Hitlerowcy w klasztorze Ojców Jezuitów

Od świtu 2 sierpnia 1944 ojcowie jezuici rozpoczynają odprawiać msze święte w kaplicy ogólnej i domowej. Nie wiadomo, co mogą przynieść następne godziny, więc każdy chce od razu odprawić mszę świętą.

Naraz z pobliskiego Pola Mokotowskiego artyleria przeciwlotnicza (…) rozpoczyna ogień na klasztor Ojców Jezuitów. Pada pocisk za pociskiem. Mury drżą i dymią jak wulkany. W kaplicy staje się ciemno i duszno. (…)

Natomiast ojciec Wilczyński spokojnie odprawia do końca mszę świętą. Jak gdyby nie dostrzegał, co dzieje się wokół niego, po czym schodzi do schronu i odmawia modlitwę brewiarzową. Około godziny dziesiątej kanonada cichnie i w końcu milknie. (…) Naraz przy głównym wejściu rozlega się gwałtowne dobijanie. Brat furtian otwiera drzwi, przez które wpada banda uzbrojonych żołnierzy

 – Wer hat hier geschossen? – zapytują.

Brat furtian wzrusza ramionami… Doprowadza to żołnierzy do wściekłości.

– Ja, verfluchten Polen! Wo sind Banditen? (…)

Głosy sprowadzają z góry ojca Kosibowicza.

– O co chodzi? – zwraca się świetną niemczyzną do żołnierzy.

– Z tego domu padły strzały.

– To jest niemożliwe. W całym budynku klasztornym nikt nie ma broni. (…)

– A jednak ktoś strzelał z tego domu. (…)

– Swoją głowę daję za to, że nikt nie strzelał. Dom nasz jest zamknięty. Zresztą zróbcie rewizję –

to się sami przekonacie…

– Dobrze.

Padają rozkazy. Esesmani przeprowadzają rewizję, zresztą bardzo powierzchownie, i powracają.

– Wszystko w porządku – stwierdzają i zwracają się do ojca superiora – teraz pan pójdzie z nami

do naszego dowódcy i to wszystko powtórzy. (…)

Zegar wybił godzinę jedenastą. Rozlega się tupot żołnierskich butów. Esesmani powracają. Ojca superiora nie ma z nimi. Ojciec Sawicki zagaduje esesmana:

– Gdzie jest ojciec superior?

Zamiast odpowiedzi słyszy:

– Schodzić na dół. (…)

– Wszyscy przejść do kotłowni! – krzyczy jakiś esesman.

Ktoś uspokaja, że jeden z esesmanów mówił, aby się niczego nie obawiać. Nikomu nic nie grozi. Ojcowie są jednak niespokojni. (…) Ojciec Władysław Wiącek (…) rozpoczyna modlitwy za konających. W drzwiach kotłowni stoi esesman z peemem w ręku i granatami za pasem. Wydaje się, jak gdyby przysłuchiwał się modlitwie tej strwożonej gromady. Naraz wskazuje palcem na ojca Henryka Wilczyńskiego, który znajduje się najbliżej, i każe mu wyjść na korytarz. (…) Esesman ukazuje się w drzwiach, patrzy na zdrętwiałą gromadę. Daje znak ojcu Hermanowi Libińskiemu, który siedzi na krześle. Starzec podnosi się z trudem.

– Mam reumatyzm – mówi po niemiecku na usprawiedliwienie, że tak powoli się porusza. Esesman macha ręką i daje do zrozumienia starcowi: nie będziesz się długo męczył. Esesman znów jest w drzwiach, skierowuje wzrok na gromadę. Ojciec Rosiak przykłada palec do piersi i zapytuje, czy to o niego chodzi. Esesman kiwa głową. (…) Na korytarzu zatrzymuje go esesman.

– Skolko czasow?

Więc o to chodzi. Ojciec odpina zegarek i oddaje rabusiowi. Idzie dalej korytarzem. Inny esesman wskazuje mu drzwi. (…) Coraz to inni ojcowie, bracia i osoby świeckie wchodzą do pokoiku. (…) Do pokoju wchodzi ojciec Wiącek. Po chwili mówi:

– To jest nasza ostatnia godzina… jesteśmy skazani na śmierć. Za chwilę znajdziemy się przed Panem Jezusem. Musimy być przygotowani… Każdy może się wyspowiadać…

Schylają się głowy. (…) Naraz otwierają się drzwi, ukazują się esesmani i do pokoju wrzucają granat za granatem. Cała gromada zrywa się i całą siłą prze ku ścianie, w stronę okna. Błyski ognia, brzęk szyb. Sypią się odłamki cegieł, tynku, drzewa i szkła, straszliwe krzyki grozy i bólu i wzywanie pomocy… Jakby w odpowiedzi na nie, esesmani stają w drzwiach i kropią z peemów w to krwawe kłębowisko ciał, które się powoli ucisza. (…) Ojciec Kisiel leży twarzą do podłogi i stara się uwolnić spod ciężaru zabitego. Ojciec Sawicki otwiera oczy i rozgląda się. Dym, kurz i pierze przepełnia przestrzeń małego pokoiku, przechylona szafa, rozbita, drzwi wywalone, nie może rozpoznać osób leżących obok; ciała w krwawych strzępach, porwane ubranie. Obok ojciec Wilczyński głucho jęczy, ojciec Wróblewski kona, po chwili milknie na zawsze. Ojciec Libiński siedzi wciąż na krześle, podnosi ręce, wydaje się, jakby udzielał absolucji. Głosy i jęki zwabiają esesmanów, rzucają kilka granatów, a następnie serię za serią pakują w tych, którzy się jeszcze ruszają. (…) Do pokoju (…) wpada jakiś mały chłopiec z niemieckiej rodziny, który przyplątał się z esesmanami do klasztoru i nie odstępuje ich. Jego dziecięcy głos rozlega się co jakiś czas.

– Achtung! Der lebt noch.

Robi to potworne wrażenie. Za ruchem jego rączki idą ruchy esesmana, a potem… seria, której towarzyszy dziecięcy śmiech i klaskanie w ręce. (…) Ojciec Rosiak trzyma głowę bezwładnie opuszczoną na ramieniu ojca Sawickiego. Esesman bierze go za ucho, unosi w górę i patrzy. Wstrzymuję oddech – wspomina ojciec Rosiak – oczy mam zamknięte… Nie widzę jego twarzy, lecz wiem, że bada, czy żyję. W każdej chwili czeka mnie strzał i ciemność, która mnie ogarnie… Strzeli czy nie strzeli? Nie, puścił, pozwoliłem opaść głowie tak, jak opada głowa trupa. I znów chwila oczekiwania. Może strzelą w czaszkę z tyłu? I tym razem jeszcze nie. Odchodzą. Ojciec Sawicki czuje oddech esesmana. Teraz czas na mnie – myśli. Ale jak tu udawać umarłego, gdy serce wali jak młot? (…) W głębokiej ciszy słychać oddalające się kroki esesmana. (…) Z owej krwawej sterty ciał coraz to podnoszą się pokrwawione postacie. (…) Ojciec Jędrusik podnosi się z podłogi i naraz tuż obok jego nóg rozlega się spokojny głos:

– Ojcze Jędrusik, proszę uważać, aby nie nastąpić mi na twarz.

Poznaję, to ojciec Kisiel. A więc żyje. Twarz jego ocieka krwią. Podnosi się z ziemi, błyskawiczna decyzja: jak najprędzej uciec stąd. (…) W węglarni ukrywa się dziewięć osób, którym udało się ujść śmierci. (…) Przez małe okienko węglarni sączy się świt nowego dnia. Więc to już sobota – trzeci dzień straszliwej udręki! (…) Naraz rozlega się głos kobiety:

– Ludzie, gdzie jesteście? Wychodźcie!

– Nie odzywać się! To może być prowokacja Niemców – ktoś mówi.

– Ludzie! – Wołanie jest coraz bliższe (…). Ojciec Kisiel staje pod ścianą i czeka. I kiedy obie kobiety mijają go, zagradza im drogę i mówi ostro:

– Proszę o latarkę.

Jedna z kobiet oddaje mu ją bez słowa. (…)

– A kim panie są?

– Sanitariuszki. Z punktu sanitarnego profesora Edwarda Lotha.

Uczucie ogromnej radości napełnia serca. Więc są uratowani!

– Czy możemy stąd wyjść? Czy można wyjść bezpiecznie?

– Tak, chłopcy są blisko. Niemców nie ma. Opatrzymy rannych*.


* Stanisław Podlewski, Masakra w klasztorze, w: Kościół a Powstanie Warszawskie. Dokumenty, relacje, poezja, wybór i oprac. Marian Marek Drozdowski i in., Warszawa 1994, s. 93–100.

Hitlerowcy w klasztorze Ojców Jezuitów


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Energiczna woluntarystka

W życiu najważniejsze są sensowne priorytety. I lepiej się nie pomylić.

Liliana
Sonik
zobacz artykuly tego autora >

Na pierwszym roku studiów już byli parą: Dana – energiczna woluntarystka, Zbyszek – małomówny, odpowiedzialny, poukładany. Razem chodzili do liceum i razem weszli w opozycję studencką. Gdy znaleziono zmasakrowanego Staszka Pyjasa i przygotowywaliśmy „czarny marsz” Danusia zadeklarowała, że zrobi czarne opaski. Nałożone na rękaw oznaczały żałobę. Same w sobie czarne opaski nie były w żadnej mierze polityczne, ale stały się niezwykle polityczne, ponieważ żałoba dotyczyła Pyjasa.  Nie znałam jeszcze Danusi bliżej, było nas jednak mało i trzeba było na kogoś się zdać.  Następnego dnia przyniosła opaski, setki opasek.

I zawsze było już podobnie: postanowienie – realizacja.  Bez rozdzielania włosa na czworo, bez straty czasu, odważnie i konsekwentnie. Gdy Danusia, dziś dyrektor Danuta Skóra, uzna, że ma rację, że coś zrobić powinna, nie wiem co mogłoby ją powstrzymać. Ma wewnętrzną busolę i bezwzględnie jej słucha.

Angażując się w Studencki Komitet Solidarności dużo ryzykowała. Nie miała zaplecza rodzinnego, które załatwiło by jej pracę, gdyby SB nie pozwoliła jej skończyć studiów. Musiała być znakomitą studentką z wysoką średnią. I była. Po studiach pracowała w szkole, co było sporym osiągnieciem, gdyż o pracę eskaesowcom było trudno. Urodziła synka. Gdy generał Jaruzelski ogłosił 13 grudnia wojnę z Solidarnością znalazłyśmy się w podobnej sytuacji: z maleńkim dzieckiem same; mąż, brat i większość przyjaciół – w więzieniu.

Energiczna woluntarystka

Bezpiece udało się tajną presją wyrzucić ją z pracy w szkole. Przyszły lata beznadziei, kompletnego braku perspektyw, zawodowo stracone, zmarnowane. Życiowe borykanie w pogłębiającym się kryzysie, walka o niedostępne pieluchy i kaszki dla dwójki już dzieci, o banalną infrastrukturę żywieniowo – odzieżową reglamentowaną na kartki. I oczywiście działalność w podziemiu wolnościowym. Ryzykowna w sytuacji ponurej i podłej jak gnilny staw. Wymagająca niesłychanej dyscypliny i wiary w sens oporu.

Pomagała religijność. Wiara, że Bóg w tym wszystkim przecież uczestniczy,  nawet jeśli ukryty, a coraz bardziej ukryty jeśli się Go nie wzywa.

Energiczna woluntarystka

Na placu św. Piotra

Odnoszę wrażenie, że dla niej świeckość i religijność nie muszą być w sporze. Przeciwnie: przy zachowaniu elementarnych reguł „dobrego współżycia” mogą uzupełniać się, czynić świat i ludzi lepszymi, bardziej spełnionymi i rzetelnymi. W tej perspektywie rygor katolickich obowiązków i towarzyszące im obyczaje nie jest nudnym i ograniczającym pancerzem, ale zbroją i kręgosłupem dla postawy wyprostowanej. Nawet w czasach trudnych, złych. Ale zwłaszcza w epoce rozchwiania i niepewności.

Wiele lat temu, gdy rzadko kto w Polsce ośmielał się mówić o katastrofalnych skutkach demograficznej zapaści rozmawiałyśmy o tym. Starała się by w Znaku kobiety nie obawiały się ciąży i wychowania dzieci, by były pewne, że firma będzie im pomagać, a nie przeszkadzać. Efektów jednak nie było. Znakowych dzieci nie przybywało. I chyba pierwszy raz widziałam dyrektor Skórę bezradną.

Nie wiem co robić by te zdolne, świetne dziewczyny, jakie zatrudniamy – mówiła – wśród swoich priorytetów umieściły również dzieci. Bo w życiu najważniejsze są sensowne priorytety. I lepiej się nie pomylić.

  ↵


Krzyszkowski_Pilecki_popr_500pcx

Polecamy książkę “Pilecki. Śladami mojego taty” – wywiad z Andrzejem Pileckim, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak.

 

Syn rotmistrza Pileckiego ma dziś 83 lata. Nie musi już i nie chce milczeć. Rusza śladami ojca. Trafia do miejsc, które pamiętają Witolda. I daje świadectwo o życiu jednego z największych polskich patriotów. Wszyscy powinniśmy towarzyszyć mu w tej podróży.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Liliana Sonik

Zobacz inne artykuły tego autora >
Liliana
Sonik
zobacz artykuly tego autora >