Skończcie tę wojnę

Im więcej wokół doniesień o kolejnych odsłonach sporu ks. Lemańskiego z abp. Hoserem, tym większą mam ochotę odwrócić się, by nie patrzeć na to zawstydzające widowisko.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Znam paru księży z diecezji warszawsko – praskiej, wiem jak byli wkurzeni na ks. Lemańskiego. Kapłana, który zrobił mnóstwo dobrych rzeczy, ale wiele też popsuł ze względu na swój hiperemocjonalny i niezwykle wyczulony na punkcie własnej osoby charakter. Nie traktowali go jednak – co niepokojące – jak brata, który po prostu jest trudny, trzeba wziąć na niego poprawkę, uruchomić w sobie potencjał wielkoduszności, a czasem po prostu machnąć ręką, ustąpić. Oni widzieli w nim wroga. Takich głosów sporo wokół siebie miał pewnie abp Hoser, gdy podejmował zadziwiającą w swojej ostrości decyzję o emerytowaniu 52 – letniego jasienickiego proboszcza.

Zrobił to mimo wielu prób mediacji podejmowanych przez wybitnych przedstawicieli Kościoła, świeckich i duchownych. Wiem z pierwszej ręki, że szły one naprawdę dobrze, wszystko było na jak najlepszej drodze do polubownego rozwiązania sprawy. W pewnym momencie to abp Hoser zrezygnował jednak z rozmowy, wybrał broń atomową, dekret. Do czego miał formalne prawo, tylko po co z niego na tym etapie korzystał?

Skończcie tę wojnę

Ilość szkód, jakie wywoła wybrane przezeń rozwiązanie będzie przecież znaczna. Po pierwsze (choć nie najważniejsze): Kościół będzie w tym ogórkowym okresie miesiącami na językach wszystkich lewaków, którzy z ks. Lemańskiego już czynią swój kolejny sztandar i armatę, będą nią teraz walić w nas jak popadnie i kreślić absurdalne obrazy rozłamu Kościoła. Po drugie (znacznie ważniejsze): wepchnie w jeszcze większe tarapaty człowieka, który zamiast kreować dobro, zajmie się teraz pielęgnowaniem własnych zranień i korespondencją z Watykanem.

Wszelkie sankcje wymierzane w Kościele są z natury „poprawcze“, mają być wyrazem troski o błądzącego człowieka. Od pasterza, ojca diecezji można było więc oczekiwać nie tyle zaspokajania gniewu współksięży czy ultrakonserwatywnych środowisk (których ks. Lemański nie wkurzał doktrynalnymi błędami, bo te trudno mu zarzucić, ale pokazywaniem się w miejscach uznanych za nieczyste), co troski o konkretnego człowieka. Ks. Lemański to przecież nie jakiś defraudant, czy molestator, to dobry, nieprzeciętny kapłan, który po prostu ma równie nieprzeciętny dar działania ludziom na nerwy, a którego główną wadą jest to, że gdy się nakręci zachowuje się jak pięcioletni Jaś i traci zdolność oceny kto jest wrogiem a kto przyjacielem (czego i ja padłem przecież ofiarą).

Skończcie tę wojnę

Stawiam tezę, że w tym sporze w znacznie większej mierze chodzi dziś już o psychologię, nie o teologię (bo obaj duchowni patrzyli w tym samym kierunku, choć z bardzo różnych stron). Arcybiskup mógł pokazać, jak się nie zacietrzewić, a mądrze ustąpić, nie dolewać oliwy do ognia, zamiast odstrzeliwania wybrać metodyczną pracę „w ludziach”. Zrobić wszystko by budować kapłaństwo ks. Lemańskiego, a nie wystawiać je na próbę.

Ks. Lemański też rzecz jasna mógłby zachować się inaczej. W swoim oświadczeniu wraca dziś refleksyjnie do momentu swoich święceń kapłańskich, wspomina jak wyraźnie odczuł wtedy, że ma służyć Kościołowi. Nie dostrzega drugiej, mniej romantycznej strony tego wydarzenia. Z własnej nieprzymuszonej woli zostając księdzem, świadomie zgodził się na to, że jako kapłan wchodzi w strukturę, w zależności, w Kościół nie księdza Lemańskiego, a Jezusa Chrystusa, który autonomiczną decyzją władzę na ziemi powierzył swoim – czasem genialnym, a czasem mniej udanym uczniom. Wiedziały gały, co brały.

Musiał też wiedzieć, że Kościół to nie korporacja ani klub piłkarski, gdzie rządzi żelazna logika, że kto wygrał, ten ma rację. Ksiądz Lemański znacznie więcej dobra (dla Kościoła, który kocha i dla obserwujących bliźnich) zrobiłby, gdyby zamiast biegać ze skargą po programach Moniki Olejnik i serwisach Tomasza Lisa oraz bawić się ze swoim szefem w formalne gierki, po prostu powiedział: nie zgadzam się z tą decyzją, ale w duchu posłuszeństwa ją przyjmuję. Zajmę się tym, do czego zostałem święcony, bo duszpasterstwo jest dla mnie ważniejsze od publicystyki (nawet słusznej), a dobro wspólne od mojego.

Korzystając z tego, że dziś jest newsem (jutro nie będzie), pochodzi po mediach, atakując abp Hosera opowieściami o tym, co stało się podczas ich prywatnej rozmowy parę lat temu.

Robi to znów strasznie niemądrze, w klimacie: „wiem, ale nie powiem”, pozwalając dziennikarzom na snucie absurdalnych sugestii, że może chodziło o jakieś zachowania seksualne.

Nie chodziło o nie. Trzeba apelować, do tych którzy wiedzą i mają moralne prawo ogłosić co się stało, żeby jak najszybciej przerwali ten obłęd krzywdzenia Kościoła i dorabiania mu kolejnej gęby! Ja nie mogę podawać detali, domyślam się jednak, że nie o czyny tu chodzi, a o słowa. I o gniew. O to, że arcybiskup Hoser, być może wyprowadzony z równowagi, odezwał się do ks. Lemańskiego bardzo niekulturalnie, poniżej wszelkich akceptowanych między dojrzałymi ludźmi standardów.

Staram się zrozumieć dwie strony sporu. Rozumiem ks. Lemańskiego, bo wiem co to znaczy czuć się ofiarą niezrozumienia. Widzę też, ile dobrego zrobił i ile może jeszcze zrobić swoją żarliwą wiarą i wrażliwością. Podobnie jak mnie, ciągnie go na peryferia, do ludzi do których Kościół rzadko dociera. Rozumiem też jednak abp Hosera, bo mnie też ks. Lemański potrafił wkurzyć swoim brnięciem w zaparte najmądrzejszego pierwszoklasisty, który będzie się skarżył wszystkim naokoło i odgryzał.

Skończcie tę wojnę

Wciąż nie widzę jednak powodu, dla którego dwóch dobrych, mądrych księży o silnych osobowościach miałoby się dalej boczyć. Dlaczego nie mogą pokazać całemu światu jak chrześcijanie rozwiązują spory? Strzelać fochy albo pisać dekrety (albo cytować Ewangelię, że już się przecież upomniało grzesznika) to potrafi każdy. Ks. Lemański zamiast żalić się teraz na prawo i lewo jak został obrażony, może by wreszcie wybaczył, abp. Hoser – okazał wielkoduszność i cierpliwość? Panowie, Drodzy Księża, czy wy naprawdę nie widzicie, jak daliście się wciągnąć w myślenie, które dziś zainfekowało wielu świeckich i duchownych Polaków, że mianowicie trwa teraz u nas jakaś wojna?

Jak skończyć ten obłęd?

Moja śp. babcia, która przeszła przez życie bez cienia konfliktu z kimkolwiek i dlatego została zapamiętana przez nas jako święta, miała w zwyczaju powtarzać: „ustąp głupiemu, a otrzymasz trzysta dni odpustu”. Ta formuła jest genialna, bo pozwala obu stronom nie zmieniać oceny drugiej strony, a jedynie wykonać pierwszy, otwierający a nie zamykający ruch.

Panowie, Drodzy Księża, na co jeszcze czekacie?

 

 
 

 
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Pasztet i dusza

Kilka dni temu Tomek Terlikowski publicystycznie skojarzył ubój rytualny z aborcją. Postawił tezę, że większości tych co walczą o zakaz uboju rytualnego nie przeszkadza aborcja, czyli „ubój dzieci“ też bez znieczulania i ogłuszania.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Trudno, znów będę w mniejszości, ale mi akurat przeszkadza i jedno i drugie. Oczywiście, że aborcja nieporównanie bardziej. Zabijanie ludzi nie mieści mi się w głowie, sprawa jest oczywista, koniec, kropka. Ubój rytualny nie mieści się w mojej w duszy, bo wierzę, że w imieniu całego stworzenia Ktoś złożył już najdoskonalszą ofiarę i żaden człowiek ani inna istota, nikomu w ofierze być już składana nie musi.

Rozumiem, że Tomkowi chodziło o prawo. Prawa do aborcji nikt nie powinien mieć, bo nie można mieć prawa do życia drugiego człowieka. Prawo do uboju rytualnego powinny mieć ściśle wyliczone wspólnoty religijne, których wiara nakazuje im zabijać zwierzęta w tak okrutny sposób.

Kłopot w tym, że w Polsce nie dyskutujemy dziś o prawach paru tysięcy muzułmanów, czy żydów. Ubój rytualny to dziś u nas zasłaniający się religią wielki biznes, który zaopatruje w mięso znaczną część Bliskiego Wschodu. Więc niech mi tylko uprzejmie rząd RP (który wczoraj dał zielone światło dla niehumanitarnego uboju na skalę przemysłową) nie wciska kitu, że chodzi mu o wolność religijną, gdy chodzi mu o biznes kolegów z PSL. A o ile zaspokajanie (w kontrowersyjny dla mnie sposób) potrzeb religijnych rodaków innych wyznań mogę zaakceptować, o tyle czyichś pragnień finansowych – nie muszę i nie chcę. Ich prawo do powiększania majątku stoi w mojej hierarchii wartości niżej niż obowiązek traktowania otaczającego ich świata z szacunkiem i nie zadawania mu zbędnego cierpienia.

Pasztet i dusza

Na (do niedawna) Tomkowej „Frondzie“ czytałem wczoraj (ale dziś zniknął) wywiad z pewnym franciszkaninem (albo kapucynem). Nie wiem, czy święty Franciszek po skończonej ewangelizacji braci mniejszych rzeczywiście podrzynał im gardziołka, wrzucał na grilla i ze smakiem zjadał (wywiadowany brat zarzeka się, że nie ma dowodów na to, że nie jadał mięsa). Wydaje mi się jednak, że jeśli chce się „jechać“ na dziedzictwie „pierwszego ekologa katolicyzmu“, wypadałoby najpierw wykonać dwa małe ćwiczenia.

Po pierwsze – Pismo Święte czytać ze zrozumieniem. W wywiadzie po raz kolejny pojawia się „koronny” dowód na to, że Bóg nie jest wegetarianinem: historia z wizją z Piotra i nakazem: „bierz, Piotrze, zabijaj i jedz”. Tylko – o co tu chodzi? Bóg znosi  ostatecznie przepisy o rytualnej nieczystości pokarmowej, pokazuje jak działa Nowe Prawo? Czy występuje jako promotor mięsnej diety? Analogicznie: gdy Jezus mówi o tym, by nie brać na drogę sandałów: chodzi Mu o to, by nie troszczyć się zbytnio o to, o co zatroszczy się Opatrzność, czy nakazuje nam chodzić na bosaka?

Po drugie: może franciszkanie zamiast na siłę kanonizować schabowe pochyliliby się z większą troską nad najszerszej pojętym fenomenem życia? Nie kwestionuję prymatu osoby wśród stworzeń, nie chcę nadawać zwierzętom praw osób (bo nimi nie są). O Bogu mówimy jednak, że jest nie tylko osobą, ale i zasadą wszelkiego życia. Czy nie sprzeciwia mu się więc jakoś każda śmierć stworzonego przezeń bytu? Czy jest taka śmierć, która przynosi Bogu (i człowiekowi) chwałę? Czy zabijanie zwierząt to nie smutna przypadłość świata po grzechu? Czy w świecie, który wymyślił Bóg (i do którego zmierzamy), nie ma być tak, że nie będzie ani cienia tej przemocy?

Znalezienie odpowiedzi na te pytania wydaje mi się ważne również dlatego, że znam ludzi, którzy może mogliby zasypać w swoim życiu zauważoną przez Tomka Terlikowskiego przepaść, gdyby ktoś konsekwentnie pokazał im Boga, który kocha osoby, ale jest też życiem świata (a CAŁE STWORZENIE jęczy doń i wzdycha, rozpoznając w nim Pana).

Na koniec – powtarzam: mam świadomość, że aborcja to zbrodnia. A jedzenie mięsa z pewnością nie jest grzechem. Twierdzę jednak, że zamiast po raz kolejny pleść androny, że według Boga zwierzęta to pokryte sierścią maszyny, warto skupiać się nie na tym co z powodu słabości zostało dopuszczone, ale na doskonałości, do której możemy dążyć już na ziemi.

Żeby była jasność – mi to dążenie ciągle nie wychodzi. I gdy raz na parę tygodni zdarzy mi się zjeść odrobinę mięsa, myślę z dużym wstydem o przemocy jaka pozyskaniu mojego dania towarzyszy. Nikt mnie nie przekona, że mięsożerstwo jest prawdą wiary. Wegetarianizm też nią nie jest, ale – to sąd na mój prywatny użytek – może wspierać jej rozwijanie.

 

 
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >