video-jav.net

Posynodalna parada ekspertów

Ktokolwiek wierzy, że po Synodzie znikną albo przynajmniej zamilkną medialni eksperci od Kościoła, ten najwyraźniej nie wyciągnął wniosków z cyrku, który fundowano nam w ciągu ostatnich kilku tygodni.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Festiwal domysłów i dyskusji dopiero się zaczął. To, że jest ona prowadzona – kolokwialnie mówiąc – pod siebie, to również nihil novi.

O nieuczciwości dziennikarskich autorytetów zabierajacych głos w sprawie dopiero co zakończonego Synodu niech świadczy fakt, że na opublikowane 62 punkty relatio, zajęto się tylko trzema, których nie przyjęto. Innymi słowy, mamy 59 ciężko przepracowanych punktów, którymi będzie żył teraz Kościół, a na których prawie nie zawieszono medialnego spojrzenia, za to całą uwagę skierowano w stronę akapitów, których nie przyjęto. I to nimi dziennikarze biją nas po głowach od kilkudziesięciu godzin, wietrząc podział i watykański rozłam.

Ich prawdziwe intencje w świetle tych zachowań świecą po oczach aż do bólu źrenic. Jeżeli ktoś uwierzył, że celem – jak nas wielokrotnie przekonywano – jest dobro Kościoła, troska o to, by wierni od niego nie odpływali, ma przed oczyma dowód, że nie o eklezjalne korzyści chodzi. Więc o co?

fot. Jorge from Brazil, Municipal Archives of Trondheim,  Karl-Ludwig Poggemann,  europeana newspapers,  Nacho,  El cromaticôm

Bardzo klarownie można to wychwycić między wierszami wypowiedzi poszczególnych komentatorów. Wielu z nich wskazuje na ogromny plus opublikowania posynodalnego dokumentu, jako wstępu do dyskusji, do jakiej zachęcił papież Franciszek. Tym samym uratowano medialny obraz Następcy św. Piotra – mesjasza reform, który w końcu uczyni Kościół prawdziwie ludzkim, tolerancyjnym i demokratycznym. Przy okazji użyto tej samej metody, do jakiej już przyzwyczaili nas rodzimi szermierze retoryki – to metoda półprawdy. Papież Franciszek zachęcił bowiem do dyskusji, ale nie aktywistów gejowskich, lewicowych polityków, antyklerykałów i apostatów, ale episkopaty i ewentualnie teologów. Cóż jednak z tego, gdy media lepiej wiedzą, co Wikariusz Chrystusa miał na myśli?

Na marginesie: zawsze uważałem, że umiejętność okłamania kogoś tak, aby się nie zorientował, to sztuka. Zła, ale sztuka. Zrobienie tego samego z tłumem ludzi – tym bardziej. Ale oszukać tak, aby samemu szczerze i spontanicznie w to uwierzyć? Zabójcza umiejętność.

Pojawiają się zatem filipiki przeciw zawistnemu Polakowi, abp. Gądeckiemu i laurki dla kard. Schönborna, który jest przecież tak otwarty i prosty i tak bardzo franciszkowy, choć akurat ten termin jest w mediach wyrazem życzeniowego myślenia, synonimem raczej pluszowej maskotki niż przystawalności autentycznych poglądów. Ponoć to dzięki takim osobom na Synodzie Kościół się zmienia. A że obaj hierarchowie mówili w ostatnich tygodniach to samo? Że jeszcze niedawno te same media właśnie Przewodniczącego KEP opisywały jako franciszkowego? Któż by się tym przejął?

Przy okazji dostrzegamy, jak domniemane (bo na jakiej podstawie uznać to za pewnik?) uchylanie drzwi homoseksualistom nazywa się aktem ekumenicznym, jak co rusz nowi znawcy klauzuli mateuszowej i prawosławia zabierają głos, wreszcie, że teza: polski katolicyzm i watykański diametralnie się różnią święci niezasłużone triumfy.

Posynodalna parada ekspertów

Czytamy też teksty o tym, czego polski Kościół może uczyć się od niemieckiego – głównie otwartości, liberalizmu, podatku kościelnego. Autorzy tych analiz sami przyznają, że ten rodzaj przystępności jest podyktowany troską o pustoszejące (z jego powodu!) świątynie i że jest to metoda nieskuteczna. Tymczasem dyktuje się ją jako panaceum na problemy polskiego Kościoła, z którego ponoć również ubywa wiernych. Czemu zaszczepienie nieskutecznej metody z państwa, gdzie problem jest ogromny – nie istnieje marginalnie, jak u nas – miałoby ten nasz znikomy szkopuł usunąć, tego nie wiemy i eksperci nie raczą tłumaczyć.

Przykłady można mnożyć, ale są do bólu nudne i przewidywalne w swojej nieuświadomionej niekonsekwencji. Bo medialni eksperci wcale nie stali się dzięki Synodowi  mniejszymi dyletantami. Przeciwnie. Wyzbyli się tylko poczucia przyzwoitości.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Klerykalizacja. Gdzie?

Intelektualiści polscy w przeważającej liczbie piętnastu profesorów wystosowali apel do władz państwowych w związku z zatrważającym zjawiskiem klerykalizacji kraju. Wystarczy jednak zajrzeć do słownika, by dostrzec, że ta błyskotliwa diagnoza nie ma nic wspólnego z rzeczywistością

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

To chwalebne, że tęgie umysły usilnie szukają odpowiedzi na pytanie: skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Że padło na Kościół, nie jestem zdziwiony ani krzty, wszak w Polsce jest od dawna traktowany z buta jak bezdomne szczenię. Bo czy da się wskazać inną instytucję w Polsce, której tak krytyczną i niegasnącą atencję poświęcają wszystkie media, na której grzechach znają się wszyscy redaktorzy, na której krytyce partie budują sobie społeczny kapitał i dostają się do Sejmu i która wiecznie jest winna wszystkiemu? Nie. Taką rolę pełni u nas tylko Kościół.

Media specjalizują się w relacjonowaniu kościelnych wydarzeń, gazetowi detektywi wyszukują nieprawidłowości i skandali, telewizje miesiącami wchodzą w butach w kościelną jurysdykcję, wywierają presję na hierarchów, a tych, którym z nimi nie po drodze oczerniają bez ponoszenia odpowiedzialności. Ot, jak duchowieństwo zdominowało nasze życie!

Nie mamy bowiem do czynienia z klerykalizacją przestrzeni publicznej, ale z jej radykalną deklerykalizacją! A bajdurzenie sygnatariuszy apelu nie jest niczym innym jak entą z rzędu inkarnacją mentalności kieszonkowca, który wkładając ręce w torebkę staruszki, krzyczy: kradną!

W ciągu ostatnich miesięcy zwolniony za skorzystanie z klauzuli sumienia został dyrektor świetnie funkcjonującego szpitala, wiceminister sprawiedliwości został za poglądy wygnany z resortu i zastąpiony fanatyczną genderystką, ludzie wierzący nie mogli podpisać deklaracji wiary, ani nawet protestować przeciw bluźnierczym spektaklom bez akompaniamentu stukających się po czołach mędrców.

Bo ponoć tak nas już to katolskie duchowieństwo omotało, że wiceminister nie może być benedyktyńskim oblatem, ale poseł może być wiceprzewodniczącym loży. Biblię można targać, ale protestować przeciw spektaklom nigdy. Wierzący musi zostawić przekonania przed gabinetem i urzędem, ateista może nosić je wszędzie.

Wśród wielu zabawnych i niestety niekonkretnych zarzutów umieszczonych w apelu dla mnie niekwestionowanym numerem jeden jest domniemane blokowanie inicjatyw legislacyjnych. Konwencja o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i dzieci nie została bowiem przyjęta z winy Kościoła i – jak diagnozuje prof. Środa – polityków PSL, którzy się go ponoć pilnie słuchają. Aż dziw, że przy tak potężnej władzy wetowania ustaw Kościół zawahał się w sprawie ustawy o leczeniu niepłodności i wielu innych dokumentach, które mimo wszystko zostały przepchnięte przez parlament.

Wszystko dlatego, że to mityczne wtrącanie się Kościoła do polityki, na które sygnatariusze listu i ich ideowi sprzymierzeńcy dostają ataku świerzbu, to bujda. Na resorach. Jest bowiem dokładnie odwrotnie.

Rozdział państwa od Kościoła kończy się bowiem w chwili, w której państwo czegoś potrzebuje: pomniejsi politycy łaszą się do kościelnych ławek jak koty do worka z jedzeniem, w przededniu wyborów chętnie wystają pod świątyniami, by zyskać kilka głosów, terenowe jednostki władzy zwracają się z prośbą o odczytywanie komunikatu na mszach świętych, a w telewizji prof. Środa przekonuje duszpasterza, by naciskał w sprawie feministycznych postulatów.

Jeśli ludziom niewierzącym jest w Polsce źle z powodu wszechobecności Kościoła, to dzieje się tak nie z winy tej instytucji, ale mediów i polityków, którzy na jej krytyce lub zachwalaniu kształtują sobie markę. Zamiast apelować do władz o niesłuchanie głosu Kościoła, przestańcie się nim zajmować, dajcie mu żyć swoim życiem, relacjonujcie tylko fakty, nie snujcie nieustających domysłów, nie faszerujcie wymierzonym w oglądalność obłudnym uwielbieniem dla papieża Polaka i nie przekonujcie wszystkich, że muszą mieć na temat Kościoła własne – czyli Wasze – zdanie.

I skoro już tak ładnie apelujemy: wyjdźcie z domów, pojedźcie zobaczyć innych ludzi niż Wasi wyborcy i czytelnicy i spotkajcie się z tymi, którzy dzięki temu, co Wy mądrze nazywacie klerykalizacją przestrzeni publicznej, mają co jeść i gdzie żyć. Weźcie na ręce dzieci z Downem, które chcieliście wyabortować, a które Kościół obronił, zobaczcie, jak uczniowie, których spisaliście na straty jedzą posiłek za parafialne pieniądze, przytulcie w noclegowniach bezdomnych staruszków, którym do zaproponowania macie tylko eutanazję i zobaczcie jak żyją wielodzietne rodziny, którym z braku funduszy chcielibyście odebrać pół potomstwa.

Spotkajcie ich i powiedzcie, że ich życie jest przesadnie sklerykalizowane. Jeśli nie zabiją Was śmiechem, to tylko przez grzeczność.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >