Jak rozmawiać z dziećmi o edukacji seksualnej?

Czasem myślę, że jako rodzice nie doceniamy naszego wpływu na dzieci. A tymczasem w pierwszych latach życia jesteśmy dla nich jakby soczewką przez którą patrzą na świat. Nie czekajmy na przysłowiowe „Mamo, a skąd się biorą dzieci?” - sami, na własnych warunkach podejmijmy temat.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jak rozmawiać z dziećmi o edukacji seksualnej?
Czasem myślę, że jako rodzice nie doceniamy naszego wpływu na dzieci. A tymczasem w pierwszych latach życia jesteśmy dla nich jakby soczewką przez którą patrzą na świat. Nie czekajmy na przysłowiowe „Mamo, a skąd się biorą dzieci?” - sami, na własnych warunkach podejmijmy temat.

Jak co roku o tej porze, chrześcijański rodzic z lekkim niepokojem przygląda się mimozom. Ich głęboka żółć oznacza jedno: wracamy. Z naszych górskich wypraw, z naszych plaż, ze wspólnego oglądania gwiazd i zachwytu nad nowymi smakami lodów. Wracamy do tzw. normalnego życia; my do pracy, dzieciaki do szkoły. I jak co roku o tej porze chrześcijański rodzic doświadcza trudnych uczuć. Czuje się trochę jak Bóg Ojciec patrzący za oddalającymi się z raju Adamem i Ewą. Ci, których stworzył do życia w pokoju i harmonii, ci, których kochał dosłownie nad życie musieli opuścić bezpieczne schronienie i ruszyć w świat, który nie zawsze będzie im życzliwy.

Do wszystkich potencjalnych zagrożeń, jakie mogą czyhać na nasze dzieci tuż za rogiem, przyszło nam dopisać w tym roku również ideologię LGBT. Jak przygotować dzieciaki do treści, które prędzej czy później, kanałem szkolnym lub podwórkowym, dotrą do nich? Jak się z tym zmierzyć? Jakby powiedział mój flegmatyczny przyjaciel: „Przede wszystkim ze spokojem”. Spokój ma tu bowiem kluczowe znaczenie.

Nie pomożemy naszym dzieciakom budując wokół tematu LGBT histerię. I wcale nie dlatego, że temat nie wymaga naszego jasnego stanowiska, ale dlatego, że histeria świadczy o naszym lęku i niepewności. Kiedy rzucamy w ogień Harrego Pottera, przepędzamy nerwowo spod naszych drzwi Świadków Jehowy, kiedy obrzucamy błotem w rodzinnych rozmowach propagatorów LGBT, dajemy naszym dzieciom do zrozumienia, że nasza wiara jest słaba. Że może jej zagrozić mały czarodziej, pani ze Strażnicą w ręku czy pan z garnkiem na głowie i tęczowej spódnicy. Jeśli odnajdujesz w sobie fanatyczną nienawiść do wrogów Kościoła – jesteś człowiekiem pokroju Szawła. Twój Damaszek wciąż jeszcze przed tobą.

 

🔷PRZECZYTAJ: Edukacja seksualna w szkołach – co sądzą Polacy?

 

Kiedy zapytałam moich doświadczonych przyjaciół jak przygotowaliby dzieci na to, co może wydarzyć się w szkole, która będzie stosować się do zaleceń Karty LGBT+, odpowiedzieli bardzo krótko: „Tego tematu nie wygrasz z dzieckiem bez kontekstu wiary”. Nim zaczniemy z dziećmi rozmawiać o związkach jednopłciowych, nim opowiemy im o cudzie małżeńskiej bliskości przekażmy im naszą wiarę i miłość do Kościoła. Wiem, naprawdę wiem, że to bodaj najtrudniejsze zadanie, jakie stoi przed wierzącymi rodzicami. Wiem też, że czasem po ludzku zrobimy wszystko, a dzieci i tak wybiorą inaczej. Znam bardzo trudne historie rodziców, których dzieci jedno po drugim składają apostazję, żyją w związkach niesakramentalnych, angażują się w działalność LGBT. Ale mimo wszystko z pełną pokorą i nadzieją proszę: pokażmy naszym dzieciom Kościół, który kochamy. Miałam taki moment na tegorocznych letnich rekolekcjach: kolejka do Komunii św., w tle piosenka: „Lud Twój Panie, lud pielgrzymi prosi byś był światłem, byś na drodze do Królestwa wzmacniał wiernych Swoim Ciałem”, a ja patrzę na ludzi przede mną. Na Asię, którą stwardnienie rozsiane przykuło do wózka i na jej męża bez którego nie przeżyłaby doby, na Piotrka, ojca dwóch chłopaków, męża cudownej żony, który cudem przeżył wypadek i już nigdy nie stanie na nogi, na tabuny niedospanych rodziców dosłownie uginających się pod ciężarem dzieciaków. Patrzę jak idziemy wszyscy ku Niemu. Z godnością, nadzieją i często niepoprawnym luzem. Pokazaliśmy dzieciom taki Kościół? 

Celebrujmy z dzieciakami cud rodziny! Wielka, święta, ale też porządnie „zakręcona” rodzina ocali głowy naszych dzieci przed najdziwaczniejszymi wymysłami współczesności.

Ale to nie jedyny warunek wygranej batalii o światopogląd naszych dzieci. Ideologia LGBT uderza najmocniej w rodzinę. W jedyną instytucję powołaną przez Samego Boga, w najpiękniejszą rzecz, jaką stworzył na ziemi. Co, poza wiarą, uchroni nasze dzieci przed zwodniczymi hasłami? Nasza rodzina żyjąca „na pełnej petardzie”. Zdarza wam się zachwycać tym, co was spotkało? Tymi dzieciakami, niedzielnymi popołudniami w lesie, wspólnymi wieczorami filmowymi? Patrzycie tak na wasze rodziny? Umiecie dostrzec jak atrakcyjne i niesamowite jest wasze życie? Ten popcorn pod kanapą, wyścigi rowerowe, gofry na plaży? A te momenty, kiedy rodzinny sangwinik rzuca wszystkich na kolana i rozładowuje najbardziej wybuchowych choleryków? Te wszystkie chwile czułości wśród naszych dzieci, momenty, w których godzą się małżonkowie. Celebrujmy z dzieciakami cud rodziny! Adorujmy Boga, którego widzimy na twarzach naszych dzieci, a przede wszystkim we współmałżonku. Wielka, święta, ale też porządnie „zakręcona” rodzina ocali głowy naszych dzieci przed najdziwaczniejszymi wymysłami współczesności.

Czy to wystarczy? Absolutnie nie. Ideologia LBGT dotyka w swojej istocie seksu. I tu jest dla nas najważniejsze pole działania. Zamiast lękać się propagatorów LGBT w naszych szkołach, weźmy dzieci do parku i spokojnie opowiadajmy im o wielkim Bożym darze złożonym w ręce małżonków. Jak? Normalnie. Nie budując wokół tematu zbliżenia jakiejś przesadnej atmosfery. Mistrzynią pięknego mówienia o współżyciu jest dla mnie pani Jadwiga Pulikowska. Miałam przyjemność spotkać ją po latach na wspomnianych, tegorocznych rekolekcjach. Jako młoda dziewczyna słuchałam jej wykładów i dziś po ponad 20 latach zdałam sobie sprawę, że mówię do dzieci jej słowami. Pełnymi spokoju i zachwytu nad cudem życia.

 

🔷OBEJRZYJ: Popfiction: Netfliksowa moda na LGBT+

 

Stwórzmy naszym dzieciom fundament do dalszych, często już dużo trudniejszych rozmów. A nastolatkom, które być może za chwilę będą musiały stawić czoła poglądom kolegów, powiedzmy spokojnie, że są takie wartości za które trzeba umierać.

Czasem myślę, że jako rodzice nie doceniamy naszego wpływu na dzieci. A tymczasem w pierwszych latach życia jesteśmy dla nich jakby soczewką przez którą patrzą na świat. Jeżeli mówimy o władzy rodzicielskiej, jest ona najpotężniejsza właśnie w aspekcie nadawania narracji do otaczającej dziecko rzeczywistości. Jeżeli napracowaliśmy się i zbudowaliśmy z dzieckiem głęboką, opartą na zaufaniu więź, wówczas chłonie ono nasze poglądy jak gąbka wodę. Zadbaliśmy o to, żeby dziecko od nas pierwszych usłyszało o zbliżeniu? O tym jak wielkim jest cudem i jak bardzo jednoczy rodziców? Nie czekajmy na przysłowiowe „Mamo, a skąd się biorą dzieci?” – sami, na własnych warunkach podejmijmy temat. Stwórzmy naszym dzieciom fundament do dalszych, często już dużo trudniejszych rozmów. A nastolatkom, które być może za chwilę będą musiały stawić czoła poglądom kolegów, powiedzmy spokojnie, że są takie wartości za które trzeba umierać. Że chrześcijanin to nie człowiek fanatyczny, ale radykalny. I, że jeśli widzi wartość w rodzinie, jeśli kocha swoją rodzinę to niech o tym mówi otwarcie. Dowcipnie i bez zadęcia, z szacunkiem do myślących inaczej. Ale przede wszystkim niech się nie boi tego świata, bo ma w sobie wystarczająco dużo siły, żeby – kiedy trzeba – milczeć, kiedy indziej – wyjść z klasy, albo powiedzieć wprost, że się z czymś nie zgadza. I, że da radę to zrobić, bo Ten, który posłał go jak owcę między wilki zwyciężył już ten świat. 

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa i autorka bloga budujemymosty.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Wasz bohater

Pozostaje mieć nadzieję, że tworząc listę swoich bohaterów i autorytetów, obok fikcyjnych postaci, znanych blogerów, nasze dzieci wpiszą na nią też kilku ludzi, którzy mogą być prawdziwym drogowskazem.

Weronika Kostrzewa
Weronika
Kostrzewa
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Wasz bohater
Pozostaje mieć nadzieję, że tworząc listę swoich bohaterów i autorytetów, obok fikcyjnych postaci, znanych blogerów, nasze dzieci wpiszą na nią też kilku ludzi, którzy mogą być prawdziwym drogowskazem.

– Proszę Pani, dla mnie on jest bohaterem „wszeczasów” – padło z ust ucznia podstawówki, który nie tylko ręką, ale całym sobą sygnalizował chęć zabrania głosu. Tak właśnie wyglądały lekcje w szkole, które jako autorkom książki o Żołnierzach Wyklętych dla dzieci, dane było nam prowadzić. Ten „wszebohater” – jak nazwał go 9 letni chłopiec – znany jest szerzej jako Witold Pilecki.

Obozy koncentracyjne, bombardowane domy, masowe egzekucje, cierpienie, śmierć i wręcz namacalne zło. Nie brzmi jak przepis na bajkę dla dzieci. Pierwszym odruchem jest raczej zasłonięcie oczu i zatkanie uszu, by do małej, niewinnej istoty takie historie nie dotarły. Od najmłodszych lat kołysząc do snu, zapewniamy nasze pociechy, że „jeśli gwiazdkę z nieba chcesz, dostaniesz”, bo szczerze i prawdziwe tego nieba chcielibyśmy im przychylić. Dlaczego zatem do świata kolorowych bajek, kreskówek, w których zło nie jest w stanie wyrządzić żadnej krzywdy bohaterom, powinniśmy wprowadzać historie trudne, niesprawiedliwie i będące zaprzeczeniem „długo i szczęśliwie”? Może to jakaś nasza narodowa obsesja, że chcemy rozpamiętywać, epatować nieszczęściem, taplać się w strasznej historii, uprawiać martyrologię i wciągnąć w to dzieci? Takie głosy pojawiają się w debacie publicznej i wywołują gorącą dyskusję, jak komentarz sprzed kilku lat o „bezsensownej śmierci Inki” i sugestii, że ta 17-letnia sanitariuszka nie nadaje się na wzór i bohaterkę dla młodego pokolenia.

 

Raport Pileckiego z Auschwitz w postaci komiksu autorstwa Tomasza Kleszcza

 

Gdy z przyjaciółmi wpadliśmy na pomysł stworzenia pierwszej książki o Żołnierzach Wyklętych dla najmłodszych, nikt z nas nie zastanawiał się, czy to aby na pewno temat dla dzieci. Był rok 2012 i pamięć o Niezłomnych nie była tak żywa i powszechna jak dziś, a my chcieliśmy to zmienić. Dopiero podczas wywiadów o książce, jako autorki, musiałyśmy tłumaczyć, dlaczego tę historię warto i można opowiedzieć dzieciom. Z jednej strony to naturalne, że tych których kochamy chcemy ochronić od smutku, cierpienia, strachu. Z drugiej jednak, każdy z nas zdaje sobie sprawę, że stworzenie alternatywnego świata, gdzie panuje tylko pokój i dobro, tu na ziemi jest po prostu nie możliwe. Widząc niezrozumienie i wielokrotnie słysząc pytanie „ale dzieciom, takie rzeczy?!” dorobiłam się nawet w głowie skromnej animacji. Mały człowiek z dużym człowiekiem idą polną drogą, trzymają się za ręce. W oddali widać góry, nieznane, niezdobyte. Wzdłuż drogi, którą podążają, jak na filmowej taśmie, przesuwają się obrazy. Są tam postacie z bajek, bohaterowie dziecięcych opowiadań. Mały człowiek w trakcie tej drogi dojrzewa, rośnie, by ostatecznie zrównać się z trzymającym go za rękę opiekunem. Jego dorastaniu towarzyszy zmiana obrazów. Opiekun czuwa, by nie wyświetlały się zbyt wcześnie. Jeśli zajdzie taka potrzeba zatrzymują się przy taśmie, rozmawiają, padają dociekliwe pytania i wyczerpujące odpowiedzi. Gdy stają u podnóża góry dziecko jest już dorosłe. Puszcza dłoń opiekuna. Odpowiednie tempo, udzielone odpowiedzi i poczucie bezpieczeństwa w czasie tej drogi, sprawiły, że teraz jest gotowe samo ruszyć na szlak. Nie sprowadzi na siebie lawiny, nie padnie ofiarą dzikich zwierząt, ale nie ściągnie też niebezpieczeństwa na innych wędrowców. Zna konsekwencje konkretnych czynów i wie do czego doprowadziły w przeszłości.  

 

🔷 PRZECZYTAJ: Pence o Polsce: “gdzie Duch Boży, tam wolność”

 

Warto zdać sobie sprawę, że jeśli nie złapiemy dziecka mocno za rękę i nie przeprowadzimy przez tę drogę, wyruszy w nią samo. Dzięki temu będziemy mieli więcej wolnego czasu, mniej odpowiedzi do udzielenia i poczucie, że to nie my pokazaliśmy mu zło, nieszczęście i cierpienie. Nie wiemy tylko, czy taśmy filmowe nie wymkną się spod kontroli. Bardzo możliwe, że niewinne i nieprzygotowane oczy dziecka zobaczą najgorsze okrucieństwa, zostanie wypaczone poczucie odpowiedzialność za swoje czyny, wpojone przyzwolenie na przemoc i obojętności na cierpienie. 

 

Raport Pileckiego z Auschwitz w postaci komiksu autorstwa Tomasza Kleszcza

 

Możemy naszym pociechom zostawić w spadku piękny dom, majątek, wszystko to jednak legnie w gruzach i straci sens, gdy nie nauczymy ich dobrze żyć i nie damy instrukcji obsługi otaczającego świata.

Witold Pilecki, w oczach wspomnianego 9-latka, stał się „bohaterem wszeczasów”, nie dlatego że dziecko usłyszało, co dokładnie działo się w obozie koncentracyjnym i jak wymyślnym torturom został on poddany w ubeckiej katowni. Wystarczyła informacja, że Rotmistrz sam chciał iść do piekła na ziemi, żeby ratować ludzi. Chłopiec z czasem odkryje w tej postaci uczciwość, dobroć, chęć chronienia słabszych czy sumienność w wypełnianiu powierzonych zadań. Będzie chciał być jak Pilecki, a to oznacza że będą mogli na nim polegać najbliżsi i koledzy w pracy, nie złamie danego słowa i postąpi uczciwie w chwili próby. Każdy z nas chciałby mieć takiego sąsiada, szefa, wspólnika, czy przyjaciela. Ten chłopiec będzie wśród tych, którzy nie tylko słowem, ale i czynem opowiedzą się za hasłem „nigdy więcej wojny”, bo jego „wszebohater” walczył o wolność, możliwą tylko w czasach pokoju.  

Starajcie się zostawić ten świat choć trochę lepszym, niż go zastaliście – mówił Robert Baden Powell, założyciel skautingu. Nie znam rodzica, który nie chciałby wypełnić tych słów dla swojego dziecka. Możemy naszym pociechom zostawić w spadku piękny dom, majątek, może lekarstwo na śmiertelne choroby. Wszystko to jednak legnie w gruzach i straci sens, gdy nie nauczymy ich dobrze żyć i nie damy instrukcji obsługi otaczającego świata. Trzeba to zrobić, dopóki chcą słuchać, dopóki zadają pytania i widzą w nas przewodników.  

 

🔷 PRZECZYTAJ: Bohaterowie wojny, którzy nieśli nadzieję

 

Pozostaje mieć nadzieję, że tworząc listę swoich bohaterów i autorytetów, obok fikcyjnych postaci, znanych blogerów, nasze dzieci wpiszą na nią też kilku ludzi, którzy mogą być prawdziwym drogowskazem.

W czasie naszych lekcji dla dzieci pokazujemy wilka z bajki o Czerwonym Kapturku, nieudolnie ucharakteryzowanego na babcię. Tak tłumaczymy nieprawdziwe odzyskanie niepodległości w 1945. Opowiadamy, że Żołnierze Wyklęci zostawili im-najmłodszym taki niespisany testament, zadanie do wykonania. To sposób w jaki mają żyć, troszczyć się o siebie, o najbliższych, o Polskę. Widząc te zaciekawione spojrzenia, odpowiadając na dociekliwe pytania młodego audytorium, pozostaje mieć nadzieję, że tworząc listę swoich bohaterów i autorytetów, obok fikcyjnych postaci, znanych blogerów, wpiszą na nią też kilku ludzi, którzy mogą być prawdziwym drogowskazem. Jestem głęboko przekonana, że żaden z idoli wieku dorastania, ani żaden z komentatorów otaczającej nas rzeczywistości, nie miał takiego wpływu na mnie, jak moi bohaterowie z dzieciństwa: Alek, Rudy i Zośka. Mogłabym nigdy ich nie poznać, nie zachwycić się nimi, gdyby nie mama. To ona za rękę, bez szarpania i ze spokojem, przeprowadziła mnie od serialu Czterej Pancerni i Pies do prawdziwej wersji historii. Na progu dorosłości podarowała mi jeszcze książkę „Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski”. Dalej mogłam iść sama.  

 

A dla tych, którzy upierają się, że przeszłość należy już zostawiać, bo nie pasuje do naszych realiów, wprowadza niepotrzebny smutek i epatuje cierpieniem, mam pewną muzyczną propozycję. W piosence „Jestem sobie przedszkolaczek”, którą śpiewają kolejne pokolenia małych Polaków, padają takie słowa:

„Kto jest beksą i mazgajem,  
ten się do nas nie nadaje,  
niechaj w domu siedzi sam,  
ram tam tam, ram tam tam” 

Jestem pewna że żadnemu z „bohaterowi wszeczasów” – a mamy ich w naszej historii wielu – taka postawa nie przypadłaby do gustu. Zamiast eliminacji i wykluczenia wobec słabszych i zlęknionych, zastosowaliby program „opieka i troska”. Super bohaterowie już tak mają, a nam bardzo ich dziś potrzeba.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Weronika Kostrzewa

Weronika Kostrzewa

Zobacz inne artykuły tego autora >
Weronika Kostrzewa
Weronika
Kostrzewa
zobacz artykuly tego autora >