Fot. Freepik
Wychowanie bez kar i nagród? O. Łusiak: system „kija i marchewki” niszczy zaufanie
Dziecko nie słucha, dopóki nie zagrozisz karą? Co tak naprawdę dzieje się wtedy z waszą relacją?
W książce “W Bogu nie ma przemocy” o. Mieczysław Łusiak SJ – duszpasterz, twórca „Akademii Szczęśliwego Życia” i założyciel wspólnoty Rodzin Empatycznych – rozwija temat mądrego wychowania i pokazuje praktyczne sposoby na to, jak stawiać granice bez emocjonalnego przymusu. To lektura dla każdego rodzica, który chce wspierać w dzieciach trwałe poczucie własnej wartości i dbać o głęboką, opartą na wolności relację.
Wychowując dzieci często stajemy przed ścianą. Kiedy tłumaczenia nie działają, z bezsilności sięgamy po sprawdzone, pokoleniowe metody: szlaban na telefon, obcięcie kieszonkowego albo obietnicę nagrody za dobre zachowanie. Ale czy zastanawialiśmy się kiedyś, jakimi motywacjami kieruje się wtedy nasze dziecko?
O. Łusiak SJ w swojej książce “W Bogu nie ma przemocy” w rozmowie z red. Iwoną Żurek pogłębia temat wychowania w duchu Porozumienia bez Przemocy (NVC). Dla rodziców, którzy szukają mądrej alternatywy dla tradycyjnego rygoru, ta rozmowa przynosi świeże, poparte Ewangelią spojrzenie na stawianie granic.
Poniżej przytaczamy fragmenty książki, rzucające zupełnie nowe światło na to, dlaczego popularne kary oddalają nas od własnych dzieci.
Iwona Żurek: Czy wychowanie bez nagród i kar jest w ogóle możliwe? Jak do tej sprawy podchodzi Marshall Rosenberg?
O. Mieczysław Łusiak SJ: Na pewno według Rosenberga stosowanie nagród i kar to nie jest najlepszy pomysł. Celem karania jest spowodowanie, żeby druga osoba, w tym przypadku dziecko, zrobiło coś nie w sposób, który ono samo uznaje za najlepszy dla siebie, ale dokładnie tak, jak my chcemy. Mówiąc inaczej, chodzi o to, żeby ktoś podejmował działania dzięki motywacji zewnętrznej, nie wewnętrznej. Tą motywacją ma być chęć uniknięcia kary lub uzyskania nagrody.
Przeczytaj również
Od razu wyjaśniam, że Rosenberg nie zabrania stosowania kar, bo zabranianie czegokolwiek nie jest w jego stylu. Poza tym doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że w życiu rodziców bywają sytuacje, kiedy nie są w stanie znaleźć innego sposobu na ochronę życia lub zdrowia dziecka niż sięgnięcie po nagrodę lub karę. W wychowaniu trzeba być realistą i powiedzieć sobie jasno, że czasami po prostu nie ma innego wyjścia. Kiedy rodzice są bezsilni, odwołanie się do tych niepożądanych strategii, jakimi są kary i nagrody, wydaje się jedynym wyjściem. Muszę jednak od razu podkreślić, że na pewno z zasady, w każdych okolicznościach i bezwzględnie należy wykluczyć kary cielesne, w tym tak zwane klapsy.
A jak zdefiniować karę?
Kara to świadome i celowe zadanie komuś jakiejś formy bólu, cierpienia, dyskomfortu – niekoniecznie fizycznego – w celu wymuszenia określonego zachowania albo rezygnacji z określonego zachowania. Wyobraźmy sobie sytuację, że umówiliśmy się z dzieckiem, że wróci do domu o 21, a wróciło po 22. Za karę zakazujemy mu grania na komputerze przez najbliższy tydzień albo informujemy, że pomniejszymy jego kieszonkowe o połowę. Rodzice, stosując tego rodzaju zabiegi, które są dla dziecka przykre, chcą wymusić na nim punktualne powroty do domu w przyszłości.
Ktoś może powiedzieć, że w tej metodzie nie ma nic złego, bo działa – w przyszłości dziecko w obawie przed konsekwencjami będzie wracało do domu punktualnie.
Rosenberg proponuje, żebyśmy jako rodzice, ale także w innych relacjach – bo przecież małżonkowie też potrafią nawzajem się karać za różne sytuacje, stosując na przykład „ciche dni” lub odmawiając współżycia seksualnego – zadali sobie jedno pytanie: jakimi motywacjami chcę, żeby kierowało się moje dziecko? Czy w wychowaniu chodzi jedynie o to, żeby dziecko robiło to, czego ja chcę? Zauważmy, że zakazując grania na komputerze czy zabierając kieszonkowe, faktycznie jesteśmy w stanie zmusić na jakiś czas dziecko do punktualnego wracania do domu wieczorem. Ale ono nie będzie tego robić z miłości i szacunku do rodziców, a z lęku przed karą albo dla osiągnięcia jakiejś konkretnej korzyści. Czy faktycznie o to nam chodzi? Czy chcemy wychować swoje dziecko na człowieka, który jest interesowny – robi coś tylko wtedy, kiedy mu się to opłaca?
A co w sytuacji, kiedy rodzice przez lata stosują kary i nagrody w wychowaniu?
Zwykle skutki są opłakane. Tacy rodzice postępują w myśl zasady: cel uświęca środki. Chcę, żeby dziecko mnie słuchało, więc grożę mu karą albo obiecuję nagrodę. I to działa. Zwykle jednak nie zdają sobie sprawy, że takie działania niszczą nieodwracalnie zaufanie do rodzica, podkopują w dziecku przekonanie, że rodzice je kochają. No, bo jeżeli ktoś, nawet dla osiągnięcia jakiegoś dobrego celu, potrafi zadać mi ból, to jest to komunikat, że ten cel jest ważniejszy niż ja. Każde doświadczenie kary jest dla dziecka komunikatem, że dla rodzica znaczy mniej niż jego własny komfort.
Czasami zastosowanie kary wynika nie z tego, że nie ma innego sposobu, by ochronić życie lub zdrowie dziecka, ale z faktu, że rodzic jest przemęczony, sfrustrowany i zwyczajnie nie ma zasobów, by wchodzić z dzieckiem w dyskusję. Co wtedy?
Jeśli ten rodzic stara się żyć zgodnie z zasadami NVC, często w takiej sytuacji pojawia się poczucie winy. Na pewno warto wtedy okazać sobie empatię, mieć otwartość na swoje ograniczenia. Czasem zmęczenie, stres, trudna sytuacja popycha nas do działań, których wolelibyśmy uniknąć. Ważne jest także, żeby w miarę możliwości omawiać z dzieckiem tego typu sytuacje. Tłumaczyć mu, dlaczego zrobiliśmy tak, a nie inaczej. Można też przeprosić i dodać, że w przyszłości chcielibyście podobne sytuacje rozwiązywać inaczej.
Dalsza część artykułu pod filmem.
Część osób może się obawiać, że kiedy zrezygnuje z nagród i kar, to w domu zapanuje anarchia i chaos, a dzieci będą robiły tylko to, na co będą miały ochotę. Czy rezygnacja z nagród i kar jest równoznaczna z porzuceniem stawiania dziecku granic?
Tym, co jest alternatywą dla stosowania kar i nagród, i co naprawdę chroni dziecko przed podejmowaniem działań dla niego destrukcyjnych, jest osobowa, silna więź, czyli zdrowa relacja z rodzicem. Niestety my często nie dowierzamy, że relacja może aż tak pozytywnie wpływać na zachowanie drugiego człowieka.
Wszystko pięknie, ale jak konkretnie zachęcić nastolatka do tego, by się uczył, nie sięgając po jakieś środki przymusu, na przykład zabranie telefonu?
W trakcie rozwoju w młodym człowieku w sposób naturalny rośnie zapotrzebowanie na autonomię. Zaspokojenie potrzeby autonomii jest niezwykle potrzebne do osiągnięcia dojrzałości. W związku z tym często nastolatek nie chce czegoś robić tylko dlatego, że rodzice go do tego zmuszają. Jeśli mówi: Nie będę się uczyć, to jest prawdopodobne, że niechęć do nauki nie jest zwykłą niechęcią, a jest spowodowana próbą zaspokojenia potrzeby autonomii. Czasami w rozmowach z rodzicami nastolatków żartuję sobie, że jeżeli chcą, żeby dziecko coś zrobiło, to powinni mu tego zabronić. To podobno nawet czasem działa. My dorośli często mamy wdrukowane to, że wyższe wykształcenie decyduje o przyszłości czy nawet o wartości człowieka, ale naszym dzieciom może na tym nie zależeć. Syn czy córka mogą mieć inny pogląd na tę sprawę. Mogą na przykład marzyć o karierze fryzjera, muzyka czy jeszcze innej drodze zawodowego rozwoju, na której matura nie jest potrzebna. Chodzi o to, żeby rodzice byli na to otwarci.

W Bogu nie ma przemocy
o. Mieczysław Łusiak SJ, Iwona Żurek
Książka „W Bogu nie ma przemocy” porządkuje wiedzę o dialogu i dostarcza sprawdzonych narzędzi, które ratują związki, ułatwiają zrozumienie własnych emocji i uczą budowania bliskiej, wolnej od przymusu relacji z Bogiem.
KUP KSIĄŻKĘ>>>










