnym, ale dostojnym fasonie są od kilku sezonów domeną BOHOBOCO… Choć akurat ten motyw, podobnie jak gwieździste krzyżyki na kreacjach Zienia z aktualnej kolekcji Kaleidoscope łatwiej wytłumaczyć zbiegiem okoliczności, niż bezpośrednimi zapożyczeniami z tradycji Kościoła. Zwłaszcza, że w Polsce, wszelkie nawiązania do religii wyznawanej oficjalnie przez niemal 90% obywateli kraju, muszą być bardzo starannie przemyślane. Bynajmniej, nie w trosce o skandal! Po prostu to, co na zachodzie kojarzy się z odświeżeniem duchowej spuścizny kontynentu, nad Wisłą wciąż może mieć wymiar moherowego obciachu. I odwrotnie. Podczas gdy w światowej stolicy mody posążek Buddy w salonie jest już zdecydowanie passe, u nas nadal można się na niego snobować. Dlatego w Paryżu, gdzie zgodnie z obowiązującym prawem księdzu nie wolno pokazać się publicznie w koloratce, a zakonnicy z zakrytą głową, możemy w imię aktualnych trendów kupić i nosić różaniec sygnowany przez Dolce & Gabbana czy legginsy z Maryją od Black Milk. Nie dlatego, aby kogokolwiek szokować, obrażać czy nawracać, ale dlatego, że tak jest ładnie.

Bóg Prêt-à-porterBóg Prêt-à-porter

Brak sacrum, brak profanum

Sacrum zawsze fascynowało artystów. Ale wielcy kreatorzy sięgali po nie najczęściej w celu profanacji. Dziś jest inaczej. Bezczeszczenie dewocjonaliów nikogo nie bulwersuje, a niezwykła wyrozumiałość, z jaką chrześcijanie zwykli traktować kolejne prześmiewcze i obrazoburcze zapożyczenia wizerunków sakralnych do współczesnej kultury, zasłużyła już sobie pewnie na Pokojową Nagrodę Nobla. Kiedy na wybiegach pojawią się roznegliżowane modelki z różańcem na szyi, a w sklepach Jezus zdobi swym obliczem rajstopy, sweterki i majtki, nikt nie zostaje wysadzony w powietrze, żadne centrum handlowe nie płonie, żaden przywódca duchowy nie rzuca choćby najmniejszej klątwy. Gdybyśmy zawsze tak miłosiernie traktowali naszych winowajców, świat przypominałby biblijny raj. Ale, tak łatwemu wybaczaniu profanacji bliżej przecież do ignorancji, niż tolerancji.

Bóg Prêt-à-porter

Dlaczego tak łatwo przechodzimy do porządku dziennego? Może z braku wiary w skuteczność buntu, a może w jego śmieszność. W naszej mozaice kulturowej nie ma sensu rozczulać się nad adekwatnością pojedynczego obrazka, zwłaszcza, że już za kilka miesięcy zostaniemy zalani nową falą trendów. Co tym razem będzie na topie? Fanów eklektyzmu wyznaniowego z modą uspokajamy – etniczno-religijne zapożyczenia są nadal zdecydowane, zmienia się jedynie religia. I choć pewnie w żadnym atelier nie znajdziemy t-shirtu z Mahometem (tudzież szalonego pasjonata, który odważyłby się w takowym spacerować), to wszechobecne chustki, szale i nakrycia głowy wyrażają wyraźnie nową fascynację: ISLAM. Marc Jacobs już wypuścił całą kolekcję turbanów, a Dolce & Gabbana zestaw szerokich opasek skrywających włosy.

Kres inspiracji krzyżem wydaje się więc nieunikniony. Fakt, z jednej strony mogę jako chrześcijanin odetchnąć z ulgą, że moja wiara nie będzie już przedmiotem kpin. Ale z drugiej strony, tak w głębi serca, trochę przykro, że z różańcem na szyi znów bliżej mi będzie do dewoty, niż ikony stylu.


Wesprzyj nas
Dorota Paciorek

Dorota Paciorek

Wymienianie ksiąg Starego Testamentu idzie jej zdecydowanie słabiej niż recytacja odcieni Pantone. Ale ma hopla na punkcie Jezusa z Nazaretu i uważa, że chrześcijaństwo to najradośniejsza religia na świecie (choć złośliwi wliczają ten entuzjazm w profity neofity). Od niedawna zajmuje się designem chrześcijańskim i wciąż wierzy, że sztuka użytkowa w Kościele nie musi ograniczać się do plastikowych Maryjek z odkręcaną główką na wodę święconą. Lubi malować ikony i robić memy na Facebook’u. Nie lubi gdy muchy zjadają jej pigment z ikon i gdy nieznajomi użytkownicy kradną obrazki z fejsa zamiast je udostępniać.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dorota Paciorek
Dorota
Paciorek
zobacz artykuly tego autora >