Nasze projekty
Szymon Hołownia

Mizerna cicha. I kosmiczny przewrót

Od dawna mam swoją prywatną listę kolędowych przebojów, takich które do żywego mnie poruszają i zapraszają do nieba ale też takich, które mnie drażnią

Reklama

Nie umiem śpiewać, ale lubię słuchać. Tę zasadę stosuję również do kolęd, bez których również osobnikowi tak muzycznie niememu jak pień, trudno wyobrazić sobie święta Bożego Narodzenia. A gdy słucham to nie tylko przeżywam, ale również analizuję, myślę, przyglądam się temu, gdzie przenosi mnie tekst.

[textwidget title=” font=’12′]A gdyby tak śpiew kolęd potraktować jak lustro, w którym przeglądamy się co roku, generując regularny raport o stanie naszej wiary, nadziei i miłości?[/textwidget]

Od dawna mam więc swoją prywatną listę kolędowych przebojów, takich które do żywego mnie poruszają i zapraszają do nieba i takich które mnie drażnią. Każdy z nas taką listę byłby w stanie pewnie zrobić. Może warto, bo pomoże nam się zastanowić, co my tak naprawdę wyśpiewujemy pod choinką? Jak to się ma do tego, w co wierzymy, na co mamy nadzieję?

Reklama
Reklama

1. Bóg się rodzi

 

Mizerna cicha. I kosmiczny przewrót

Reklama
Reklama

2. Mizerna cicha, stajenka licha

 

Gdy po raz pierwszy usłyszy się melodię tej kolędy, można odnieść wrażenie, że narodzenie Jezusa było jednym z najsmutniejszych wydarzeń w historii ludzkości. To przypadek podobny do słynnej pieśni wielkanocnej Zmartwychwstał Pan, która z powodzeniem mogłaby swą dynamiką „obsłużyć“ niejeden pogrzeb, albo Wesoły nam dzień dziś nastał, które śpiewa się zwykle tak, że wesołości nie ma w tym za grosz, Alleluja brzmi jak wycie do księżyca, słowem – przekonujemy świat, że choć grób jest pusty, choć śmierci już nie ma, to nam i tak mimo wszystko jest smutno.

Reklama

 

Melodia tej kolędy wpisuje się w poetykę często obecną w starych, kościelnych pieśniach. Piękno równa się powaga plus patos, a jedyną dopuszczalną formą kontemplacji tajemnicy Wcielenia jest lamentowanie i wyrażanie współczucia Jezusowi, że musiał stać się człowiekiem. A co, jeśli nie musiał, ale chciał? Jeśli doświadczenie stania się Człowiekiem nie było dla Niego zesłaniem, degradacją a cudownym, pięknym i głębokim doświadczeniem (bo pozwoliło najbardziej przezeń ukochanym ludziom, zbudować z Nim zupełnie nowej jakości relację)?

 

Mizerna cicha. I kosmiczny przewrót

Dlaczego więc ten utwór aż tak wysoko w zestawieniu? Ze względu na przepiękny tekst Teofila Lenartowicza. Wszystko tu tchnie spokojem, nadzieją, jest tak proste, jak to tylko możliwe i odbywa się pod romantyczną malowaną tęczą.

 

Ta cisza, a zarazem ten kosmiczny przewrót, którego znakiem są anieli, którzy w locie stanęli i pochyleni klęczą (to zresztą obraz wzięty z Protoewangelii Jakuba, widać, że autor porządnie naczytał się apokryfów). Owo Piekło zawarte, niebo otwarte – czyż można prościej i dobitniej wytłumaczyć konsekwencje narodzenia Jezusa na ziemi, jakościową zmianę, która dokonała się w kondycji śmiertelników? Tę zmianę orinetacji religijnego myślenia, ukierunkowania refleksji, dotąd skupionej na unikaniu Szeolu i Bożego gniewu, odtąd – przepełnionej nadzieją na wieczne życie w pełni szczęścia z Bogiem i jego świętymi? Hej ludzie prości, Bóg z nami gości, skończony czas niedoli! On daje siebie, chwała na niebie, mir ludziom dobrej woli. Cóż więcej można do tego dodać?

 

3. Cicha noc, święta noc

 

Mizerna cicha. I kosmiczny przewrót

Bo tu wreszcie nie ma lamentów, płaczów, biadolenia że Jezusowi zimno w nóżki, a rodzice przybici i zalęknieni, bo oczami duszy widzą już Golgotę. Tu Maryja czuwa sama uśmiechnięta nad Dzieciątka snem. Zastanawia mnie zawsze, co prawda, dlaczego Maryja czuwa sama, dlaczego autor kolędy, austriacki wikary, ks. Józef Mohr (kolędę „spolszczył“ kompozytor Piotr Maszyński), znalazł w niej miejsce dla aniołów i trzód, a nie znalazł dla świętego Józefa, ale zakładam roboczo, że imiennik autora po prostu w tym momencie położył się zmęczony (i pewnie zestresowany całą sytuacją) spać. Melodia (ułożona podobno przez organistę parafii, w której pracował ks. Mohr) idealnie ilustruje zresztą wizję autora tekstu: w tej kolędzie słyszę ciszę, ale tak jasną i radosną, że jakby miała za chwilę wybuchnąć. Widzę świat, w którym za chwilę dojdzie do Wielkiego Wybuchu Miłości. W chwili, którą uchwycił ksiądz Mohr, ten proces już się toczy, już wiadomo, że to się stanie. Każdy zawodowy teolog zarzuci mi bełkot, ale ja nie umiem tego określić inaczej: w tej kolędzie widzę zbawienie w chwili stworzenia.

 

4. Dzisiaj w Betlejem

 

Bo to czysta radość i nic więcej (podobnie zresztą jak Triumfy Króla Niebieskiego albo Przybieżeli do Betlejem. Z całej tej kolędy najbardziej lubię zaś ten jeden wers, w którym i Józef święty, i Józef święty Ono pięlęgnuje. Ja wolę właśnie tak: święty Józef, a nie: Józef stary (co przez niektórych przekręcane było podobno na Józef Stalin, podobnie – skoro już jesteśmy w okołobożonarodzeniowych klimatach – jak notorycznie zmieniano Pan Bóg przyjdzie, z rzeszą świętych k’nam przybędzie na z rzeszą świętych na mszy będzie etc.).

 

Mając do wyboru dwie funkcjonujące w naukach teorie, wybieram tę, według której Józef był po prostu rówieśnikiem Maryi, młodym chłopakiem, który nie zostawił żony z noworodkiem, zakładając, że to kobieca rzecz, a po prostu pielęgnował Małego: może go przewijał, może tulił, może pomagał karmić. Wolę takiego Józefa, młodego tatę z wypiekami na twarzy, uważającego by nic nie zepsuć, by jakimś niezgrabnym ruchem nie urazić kruchego dzieciaczka, od starca co widział już wszystko, zadumanego nad żłóbkiem nad losami ludzkimi, konceptami Jahwe i kondycją Wszechświata. Wolę życie, bo o czym jest ta noc, jeśli nie o życiu, nie o pięknie życia?

 

Mizerna cicha. I kosmiczny przewrót

6. Gdy śliczna Panna

 

Bo to jedna z tych kolęd, gdzie mniej jest o wszelkiej maści bydlątkach (choć tu one też chuchając, ogrzewają Jezusa), a więcej o Maryi, która zdaje się była jednak dużo bardziej pierwszoplanową bohaterką tej nocy. Bo gdy jej słucham, mam wrażenie, że Maryja, kołysząc Dziecko do snu, musiała wracać myślami do chwili zwiastowania. Przypominam sobie jej wątpliwości (jakże się to stanie, skoro nie znam męża), rozwiane przez anioła nie rozkazem albo teoretycznym rozważaniem, ale informacją o cudzie, który wydarzył się już w życiu świętej Elżbiety. To konkret. To znak, że to co mówi anioł to nie obiecanka, ale obietnica. Bardzo realna propozycja od kogoś dla kogo nie ma nic niemożliwego, którą Maryja może sygnować, ale wcale nie musi.

 

To kolejna myśl, którą warto obudzić w sobie, nucąc przy żłóbku tę kolędę: nowe życie może pojawić się na świecie, gdy dwoje ludzi otworzy się na jego przyjęcie, zaryzykują i z ich miłości zrodzi się nowy człowiek. Nie byłoby Bożego Narodzenia bez tego superodważnego tak Maryi, która mogła też powiedzieć nie. Nie byłoby być może Wielkanocy gdyby nie hiperodważne tak Józefa, który z pewnością zaskoczony całą sytuacją, pokazał że naprawdę kocha, bo nie myśli o sobie (gdyby odszedł, trudno powiedzieć co by było bo los samotnej matki nie był wówczas do pozazdroszczenia, ale pewnie nie byłoby ucieczki do Egiptu i dziecko zginęłoby z rąk egzekutorów Heroda)

 

7. Nie było miejsca dla Ciebie i Jezus Malusieńki

 

Obie na końcu listy, bo obu nie lubię. Pierwsza kolęda, napisana przed wojną przez dwóch polskich jezuitów, pełna jest czartów, skrwawionych ramion, łez, jęków i katuszy. Nie jest to, mam wrażenie, dokładnie to przesłanie, jakie Bóg chciał przynieść ludziom wcielając się w swoim Synu. Z tajemnicy Wcielenia wypreparowano tu, prawdopodobnie w celu pobudzenia emocjonalnego słuchaczy czy śpiewających, całą ciemność i zło z jaką przyjdzie Jezusowi zderzyć się w ziemskim życiu.

 

Mizerna cicha. I kosmiczny przewrót

Tę kolędę de facto powinno śpiewać się w Wielki Piątek. I w naszej historii rzeczywiście często śpiewana była przez ludzi, którzy właśnie swój Wielki Piątek przechodzili (była podobno bardzo popularna podczas wojny i okupacji). Jeśli dodawała im otuchy świadomość, że Jezus od samego początku swojego ziemskiego życia zanurzony był – jak każdy z nas – w śmiertelności i doświadczył na sobie tajemnicy ludzkiej podłości, niesprawiedliwości i zła – to dobrze. Jezus przyszedł jednak na świat nie po to, by owo zło kontemplować, ale by wybić śmierci zęby, by dać nadzieję, a tej w tej kolędzie (ale to tylko moje, subiektywne wrażenie) bardzo mało.

 

Pieśń (przez niektórych uznawana nie za kolędę, a za pastorałkę) Jezus Malusieńki to zaś, znów w mojej subiektywnej ocenie, zapis depresji poporodowej, a nie radosne przywitanie przychodzącego na świat Zbawiciela. Frazy Panienka truchleje, a mówiąc łzy leje, albo „Tylko nie płacz, proszę, bo żalu nie zniosę, dosyć mam go z męki Twojej, którą w sercu noszę“, podpowiadają mi, że siostry zakonne (bodaj karemiltanki), które ją napisały, nie miały specjalnego pojęcia o tym jak piękny może być cud przyjęcia na świat nowego życia, albo – przeciwnie – miały bardzo bogatą wiedzę na temat wzmiankowanego wyżej towarzyszącego czasem porodowi zespołu. Możliwe też, że „duchowość pasyjna“ tak przeniknęła ich myślenie, że kontemplacja cierpienia wygrała u nich z apostołowaniem nadziei, jaką Narodzenie Jezusa temu światu przyniosło. Wierzę głęboko, że dziś, tam gdzie są (a pewnie są w niebie), jest im już dużo weselej.


Przeczytaj także artykuł Szymona Hołowni:

 

Do shopu, hej, pasterze!

 

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite