Człowiek to świnia

Tuż za murem klasztoru, który często odwiedzam jest ubojnia. Trudno mi jest wyobrazić sobie większy kontrast: niebo od piekła dzieli sto pięćdziesiąt metrów. Krzyk zwierząt wyciąganych z samochodów i zarzynanych (nie wiem, czy legalnie czy nie) wdziera się czasem w najgłębsze rozmowy o Bogu. Zastygamy, jakby ktoś nie te konie, ale nas raził prądem.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Mając poczucie, że dzieje się coś strasznego ze zwierzęciem (kontrast między życiem a pośmiertną ciszą, choć ma inną wagę u człowieka i myszy, i tu i tu mną wstrząsa). Przede wszystkim jednak z człowiekiem. W tej chwili ten, który miał być dla świata przyjacielem Oblubieńca, bierze śmierć pod rękę. Nie jest już obrazem Stwórcy, jest katem.

Przywykłem już do tego, że mięso wywołuje u nas znacznie bardziej żywiołowe debaty niż Pan Jezus. Możecie po raz kolejny tłumaczyć mi, że bez gigantycznych ferm na których zwierzęta zabijają się w amoku, bez dwunastu milionów „zużywanych” rocznie w europejskich laboratoriach psów i myszy, bez naukowców takich jak berliński profesor, który wyciął krowie dziurę w brzuchu by podglądać jak trawi, bez artystów takich jak ten idiota, który przywiązał bezdomnego kundelka pod napisem z suchej karmy i zagłodził na śmierć – po pierwsze umrę z głodu, po drugie z niewiedzy, a po trzecie nie zrozumiem świata i sztuki. Chętnie zaryzykuję. I z uporem maniaka będę powtarzał swoje: gdy idzie o stosunek człowieka do reszty stworzeń, zabrnęliśmy w bardzo ciemną uliczkę.

Człowiek to świnia

Tak, Bóg oddał ziemię człowiekowi. Czy jednak gdy oddam ci w użytkowanie mój samochód (bo świat nie jest nasz na własność), naprawdę możesz zrobić z nim, co tylko zechcesz? Człowiek nie panuje dziś nad ziemią. On ją tępi, okrada i gwałci. Wszystko przy mniej lub bardziej głębokim milczeniu znacznej części chrześcijańskich Kościołów (w tym naszego), które tak przejęły się dualistyczną zasadą: „tu wzniosły duch, a tam brudna materia”, że kompletnie oślepły na dramatyczne apele Stwórcy o poszanowanie przekazanego człowiekowi dziedzictwa, od których w Biblii aż się roi.

Przykład pierwszy z brzegu. Czym jest ów biblijny nakaz stosowania tzw. uboju rytualnego? W tamtych czasach była to metoda humanitarna, a jej fundamentalnym założeniem był szacunek do zwierzęcia: chodziło o to, by nie spożywać zwierzęcia z jego krwią, a więc z pierwiastkiem życia, jakie w sobie nosiło (w tradycyjnym judaiźmie czy islamie nie ma więc miejsca na takie moralne aberracje jak rosnące sobie spokojnie w chrześcijańskiej kulturze myślistwo).

Przyznaję, że nie rozumiem żydów i muzułmanów, którzy dziś upierają się nie przy duchu, a przy literze prehistorycznych praw (bo one w świetle tego, co dziś wiemy nie są już humanitarne, ale barbarzyńskie). Mamy jednak w kraju wolność religijną i przedśmiertne męki duszących się własną krwią kilkudziesięciu zwierząt rocznie trzeba złożyć na jej ołtarzu.

Problem jest zresztą gdzie indziej. W tym, że zarówno w polskim sporze o ubój rytualny jak i w całej debacie o relacjach człowiek – świat, Bogiem zasłania się dziś nie garstka religijnych żydów, a zastęp biznesmenów, którzy niszczą daną nam przez tegoż Boga ziemię. Wyrugowując nam z głów kulturę opisaną (bodaj przez Passoliniego) jako kulturę chleba, gdzie człowiek sam przygotowuje sobie pożywienie robiąc to tak, by być w harmonii z otaczającym go światem. Zastępują ją chamską i brudną kulturą pieniądza.

Każdy sam może dziś zdecydować, do której kultury chce należeć, czy chce być ogrodnikiem świata czy jego rzeźnikiem. Ci, którzy wybierają opcję pierwszą powinni zacząć od przywrócenia świadomości więzi ze światem, dowiedzenia się jaki ślad na nim zostawiają.

Człowiek to świnia

Moim zdaniem moralne prawo do mięsożerstwa ma tylko ten, kto choć raz w życiu widział przemoc rzeźni (ja w rzeźni byłem – to jedne z najbardziej odrażających, smutnych i upodlających człowieka miejsc na ziemi). Kto przeczyta statystyki pokazujące, jak wielkie tuczarnie niszczą środowisko, jak uprawy pod pasze zabierają chleb najbiedniejszym, kto zobaczy jak żywcem miele się kurczęta płci męskiej, z obłąkanych już dojeniem krów wyciska mleko, jak na fermach łososi wstrzykuje się im różowy barwnik (mięso hodowlanego łososia jest szare, różowe ma dziki łosoś, żywiący się krylem) i nacina skrzela, żeby się udusiły.

Kiedy ściągnie z siebie ideologiczną kołdrę z napisem „a Pan Bóg pozwolił” i zada sobie pytanie: na co?! Tak, człowiek może żywić się mięsem zwierząt. Być może są nawet sytuacje, w których dałoby się obronić użycie zwierzęcia do ważnego eksperymentu. Nikt jednak nie zwolnił go z obowiązku odnoszenia się do stworzenia z szacunkiem należnym dziełu Stwórcy. Bo to nie człowiek stworzył owcę, ani nie wymyślił pawiana.

Człowiek to świnia

Wiem, że nie każdy stanie się wegetarianinem. Jeśli jednak ktoś chce być świadomym chrześcijaninem, powinien stać się co najmniej tzw. „moralnym wszystkożercą”. Człowiekiem uważającym na to, co robi światu. Który jeśli nie rezygnuje z  szynki, kupuje i używa jej mądrze pamiętając o dramatycznym przebiałkowaniu jakiego ofiarami padamy na skutek taniej dostępności „przemysłowo” hodowanego mięsa. I nigdy nie dotknie też np. moralnej dewiacji jaką jest fois gras.

Zaraz posypią się argumenty, że „świadome jedzenie” jest fanaberią dla bogatych. Jasne, jest grupa osób, które ledwo wiążą koniec z końcem, oni mają prawo jeść cokolwiek, aby przeżyć. Największe larum podnoszą tu jednak zwykle ci, których budżet podobno się zawali gdy wydadzą pięćdziesiąt złotych więcej za kilogram schabu na tydzień, wydają jednak dwadzieścia dziennie na kompletnie jałowe odżywczo cztery kawy, papierosa, piwo i słodycze. Oni mogliby zrobić mały krok w dobrą stronę, ale im się nie chce. Grzeszą zaniedbaniem.

Morał z całości tych rozważań: człowiek nie jest dobrym panem Bożego stworzenia, jest dziś jego hipokrytycznym oprawcą. Ten stan rzeczy zmienia się przy sklepowej półce, gdy zamiast kosmetyku, który kosztował życie setek psów, kotów i królików, kupuje się nietestowany na zwierzętach, gdy zamiast jajek od kur trzymanych w warunkach takich, że to woła o pomstę do nieba, kupi się te z chowu bezklatkowego. Nie trzeba wielkiej rewolucji, trzeba pięciu sekund uwagi.

Człowiek to świnia

I jeszcze jedno. Wyżywałem się już tu na polskich franciszkanach, którzy zamiast – ustami swego współbrata – kanonizować schabowe, mogliby wreszcie zaproponować coś, czego nikt inny nie zrobi: zasypać przepaść między katolikami a ekologami, pokazać, że troska o Boże stworzenie jest wyrazem naszej do Niego miłości. W niebie rzeźni nie będzie, Pismo mówi o tym nader wyraźnie. To jednak straszny wstyd, że ze znanych mi polskich klasztorów, tylko w tych prawosławnych przestrzega się ściśle bezmięsnej (a w okresach postów – wegańskiej) diety. W codziennej praktyce pokazuje jak wygląda harmonia człowieka ze stworzeniem. Do takich miejsc i takich braci wielu współczesnych ludzi, których krzyk zarzynanych zwierząt budzi jednak jakiś niepokój, waliłoby drzwiami i oknami. Szkoła wrażliwości na przyrodę byłaby wstępem do rozwijania wrażliwości na połączonego z nią ściśle człowieka. Same duszpasterskie korzyści. I ten sam problem, co wyżej – lenistwo współczesnych synów świętego Franciszka gdy idzie o przezwyciężanie dietetycznych nawyków (bo mięsożerstwo nie jest dogmatem w Kościele).

Drodzy Bracia od pokoju i dobra, błagam Was, zróbcie wreszcie coś na tym polu, pokażcie że święty Franciszek głosił pokój całemu stworzeniu. Przecież na Sądzie Ostatecznym „bekniemy“ również za każde udręczone nad miarę zwierzę. Czy ktoś może to wreszcie z ambony powiedzieć?


Przeczytaj również artykuł Szymona Hołowni: "Pasztet i dusza": Kilka dni temu Tomek Terlikowski publicystycznie skojarzył ubój rytualny z aborcją. Postawił tezę, że większości tych co walczą o zakaz uboju rytualnego nie przeszkadza aborcja, czyli „ubój dzieci“ też bez znieczulania i ogłuszania.


Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Pani Angelinie z serca życzę zdrowia

Czy wszystkie zagrożone kobiety powinny więc teraz biec do chirurgów i dokonywać mastektomii?

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Dzień podróżowania wyłącznie po Warszawie, ale tu też ileż się dzieje. Wspomnę tylko o jednym: udzielałem dziś wywiadu do tzw. kobiecego magazynu i miłe panie chciały wiedzieć, co myślę o decyzji Angeliny Jolie, którą – jak się okazuje – żyje cała Polska (wczoraj w „Faktach“ czołówka, drugi news, i „Fakty po faktach“).

Od strony medycznej nie mam nic do powiedzenia, bo nie jestem lekarzem. W Stanach są pewnie trochę inne procedury niż w Europie, tam profilaktyka (nie tylko w nowotworach piersi) jest dużo bardziej radykalna. By oszczędzić cierpień ludziom ale również dlatego, żeby nie generować kosztów dla systemu, gdy przyjdzie do leczenia.

Czy wszystkie zagrożone kobiety powinny więc teraz biec do chirurgów i dokonywać mastektomii (a takie przesłanie zdawały się nieść wczorajsze komentarze)?

Nie sądzę, żeby taką sugestię dało się medycznie uzasadnić. Pewne jest to, że powinny regularnie się badać. A że często mają to w nosie, albo się boją – może trzeba było dramatycznej decyzji pani Angeliny, żeby im o tym przypomnieć.

Panie z magazynu postanowiły jednak ugryźć temat, od strony która od wczoraj i mi chodzi mocno po głowie.

Jak radykalne kroki mogę podejmować, żeby uniknąć nieszczęścia, które – statystycznie rzecz biorąc – może mi się przydarzyć?

Trudno znaleźć sensowne porównanie, gdy w grę wchodzi potencjalnie śmiertelny nowotwór.

W innej kategorii wagowej mechanizm dałoby się jednak opisać tak: mam gen, który sprawia, że próchnica kiedyś (nie teraz) wykończy mi zęby (i potencjalnie wywoła poważniejsze zakażenia) – czy ma więc sens usunięcie wszystkich zdrowych zębów, i wstawienie implantów?

Albo bardziej dramatycznie (ale nie nierealnie): czy jeśli w mojej rodzinie jest gen, który odpowiada dajmy na to za nowotwory w gałce ocznej – mam się w tej chwili oślepić, aby w przyszłości uniknąć śmierci tym właśnie spowodowanej (bo na coś i tak przecież umrę)?

Pani Angelinie z serca życzę zdrowia

To nie pierwsze masakrycznie trudne pytania, przed jakimi stawia nas rozwój medycyny i wiedzy o człowieku.

Mam 80 proc. szans na to, że dopadnie mnie choroba. Mam też 20., proc. że mnie nie dopadnie. Dokonuję okaleczenia zdrowego ciała, zakładając się z losem, że nie załapię się do tej drugiej grupy. Teraz mam 95. proc., że nie zachoruję na ten właśnie nowotwór, ale 5. proc na zachorowanie wciąż mam. Wciąż też będę mógł załapać się do 46 proc. tych, którzy umierają z powodu chorób serca (w Polsce, w Stanach to 75 proc.).

Bogu zarzucano czasem, że robi z ludzi marionetki, nie mające wyboru, muszące odgrywać to, co im przeznaczono. Czy teraz w rolę wszechautora determinującego kształt naszego życia nie wchodzi przypadkiem statystyka?

Powtarzam – nie oceniam tej, jednostkowej decyzji pani Jolie. Wierzę, że była przemyślana, skonsultowana z lekarzem, słuszna.

Pytam nie o nią, ale o to jak ja zachowałbym się w analogicznej sytuacji? Czy wiara w to, że jednak nie zachoruję (a jak zachoruję, to podejmę skuteczną terapię), że wystarczy się modlić i przestrzegać zaleceń, a wszystko będzie dobrze, nie jest – w świetle tego co wiemy o ludzkim organiźmie – naiwnością? Ile procent szans musiałbym mieć, żeby podjąć tak radykalną decyzję: 80., a może wystarczyłoby mi 50.?

A skoro już wejdę na tę drogę – czy wraz ze wzrostem wiedzy nie dojdzie do sytuacji, w której profilaktycznie zechcę usunąć sobie wszystko, co w przyszłości mogłoby stanowić ewentualne zagrożenie? Jak nie przekroczyć bariery, za którą ucieczka od cierpienia skończy się cierpieniem?

I tak, powiem to głośno, zastrzegając, że dotyczy to tylko mnie, to moja osobista sprawa, mój dylemat, nikomu nie chcę przeszczepiać mojego mózgu czy duszy – ile jednak w tym wszystkim byłoby zaufania do Tego, który nie opuści mnie niezależnie od tego, co się w moim życiu przydarzy, a co dziś jest dla mnie tajemnicą?

Który twierdzi (patrz Psalm 73), że „prowadzi mnie za rękę”? Który sam miał wszelkie szanse by uniknąć (dającego się wyraźnie przewidzieć) cierpienia, ale go nie uniknął (nie szukał, ale gdy przyszło – nie uniknął)? Pomoże mi – wierzę – rozwijać swoje człowieczeństwo w zdrowiu, w chorobie, w doli i niedoli?

I naprawdę nie chodzi tu o to, że katolicy kochają cierpieć, a ich Bóg kocha ich katować chorobami. To rzewne brednie. Albo, że Bóg skaże ich za odcinanie sobie zdrowych narządów. Inna rzecz, że widzę też logiczną sprzeczność w rozumowaniu tych, co wczoraj z jednej strony tak wybijali, że pani Angelina jest ikoną kobiecości, a tu – proszę – amputuje sobie piersi (owej kobiecości atrybut); z drugiej – pomstowali na tych  (kretynów), dla których piersi są właśnie nieodzownym owej kobiecości atrybutem.

Może to wszystko są teoretyczne rozważania kogoś, kto nowotworu jeszcze nie ma. Pewnie jest tak, że jak już się ma diagnozy w garści myśli się o tym zupełnie inaczej.

Pani Angelinie z serca życzę zdrowia, wypada jej też podziękować, że zmusiła panie do tego by na poważnie pomyślały o swoim zdrowiu i poszły wreszcie na badania, a – mnie do zadania sobie paru ważnych pytań o wzajemne relacje statystyk, Opatrzności i działania człowieka, który musi się z nimi konfrontować.

A co Wy o tym myślicie?

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >