video-jav.net
KARD. FRANCISZEK MACHARSKI

Kleryk Macharski. Wspomnienie

Kardynał Macharski mówił jedno zdanie na głos a jedno, dwa zdania po cichu. Żeby go zrozumieć, trzeba znaleźć to, co jest niewypowiedziane

ks. Wojciech Węgrzyniak
ks. Wojciech
Węgrzyniak
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jeszcze byłem małym chłopcem, kiedy usłyszałem od starszej babci ze wsi, że po II wojnie światowej na wakacje do kleryka Andrzeja Deskura przyjeżdżał kolega z roku, kleryk Franciszek Macharski. Rodzina Deskurów mieszkała na Podbrzeziu, skąd było 2, może 3 km do kościoła parafialnego w Maniowach. I ludzie się dziwili, dlaczego oni rano nie idą do kościoła razem, tylko w odstępie kilkunastu metrów, całą drogę nie rozmawiając ze sobą.

– Pokłócili się? Dziwaki?

Potem ludzie się dowiedzieli, że klerycy robili rozmyślanie po drodze, w ten sposób przygotowując się do Mszy św. Ten obrazek idących w ciszy jakoś pozwala mi zrozumieć, skąd kard. Macharski w tak misteryjny sposób celebrował Eucharystię. Zwłaszcza moment Przeistoczenia, czy Oto Baranek Boży, były takimi chwilami, kiedy wydawało mi się, że on wchodzi najdalej jak człowiek potrafi na Golgotę. To nie był człowiek krzykliwy, choć mało przecież nie mówił. Umiał milczeć, dlatego nie mówił płytko.

 

Dziwiło mnie też, że on jest zawsze na bieżąco. Parę miesięcy po denominacji złotego, w czasie jakiegoś spotkania powiedziałem „Miliony”. Zaraz mnie poprawił: Tysiące. Nie licz na stare. Licz na nowe. Tak samo z komórką. Kiedy przyjechałem w 2001 roku na studia do Rzymu, dopiero od paru miesięcy miałem adres mailowy. A on już miał komórkę i tłumaczył jak to świetnie działa. Trochę wyglądał przy tym jak dziecko, co się zachwyca nową zabawką, ale robiło to wrażenie. Biskup, który jest na bieżąco. Biskup, który wie więcej niż ksiądz. Nawet w takich sprawach. Wielu przecież pamięta sms od Kardynała z Rzymu na krakowskie Błonia po śmierci Jana Pawła II. Dziś to już może nie dziwi. Wtedy budowało obraz Pasterza, którego lata nie zabijały młodości.

 

Nie byłem tak blisko, żeby poznać jego dystans do siebie, dystans, o którym tak wielu mówi. Ale bardzo lubię i nieraz powtarzałem anegdotę z kazania na krakowskim Rynku. W czasie homilii przestał działać mikrofon. Jakaś pani zaczęła więc wołać: Eminencjo, nic nie słyszmy. Ponoć padła odpowiedź: To nic nie tracicie…

 

macharski-kardynal

EAST NEWS

 

Co do kazań – i w ogóle co do spotkań – to naprawdę ciężko było zrozumieć, o co mu chodzi. Ale nigdy nie miałem wrażenia, że mówi bez sensu. Nawet kiedyś wymyśliłem pewną teorię homiletyczną: Kardynał Macharski mówi jedno zdanie na głos a jedno, dwa zdania po cichu. Żeby go zrozumieć, trzeba znaleźć to, co jest niewypowiedziane. I rzeczywiście to działało. Dziś bym powiedział, że to był taki sposób mówienia, który zachęcał nie tylko do słuchania, ale także do wysiłku zrozumienia. Chciał, żeby słuchacz zaangażował się bardziej, bo tylko wtedy człowiek zyskuje, kiedy się angażuje. Kto się zniechęcił, tracił. Kto się bardzo skupił, wypływał na głębię. Czy nie jest tak, że tam gdzie płytko może wchodzić każdy. by wypłynąć na głębię, trzeba się napływać.

 

Jezu, ufam Tobie i czci s. Faustyny pisać będą wszyscy. Dla mnie to on jest cichym i skromnym, ale rzeczywistym świecznikiem Bożego miłosierdzia. Bez Niego nie byłoby ani Łagiewnik ani Faustyny. Może genialnie wyczuł Jana Pawła II, a może sam ze swojej wysokości zobaczył, że to jest to, o co warto zakotwiczyć wszystko. Nie wiem. Wiem, że pozwolił Bogu stać się narzędziem takiej łaski, o której Kościół nie tylko Krakowski 40 lat temu nie mógł nawet pomarzyć.

 

ks. Wojciech Węgrzyniak

ks. Wojciech Węgrzyniak

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Wojciech Węgrzyniak
ks. Wojciech
Węgrzyniak
zobacz artykuly tego autora >

Korzeń i sens – wywiad z kard. Macharskim

Zmarły dziś kard. Franciszek Macharski udzielił w 2002 r. wywiadu - podsumowania pielgrzymki Ojca Świętego Jana Pawła II do Polski. Papież zawierzył wówczas świat Bożemu Miłosierdziu. Kard. Macharski mówi m.in. o kulcie Bożego Miłosierdzia, który odkrył jeszcze w czasie okupacji i o tym, że prawda o miłości Boga towarzyszyła mu całe życie.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z rozmów z uczestnikami pielgrzymki papieskiej w 2002 roku powstała książka dziennikarki KAI Aliny Petrowej-Wasilewicz pt. “Fajerwerk na trzecie tysiąclecie” (Wydawnictwo eSPe).


Alina Petrowa-Wasilewicz: Kim i jaki jest Pan Bóg Księże Kardynale? Ale nie tylko Ten, o którym mówi Katechizm Kościoła Katolickiego, ale Ten, którego Ksiądz Kardynał osobiście poznał i przeżył.

kard. Franciszek Macharski: – Kim jest Bóg? – Jeśli odpowiemy na to pytanie, powiemy też, jaki jest Bóg. Jest tylko i wyłącznie Sobą. Nawet na słońcu są plamy, miejsca, w których są perturbacje i zakłócenia. Tam nie ma. Tam jest tylko pierwsza i ostatnia, najwyższa jakość, którą jest On. To jest jakość, która w swojej istocie zawiera przeznaczenie dla tego, czego jeszcze nie ma, a co powinno być, zaistnieć. A zaistnieje dlatego, że Bóg jest miłością. To nie jest pomysł Boga, tylko to jest Jego istota. Stworzenie, a potem Odkupienie, bierze swój początek z natury Boga. On nie może być inny. Z miłości stworzył, z miłości uratował. Nie potrzebował człowieka, ale stworzył go, gdyż chciał się z nim dzielić.

 

Gdyż taka jest natura miłości?

Taka jest natura Boga, Który będąc Sobą, bez żadnego początku, był troistością. Trójca Święta jest świętą miłością Boga żywego, Który żyjąc jest życiem kochającym. Żadna z Osób Boskich nie potrzebuje drugiej, One są razem, ale są Osobami i pomiędzy Nimi dokonuje się nieopisany i nigdy nie dokończony przepływ komunikacji, dzielenia się. Przyjmowanie przez Tych, Którzy nie potrzebują, a przyjmują. Obdarowywanie, które nie obniża rangi Tego, Który przyjmuje. – My ludzie zawsze boimy się daru, brania. Weźmiesz – uzależnisz się. Widać jesteś taki, któremu czegoś brakuje – myślimy. I dlatego tak trudno człowiekowi przyjąć i uwierzyć, że ta miłość jest udzielającą się miłością do świata, do człowieka. Logika świata podpowiada: Czy mnie czegoś brakuje? – Ja nie chcę tego daru. Ja chcę być taki jak On, nie potrzebować nikogo, a także niczego od nikogo. Ja się chcę tylko samoafirmować. Ja – i koniec, nikt inny.

 

dziwisz-macharski

 

„Będziecie jako bogowie”?

Tak. Gdyż mówiąc o Bogu, nie możemy nie wspomnieć naszej ludzkiej historii, naszego upadku, który doprowadził do odrzucenia Go, do sporu z Nim, do niemożności zaakceptowania Go jako Ojca, gdyż wkradła się w nasze relacje podejrzliwość. Widzimy Jego karykaturę. Choć Ojciec daje życie – odrzucamy Go jako rywala, podejrzewamy, że tylko mówi, że jest ojcem, a w rzeczywistości chce być panem. My mówimy, że jesteśmy Jego dzieckiem, a w gruncie rzeczy chcemy zająć Jego miejsce. Więc raczej niech Go nie będzie. A jeśli miałby być, niech będzie na nasz obraz i podobieństwo, żebyśmy z satysfakcją mogli powiedzieć, że bogowie się między sobą kłócą, jak na Olimpie, że wojny między sobą toczą. Że są większymi i nieśmiertelnymi, ale nie doskonalszymi od nas, istotami. Nasz grzech popycha nas do odrzucenia Boga i postawienia na Jego miejscu nie człowieka w ogóle, a siebie, własne „ja”. To odwieczna pokusa. Postawienie się na miejscu Boga i zajęcie takiej pozycji, w której bierze się tylko to, co człowiekowi może posłużyć, na coś się przydać. Chcę zająć miejsce Boga żeby rządzić, żeby siebie afirmować kosztem innych. Ale to nie jest miłość.

 

A przecież człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo…

I jako jedyne ze stworzeń Bóg nazwał go swoim dzieckiem. Dał mu Siebie w nieusuwalnym podobieństwie, które jest wewnątrz człowieka, w jego konstrukcji. Nie można tego daru porównać do płótna, wiszącego na ścianie – gdy ktoś je usuwa – zostają tylko ramy. Zupełnie inaczej jest z obrazem Boga, który jest wewnątrz człowieka. Może on znieważyć Oblicze Pana – Boga w Trójcy Jedynego, może zacząć niszczyć to podobieństwo, przez to, że człowiek się degraduje i przestaje być człowiekiem w swoim działaniu. Ale podobieństwo jest nieusuwalne. To też jest jeden z powodów, dla którego człowiek potrafi tak strasznie nienawidzić Tego, Kto kocha go bezwarunkowo. Tu nasuwa się słowo, którym prorocy określali Jego stosunek do nas. Zazdrość.

 

Kard. Macharski odznaczony Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia PolskiBóg jest zazdrosny?

Jest zazdrosny. Ale nie o to, co człowiek kocha, ale o niego samego. I nie dlatego, że jest Mu potrzebny i żeby miał satysfakcję: a więc jednak uklęknąłeś przede Mną, a teraz możesz sobie odejść, już zaliczyłeś.

 

Czy z powodu grzechu człowiek z takim trudem przyjmuje prawdę o Bogu-miłości?

To dlatego tak trudno jest przyjąć tę prawdę, która wydawałoby się wprowadza nas w świat, w którym powinniśmy się czuć dobrze, uszczęśliwiać nas. Ale nie, my odrzucamy tę prawdę i przekreślamy szansę na miłość dlatego, że ja i tylko ja nie dopuszczę żeby całkowicie, całą moją skórą, udzielać siebie innym. Skądkolwiek i ktokolwiek przyjdzie, mogę określić dokładnie, aż do minimalnych cząstek milimetra, miejsce, do którego dotrą jego prądy, ich głębokość, ich natężenie. Tyle dam, ile będę chciał i to ma mnie służyć, nikomu innemu. Ta miłość ma do mnie wrócić, i biada temu, jeśliby się gdzieś po drodze zgubiła, albo źle została zaadresowana. Nie potrzeba mi jakichkolwiek przedmiotów miłości, miłość to źle ulokowany kapitał.

 

Trzeba ogłosić jego upadłość.

W ludzkiej logice po grzechu pierworodnym nie potrafimy przyjąć tej rzeczywistości, miłości Boga. – Dobrej, życzliwej, udzielającej się. Człowiek odrzucił Boga i to wszystko, co się z tym wiąże. Nie zrozumiał niczego o „przedmiocie miłości”. Choćby wszyscy o tobie zapomnieli, choćbyś sam o sobie zapomniał, Bóg mówi do człowieka: Ja o tobie nie zapomnę. Tak Bóg mówił o Sobie ustami człowieka, proroka.

Jest tylko jeden sposób na miłość w zdegradowanym świecie po grzechu pierworodnym. Jeżeli gdzieś nie ma miłości, gdyż brak miłości to „norma” po upadku, może wystarczy iskierka? Maleńka, dana od Boga. – Ale jej nie zgaś od razu. I staraj się trochę wysuszyć, użyźnić, wyprostować to, co upadło i zostało zniszczone. Gdyż Jemu na tym zależy, Temu, który cię kocha, Jedynemu, który cię kocha. Jemu zależy na dialogu. Pragnie nie tyle żebyś „odbił” jako partner, z którym gra w ping ponga, tylko przyjął Jego dar i w odpowiedzi rzucił Mu samego siebie, a nie piłkę. On nie chce tego, co ty chcesz dać, On pragnie ciebie, tylko ciebie.

Gdyż On robi to samo mimo niewyobrażalnej dysproporcji, jaka nas dzieli. Chce być partnerem człowieka w braniu i dawaniu miłości i daje nam Siebie – poprzez zdrowie, chorobę, szczęście, a jeśli ktoś jest rozumny i ma wyostrzony wzrok na Jego obecność – także przez zakręty życia, poprzez górki, doliny, przepaści i krzyże. On w tym wszystkim jest, w każdym wydarzeniu naszego życia, w cierpieniu i radości.

 

macharski piotr drabik flickr

fot. Piotr Drabik/flickr

 

Dwa lata po wyborze na papieża Jan Paweł II ogłosił encyklikę „Dives in misericordia”, prawie ćwierć wieku później w liście „Novo millennio ineunte” także ukazuje miłosierdzie Chrystusa. Czy orędzie o tym, że Bóg jest miłosierny jest najważniejszym wątkiem nauczania Jana Pawła II?

Wątek miłosierdzia Boga jest rzeczywiście sercem nauczania Ojca Świętego. Z nim splata się niestrudzone wezwanie, głoszone we wszystkich zakątkach świata, w porę i nie w porę, aby człowiek na to miłosierdzie odpowiedział. Te dwa wątki nauczania są mocno ze sobą złączone, praktycznie są nie do oddzielenia, jak rewers i awers monety. Jego nauczanie, ale także świadectwo, bierze się z miłości, która jest podwójna, ale jest jedna. Z miłości do Boga i człowieka.

 

Ojciec Święty od samego początku mówi o powołaniu: to dar i tajemnica. Tak powiedział o kapłaństwie, gdy już był pięćdziesiąt lat księdzem. A czy nie dotyczy to wszystkich ludzi, niezależnie od ich powołania?

Każdy z nas otrzymał dar, który jest tajemnicą! I żyje tajemnicą, dzięki której jego życie jest niepowtarzalne, gdyż Bóg umiłował go w sposób jedyny. Ojciec Święty czerpie prawdę o tym, Kim jest Bóg, ze swojej wiary. Źródłem jego nauczania jest autentyczny kontakt z Bogiem – udział w bogactwie, które jest darem i tajemnicą. To Bóg bogaty w miłosierdzie sprawia, że Papież na tyle sposobów, od chwili kiedy był zdolny używać swoich możliwości myślenia i decydowania o swoich uczuciach idzie ku Bogu, w Jego kierunku, i na tej drodze nie zaznał załamań, zapaści, konieczności zawrócenia, rozdwojenia. Idzie i głosi. Zaś przesłanie o miłosierdziu adresował do każdego człowieka indywidualnie, a także do całych społeczeństw.

Gdy mówił o sprawach społecznych, Ojciec Święty powiedział: Nie można mówić o sprawiedliwości nie mówiąc wcześniej o miłosierdziu. Zaś miłosierdzie należy do natury Boga, jest On miłością udzielającą się. Dlatego w życiu społecznym trzeba stale wracać do tego prawdziwego źródła, do Boga. Ono nie popycha do zachowań irracjonalnych, nie przekreśla rozumienia, rozeznania i uczucia ludzkiego. Możliwy jest inny świat, który może powstać we współpracy z Bogiem, dawcą miłosierdzia.

To nauczanie jest odpowiedzią na rzeczywistość, w której ludzkość pociąga świat w odmęty grzechu, nieszczęść, katastrof. Ale ten świat może stać się inny i stąd bierze się bliskość ekologii i nauki o zbawieniu. Święty Franciszek pokazał to bardzo wyraźnie. Jeżeli świat jest z miłości, to trzeba miłować tę miłość, która się wyraziła w stworzeniu świata, każdego stworzenia. Także wilka, który ustępuje przed miłością Boga, gdyż Ona stworzyła świat. To człowiek wciągnął siebie i inne stworzenia w odmęty grzechu i sprawił, że to, co było jedynie możliwością, zamieniło się w trwałą cechę, w drapieżność. W wilka. Nawrócić w wilku jego wilczą naturę na łagodność i dobroć, żeby dziecko mogło włożyć rączkę do gniazda jadowitych węży, możliwe jest dzięki powrotowi do pierwotnej harmonii, do miłości Boga, dzięki Jego miłosierdziu, przebaczeniu. Nie mówią nam tego szaleńcy i marzyciele, a najwięksi realiści – święci.

 

macharski22

 

Czy wilk, o którym czytamy w „Kwiatkach świętego Franciszka” jest metaforą świata? Miał być zupełnie inny, a stał się krwiożerczy?

Jest metaforą destrukcji, jaką człowiek wprowadził w świat. Ale święty Franciszek tak kochał, że wilk przestał pożerać ludzi. I on, i Ojciec Święty mówią: wróćcie do miłosiernego Boga.

 

Dziś boimy się wojny, terroryzmu, broni masowej zagłady. Można powiedzieć – wilcze czasy. Czy dlatego tak bardzo potrzebne jest orędzie o miłosierdziu?

Ono dlatego jest nam najbardziej potrzebne, gdyż czujemy, że ludzkość znalazła się nad przepaścią. A orędzie o miłosierdziu Boga odwraca człowieka od siebie, od piekła, które tworzy w sobie i wokół siebie ustanawiając się jako jedyną miarę dobra, prawdy i szczęścia na świecie i dla świata. Wytrąca człowieka z tej okropnej nierównowagi, która tylko pozornie jest równowagą. Miłosierdzie jest odpowiedzią na tę największą pokusę – obywać się bez Boga. Jedynym wyjściem, ratunkiem przed przepaścią, jest otwarcie się na miłosierdzie. To ono uczyni cię człowiekiem zdolnym do miłości. Pokochaj. Nawet jeżeli tej miłości jest tyle, ile mała iskierka. Jeżeli jest tak źle na świecie, nie zastanawiaj się, gdyż choćbyś uratował tylko jedno ziarenko piasku z miłości Boga i człowieka, człowieka i Boga, to uratujesz świat. Ojciec Święty ciągle o tym przypomina, ale najdramatyczniej powiedział to w tym roku w Łagiewnikach, gdy najpierw dokonał Aktu zawierzenia świata miłosierdziu Bożemu. I pragnie, aby to nie były słowa – przepisane, wydrukowane, czy wykute w kamieniu, gdyż już ktoś wpadł na pomysł żeby je wykuć w kamieniu. A Ojciec Święty mówi: żyj tym zawierzeniem na co dzień, gdyż ratunek w miłosierdziu, które zostanie odnalezione w istocie Boga. W tym, Kim jest Bóg i jaki jest Bóg dla człowieka. Musi być sercem człowieka.

 

Ksiądz Kardynał mówił już, że człowiek czuje się zagrożony i ten lęk paraliżuje go, nie pozwala mu całkowicie oddać się Bogu. Jak przełamać ten strach i rzucić się w ramiona Ojca, tak jak syn marnotrawny?

Człowiek boi się tego oddania. Gdyż Boga można porównać do słońca. Można się bardzo do niego zbliżyć, ale nie wejdziesz, zbliżysz się – spalisz się. Trzeba by miłującej mądrości, żeby wzbudzić w człowieku pragnienie docierania do tego, Kim jest Bóg. Musi wiedzieć, że skala uczestnictwa w życiu Boga, w które Bóg wciąga człowieka, jest nieskończenie bogata – i musi ufać, że go nie zniszczy żar miłości. A siostra Faustyna powiedziała kiedyś – powtarzając słowa Pana Jezusa, skierowane do niej: Pali mnie miłość, pragnę ją przekazać ludziom. Nie bój się człowieku, On jeden wie o twoich lękach i słabości i nie poparzy cię swą miłością. A daje płonąć tylko tym, o których wie doskonale, że przyjmą ten płomień z wdzięcznością. Dlatego „poparzył” świętego Franciszka, i świętego ojca Pio, i swoją Matkę, którą przeszył mieczami boleści. Ale to jest dar.
Wszystko jest darem. Choć zazwyczaj bywa tak maleńki, że nie zauważamy go, więc go nie przyjmujemy i nie staje się moją życiodajną tajemnicą.

 

Jak Ksiądz Kardynał przyjął Akt zawierzenia świata Bożemu miłosierdziu? – Czy było to przynaglenie, żeby przyjąć dar od Boga?

Nie byłem zaskoczony. Co do konkretnych słów, które zostały w nim wypowiedziane, nawet momentu, owszem, to było zaskoczenie. Natomiast byłem pewny, że Ojciec Święty miłując, pojmuje logikę Bożą i wie, że ta prawda musi dotrzeć do wszystkich, stać się rzeczywistością całego Kościoła, a także całej ludzkości. Akt oddania i zawierzenia może stać się impulsem, aby każdy człowiek na świecie zwrócił się do Boga. I powiedział Mu: Ufam Ci. Ojciec Święty rozeznał dobrze czas, w którym miał dokonać się ten Akt. Pan Jezus powiedział siostrze Faustynie: Nie zazna ludzkość spokoju, dopóki się nie zwróci z zaufaniem do Mojego miłosierdzia.

Czas ogłoszenia tych słów całej ludzkości nadszedł w roku 2000, gdy odbyła się kanonizacja siostry Faustyny. Ojciec Święty mówi o tym wprost. Nie wiemy, co ten czas przyniesie – dramaty, czy wojny – a przecież wszystko się sprawdza, na naszych oczach rozgrywają się dramaty i toczą się wojny. I te wizje sprawdzają się w takim tempie, że wydaje się, że łodzie ratunkowe, na które dotychczas liczyliśmy, są poprzebijane i nieprzydatne. Niesprawne – to, co wydawało się tak pewne. Nasze najszlachetniejsze pragnienia, na przykład ludzkiej jedności i braterstwa są tak omotane, osaczone przez węże – przez pragnienie dominacji, zysku za wszelką cenę, ślepotę ludzką, odrzucenie wszystkiego, co nie jest pieniądzem, mocą i władzą. Nasza cywilizacja jest osaczona. Ojciec Święty to widzi i nawołuje do odwrotu, do oswobodzenia z tych pęt. Tak trzeba wołać, gdy nienawiść wyswobodzona i dopuszczona do czynu może doprowadzić do tego, że świat stanie się światem nieludzkim. A nad nim rozlegnie się tylko chichot tego, który mówi: człowiek stał się nieczuły.

Ojciec Święty wskazał ratunek bez mówienia i prorokowania nieszczęścia społeczeństwu. Nie grożąc żadnymi katastrofami, Jan Paweł II mówi, jak się przed nimi obronić nie wpadając w panikę – to jest właśnie jego metoda, on przyjmuje najprostszą logikę, którą wyrażają słowa Koronki do Miłosierdzia Bożego: miej miłosierdzia dla nas i całego świata. Każdy papież musiałby zwrócić się w takim momencie historii z taką prośbą: Miej miłosierdzie dla nas i całego świata. – Niech ci, którzy się modlą – modlą się dalej, wiedząc, jak wiele zależy od ich postawy. Zanim powiedziała „Fiat” Najświętsza Panna, miała odpowiednią postawę, która umożliwiła jej przyjąć od Boga dar i tajemnicę. „Fiat” było najpierw postawą, a potem stało się słowem, które było potrzebne i oczekiwane przez Boga. Pan Jezus zostawił podpis, gdyż nie ma wątpliwości, że Jego śmierć i zmartwychwstanie są podpisem. Matka Boża nie mogła wiedzieć, co się stanie w przyszłości, nie znała treści tego podpisu. Ale bezwarunkowo zgodziła się na mrok, choć nie było wówczas dowodów, ani podpisów. „Błogosławieni, którzy uwierzyli”. I to są dla każdego z nas największe słowa, zachęta do takiej postawy jak Maryi z Nazaretu: Ty też zaufaj, nie odrzucaj słów, o których nie wiesz, co zapowiadają – tylko buduj w sobie postawę zawierzenia. Tak jak Maryja najpierw naucz się klękać, a ta zwyczajna postawa małego dziecka stanie się aktem adoracji.

 

faustyna

 

Drogi Karola Wojtyły i siostry Faustyny były mocno ze sobą złączone.

Gdy przyjechał w 1938 r. do Krakowa żeby studiować polonistykę, nie wiedział, co się wydarzyło w klasztorze w Łagiewnikach. Siostra Faustyna zmarła 5 października 1938 roku, w pierwszych dniach roku akademickiego na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie student Karol Wojtyła słuchał pierwszych wykładów. Później, już w czasie okupacji młody Karol Wojtyła nawiedzał Łagiewniki, bywał tam jako ksiądz, jako biskup prowadził jej proces diecezjalny, w końcu ją beatyfikował i kanonizował.

 

A kiedy Ksiądz Kardynał dowiedział się o jej orędziu?

Dowiedziałem z obrazków, które zostały wydrukowane w 1937 r., a siostra Faustyna była strasznie z nich dumna. Wydano je w Krakowie, była to biało-czarna reprodukcja obrazu Eugeniusza Kazimirowskiego, namalowanego w Wilnie według wskazówek siostry Faustyny i te obrazki z krótkimi modlitewkami krążyły już między wiernymi.
Kiedy przyszedł czas wojny, a my myśleliśmy, dając wiarę jakiejś przepowiedni, że będzie trwała sto dni, ten czarno-biały obrazek – znak ufności – pojawił się w naszych domach. Był blisko krzyżyka i wody święconej przy drzwiach wejściowych, która była szczególnie ważna, gdyż wówczas wychodziliśmy z domu i robiliśmy znak krzyża będąc świadomi, że możemy już nigdy do niego nie wrócić. Nas, dzieci, było czworo, ojciec był ciężko chory, potem zmarł. Matka została wdową, a my wychodziliśmy rano do pracy, na nasze zajęcia, na komplety do szkół średnich, a kiedy przyszedł wieczór, liczyła dzwonki. Jeden, dwa, trzy…, cztery.
Miałem dwanaście lat, gdy wybuchła wojna i też wierzyłem, że będzie trwała krótko, aż kiedyś pewna starsza pani powiedziała: Dzieci, dzieci, żeby się to po latach skończyło. Okazało się, że to ona miała rację. I te obrazki nam przez czas wojny towarzyszyły.

 

Czy Ksiądz Kardynał już wówczas wiedział, że powstały z inspiracji siostry Faustyny?

Dowodem autentyczności jej przesłania jest to, że siostra Faustyna wskazywała na Pana Jezusa. Ona całkowicie się za Nim ukryła. Na obrazku nie było jej fotografii ani informacji, z czyjej inspiracji został wydrukowany. Jednak wiedziałem, że pochodzi z Łagiewnik i że była tam zakonnica, która przekazała orędzie o Bożym Miłosierdziu.

 

Faustyna – idealna dziewczyna

 

Kiedy Ksiądz Kardynał przeczytał „Dzienniczek”?

Już w latach 60. krążyły w odpisach jego fragmenty, później były próby wydania go w całości, ostatecznie ukazał się na początku lat 80. To ja jako biskup miejsca musiałem dać „imprimatur” na pełne pierwsze wydanie. Ale tak to musiało rosnąć, spokojnie, w ciszy.

 

Jak ziarno, wrzucone w ziemię?

Moc tego orędzia była dla mnie zupełnie oczywista. Wiedziałem, że to się będzie rozwijać, rozlewać. Kult będzie się szerzyć coraz bardziej. Co najmniej dwa razy w miesiącu jeździłem do Łagiewnik – 25 – w dzień, kiedy się urodziła i 5 – w dzień, kiedy zmarła siostra Faustyna. Jeździłem dyskretnie, po Mszy świętej, był to mój kult prywatny i bardzo osobisty, tak mocno do mnie to orędzie przemawiało. Choć będąc rektorem seminarium nie wprowadziłem tam w oficjalny sposób nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego.
Nie miałem też żadnej wątpliwości, że dla mnie osobiście nie ma pewniejszej drogi dojścia do Chrystusa – ukrzyżowanego i zmartwychwstałego – jak przez miłosierdzie. Do Chrystusa i z Chrystusem, chciałem być człowiekiem, który, rozmawiając z Nim idzie i pomaga innym żeby się w tę rozmowę wciągnęli, jak w drodze do Emaus. Dlatego wybrałem kapłaństwo. Nie chciałem żeby Pan Jezus szedł sam. Chciałem się do Niego przyłączyć. Zachwycałem się, że jest taki zwyczajny. Ci, którzy szli do Emaus nie rozpoznali Go, On się do nich zbliżył i zaczął rozmowę, a oni odpowiadali, nie mając jeszcze świadomości z kim rozmawiają. Zaczyna się spotkanie Boga i człowieka w Jezusie Chrystusie, tak jak wiele razy w naszym życiu – nie od razu wiesz, że to Chrystus, ale klęknij przed tym człowiekiem, chociaż wewnętrznie. Klęknij przed chorym, samotnym, smutnym. Intuicja, Kim On jest i że jest miłosierny, towarzyszyła mi od pierwszego spotkania z orędziem siostry Faustyny, jeszcze na początku II wojny światowej i towarzyszy mi aż do dnia dzisiejszego.

 

Orędzie siostry Faustyny towarzyszyło także posłudze Księdze Kardynała, następcy kard. Wojtyły. Dewiza biskupia ks. Kardynała brzmi znajomo: Jezu, ufam Tobie.

Nie miałem wątpliwości w roku ’38, że te słowa poprowadzą mnie przez życie, nie miałem i później – że kształtują moje kapłaństwo. Nie miałem też w ’78, właściwie na początku stycznia ’79, gdy przyjechałem do Rzymu po otrzymaniu nominacji biskupiej. Odwiedziłem Ojca Świętego w Castel Gandolfo i powiedziałem mu, że za słowo mojego biskupiego życia chcę wziąć „Jezu, ufam Tobie”. Na to Ojciec Święty nic nie powiedział, tylko popatrzył na mnie w wielkim skupieniu.

 

IMG_20160727_151650651

 

W Łagiewnikach Ojciec Święty wezwał, abyśmy byli świadkami Bożego miłosierdzia.

„Bądźcie świadkami”… Kiedyś powiedział „Bądźcie apostołami”. Świadek posłany żeby świadczyć jest apostołem, taka jest etymologia tego słowa. Najważniejsze jest medium, przenoszące treść posłannictwa. Na pewno jest nim słowo, gdyż inaczej nie byłoby Ewangelii – Pan się narodził, Jezus jest Panem, Słowo niewypowiedziane stało się rzeczywistością, ciałem.
Na pewno słowo, głoszenie, jest uprzywilejowane. Ale jest tekst, który moim zdaniem wyjaśnia i odsłania tajemnicę księdza kardynała Wojtyły, obecnie papieża. Już był papieżem, kiedy mi dał swój poemat „Stanisław”. Jest w nim scena jego śmierci i zdanie: „Może pomyślał, może zdążył pomyśleć, także i to święty Stanisław w chwili męczeństwa – słowo nie nawróciło. Nawróci krew”. To jest papież, który nie czeka na to, czy słowo nawróci, czy nie nawróci, tylko daje siebie.
Człowiek wielkiej wiary, wielki mistyk, ksiądz Konstanty Michalski, filozof, mówił, że życie się daje albo naraz, albo kropla po kropli. Od samego początku, od każdego słowa, Ojciec Święty świadczy o miłosierdziu Boga. A ponieważ słowa nie starczą, kropla po kropli oddaje swoje życie.

 

Czy słabość Ojca Świętego jest rodzajem męczeństwa?

Na pewno rodzajem męczeństwa jest także to, że bez fałszywej skromności pozwala się dosłownie wieść i nieść. Bez fałszywej skromności pozwala się obsłużyć, bo jest to potrzebne. Jest głęboko przekonany, że jego słabość jest cząstką jego drogi życiowej. To, że zacytował słowa św. Piotra z „Quo vadis” – dokąd idziesz, Panie? – Do Rzymu idę żeby po raz drugi mnie ukrzyżowali. Piotr uległ opinii tych, którzy mówili: Lepiej usłużysz Kościołowi jak się usuniesz. Piotr wtedy wrócił. I nie są to słowa „dopisane” teraz – Ojciec Święty powiedział je w niedzielę 22 października, w inaugurację swojego pontyfikatu. Prawie ćwierć wieku później „jest w Rzymie” i nie odchodzi, choć to jego męczeństwo. A na zakończenie Mszy na Błoniach mówił o tym żartobliwie: „Ładnie, ładnie, namawiają mnie żebym zdezerterował z Rzymu”.

Każdemu radzę jeszcze raz przeczytać to, co Ojciec Święty powiedział na zakończenie swej homilii na Błoniach. To jest słowo, które uwalnia i objaśnia. Tam jest wszystko niesłychanie jasno powiedziane. – „Dlatego prosiłem was, abyście nigdy nie wzgardzili tą miłością, która jest największa, wyraziła się przez krzyż, a bez której życie ludzkie ma ani korzenia, sensu”. Ojciec Święty przypomniał słowa, które wypowiedział na Błoniach 10 czerwca 1979 r. podczas pierwszej pielgrzymki do Polski. I żebyście byli gotowi świadczyć sprawie człowieka. Sprawie. Ale nie jak wspaniali adwokaci, ale malutką igiełką wydłubując malutką drzazgę, która przeszkadza. Gotowi świadczyć. I nie odłączajcie tego od miłości Boga, bo jeżeli odłączycie, to nią wzgardzicie. Tą miłością, która jest największa i która się wyraziła w Jezusie Chrystusie. I przeróżne nasze projekty, plany i zamierzenia, także społeczne, gospodarcze, czy polityczne, nie mają ani korzenia, ani sensu bez tej miłości.

Czym albo kim jest iskra, która ma rozpalić świat żeby przygotować go na powtórne przyjście Chrystusa?

Ja nie mam oporów przed utożsamianiem tej iskry z siostrą Faustyną, z Janem Pawłem II… Co do miejsca… To miejsce nie jest w pełni sobą, jeśli ludzie nie przyjmą go jako tego, w którym Bóg chce obdarować ich łaską miłosierdzia. Skocznia nie jest skocznią jak długo narciarze z niej nie skaczą. Jeżeli jej używają, dają się wciągnąć sensowi tego miejsca, jego celowi i przeznaczeniu. To jest narzędzie i trzeba przyjąć z żywą wiarą sens tego, co ci Bóg daje. Jeżeli zaczniesz używać fałszywie tego „automatu”, to potem nie wal pięścią w automat, nie rzucaj gróźb i nie pomstuj, że cię oszukał.
To, co mówię nie jest odpędzaniem ludzi od Łagiewnik, bo każdy pielgrzym może w sobie przynosić chociaż jedną jedyną myśl. Że jest Ktoś, Kto może mi pomóc – Jezus. On zawsze znajdzie sposób, aby uznać i ocalić chociaż jakąś niewyczuwalną, śladową obecność dobra, tęsknoty i żalu, która jest w człowieku przychodzącym, choćby nawet nie wiedział, że to w nim jest.

Miejsce jest rzeczywiście święte. Jest w tej świątyni Miłosierdzia Bożego tyle świadomej prostoty, która nie rozprasza uwagi. Tylko ołtarz, tabernakulum i obraz Pana Jezusa. Taka sama prostota jest w sanktuarium „Ecce Homo” u sióstr albertynek w Krakowie. Tam też jest obraz „Ecce Homo”, namalowany przez Brata Alberta, tabernakulum i tak skonstruowany ołtarz, jakby jego podstawa była korzeniami, które oplatają głaz. A tym głazem jest trumienka z relikwiami św. Brata Alberta. Nie ma rozproszenia.

A relikwie siostry Faustyny zostały w kaplicy, gdzie się modliła i nikomu na myśl nie przyszło żeby ją przenosić do sanktuarium. Tak jak było z obrazkiem, znowu jest w cieniu Pana Jezusa, gdyż jej relikwiarz jest pod obrazem u stóp Pana Jezusa, Który jej powiedział: Wezmę cię do Siebie na ołtarz. Siostra Faustyna nie rozumiała, co to znaczy, jak nie rozumiała co znaczą słowa, zanotowane w „Dzienniczku”, że nie wie, jak to się stało, ale była naraz w dwóch miejscach – w Rzymie i w Łagiewnikach. I my także nie rozumieliśmy aż do dnia jej kanonizacji 30 kwietnia 2000 roku. Póki tego nie przeżyliśmy, nie wiedzieliśmy, co mogło umożliwić bycie w dwóch miejscach – telewizja, telemost.
Stare Łagiewniki – takie, jakie były za czasów siostry Faustyny i nowe – z sanktuarium Miłosierdzia Bożego będą promieniować, będą miejscem krzesania iskier.

 

jezuufamtobie

 

Jak przekazać tę iskrę innym?

Nad tym można zastanawiać się teoretycznie tak długo, aż nie spotka się konkretnego człowieka, któremu trzeba pomóc. Trzeba umieć pomagać, ale nie zachowywać się jak automat i nie pokazywać palcem: Ja mam taką instytucję, która ci pomoże. Naturalnie, jest instytucja, która pomaga, ale w tej instytucji powinien być człowiek. Najlepiej zamiast nazwy instytucji mieć w pamięci ludzi, którzy w niej są, ich imiona. Nie do szyldu, idź do nich. Od człowieka do człowieka. Tak iskra przeradza się w płomień.

 

Bóg trafia tu do ludzi i oczekuje na płomień…

To miejsce uprzywilejowane, wskazane. Ale trzeba pamiętać, że każde miejsce jest wybrane, Bóg jest wszędzie blisko. Jest orbita Boga i orbita człowieka. Jeżeli użyjemy takiej metafory, to okaże się, że jesteśmy najbliżej Boga, gdy jesteśmy najbardziej do Niego podobni. W tym, Kim On jest – nie w skuteczności, tylko w miłości. On jest Miłością, która się daje. Która stworzywszy człowieka daje człowiekowi nieskończone dobro w postaci, które nazywa się łaskami.
Powinniśmy otwierać się na te łaski. Zdecydował się Bóg na wcielenie Syna swojego. Na to, że przyjmie ograniczenia, o których wspominamy w czasie świąt Bożego Narodzenia. Że zostawi swoją boską chwałę i majestat, co jest dla człowieka nie do pomyślenia, serią sprzeczności. „Bóg się rodzi (…) ma granice nieskończony” – śpiewamy w kolędzie. W tym jest wyjaśnienie – że On pokornie pozwolił żeby Syn Boży, Jego Syn, niewypowiedziany, odwieczny, wszechmocny jak On, Bóg z Boga, stał się dotykalny aż do możliwości zabicia Go. Wystarczy jedynie, że człowiek uwierzy, że Jego mądrość i miłość do stworzenia wyraża się w słowach, w wydarzeniach, spotkaniach, ludziach. Jego miłość jest rzeczywista, „dzieje się” niezależnie od nas. Góry są górami i wschód budzący poranek. Po ciągu słów i zdarzeń, na tej fali, dając się ponieść temu pięknu – trafić do Tego, Który jest Pięknem.

Ta sytuacja szukania człowieka przez Boga i Boga przez człowieka opisana jest w Ewangelii. Apostołowie wracali z połowu, byli zmęczeni po pracy, a na brzegu ktoś stał. Wtedy jeden człowiek mówi do drugiego człowieka: To jest Pan. I Pan podchodzi do uczniów. Spotykają się. Miłość Boga do człowieka i człowieka do Boga. Opisał ją święty Jan. Co łączyło go z Jezusem? – Miłość. Dlatego jego opis jest najgłębszy. Jesteśmy żebrakami, ale jest w nas tęsknota i nadzieja. I one sprawiają, że błagamy Boga o miłosierdzie. Wtedy rozpala się w nas iskra

Kardynał Franciszek Macharski. Arcybiskup metropolita krakowski urodził się 20 maja 1927 r. w Krakowie. W latach 1945-1950 studiował na Wydziale Teologicznym UJ. Święcenia kapłańskie otrzymał 2 kwietnia 1950 r. z rąk kardynała Adama Stefana Sapiehy. W latach 1956-1961 studiował teologię pastoralną na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu we Fryburgu szwajcarskim. W latach 1962-1978 wykładowca i profesor teologii pastoralnej i homiletyki na Papieskim Wydziale Teologicznym w Krakowie oraz profesor teologii pastoralnej w Seminariach Duchownych krakowskim i częstochowskim w Krakowie. W latach 1970-1978 rektor krakowskiego Seminarium Duchownego. Sakrę biskupią otrzymał 6 stycznia 1979 r. z rąk Ojca Świętego Jana Pawła II. Kreowany kardynałem 29 czerwca 1979 r. Zmarł 2 sierpnia 2016 roku.

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >