Największa tęsknota

Mam 37 lat. Nic w moim życiu nie potoczyło się według moich wcześniejszych planów. Ani nie wywalczyłam sobie lukratywnej posady w kancelarii prawnej, ani nie obroniłam doktoratu. Moje małżeństwo okazało się rzeczywistością całkowicie inną od moich oczekiwań, a z kobiety, która nigdy nie chciała mieć dzieci, jestem mamą pięciorga, otoczoną przyjaciółkami.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nigdy nie chciałam mieć dzieci. Jakoś wydawało mi się, że nie będzie nam szczególnie po drodze. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek marzyła o całowaniu różowych stópek, pulchnych rączek, małych brzuszków. Swoje szczęście lokowałam raczej pomiędzy korporacyjną karierą, a pracą naukową. Ewentualnie z jakimś sensownym mężem u boku. Ale dzieci, jak wyrabianie ciasta drożdżowego, były dla mnie materią jeśli nie odpychającą, to przynajmniej całkowicie obojętną.

Przeszłam bardzo długą drogę. Od niepokoju i lęku przy pierwszych dwóch kreskach po euforię przy piątych. Żałuję, że wtedy, na początku mojego macierzyństwa, nie wiedziałam, że właśnie rozpoczyna się tak fundamentalnie ważny etap mojego życia. Stałam w łazience z tym pierwszym dodatnim testem w ręku jak wystraszony kurczak i nawet nie przeczuwałam, że już za moment zostanę rzucona w najprawdziwszy ogień. Pomału, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, uczyłam się, jak nie dać się mu strawić, ale przemienić. Jak sprawić, żeby ta wiecznie kręcąca się karuzela bałaganu, przewijania, kolek, chorób, spacerów, obiadków nie wykończyła, ale dała atomową energię na resztę życia.

Dotarło do mnie, że nie jestem w stanie kochać mojego męża, jeśli we mnie samej jest bałagan. Zabawne, że nigdy nie przeszło mi przez myśl, że właśnie po to Pan Bóg dał mi męża. Bez niego być może nigdy nie odkryłabym, jak licha jest moja duchowa kondycja.

Nigdy nie marzyłam też o ślubnym kobiercu. Nawet nie chodzi o wolny związek, tylko o samą ideę małżeństwa, która wydawała mi się… zbędna. Kiedy poznałam mojego przyszłego męża, moje podejście do naszej wspólnej przyszłości było zatem raczej niefrasobliwe. Było we mnie niewspółmiernie więcej romantyzmu niż realizmu, złudnego przeświadczenia, że akurat nam uda się zbudować szczęśliwy związek, więc wszelkie nauki i przygotowanie do sakramentalnego „tak” możemy sobie spokojnie podarować. Jak łatwo się domyślić, małżeństwo dość szybko okazało się dla mnie rzeczywistością bardzo trudną. Niewiele brakowało. Naprawdę niewiele brakowało, a dzisiaj, po 13 latach, mieszkałoby w naszym domu dwoje dorosłych, kompletnie obcych sobie ludzi.

Był moment, kiedy wszystkie moje wyobrażenia o miłości rozpadły się w drobny pył. Zdałam sobie sprawę, że ja chyba kompletnie nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Została mi tylko cieniutka jak pajęcza nić nadzieja, że Pan Bóg nas uratuje. Siedem długich, chudych lat próbowałam budować małżeństwo nieświadoma własnych deficytów, które jak kule u nogi nie pozwalały mi biec ku mężowi. Przez lata jak ślepiec uparcie potykałam się o mój egoizm. Aż wreszcie dotarło do mnie, że nie jestem w stanie kochać Wojtka, jeśli we mnie samej jest taki bałagan. Zabawne, że nigdy nie przeszło mi przez myśl, że właśnie po to Pan Bóg dał mi męża. Bez niego być może nigdy nie odkryłabym, jak licha jest moja duchowa kondycja.

W swojej naiwności myślałam, że mąż to taki darmowy pluszowy miś gotowy służyć mi w każdej chwili swoją obecnością. A tymczasem przyszło mi przewartościować wszystko. Wojtek nie jest przede wszystkim dla mnie. To ja jestem tu dla niego. Nie przyszłam tu brać, ale dawać. Moje serce wcale nie miało przylgnąć do męża, ono miało przylgnąć do Boga – dawcy wszelkiej miłości. Dopiero taka postawa zrodziła w Wojtku wzajemność i dzisiaj potrafi mnie zaskoczyć ogromnymi pokładami swojej czułości i wrażliwości, przy których moje marzenia o pluszowym misiu wydają się ograniczone i zwyczajnie żałosne. 

 

 

Nigdy nie miałam też przyjaciółek. Co więcej uważałam, że jest to stan nad wyraz pożądany. Przyjaźń między kobietami oscylowała w mojej głowie gdzieś pomiędzy scenami z amerykańskich seriali dla nastolatek, a pełnymi pretensjonalności dialogami z „Seksu w wielkim mieście”. Nie pasowałam ani do jednej, ani do drugiej grupy i dlatego przez lata żyłam w przeświadczeniu, że siostra to mój jedyny przyjaciel. Do niej dzwoniłam się wypłakać, pogadać o chorych dzieciach i postękać na zbędne kilogramy. Aż nagle zjawiły się one.

Nie szukałam ich – moje przyjaciółki zostały mi dane. Różni nas wiek, staż małżeński a nawet stan, ale łączy miłość Chrystusa. Każda z nich jest inna; jedna starsza ode mnie o kilkanaście lat, druga o kilkadziesiąt, a trzecia jest karmelitanką klauzurową. Coraz wyraźniej widzę jak uboga byłabym gdyby nie one. Jedna jest dla mnie mistrzynią życia małżeńskiego, druga ikoną kobiety mądrej, wymagającej i pełnej pokoju, a trzecia symbolizuje Tajemnicę. Relacja z mężem jest zupełnie inna – to tygiel, który w bardzo skuteczny sposób przyspiesza moją transformację w nowego człowieka.  A jeśli miałabym określić, kim są dla mnie moje przyjaciółki, to powiedziałabym, że są jak dojrzałe, piękne jabłonie, które otulają mnie swoim cieniem i żywią owocami, od których uginają się ich życiowe gałęzie. Są wzmocnieniem mojej kobiecej tożsamości. Jeśli dzięki mojemu mężowi staję się szlifowanym przez miłość diamentem, to moje przyjaciółki są dłońmi, które ten diament otulają i chronią.

Czytając niedawno książkę s. Anny Marii Pudełko i Anety Liberackiej „Wielki foch”, siłą rzeczy konfrontowałam jej treści z moim życiem. Ten artykuł to owoc jednej z takich konfrontacji. Autorki w swojej rozmowie opisywały proces stawania się kobietą dojrzałą i piękną. Kobietą, która jest obrazem nieskończoności, tajemnicy i dobroci samego Boga.

W tyglu macierzyństwa i małżeństwa, w godzinach modlitw i upartego powstawania z kryzysów wykuwam się ja – kobieta, którą wyśnił sobie Bóg.

Mam 37 lat. Nic w moim życiu nie potoczyło się według moich wcześniejszych planów. Ani nie wywalczyłam sobie lukratywnej posady w kancelarii prawnej, ani nie obroniłam doktoratu. Moje małżeństwo okazało się rzeczywistością całkowicie inną od moich oczekiwań, a z kobiety, która nigdy nie chciała mieć dzieci jestem mamą pięciorga otoczoną przyjaciółkami. Co mi to mówi o życiu? Chyba tylko jedno „Powierz Panu swą drogę i Jemu zaufaj, On sam będzie działał”. Chociaż nie osiągnęłam nic z tego, co kiedyś wydawało mi się wartościowe, odnalazłam coś nieporównywalnie większego – siebie. W tyglu macierzyństwa i małżeństwa, w godzinach modlitw i upartego powstawania z kryzysów wykuwam się ja – kobieta, którą wyśnił sobie Bóg. Chociaż jestem bardzo krucha i popełniam tyle błędów, żyję w głębokiej zgodzie ze sobą. I pomimo tego, że wciąż nie ogarniam tak wielu spraw, trzymam swoją głowę wzniesioną wysoko. Dzisiaj wiem, że te wszystkie tęsknoty mojego niedojrzałego serca były tak naprawdę o jednym – przez całe życie najbardziej tęskniłam za sobą.

 

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki – prawnik, z naprawionego błędu – dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

7 rzeczy, których uczą nas przedszkolaki

A gdyby na chwilę odwrócić role? Nas - dorosłych, odpowiedzialnych i poważnych ludzi - posadzić w ławkach, a przy tablicy postawić nauczycieli - przedszkolaki? Czy jest coś, czego nasi "profesorowie" mogliby nas nauczyć?

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

20 września obchodzimy Ogólnopolski Dzień Przedszkolaka. To prawdziwe święto –  zostało ustanowione uchwałą sejmu z dnia 13 września 2013! A ponieważ jedną z cech dzieci w przedszkolu jest bujna wyobraźnia, to spróbujmy i my puścić dziś wodze fantazji i zastanowić się, co by było, gdyby tak na chwilę odwrócić role? I posadzić nas, dorosłych, którzy niejeden podręcznik wykuli na blachę i niejeden egzamin w życiu zdali, do ławek, a w roli nauczycieli postawić najmłodszych? Czy jest coś, czego dorośli mogliby nauczyć się od dzieci? Po pięciu latach pracy w przedszkolu nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.

 

Lekcja pierwsza: cieszenie się chwilą

Widziałeś malucha pochłoniętego zabawą? Świat przestaje dla niego istnieć. Kiedy zapatrzy się na migoczące bańki mydlane, brodzi gołymi stopami w miękkiej trawie albo wcina lody, nie myśli o tym, co będzie jutro. Jest tu i teraz, całym sobą czerpie obecną chwilę.

A my? Nawet na urlopie sprawdzamy maile z pracy, a na niedzielnym spacerze planujemy obiady na cały tydzień…

 

Lekcja druga: wybaczanie

Widziałeś kłótnię przedszkolaków? Zazwyczaj obrażają się na siebie na śmierć i życie. „Już nigdy nie będę się z tobą bawić!”. Tyle tylko, że to „nigdy” trwa godzinę, najdalej dzień. Potem znowu razem ruszają na podbój świata.

A my? Ile relacji zniszczyliśmy, bo ktoś powiedział nam cierpkie słowo czy zachował się inaczej, niż na to liczyliśmy? Jak często nie pamiętamy już, o co była ta straszliwa kłótnia, która spowodowała, że od lat nie rozmawialiśmy z kimś, kto był nam tak bardzo bliski?

 

 

Lekcja trzecia: bycie szczerym

Słyszałeś kiedyś, jak dziecko wyraża swoje zdanie na jakikolwiek temat? Zwykle nie pozostawia miejsca na domysły: „nie lubię owsianki”, „kocham panią Alę z przedszkola”, „nie chcę iść do cioci Moniki, bo tam jest nudno”, „chcę TEGO balonika”. Konkret. Bez kombinowania, kręcenia, owijania w bawełnę.

A my? Jak często ukrywamy swoje prawdziwe pragnienia, ulegając strachowi o imieniu „co ludzie pomyślą”? Ile razy powiedzieliśmy nie to, co myślimy, ale to, czego – jak sądziliśmy – oczekiwało od nas otoczenie? „Tak, chętnie zjem to sushi”, „nie, nie mam żalu, że czwarty weekend z rzędu szef wpisał mnie w grafik”…

 

Lekcja czwarta: eksperymentowanie

Słyszałeś, że w domu, w którym są dzieci, cisza jest zwiastunem niebezpieczeństwa? Najczęściej oznacza, że najmłodsi mieszkańcy zajęci są odkrywaniem świata. Bywa, że sprawdzają, ile kółek na dywanie można namalować pastą do zębów z nowej tubki, innym razem analizują, co się dzieje, kiedy zabawkową łódź podwodną zwodują w czeluści toalety. Ich pomysłowość i gotowość do próbowania nowych rzeczy jest nieograniczona.

A my? Jak często na naszych ustach pojawia się: „eee… nie chce mi się”?

 

Lekcja piąta: minimalizowanie potrzeb

Widziałeś kiedyś, czego dziecko potrzebuje, żeby świetnie się bawić? Patyk, koc, pudełko po butach, drewniana łyżka, kawałek wstążki… To wystarczy, aby wyczarować baśniowy świat. Patyk staje się rumakiem, koc rozciągnięty na oparciach dwóch krzeseł zamienia się w zamek, a owinięcie łyżki wstążką wystarczy, aby przeistoczyć ją w zmierzającą na bal księżniczkę.

A my? Telefon, kupiony rok temu, dziś okazuje się szmelcem. Spędzamy długie godziny w pracy, bo potrzebujemy lepszego samochodu. Kupując ubrania, wybieramy te z „odpowiednią” metką… Byle więcej, byle się pokazać…

 

 

Lekcja szósta: reagowanie na porażki

Widziałeś malucha, który uczy się chodzić? Za każdym razem, kiedy uda mu się stanąć na chybotliwych nóżkach, po chwili i tak ląduje z powrotem na podłodze. Czasami nawet po takim zderzeniu troszkę popłacze, pokaże swoją frustrację… a potem znowu mozolnie zacznie się wspinać, żeby po kilku chwiejnych krokach ciapnąć na podłogę. Każdy upadek jest impulsem do tego, żeby spróbować raz, i jeszcze raz, i jeszcze… aż w końcu osiąga upragniony cel.

A my? Ile razy po pierwszym niepowodzeniu stwierdzamy „to nie dla mnie” i rezygnujemy, nie dając sobie nawet szansy na to, żeby nauczyć się czegoś nowego?

 

Lekcja siódma: zadawanie pytań i proszenie o pomoc

Słyszałeś najczęstsze słowo, padające z ust kilkulatka? Doświadczeni rodzice znają je doskonale: „DLACZEGO”? Dlaczego słońce świeci, dlaczego ser jest żółty, dlaczego muszę się myć, skoro i tak będę brudny”. A kiedy ciekawy świata maluch stanie przed wyzwaniem, które przekracza jego siły, bez skrupułów wezwie na pomoc dorosłego – obojętnie, czy chodzi o otwarcie zakręconego słoika, czy o przegonienie potwora, który schował się pod łóżkiem i nie pozwala zasnąć. Dziecko intuicyjnie wie, że ludzie są wzajemnie sobie potrzebni.

A my? Jak często rezygnujemy z zadawania pytań – ze wstydu, że sami nie znamy odpowiedzi? Z lenistwa? I ile razy uparcie próbujemy sami uporać się z zadaniami, które nas przerastają, bo przecież musimy pokazać, że damy sobie radę SAMI? No właśnie… sami…

 

Ten nietypowy plan lekcji nie jest zamknięty! A może zaproponujecie własne „przedmioty”?

 

Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap