video-jav.net

Hitlerowcy w klasztorze Ojców Jezuitów

Od świtu 2 sierpnia 1944 ojcowie jezuici rozpoczynają odprawiać msze święte w kaplicy ogólnej i domowej. Nie wiadomo, co mogą przynieść następne godziny, więc każdy chce od razu odprawić mszę świętą.

Polub nas na Facebooku!

Naraz z pobliskiego Pola Mokotowskiego artyleria przeciwlotnicza (…) rozpoczyna ogień na klasztor Ojców Jezuitów. Pada pocisk za pociskiem. Mury drżą i dymią jak wulkany. W kaplicy staje się ciemno i duszno. (…)

Natomiast ojciec Wilczyński spokojnie odprawia do końca mszę świętą. Jak gdyby nie dostrzegał, co dzieje się wokół niego, po czym schodzi do schronu i odmawia modlitwę brewiarzową. Około godziny dziesiątej kanonada cichnie i w końcu milknie. (…) Naraz przy głównym wejściu rozlega się gwałtowne dobijanie. Brat furtian otwiera drzwi, przez które wpada banda uzbrojonych żołnierzy

 – Wer hat hier geschossen? – zapytują.

Brat furtian wzrusza ramionami… Doprowadza to żołnierzy do wściekłości.

– Ja, verfluchten Polen! Wo sind Banditen? (…)

Głosy sprowadzają z góry ojca Kosibowicza.

– O co chodzi? – zwraca się świetną niemczyzną do żołnierzy.

– Z tego domu padły strzały.

– To jest niemożliwe. W całym budynku klasztornym nikt nie ma broni. (…)

– A jednak ktoś strzelał z tego domu. (…)

– Swoją głowę daję za to, że nikt nie strzelał. Dom nasz jest zamknięty. Zresztą zróbcie rewizję –

to się sami przekonacie…

– Dobrze.

Padają rozkazy. Esesmani przeprowadzają rewizję, zresztą bardzo powierzchownie, i powracają.

– Wszystko w porządku – stwierdzają i zwracają się do ojca superiora – teraz pan pójdzie z nami

do naszego dowódcy i to wszystko powtórzy. (…)

Zegar wybił godzinę jedenastą. Rozlega się tupot żołnierskich butów. Esesmani powracają. Ojca superiora nie ma z nimi. Ojciec Sawicki zagaduje esesmana:

– Gdzie jest ojciec superior?

Zamiast odpowiedzi słyszy:

– Schodzić na dół. (…)

– Wszyscy przejść do kotłowni! – krzyczy jakiś esesman.

Ktoś uspokaja, że jeden z esesmanów mówił, aby się niczego nie obawiać. Nikomu nic nie grozi. Ojcowie są jednak niespokojni. (…) Ojciec Władysław Wiącek (…) rozpoczyna modlitwy za konających. W drzwiach kotłowni stoi esesman z peemem w ręku i granatami za pasem. Wydaje się, jak gdyby przysłuchiwał się modlitwie tej strwożonej gromady. Naraz wskazuje palcem na ojca Henryka Wilczyńskiego, który znajduje się najbliżej, i każe mu wyjść na korytarz. (…) Esesman ukazuje się w drzwiach, patrzy na zdrętwiałą gromadę. Daje znak ojcu Hermanowi Libińskiemu, który siedzi na krześle. Starzec podnosi się z trudem.

– Mam reumatyzm – mówi po niemiecku na usprawiedliwienie, że tak powoli się porusza. Esesman macha ręką i daje do zrozumienia starcowi: nie będziesz się długo męczył. Esesman znów jest w drzwiach, skierowuje wzrok na gromadę. Ojciec Rosiak przykłada palec do piersi i zapytuje, czy to o niego chodzi. Esesman kiwa głową. (…) Na korytarzu zatrzymuje go esesman.

– Skolko czasow?

Więc o to chodzi. Ojciec odpina zegarek i oddaje rabusiowi. Idzie dalej korytarzem. Inny esesman wskazuje mu drzwi. (…) Coraz to inni ojcowie, bracia i osoby świeckie wchodzą do pokoiku. (…) Do pokoju wchodzi ojciec Wiącek. Po chwili mówi:

– To jest nasza ostatnia godzina… jesteśmy skazani na śmierć. Za chwilę znajdziemy się przed Panem Jezusem. Musimy być przygotowani… Każdy może się wyspowiadać…

Schylają się głowy. (…) Naraz otwierają się drzwi, ukazują się esesmani i do pokoju wrzucają granat za granatem. Cała gromada zrywa się i całą siłą prze ku ścianie, w stronę okna. Błyski ognia, brzęk szyb. Sypią się odłamki cegieł, tynku, drzewa i szkła, straszliwe krzyki grozy i bólu i wzywanie pomocy… Jakby w odpowiedzi na nie, esesmani stają w drzwiach i kropią z peemów w to krwawe kłębowisko ciał, które się powoli ucisza. (…) Ojciec Kisiel leży twarzą do podłogi i stara się uwolnić spod ciężaru zabitego. Ojciec Sawicki otwiera oczy i rozgląda się. Dym, kurz i pierze przepełnia przestrzeń małego pokoiku, przechylona szafa, rozbita, drzwi wywalone, nie może rozpoznać osób leżących obok; ciała w krwawych strzępach, porwane ubranie. Obok ojciec Wilczyński głucho jęczy, ojciec Wróblewski kona, po chwili milknie na zawsze. Ojciec Libiński siedzi wciąż na krześle, podnosi ręce, wydaje się, jakby udzielał absolucji. Głosy i jęki zwabiają esesmanów, rzucają kilka granatów, a następnie serię za serią pakują w tych, którzy się jeszcze ruszają. (…) Do pokoju (…) wpada jakiś mały chłopiec z niemieckiej rodziny, który przyplątał się z esesmanami do klasztoru i nie odstępuje ich. Jego dziecięcy głos rozlega się co jakiś czas.

– Achtung! Der lebt noch.

Robi to potworne wrażenie. Za ruchem jego rączki idą ruchy esesmana, a potem… seria, której towarzyszy dziecięcy śmiech i klaskanie w ręce. (…) Ojciec Rosiak trzyma głowę bezwładnie opuszczoną na ramieniu ojca Sawickiego. Esesman bierze go za ucho, unosi w górę i patrzy. Wstrzymuję oddech – wspomina ojciec Rosiak – oczy mam zamknięte… Nie widzę jego twarzy, lecz wiem, że bada, czy żyję. W każdej chwili czeka mnie strzał i ciemność, która mnie ogarnie… Strzeli czy nie strzeli? Nie, puścił, pozwoliłem opaść głowie tak, jak opada głowa trupa. I znów chwila oczekiwania. Może strzelą w czaszkę z tyłu? I tym razem jeszcze nie. Odchodzą. Ojciec Sawicki czuje oddech esesmana. Teraz czas na mnie – myśli. Ale jak tu udawać umarłego, gdy serce wali jak młot? (…) W głębokiej ciszy słychać oddalające się kroki esesmana. (…) Z owej krwawej sterty ciał coraz to podnoszą się pokrwawione postacie. (…) Ojciec Jędrusik podnosi się z podłogi i naraz tuż obok jego nóg rozlega się spokojny głos:

– Ojcze Jędrusik, proszę uważać, aby nie nastąpić mi na twarz.

Poznaję, to ojciec Kisiel. A więc żyje. Twarz jego ocieka krwią. Podnosi się z ziemi, błyskawiczna decyzja: jak najprędzej uciec stąd. (…) W węglarni ukrywa się dziewięć osób, którym udało się ujść śmierci. (…) Przez małe okienko węglarni sączy się świt nowego dnia. Więc to już sobota – trzeci dzień straszliwej udręki! (…) Naraz rozlega się głos kobiety:

– Ludzie, gdzie jesteście? Wychodźcie!

– Nie odzywać się! To może być prowokacja Niemców – ktoś mówi.

– Ludzie! – Wołanie jest coraz bliższe (…). Ojciec Kisiel staje pod ścianą i czeka. I kiedy obie kobiety mijają go, zagradza im drogę i mówi ostro:

– Proszę o latarkę.

Jedna z kobiet oddaje mu ją bez słowa. (…)

– A kim panie są?

– Sanitariuszki. Z punktu sanitarnego profesora Edwarda Lotha.

Uczucie ogromnej radości napełnia serca. Więc są uratowani!

– Czy możemy stąd wyjść? Czy można wyjść bezpiecznie?

– Tak, chłopcy są blisko. Niemców nie ma. Opatrzymy rannych*.


* Stanisław Podlewski, Masakra w klasztorze, w: Kościół a Powstanie Warszawskie. Dokumenty, relacje, poezja, wybór i oprac. Marian Marek Drozdowski i in., Warszawa 1994, s. 93–100.

Hitlerowcy w klasztorze Ojców Jezuitów

Profesora wymyśliła Danusia!

Zaprzyjaźniliśmy się, a potem okazało się, że na tej przyjaźni można polegać.

Roman
Graczyk
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Danusię poznałem bliżej dopiero w Radiu Kraków, gdzie szefem był od jesieni 1989 r., ściągnięty w tym celu z Paryża, Bronek Wildstein, a jego zastępcą właśnie ona. Poznaliśmy się bliżej dzięki Tosi, chociaż bez jej zasługi, a było to tak:

Danusia z Bronkiem ciężko tam pracowali, ponieważ trzeba było tę instytucję, bądź co bądź, przynależącą do „frontu ideologicznego” PRL, gruntownie przebudować. Byliśmy jednak wtedy, ćwierć wieku temu, wszyscy w tej fazie życia, kiedy rodzą się dzieci. I zdarzyło się, że miała się urodzić Tosia, a w tym Radiu kontrrewolucja w toku. Brzuch Danusi stawał się coraz większy i większy, a roboty ciągle huk.

Bronek, jak go znam, pewnie nie uważał tego za duży problem, no ale w końcu zauważył, że na jakiś czas nastąpi w Radiu vacat i wtedy uradzili z Danusią, że zaproponują mnie jako zastępcę dyrektora. Było jednak jasne, że nie zastąpię Danusi: nie znam się na zarządzaniu „zasobami ludzkimi”, ani na finansach. Uznali jednak, że Bronek potrzebuje tam kogoś, do kogo będzie miał zaufanie. Stanęło na tym, że będę zastępcą dyrektora do spraw programowych, dzisiaj powiedziałoby się: do spraw anteny.

Profesora wymyśliła Danusia!

Danusia wróciła do pracy bardzo szybko i przez pewien czas (może rok) funkcjonowaliśmy we troje, w zgranym – jak sądzę – zespole. Niezapomniany rok. Wtedy zrozumiałem w pełni, dlaczego Bronek zatrudnił Danusię. Powiem dosadnie: toutes proportions gardeés, premierowi Mazowieckiemu zabrakło przy boku kogoś takiego. Zresztą oni obydwoje, Danusia i Bronek, mieli to coś, co decyduje o powodzeniu lub klęsce przebudowy struktur służących państwu totalitarnemu na struktury służące państwu demokratycznemu. Wiedzieli, że nie należy nadmiernie polegać na zdaniu urzędników. Ani nadmiernie ufać utartym procedurom. Mieli rację. Ale Radio to był dopiero początek naszej znajomości.

Zaprzyjaźniliśmy się, a potem okazało się, że na tej przyjaźni można polegać.

Krzyś, nasz syn, mając 15 lat doznał udaru mózgu. Stan ciężki, po tygodniu opieki w szpitalu najwyższej referencyjności, przeszedł w stan krytyczny. Powiedziano nam, żebyśmy się z Krzysiem żegnali, była niedziela rano, 9 stycznia 2005 roku – pamiętam po tylu latach i chyba nigdy nie zapomnę. Odrętwienie i głupie pytanie: „dlaczego?”.

Tymczasem Danusia już kilka dni wcześniej dotarła sobie wiadomymi ścieżkami do profesora Tomasza Trojanowskiego z Lublina. Była umówiona z nim w Lublinie na poniedziałek. W niedzielę Krzyś był umierający, jednak żegnając się wieczorem w szpitalu powiedzieliśmy: „jeśli nie umrze do rana, jedźcie!”.

Profesora wymyśliła Danusia!

Danuta Skóra z chrześniakiem Krzysiem

Danusia, jej mąż Zbyszek i moja siostra Elżbieta wyruszyli samochodem w poniedziałek wczesnym rankiem, nie wiedząc, czy ich misja jest ciągle celowa. My, czuwając od rana przy łóżku Krzysia widzieliśmy, jak ciśnienie tętnicze niebezpiecznie rosło, co pokazywało pośrednio, że niebezpiecznie rośnie ciśnienie wewnątrzczaszkowe (nie monitorowano go). Jego mózg był dramatycznie uciśnięty…

Około południa zadzwonił z Lublina Profesor: „Proszę Pana, ja myślę, że możemy dać chłopcu szansę, jeśli otworzymy czaszkę”. Lekarze krakowscy odradzali operację, my z Krysią nie mieliśmy cienia wątpliwości, że trzeba tę szansę, choćby najbardziej ulotną, wykorzystać.

Minęło dziewięć lat, Krzyś ma bardzo pod górkę, ale ma życie. I ma – Bogu dzięki – wolę walki. Wykorzystał wtedy i ciągle wykorzystuje szansę, którą dojrzał jako pierwszy Profesor. Ale Profesora wymyśliła Danusia.

Roman Graczyk

Zobacz inne artykuły tego autora >
Roman
Graczyk
zobacz artykuly tego autora >